Ostrzeżenia: gore, wulgaryzmy


Rozdział 50

Kwitnąć sznurem sińców

.

Dwa wiry teleportacyjne zatrzymały się na granicy Hogwartu jak leje tornad, wbijając się z impetem w ziemię jak kopyta hamujących swój pęd koni wyścigowych, wznosząc go góry brązowe obłoki kurzu i pyłu, wdzierające się w nos i szczypiące w oczy.

— Rosalie, poczekaj, nie postępuj pochopnie! — zawołał męski głos, rozdzierając panującą wokół ciszę jak odgłos rozrywania zużytego pergaminu, rozbudzając tym kilka odrażających sklątek tylnowybuchowych, które - strzelając wściekle iskrami - rozpierzchły się na krótkich nóżkach, zdając się przy tym toczyć jak piłki, w kilka różnych stron.

— Mam prawo się z nim zobaczyć! — zawołała wysokim, kipiącym gniewem głosem Rosalie, odrzucając welon długich włosów na plecy wściekłym, gwałtownym ruchem. — Mam święte prawo żądać pieprzonych wyjaśnień!

Charlie zaklął siarczyście, potykając się boleśnie o jakieś grube, wystające z ziemi korzenie i padając jak długi na ziemię. Ich szorstka powierzchnia obtarła mu dłonie aż do krwi. Charlie uniósł głowę, zdmuchując z twarzy rude włosy, które wpadły mu do oczu i spojrzał za biegnącą przez błonia Rosalie, nieoglądającą się przez ramię.

— Zaczekaj, Rosie! — wniósł gromki okrzyk, który potoczył się echem po błoniach jak uderzenie ogromnej fali (jej falująca na powiewach wiatru peleryna ciągnęła się za nią jak jaskółczy ogon). Niezdarnie, zataczając się z lekka, podniósł się z ziemi i ignorując pulsujące wściekłym bólem kolana, ruszył w pogoń za swoją życiową partnerką, będącą już w połowie drogi do zamkowych wrót. — Rosalie! Stój, na Merlina! — Wypluł z ust pasma rudych włosów, które sypały mu się na twarz. — Uspokój się, Rosalie, zaczekaj, porozmawiajmy! — ryknął tak głośno, że jego głos przetoczył się echem po zamkowych błoniach jak wspomnienie chaosu ostatniej, czarodziejskiej wojny, jak odgłos fanfar i dźwięk rozbijających się o posadzkę kolumn, i ogłuszający huk pękających ścian.

Rosalie odwróciła się ku niemu z impetem, omal się przy tym nie przewracając. Charlie poczuł się tak, jakby zakrzywiony klin kilofa grzmotnął go prosto w czoło - tak żywy, tak nieludzki był grymas rwący się na twarzy Rosalie (jakby jej twarz miała lada chwila wybuchnąć w kłębach dymu i rozlecieć się w drobny mak jak oblicze porcelanowej lalki, którą z krzepkością ciśnięto o ścianę).

— Nie będę spokojna! — ryknęła Rosalie na cały głos, brzmiąc przy tym, jakby tym jednym zdaniem zdarła sobie gardło - jej słowa zaczęły brzmieć ochryple, ale nie przestawała krzyczeć, jej twarz balansowała w dwóch stanach, przechodząc płynnie od zieleni po czerwień i Charlie, czując zgrozę obłapiającą go jak muł, zaczął poważnie lękać się o jej kondycję - zarówno fizyczną, jak i psychiczną. — Nie będę, do kurwy nędzy, spokojna! — Złapała dłońmi swoje długie, piękne włosy i zaczęła nimi szarpać jak obłąkana, w jej oczach jak mur stał szał tak pierwotny, że Charlie przeraził, się, że jeśli za moment czegoś nie uczyni, Rosalie zrobi sobie ciężką krzywdę.

Rosie! — zawołał błagalnie, czując, jak łzy podchodzą mu do oczu, odzwierciedlają się w głosie, padają na przestrzeń między nimi.

Nie przestając biec, wbijając wzrok w rozszalałą twarz swojej kobiety jak w jakąś granicę, po której przekroczeniu może wkroczyć na nieznane wody i nigdy już z nich nie powrócić, dopadł wreszcie Rosalie, owijając jak za jednym tchem ramiona wokół jej ciała, zaciskając je tak mocno, jakby te były kaftanem bezpieczeństwa w zakładzie dla umysłowo chorych, zderzając się tym samym z jej chudym ciałem, jakby wygrzmocił w ruchomą ścianę.

Rosalie wydała z siebie nieartykułowany odgłos, brzmiąc przy tym, jak bity szczeniak; zachwiali się jak zbyt lekkie figurki stojące nad przepaścią, w które - jak prawy sierpowy - uderzył silny podmuch wiatru i runęli w zbity śnieg jak zestrzelone łabędzie.

Kobieta załkała i momentalnie zaczęła się rzucać i wierzgać jak złapana w łowieckie sidła sarna, ale Charlie jej nie puszczał, owinął się wokół niej jak ramiona płaczącej wierzby, jak wąż dusiciel, przytrzymując ją tak mocno, jakby od tego, czy ją puści zależało ich życie, jakby puszczając ją, mieliby spaść w jakąś głęboką próżnię, z której nie ma wyjścia.

— Zabiję go! — wydarła mu się przy uchu Rosalie; Charlie czuł jej łzy kapiące mu na twarz, na szyję, wsiąkające w materiał peleryny. — Pieprzony, święty Wybawiciel Magicznej Anglii! Bezduszny, tępy jak noga stołowa łotr! Łotr! — Rosalie przestała się wyrywać i wybuchnęła płaczem, chwytana przez potężne konwulsje. Charlie zatopił palce w jej włosach i zaczął scałowywać łzy lejące się jak z fontanny po twarzy, atakując ustami wszędzie, gdzie sięgnął. — Ona była t-taka młoda — wyła jak ranione zwierzę Rosalie, topiąc się w morzu łez — i tak beznadziejnie, beznadziejnie zakochana. Tak bez pamięci! Tak bez wzajemności!

Charlie kołysał drżącym ciałem, czując ciepłe łzy toczące się z jego własnych oczu, klejących się do rzęs, osiadające na popękanych wargach, ale nie starał się ich zatrzymać.

— To jego wina — załkała, zdając się dusić własnym płaczem, własnymi słowami. — To wszystko jego pieprzona wina!

Charlie nie odpowiedział, pozwalając jej topić swój żal, swój płacz i swój gniew w jego ciele jak w głębokiej studni; leżał na lodowatej ziemi, oblepiony śniegiem i gorącymi łzami, które zdawały się parzyć mu skórę i przyciskał Rosalie do piersi, tuląc ją, jakby była dzieckiem, które wybudziło się z koszmaru.

— Już dobrze — starał się ją nieporadnie uspokoić, przyciskając mocno czoło do jej oblanego słoną wilgocią policzka — Rosie, już dobrze.

— Nic nie j-jest dobrze — odpowiedziała mu drżąco, łapiąc spazmatyczne wdechy; całe jej ciało trzęsło się jak w obliczu wysokiej gorączki, jej słowa brzmiały tak, jakby przeciskała je na siłę przez wysuszone na wiór gardło. — Nic nie jest d-dobrze.

— Ale będzie — obiecał Charlie, mając nadzieję, że nie rzuca słów na wiatr, wciskając nos w zagłębienie jej szyi i powoli wdychając jej kojący jak eliksir na uspokojenie zapach. — Jeszcze będzie wspaniale.


-VVV-


No i na co grać w życie, przeskakiwać nad zdarzeniami, plątać się w układance słów i znaczeń, starając się zaspokoić potrzeby swoje i innych, na co próbować poskładać racjonalność do kupy i pertraktować, gestykulując przy tym z przejęciem, starając się podkreślić własną rację, skoro ludźmi i tak rządzi pierwotny instynkt, cecha, która topi się na dnie każdej duszy, tylko czekając, przyczajona, aż ktoś nieroztropnie wyłowi ją na powierzchnię, dając jej możliwość pokazania, na co ją stać, na co wpychać swoje nadzieje w pustą studnię, której dna nie widać, jeśli wyłowić z niej niezmiennie można tylko ten wartki strumień, skierowany na ciebie jak wodospad, zwalający z nóg swoją siłą, swoją intensywnością, pozostawiający na człowieku ślad głęboki jak blizna wtopiona w miękkie ciało. Gniew.

Draco pewnie patrzy na to ze zgrozą — pomyślał Harry, czując, jak zaczynają drżeć mu palce, chwytając dłonią dłoń, starając się to powstrzymać. — Draco pewnie powiedziałby: „Ty śmieszny wariacie, ty głupi kretynie, ty uparty, uparty ośle!". I Draco, do stu piorunów, rzucając we mnie epitetami, miałby zapewne rację.

Kiedy obszedł wokół posiadłość, wypalając na spokojnie jeszcze jednego papierosa, kiedy odprowadził Sophie do bramy, patrząc za nią z twarzą bez wyrazu, jak postukując obcasami, odchodzi wąską ścieżką i deportuje się z cichym trzaskiem i powiewem chłodnego powietrza, kiedy przeszedł przez drzwi wejściowe, wrzucił płaszcz na wieszak, a futryna zatrzęsła się w sprzeciwie, gdy drzwi trzasnęły za nim jak wystrzał z dubeltówki, kiedy pokonał korytarz, nie do końca świadomy, co czeka na niego na jego końcu, kiedy zrobił te kilka niewielkich kroków, nie starając się ich zagłuszyć zaklęciem, bo po co, kiedy wszedł do salonu ogarniętego przyjemnym ciepłem padającym z kominka, kiedy wykonał już te wszystkie bezmyślne czynności nieopatrznie spokojny jak trusia - został chwycony za ramię tak mocno, że ślad silnych palców musiał odcisnąć się na jego skórze jak tatuaż i przeciągnięty przez połowę salonu jak kawałek szmaty.

— Robi mi kipisz zamiast mózgu, ta twoja absurdalna samowolka, Potter!

Miał nieodparte wrażenie, że reszta świata rozmywa mu się przed oczami, niknąc w cieniach, kiedy rozpalony jak trawiony ogniem wzrok Snape'a spoczął w jego oczach, nużąc się w nich jak w powietrzu.

— Dementorzy — wysyczał Snape, brzmiąc, jakby coś go opętało. — Dementorzy! Ty durniu, ty idioto! — Jego silne dłonie potrząsnęły nim tak mocno, że Harry zobaczył gwiazdy przed oczami.

Puszczaj, do stu... — zdążył pomyśleć Harry, w którym rozdrażnienie zaczęło rozrastać się skokowo, gdy sięgał po różdżkę ukrytą w głębokiej kieszeni szaty, kiedy różdżka ta została mu boleśnie wyszarpana z dłoni i wycelowana w bok jego szyi jak sztylet. Harry wciągnął ze świstem powietrze, kiedy zaklęcie tnące - bez żadnego ostrzeżenia - przecięło mu skórę tuż za uchem. Poczuł, jak coś lepkiego, gorącego i wcale nie w niewielkich ilościach toczy się w dół jego szyi jak żar; coś niemożliwie piekącego zacisnęło się na jego żołądku jak imadło.

— Zwariowa...?

Uderzenie w twarz było tak silne, że Harry poczuł, jak głowa odskakuje mu na bok jak kopnięta piłka przymocowana sprężyną do ziemi.

Draco pewnie patrzy na to i myśli: „No i widzisz, miałem rację!", szkoda, że jest już trochę za późno na odwrót i wybranie analogicznej, równoległej ścieżki.

Harry'emu zakręciło się w głowie i przez moment stracił orientację, kiedy jego błędnik zawirował jak dziecięcy bączek, ale nie przegapił chwili, w której Draco krzyknął: „Zostaw go, ty sadystyczny...!" i urwał, jakby obcięli mu język. Harry, na przemian mrugając, żeby odegnać mroczki spod powiek, i wytrzeszczając oczy na świat obserwowany jak przez mgłę, zaklinając go, żeby przestał wreszcie, na litość Morgany, wirować jak w kalejdoskopie, czując się, jakby patrzył na jakieś urywki z taśmy mugolskiego kina niemego, dostrzegł czerwony rozbłysk światła godzący Dracona prosto w twarz. Ciałem Draco miotnęło do tyłu, a Harry, patrząc na to, czując narastający pisk w uszach, miał wrażenie, że sylwetka byłego Ślizgona leci przez przestrzeń w nieskończoność - jakby przed zderzeniem się ze ścianą obleciała cały glob, cały świat i kilka równoległych światów, gnając w poprzek czasu, mijając miliardy gwiazd i innych ciał niebieskich, i jakichś trudnych do zinterpretowania znaków, i run, i symboli, i: „...o matko, zwariowałem!".

Nie, nie, to nie on zwariował, to Snape rzucał się po swoim salonie, jakby nabawił się jakiejś choroby, jakby urosła mu para czarnych jak węgiel skrzydeł i (o matko!) Harry mógł dostrzec kłębiącą się dziko Czarną Magię, ciągnącą się za nim jak odór niebezpieczeństwa, jak gęsty, lodowaty, ni to płynny, ni gazowy cień, w który Voldemort wyposażył swoich wiernych Śmierciożerców, opatulający ciało Snape'a jak miękka, ciemna peleryna.

— Przestań! — ryknął Harry, mając wrażenie, że jego własny głos dudni mu w głowie, jakby jeszcze kilka innych osób, których nie może zobaczyć, wołało: „przestań, przestań, przestań...!" i zaraz znowu miał przed oczami tą ziemistą twarz i obsydianowe, migoczące jak u demona źrenice zlewające się z tęczówkami, i duże, silne dłonie, które zacisnęły się na jego szczęce, na jego barku, i w Harry'ego uderzyła myśl, że są one zimne jak lód, jak oddech dementora. I że chyba za moment wyrwą mu głowę z korpusu ciała.

— Mam przestać? — warknął mu w twarz rozjuszony demon, obnażając zęby jak atakujący, niepohamowany wilk, kłapiący rzędem kłów ociekających krwią. — Mam przestać? Ty nieposłuszny, krnąbrny bachorze! Zawiodłem się na tobie, dzieciaku — zasyczał jak kobra królewska, jakby samymi słowami wstrzykiwał jad w jego młode serce — zawiodłem się na tobie...

Zawiódł się na nim. Harry miał być potulny, Harry miał być mu podległy. Miał być przecież jego marionetką, jego perfekcyjną zabawką, jego sługą, zabawki się nie stawiają właścicielom, Potter, dzwonił mu w uszach aksamitny głos, ognisty głos, napastliwy, bo Harry go zawiódł.

Przeszył go dreszcz nie mający nic wspólnego z zimnem; Draco poruszył się pod ścianą, opierając się dłońmi o posadzkę, wychylając swoje ciało do przodu tak, że wyglądał jak sprinter gotów do biegu. Ich spojrzenia złapały się w połowie drogi - szare oczy były tak samo rozszerzone, tak samo zastraszone jak jego własne.

Musieli wybrnąć z tej sytuacji, musieli uspokoić ten wulkan kipiący furią, patrzący na nich zza pobielałej z gniewu twarzy.

Harry sięgnął po dyplomację, wyciągnął ją z zaszokowanego, wstrząśniętego ciała jak broń palną z kabury. Spojrzał - nie bez przytłaczających go obaw - w czarne jak nicość, jak bramy piekielne oczy Snape'a i odezwał się, siląc się na spokój:

— Panie Naczelniku, nie chciałem postąpić wbrew pańskiej woli — mówił cicho, oddychając trochę zbyt ciężko, ale dziękując wszelkim bóstwom, że jego głos nie drży jak struna — a jeśli to zrobiłem, uczyniłem to nieświadomie. Nie sądziłem, że moje działania w pana... — Harry zaczął szukać odpowiedniego słowa, skacząc spojrzeniem między jednym a drugim czarnym okiem, łypiącym na niego jak sęp na padlinę, ale nie zdążył go znaleźć.

Snape zaciągnął się ze świstem powietrzem, jakby je połykał, a potem wyrzucił z siebie tak ciemnym, tak mrocznym tonem, że Harry'ego jak szpada przeszył chłodny dreszcz połykający jego ciało jak tsunami:

— W żadnym razie nie dałbym ci pozwolenia na pakty z tymi plugawymi stworami! W żadnym razie nie dopuściłbym do ugody z dementorami, ty, na Morganę, pustogłowy imbecylu!

Dłonie rozszalałego mężczyzny chwyciły go za kark (udusi mnie — pomyślał mgliście Harry, nie nadążając z przełykaniem śliny wzbierającej w jego ustach jak panika), a ciało zielonookiego zostało z całych sił pchnięte w stronę ściany, pod którą Draco - blady jak wosk - oddychał tak ciężko, jakby był na chwilę po wielokilometrowym biegu przed siebie.

Harry zachwiał się, potykając o własne nogi i runął na posadzkę, ratując się ramionami, uderzając dłońmi w podłogę tak mocno, że raptownie poczerwieniała mu skóra. Dłonie Dracona chwyciły go silnie za przedramię, za żebra i przyciągnęły do siebie, jakby spodziewał się, że razem będą bezpieczniejsi, że razem zniosą to lepiej, niż znieśliby osobno. Mięśnie Dracona - miał wrażenie, że czuje to całym swoim ciałem - drżały w podobnym stopniu, co jego własne.

W duszy grał mu fantomowy ból, który zwykle odczuwa się w urwanej kończynie.

— Nie powinien wiedzieć o dementorach — wysapał głupio Harry, słowa wyszły z niego jak wypchnięte przez kogoś innego - całkowicie wbrew jego woli.

— Wszyscy już o tym wiedzą...

— A nie powinni, bo to tajemnica.

— Mhm, poliszynela.

— A odczep się, Draco!

Tyle by było z retoryki w obliczu zagrożenia.

Podniósł głowę i spojrzał na Snape'a, jakby patrzył chyba tylko na zbliżającego się wilkołaka obnażającego zakrwawione kły.

Jakaś naga gałąź smagana wiatrem zazgrzytała głucho o szybę niczym ostre jak brzytwa pazury.

Snape nie powinien usłyszeć z jego rozmowy z Sophie wszystkiego i Snape z pewnością wszystkiego nie usłyszał, zaklęcie prywatności Harry'ego częściowo zwalczyło jego zachłanność, Harry był tego całkowicie pewien, ciężko jednak oszacować, na podstawie tej ziemistej twarzy wykrzywionej w demonicznym wyrazie, co tak naprawdę przebiło się przez osłony.

Dementorzy, oczywiście — pomyślał Harry, prychając nerwowo w myślach — i oby niewiele więcej, oby niewiele więcej.

— Jak śmiałeś podjąć tak poważne kroki, nie pytając mnie o przyzwolenie? — ofukiwał go w tym samym czasie Gniew o aksamitnym głosie i onyksowych, rozjarzonych jak wybuchające gwiazdy oczach. — Jak śmiałeś zadziałać przeciw mojej woli?

Czarnooki demon podszedł do nich, rzucając podłużny cień na ich wszczepione w siebie jak pijawki sylwetki i schylił się, zaplatając materiał szaty na piersiach Harry'ego wokół swojej dłoni niczym szmatę domowego skrzata, i szarpnął nim do góry. Draco wcale nie puścił jego ramienia, wręcz przeciwnie, ścisnął je jeszcze mocniej, jakby Harry wisiał nad głęboką przepaścią i Draco próbował utrzymać ich w równowadze i wciągnąć Harry'ego w bezpieczną strefę - na twardą skałę. Były szef Biura Aurorów poczuł się jak zwierzyna rozrywana na poły. Jego oddech przyspieszył.

Snape warknął i - Harry zrobił wielkie oczy, nie wierząc w to, co widzi - kopnął Dracona, odrzucając go przy tym na bok, jakby ten był dzikim kundlem plączącym mu się pod nogami. Draco zaskomlał (prawie jak pies potraktowany twardą ręką) i podniósł na Snape'a tak szklisty wzrok, że Harry - gdyby mógł - bez namysłu stanąłby między nim a tą czarnooką bestią szalejącą obok nich jak powietrzne wiry. Nie wiedział, co Snape może teraz zrobić, nie potrafił powiedzieć, czego się spodziewać, kiedy spojrzał, wiedząc, że jego twarz sypie się jak walące się zamki z piasku, na wygiętą irracjonalnym grymasem twarz starszego czarodzieja, biegającego oczami od niego do Dracona, jakby szacował, któremu z nich wydrapać oczy, otworzyć gardło, wyrwać struny głosowe jako pierwszemu.

Czarnooki czarodziej wyglądał, jakby odchodził od zmysłów, żyła na jego czole tętniła, jakby była oddzielnym bytem; Snape, obnażając zęby, jak za mrugnięciem powiek wbił różdżkę Harry'ego w jego bok, a ta weszła w ciało jak nóż sprężynowy (Harry krzyknął, łzy napłynęły mu do oczu jak gwiazdy, nogi się pod nim ugięły, przez co na moment zawisł w powietrzu, ściskany przez dłoń Snape'a jak wyłowiony z wody węgorz, zaraz potem przeciążając ramię Snape'a jak odważnik szalę wagi i lecąc z impetem na twardą ziemię); Draco puścił go jak oparzony na sekundę przed tym, jak Harry obił sobie kolana o posadzkę, i podniósł ręce do góry, trzymając je na widoku jak przestępca kryminalny osaczony przez straż aurorską, a potem krzyknął, brzmiąc, jakby gardło zapychał mu ostrokrzew:

— Poddaję się, poddaję się!

— Nawet jeśli nie — wycedził przez zęby Snape, wyciągając płasko różdżkę z ciała Harry'ego (zielonooki czuł, jak czarna szata nasiąka mu gorącą wilgocią o metalicznej woni i na moment, krótki, jak mrugnięcie powiek, poczuł, jak go mdli) — to za moment skapitulujesz.

Mając wrażenie, że jego czaszka pęka równo na pół, a bok pali, jakby ktoś mu go przypalał żywym ogniem, przycisnął dłoń do rany, zaciskając zęby tak mocno, że odczuł tępy ból w szczęce. Podniósł głowę, spoglądając załzawionymi oczami prosto w czarne ślepia demona patrzącego na niego z góry.

— Czego chcesz? — wysyczał przez zęby, połykając łzy jak dawkę eliksiru o gorzkim posmaku.

Snape spojrzał w dół na jego twarz, jakby patrzył na coś, co przykleiło się do jego buta. Wyglądał jak oszalały, jakby z chwili na chwilę postradał zmysły, jakby coś dotychczas trwałego zachwiało się w jego umyśle jak domek z kart, jakby bariery Oklumencyjne, które zwykł na siebie nakładać jak maski weneckie, nagle zatrzęsły się w posadach i runęły w kłębach mętnego kurzu, roztrzaskując jego statyczne opanowanie w drobny mak. Podniósł różdżkę i jak za mrugnięciem powiek włożył ją pod jego podbródek, unosząc mu głowę (Harry zaskomlał, gdy rozjarzona końcówka dotknęła jego skóry jak mugolskie, rozgrzane żelazko - ten dźwięk wyrwał się z jego gardła jak odruch bezwarunkowy - i uniósł brodę jeszcze wyżej, rozpaczliwie starając się uciec od bólu).

— Był już czas na ugody, dziecko — wycedził Snape, pochylając się nad jego twarzą (jego oddech zamajaczył Harry'emu na skórze jak odblask światła odbity od szkła i godzący w oczy) — i na zawieranie obopólnych paktów.

Harry miał wrażenie, że serce lada moment wyskoczy mu przez gardło i opadnie z plaskiem na podłogę u stóp Snape'a jak wyłowiona z morza ryba, spazmatycznie walcząca o oddech.

— Jeżeli jest coś, co mógłbym ci...

— Niczego już mu, do cholery, nie będziesz obiecywał!

— Siedź cicho, Draco!

Snape pokręcił z politowaniem głową.

— Kłócicie się na próżno — powiedział, zniżając głos, nie odrywając oczu od oddychającego ciężko Harry'ego, którego klatka piersiowa falowała jak ocean, uśmiechając się w taki sposób, że szalejące zielonookiemu pod żebrami serce zatrzymało się na jeden, krótki moment. — Zamiast toczyć jakieś bezcelowe dyskusje, lepiej powiedźcie mi jaki macie plan.

Harry zacisnął zęby i wysyczał: „Nie mamy planów", „Nie mamy planów" przy pierwszym ciosie łokciem w szczękę, „Nie mamy planów", kiedy krew bluznęła mu z nosa na blade dłonie Snape'a, na jego długie palce, na równo przycięte paznokcie, ciągle i ciągle: „Nie mamy planów", nawet kiedy różdżka wycelowała mu między brwi, opierając się o podstawę jego nosa (ból, jakby przypalano go papierosem, białe jak śnieg plamy przed oczami oślepiające go jak flesz z lampy błyskowej; otoczenie zaczęło się śnieżyć w jego oczach jak obraz ze średniej klasy, mugolskiego telewizora).

Ból ma barwę bieli. Człowieka nie otacza czerwona mgiełka ani nie nawiedzają czarne kłęby jak chmury oplatające głowę. Ból jest biały i tępy jak stuletnia klinga. Szklisty jak oczy po alkoholu, przeszywa ciało jak elektryczny wstrząs, jakby nie miał ani początku, ani końca, miał tylko rozwinięcie jak niekompletny, szkolny esej. Ból ma w sobie coś z ogłuszającego hałasu, który - jeżeli się w nim na chwilę zatrzyma - staje się przytłumiony i rozedrgany jak przemarznięte ptaki kulące się w grudniowe poranki na marmurowych parapetach, dzwoniący głucho w uszach nieustannym, ciągłym jękiem - jakby, pomimo znajdowania się w jego centrum, był tylko echem dochodzącym z oddali.

I nigdy tak naprawdę się nie kończy - jest jedynie ściszany (jak mugolskie radio sterowane pokrętłem).

Harry, dysząc przez suche na wiór gardło, zwijając się na posadce jak ułożony do snu kot, przejechał palcami po wilgotnym policzku, spoglądając na osiadające mu na palcach łzy, krew i śluz.

— Nie mamy planów — powtórzył drżącym, płytkim głosem, brzmiąc jak duch przemawiający z zaświatów, starając się zebrać swoją godność z zakurzonej podłogi, podnosząc się na dygoczących jak kruche gałązki rozwijającej się wciąż, małej roślinki, które tak łatwo można przełamać, ramionach, mając niemożliwe do zbicia wrażenie, że nie czuje swoich dłoni (musiał je unieść do twarzy, zawiesić je sobie przed oczami i spoglądać na nie zdecydowanie zbyt długą chwilę, żeby upewnić się, że wciąż znajdują się na swoim miejscu). Opuścił ręce na kolana, miętosząc jedną dłoń w drugiej, pragnąc szybciej odzyskać w nich czucie.

Chłodna ręka chwyciła jego podbródek w niemalże czuły uścisk palców (Harry miał ochotę się roześmiać, ale zdusił w sobie ten śmiech jak niechcianą myśl, jakby rozdeptywał robaka pod grubą podeszwą) i uniosła mu głowę. Harry podniósł posłusznie wzrok na oczy bestii stojącej przed nim (łzy pulsowały mu w czaszce jak migrena), wiedząc, że w jego szklistych oczach można się przejrzeć jak w zwierciadle.

— Czy pamiętasz jeszcze — odezwał się powoli Snape, patrząc mu w oczy z nieprzeniknionym wyrazem twarzy — kto tu jest panem, a kto sługą?

— Tak.

— Tak, Naczelniku!

— Tak, Naczelniku — powtórzył cichym, ochrypłym głosem Harry, starając się zatrzymać niepohamowane drżenie własnych rąk.

Snape przyklęknął przed nim, nie wypuszczając jego podbródka ze swojej dłoni (poparzona skóra krzyczała o litość, krew z przeciętej za uchem skóry osiadła na długich palcach jak cień), nie ściągając z niego oczu, leżących na nim jak kamień księżycowy na skórze.

— Więc powiedz mi, dziecko, jak ta hierarchia wygląda — zażądał Snape, mówiąc złudnie miękkim głosem (Harry miał wrażenie, że dusi się w powietrzu).

— Zostaw go, kurwa — charknął gdzieś za jego plecami Draco, brzmiąc, jakby z trudem wydobywał z siebie głos, jakby wypowiedzenie jakichkolwiek słów kosztowało go niebotyczny wysiłek.

Czarne oczy nawet nie drgnęły, nie drgnęła ani jedna zmarszczka na jego twarzy, usta się nie poruszyły, jakby pomiędzy nimi a Draco tkwiła jakaś dźwiękoszczelna bariera, jakby miejsce, w którym kulił się szarooki czarodziej, było: „gdzieś tam", jakimś obszarem na danej przestrzeni otoczonym granicą, a tam, gdzie znajdował się Harry i obserwujący go jak laborant, przeprowadzający na nim jakieś ważne dla świata eksperymenty, Snape było: „tutaj i nigdzie indziej".

— Ty jesteś panem — powiedział Harry drżącym głosem, patrząc w oczy demonowi. — Odpowiadam przed tobą.

— Genialnie — powiedział powoli Snape, przeciągając to słowo przez usta, jakby było gumą balonową. — Wobec tego — rzekł bez pośpiechu, przewiercając Harry'ego spojrzeniem jak mugolskim młotem pneumatycznym — powiedz mi, dziecko. Jakie. Są. Wasze. Plany.

Zraniony bok piekł jak zaraza, a choć Harry przyciskał do niego ramię niemal całą wewnętrzną powierzchnią, rana wcale nie przestawała obficie krwawić. Kiedy zapiekła do żywego, jakby ktoś posypał ją solą, Harry zerknął na swój przecięty bok (patrzył: dwie sekundy, trzy) i zginając się w pół, gwałtownie zaczął wymiotować, kiedy dotarło do niego to, co widzi (żywe mięso wyglądające spod przeciętej niczym sprężynowcem skóry).

Snape złapał go za podbródek, całkowicie ignorując klejące się Harry'emu do brody resztki pokarmowe.

— Mam ci tę ranę przypalić rozgrzanym żelazem? — zapytał konwersacyjnie czarnooki mężczyzna, gładząc kciukiem meszek zarostu na jego szczęce, przeciągając z delikatnością opuszką po kości policzkowej.

Harry'emu - na samą sugestię - biel błysnęła przed oczami jak spadająca gwiazda; jego oczy piekły, jakby nie spał od co najmniej trzech dób.

— Nie dotykaj go, kurwaaa! — wydarł się Draco tak głośno, że jego głos odbił się kilkukrotnie od ścian, godząc rykoszetem w każdy, najmniejszy kąt, brzmiąc, jakby ktoś mu przejechał papierem ściernym po gardle i podniebieniu (chyba nie był unieruchomiony; Harry dziękował gorliwie wszystkim bóstwom, które mogłyby go usłyszeć, że nie rzucił się na Snape'a jak ostatni idiota).

— Krzycz sobie, Draco, krzycz — powiedział łagodnie Snape, wypuszczając niespodziewanie podbródek Harry'ego ze swojej dłoni (niewiele brakowało, by zielonooki mag odgryzł sobie przy tym język) i wstał, odwracając się w stronę jasnowłosego młodzieńca o srebrnych jak ołowiane krople oczach (panika zapłonęła przed oczami Harry'ego jak powidoki, a zaraz za nią, w nadzwyczajnej konfiguracji pognała furia: „...jeśli go tkniesz..." — szemrał złowróżbnie umysł Harry'ego, rozpalając jego stalowe nerwy do białości). — Prawie każde pomieszczenie tej posiadłości — Snape rozłożył ramiona, jakby chciał nimi objąć wszystkie ściany — jest wyciszone i o ile nie ma tu jakichś zaklęć podsłuchu, w co wątpię, nikt poza tymi, którzy są w tym salonie, i tak cię nie usłyszy.

Naczelnik brzmiał jak wielce zadowolony z siebie, grubawy kocur, który leniwie zamiatając w powietrzu ogonem, zażywa spoczynku na ciepłym, kaflowym piecu opalanym węglem.

Harry obserwował go zza zmrużonych powiek, oddychając ciężko przez wysuszone wargi, zastanawiając się, czy za moment na powrót nie zacznie wypluwać z ust swojego żołądka. Przeklęty Naczelnik obracał jego własną różdżką między palcami jak żetonem w kasynie, trzymając ją w dłoni jednego z tych rozłożonych szeroko ramion jak pieprzony pan świata i Harry pomyślał, że władza nie tylko robi bestię z człowieka - również zaślepia i czyni go zbyt pewnym siebie, a przez to - mniej uważnym.

Ignorując pieczenie, które czuł w całym ciele, mając wrażenie, że jego kości są zrobione z waty, a on sam - poruszając nimi - steruje jednym, potężnym siniakiem, wpijając swój wzrok we własną różdżkę, obracaną w długich palcach przez Snape'a, wystrzelił do przodu, podrywając się z zimnej ziemi niczym atakująca za jednym mrugnięciem oka, wyciągająca swe jadowe, cienkie jak igły kły kobra.

Jego paznokcie drasnęły ziemistą skórę, kiedy wyrywał własną różdżkę z prawej ręki Snape'a, zostawiając na bladym wierzchu dłoni czerwone pręgi jak po spotkaniu z tygrysem. Jego różdżka przecięła powietrze tak szybko, że to zaświszczało pod nią, rozrywane na poły.

Byłym Śmierciożercą miotnęło jak manekinem wystawowym ugodzonym silną wichurą; z potężnym hukiem zderzył się z przeciwległą ścianą (zaczerpnięcie powietrza jak po wynurzeniu się spod tafli wody) i osunął się po niej, przyciskając dłonie do głowy. Draco zerwał się spod ściany, odpychając się mocno dłońmi (zielonooki zarejestrował to jedynie kątem oka) i wpadł na Harry'ego, łapiąc go za ramię i niemal wywlekając z przestrzennego salonu - zielonooki na moment stracił orientację w przestrzeni; przeciągły jęk pełen bólu wyrwał się mu przez zaciśnięte zęby jak przekleństwo (czuł gorącą krew ściekającą mu po biodrze, przelewającą się przez materiał postrzępionej pod żebrami szaty). Zaklęcie lecznicze wyszeptane w całym tym zamęcie przez usta szarookiego opłynęło niepłytką ranę w boku Harry'ego jak dym (iskry magii przebiegające jak dreszcze przez skórę) i Harry wiedział, że nie jest ono perfekcyjne, czuł zasklepiające się przecięcie: byle jak, naprędce i po fuszersku, ale nie dbał o to - wręcz przeciwnie, ogarnęła go wdzięczność szeroka jak pustynia, kiedy chwytał dłoń Dracona, ciągnącego go w stronę korytarza, który prowadził do wyjściowych drzwi - a za drzwiami czekał spokój, czekało wytchnienie, czekało powietrze świeże jak nadmorska bryza.

Nie, nie, chwila, stop, czegoś brakuje, kogoś brakuje — przemknęło przez umysł zielonookiego czarodzieja z prędkością dementora nurkującego w powietrzu po znajdującą się kilka stóp pod nim ofiarę.

Harry - niewiele myśląc - oparł się silnym dłoniom byłego wychowanka Slytherinu i zatrzymał się jak wmurowany w ziemię, oglądając się na schody biegnące na piętro.

— Co ty...? — zawołał Draco, kiedy Harry puścił jego rękę, zawracając na pięcie, wiedząc, że głębokie bruzdy przecinają jego twarz jak zranienia.

— Katrina — wysapał, krzywiąc się z bólu, który przemknął przez jego brzuch, jakby ktoś przeszył go strzałą. Jego twarz była cała obolała, ale zignorował to, starając się skupić na działaniu.

— Zwariowałeś? — jęknął Draco, spoglądając wielkimi oczami przepełnionymi trwogą w kierunku otwartego salonu i szarpnął Harry'ego za ramię (Harry aż jęknął, mając wrażenie, że każdy kolejny ruch to dla jego ciała tortura), odwracając go ku sobie. — Nie ma czasu!

Harry wyrwał się jego dłoniom jak obracający się w środku szaleńczego galopu koń arabski, czując przy każdym kroku rwący ból palący się nad jego biodrami jak alkohol.

— Dla niej zawsze jest czas.

Rzucił się na powrót do salonu, wskakując na schody bez oglądania się na boki. Rozwścieczony, lekko przytłumiony warkot dobiegający z gardła Naczelnika dopadł go jak ulewny deszcz w środku lata. Harry zaczął wbiegać po stromych stopniach, zostawiając za sobą krwawą ścieżkę znaczącą balustradę, którą wspomagał się, jakby ta była wspinaczkową liną, przestępując kilka stopni za jednym zamachem, słysząc za sobą głośne przekleństwa Dracona i jego pospieszne kroki, starające się za nim nadążyć (siła napędowa o nazwie: „Katrina" aktywizowała jego ciało jak zaklęcie). Palcami, w których nie miał czucia, z całych sił ściskał różdżkę, mając wrażenie, że trzyma kamień, jakby ważyła ona dziesięciokrotnie więcej, niż zazwyczaj - jego ramię ciążyło ku ziemi, ale go nie opuszczał, gotów w każdej chwili zareagować, gdyby nagle - wyłoniwszy się z cieni jak senny koszmar - Snape rzucił się na nich z zażartością wilkołaka; wcale by się nie zdziwił, gdyby znał on tysiące sposobów na to, aby dostać się do dowolnego kąta tej posiadłości w ciągu ułamków sekund (miał głęboką nadzieję, że uderzenie w głowę zamroczyło go jak trucizna, z całego serca życzył mu rozbitego nosa i połamanych zębów).

Naczelnik będzie wściekły, Naczelnik nie będzie się z nimi cackał, jeśli ich dopadnie, o nie, nie będzie się wcale patyczkował, Harry niemal czuł fantomowy ból rozbijanej o ścianę czaszki; dlaczego się jeszcze nie pojawił? — zastanawiał się Harry, nerwowo oglądając się za siebie. — Może zbiera z podłogi swoje pogruchotane zęby? — przemknęło mu przez głowę i splunął z werwą, kiedy dotarł na piętro, a żaden były Śmierciożerca nie zastąpił mu drogi jak niematerialne widmo. — Obyś sczezł, załgany bydlaku!

Kwestia pod nazwą: „Gdzie jest Katrina?" wyjaśniła się kilka chwil później.

— Nie chcę, nie będę, puszczaj mnie, słyszysz, puszczaj! — usłyszał jej rozjuszony, nienaturalnie wysoki głos i towarzyszące temu odgłosy szamotania dochodzące gdzieś z prawego skrzydła posiadłości, biegnący echem poprzez korytarz jak wysoka fala zalewowa (serce podeszło mu do gardła jak ość, która utknęła w przełyku). Przyspieszył kroku, starając się ignorować pulsujący tępo ból otaczający jego ciało jak czerwona mgła pełna wilgoci. Jeden rzut okiem na Dracona powiedział mu, że jego twarz jest tak samo blada, jak jego własna.

— Zostajesz u dziadków — odpowiedział jej niski, aksamitny głos promieniujący rozdrażnieniem jak słońce promieniami UV — i koniec dyskusji. Przestań się szarpać, Katrina, na litość Merlina, bo zrobisz sobie krzywdę, przestań się, do diabła, szarpać!

Nie! — wrzask Katriny był coraz głośniejszy, z każdą chwilą, kiedy pokonywali pędem pusty korytarz, jakby ściany za ich plecami płonęły. — Nigdzie, na Morganę, nie jadę, nigdzie nie...! Ałaaa, tato, nie szarp, to boli!

— To ty się rzucasz, Katrina, na bogów, proszę cię, Katrina, chodź do kominka, skorzystasz z sieci Fiuu i...

— Nie chcę! — prychnęła Katrina jak rozjuszona kotka. — Nie będę!

Ciało Harry'ego promieniało bólem, ale odrzucał go od siebie raz za razem jak nieciekawą propozycję. Naparł barkiem na drzwi, zza których dochodziły ich napięte głosy i wskazał różdżką na Snape'a, warcząc:

Relashio!

Snape puścił swoją córkę jak oparzony, a jego ramieniem szarpnęło do tyłu, jakby ktoś wyrwał mu kość ze stawu. Harry łypał na pokój szerokimi ze zgrozy oczami, mając wrażenie, że pomieszczenie maleje, ściska się, ściany zsuwają się ku sobie; widział tylko Katrinę, jakby wszystko pozostałe straciło swoją ostrość, jakby kontury mebli i leżących na nich przedmiotów zatarły się, jakby patrzył przez długą, wąską lunetę, która ogranicza szerokość pola jego widzenia.

Katrina rzuciła się ku nim, jakby skakała na głęboką wodę i wpadła z impetem na ciało Harry'ego (ból ostry jak dźgnięcie oszczepem w zmaltretowanym ciele nad biodrem, niekontrolowane szarpnięcie się mięśni jego twarzy). Zatoczyli się poprzez próg, wypadając przez niego jak ciało przelatujące przez popękany, kamienny łuk okryty falującą łagodnie, zwiewną zasłoną w Sali Śmierci w ministerstwie.

Draco zatrzasnął drzwi, które huknęły o futrynę z siłą wystrzału z dubeltówki i zatrzęsły się, jakby powiew przeciągu uderzył w nie z mocą huraganu.

Zielonooki syknął z bólu, kiedy ramiona dziewczyny otoczyły go w pasie i oderwał ją od siebie siłą, przeklinając jak szewc pod nosem. Katrina odsunęła się od niego, kiedy spostrzegła jego skrzywioną w szarpiącym, zbolałym grymasie twarz.

— Co ci się...?

— Nawet go, kurwa, nie pytaj! — warknął Draco, popychając ich za ramiona w dół korytarza.

— A co ty się taki wulgarny zrobiłeś? — zdziwiła się Katrina, odwracając twarz ku Draconowi i omal się przy tym nie wygrzmociła niezdarnie na podłogę, kiedy potknęła się o ciemny, włóknisty dywan, który właśnie zaczynali deptać.

— Uważaj — syknął Harry, przytrzymując ją w pionie (rana w boku zapiekła jak kwas).

— Harry! — jęknęła Katrina, wytrzeszczając oczy na jego wymiętoszone szaty (zielonooki wlókł ją za sobą, nie zatrzymując się ani na chwilę). — Ty masz krew na ubraniu!

— I w wielu innych miejscach — prychnął zielonooki, po raz kolejny krzywiąc się z bólu, mając wrażenie, że zaraz ponownie zacznie rzygać jak kot, kolorując mijane w pośpiechu, białe ściany wydzielinami żołądkowymi. — Biegnij!

— Nie tak prędko, Potte...

Lucjusz Malfoy, który wyłonił się praktycznie znikąd i zastąpił im drogę z pełnym wywyższenia uśmieszkiem przyklejonym do ust, chyba się nie spodziewał, że klątwa przetnie korytarz jak ciśnięty w powietrze sztylet i ugodzi go w żebra z siłą wystrzału armatniego.

— Szybko, szybko — chciał powiedzieć Harry, ale jego zęby szczękały jak głupie, kiedy Sectumsempra rozlała się po piersi starszego Malfoya jak atramentowy tusz z przewróconego flakonu, plamiąc jego czarną szatę głęboką czerwienią. Z jego ust wyrwało się pełne zaskoczenia sapnięcie.

Draco jęknął i wyhamował, przyciskając dłoń do ust i wytrzeszczając nad nią oczy z tak potężną zgrozą, że Harry miał ochotę odciągnąć go do tyłu i zasłonić mu widok własnymi palcami. Niewprawnie zasklepiona rana w jego boku piekła żywym ogniem i Harry się bał, że za moment na powrót się otworzy, że się rozerwie jak kawałek starego płótna. Zacisnął zęby, starając się nie myśleć o bólu i oddychając głęboko, przeskoczył nad krwawiącym obficie ciałem, brukając podeszwy czerwienią, ściskając Katrinę za rękę tak mocno, że musiał wprawiać ją tym w dyskomfort, ale ona nawet się nie skrzywiła, nawet nie pisnęła - jak zawsze robiąc dobrą minę do złej gry. Dłoń Lucjusza Malfoya zacisnęła się jak Diabelskie Sidła na kostce wymijającego go z boku Dracona, który zrobił automatyczny krok do przodu i tracąc możliwość przeniesienia ciężaru na drugą nogę, legł jak długi na ziemię, ratując się ramionami. Huknęło, jakby zatrzęsła się ziemia.

Harry, mając wrażenie, że całe jego ciało pulsuje jak żyła na szyi, spojrzał na obnażającego wściekle zęby Lucjusza, jakby patrzył przez czerwoną mgłę spowijającą jego głowę. Automatycznie skierował różdżkę na ściskające Dracona - kopiącego w powietrze i szarpiącego się jak jeleń złapany w łowieckie sidła - ramię.

Puszczaj go — wycedził przez zęby, wiedząc, że racjonalność przelewa mu się przez palce jak woda, wiedząc, że nie żartuje, że jest gotowy na wszystko, naprawdę na wszystko, że desperacja wibruje w jego głosie jak chmara pszczół — albo utnę ci ramię!

Lucjusz podniósł na niego spojrzenie swoich szarych jak kamienie oczu. Patrzył mętnymi jak pył wojenny oczami prosto w jego własne - trzy sekundy, cztery - a potem wypuścił swojego syna z potrzasku, jakby coś na twarzy Harry'ego oszołomiło go jak zaklęcie.

Draco zaczął pospiesznie zbierać się z ziemi; Karina puściła rękę Harry'ego i pomogła mu podnieść się na nogi (szarooki przeklinał wściekle, jego ciało trzęsło się - z gniewu bądź z tłumionego bólu, Harry nie był pewien - jak osika) i pociągnęła go w górę korytarza.

— Snape pewnie czeka na nas przy przeklętych drzwiach — wydyszał Harry, kiedy wpadli za róg, zastanawiając się intensywnie nad dostępnymi ścieżkami wyjścia. Mógłby się założyć o połowę swojego majątku, że Naczelnik - ze znudzonym wyrazem twarzy - wypatruje ich z założonymi rękoma przy wyjściu z posiadłości, zakładając, że niczym muchy, sami wpadną w jego rozpostartą szeroko pajęczynę.

O nie — pomyślał ze wstrętem zielonooki — nie zamierzam dawać ci tej satysfakcji.

Harry wyhamował, złapał ciemnowłosą za ramię, odwrócił ją ku sobie i chwycił jej twarz w swoje dłonie. Czarne oczy spotkały zielone.

— Katrina, wyjdź stąd przez szyb wentylacyjny.

— Co? — jęknęła Katrina, jej oczy zrobiły się szkliste, jej spojrzenie zaczęło błądzić po jego twarzy, jakby czegoś w niej szukała. — Nie, Harry, nie zmieścicie się, nie możemy...

— My nie, ale ty owszem — powiedział cicho, przyciskając mocno czoło do jej czoła.

Draco spojrzał na niego z dziwnym, zbolałym grymasem i przeniósł płonące jak w gorączce oczy na brzoskwiniową twarz kasztanowłosej.

— Nie — odezwała się Katrina, odsuwając się od Harry'ego, kręcąc głową, jakby odganiała się od muchy. — Nie, nie ma mowy. On chce ciebie, a nie...

— A właśnie, że nie! — wybuchnął nagle Draco, przyciągając ku sobie uwagę Katriny, która skrzywiła się, jakby ją spoliczkowano. Harry wypuścił jej chudą twarz ze swoich dłoni. — To ciebie Snape zamierza zatrzymać przy sobie — syknął, ściszając głos, skacząc spojrzeniem po jej młodym, napiętym jak struna obliczu. — To ty jesteś jego córką. On zrobi wszystko, aby cię od tego odciągnąć. On chce cię chronić, nawet jeśli będzie to oznaczało, że musi więzić cię we własnym domu, że musi cię kontrolować. On się nie zawaha, dziewczyno, ani teraz, ani nigdy. — Draco marszcząc brwi, nachylił się w ich stronę, ogniskując na Katrinie rozpalony wzrok srebrnych oczu. — Wiec, decyduj szybko, zostajesz tutaj czy idziesz z nami?

Katrina, której twarz wykrzywiał gorzki grymas modelujący w jej rysach jak w plastelinie, zacisnęła wargi tak mocno, że pobielała jej skóra wokół ust i spojrzała między Draco a przyglądającym się jej wyczekująco z przenikliwą, pełną powagi miną Harrym; jej błagalny wzrok uderzył Harry'ego w żołądek jak cios z pięści.

— Dobrze wiecie, że to nie jest żaden wybór — odezwała się cicho, patrząc im kolejno w oczy. — Dobrze to wiecie — powtórzyła natarczywie; w jej oczach wezbrały łzy (jej rozszerzone, błyszczące źrenice mówiły wszystko).

Harry skinął głową - raz, drugi - po czym wyciągnął przed siebie rękę z różdżką i wypowiedział w myślach inkantację: „Wskaż mi szyb wentylacyjny".

Świat za murami tej posiadłości był zwyczajny. Zwyczajne niebo ze zwyczajnym słońcem rzucającym jaskrawe refleksy na zwyczajne korale jarzębinowe, zwyczajna ziemia ubita mrozem, zwyczajne ścieżki i furtki zatrzaskiwane na klamkę, zwyczajne pagórki garbate jak wielbłądy, zwyczajne wrony obsiadające zwyczajnego stracha na wróble gdzieś wśród hektarów zwyczajnego pola. I oni pośród tego wszystkiego oddychający przyspieszonym rytmem, obserwowani przez pasma zwyczajnej, obojętnej zimy.

Bombarda rozwaliła ścianę jak mugolski odłamkowy, Wingardium Leviosa usunęła gruz z szybu.

Harry wziął Katrinę za rękę, rozglądając się nerwowo po korytarzu i pomógł jej wślizgnąć się do środka.

— Zastanówcie się jeszcze. — Katrina płakała, a Harry'emu, patrzącemu bezradnie na jej poczerwieniałą twarz, pękało serce. — Zastanówcie się, może uda nam się uciec razem, może to nie jest rozwiązanie, może...

— Właź, nie gadaj! — syknął Draco, zerkając z zatrwożoną miną w górę korytarza. — No, właź, Katrina, właź!

Harry oddychał tak szybko, jakby cyrkulację powietrza między jego płucami a otoczeniem napędzały jakieś magomedyczne zaklęcia. Nie puszczając jej żeber z mocnego uścisku, wsunął ją głębiej w szyb. Jej palce wbiły się w jego ramiona jak pazury jakiejś dzikiej bestii. Piekące ciało Harry'ego zaskowyczało, ale on tylko zacisnął palce, patrząc rozpaczliwie w jej twarz, jakby samym spojrzeniem błagał ją o wykonanie prośby.

— Ale spotkamy się na dole, tak? — Jej głos zaczął się łamać.

— Złaź na dół, kurwa, Katrina! — przecisnął przez zaciśnięte gardło Harry; brzmiał zgoła abstrakcyjnie - to te jego słowa, piekły aparat mowy jak kwas. Jego serce łomotało, jakby chciało uciec z jego piersi.

— Nie odpowiedziałeś. — Ona już nie płakała, ona rozpływała się we łzach, jakby była topiącym się przy pierwszych ociepleniach, śnieżnym bałwanem.

Złaź! — rozkazał zduszonym głosem.

— Nie zejdę, jeśli mnie nie pocałujesz — załkała; Harry spojrzał na nią z zaciśniętym sercem - jej ciało drżało jak przemarznięty wróbel na grzędzie.

— Nie ma czasu, Katrina, właź do tego szybu, bo...

Nie zejdę, jeśli mnie nie pocałujesz!

Harry warknął, czując, jak żyjąca w jego piersi bestia wbija w niego pazury, rozrywając go od środka. Zacisnął palce na ramieniu Katriny i na jej brązowych włosach (kasztanowe pasma zaplątały się wokół jego palców jak nici) i pochylił się, zatapiając usta w jej ustach, gryząc wściekle jej wargi, popychając ją mocnej w głąb szybu, nurkując w nim głową jak struś chowający się w piach, nurkując w nim szyją, ramionami. Składał gryzące, piekące pocałunki na jej ustach, a ona pozwalała się napastować, pozwalała wpychać się w wentylację grawitacyjną, jakby była materiałowym manekinem, coraz głębiej i głębiej, i głębiej.

Kiedy się od niej oderwał, była już zanurzona w szybie jak topielica w jeziorze i oddychała ciężko, jakby nie mogła złapać powietrza; spojrzał na jej twarz - czerwoną od słonych łez kapiących jej na policzki i na brodę - na jej usta - opuchnięte, pogryzione, zaczerwienione jak dojrzałe truskawki.

— Uciekaj stąd, skarbie — wydyszał Harry (brakowało mu tchu). On także oddychał w przyspieszonym tempie, jakby ich oddechy napędzane były tym samym mechanizmem, jakby dzielili te same płuca - zmyślne narzędzia ssąco-tłoczące. To te czarne oczy - doprowadzały go do obłędu. — Deportuj się do Hogwartu. Uciekaj.


-VVV-


Wszystkie przeciwności, z jakimi się mierzysz, są możliwe do przebrnięcia przez nie — wmawiał sobie Harry, kiedy kluczyli korytarzami jak dwa, czarne ptaki. — Uwierz w to, jeśli w to uwierzysz, nie stłamsi cię byle strach, nie pokona cię nawet największe cierpienie. Spróbuj przechytrzyć los — pomyślał, kiedy wybiegli za róg ciemnego korytarza, a na końcu zamajaczył zakręt przy zewnętrznej ścianie budynku wyposażonej w szerokie okno. — Spróbuj przechytrzyć polującego węża.

Powietrze było ciężkie - nie wiedział, czy to jedynie jego wrażenie, czy rzeczywiście ciąży ono w skroniach, przyczepia się do umysłu i zalega w nim jak pajęczyna, czy to tylko złudzenie, wrażenie na skutek zdwojonej dawki adrenaliny kotłującej się w jego żyłach, uderzającej do głowy jak wytrawne wino.

W jego głowie szumiało jak po alkoholu, serce obijało się o jego pierś i Harry myślał, że z pewnością muszą mu zostać po tym siniaki - niczym po dłoni Snape'a - z pewnością musi mu pozostać jakiś ślad po tak burzliwym pulsowaniu jego oszalałego serca.

Musieli się stąd ulotnić - jak dym wyciekający z komina - musieli stąd zniknąć, jeśli nie zamierzali zaniechać w swoim działaniu antymugolskim, jeżeli chcieli wciąż walczyć o ten świat, który nie miał dla nich litości.

— Idź przez okno — powiedział, oddychając ciężko Harry, popychając mocniej Dracona w głąb korytarza, jakby zachęcał dziecko pierwszy raz przekraczające progi przedszkola — ja pójdę przez drzwi tarasowe.

Draco przyhamował i spojrzał w jego twarz w taki sposób, w jaki patrzy się na pomyleńca kiwającego się na piętach w domu dla obłąkanych.

— Co ty, odbiło ci? — wysapał, kręcąc głową, jakby odganiał się od roju wściekłych os. — Zwariowałeś?

— Idź, na litość Morgany, osobno mamy większe szanse na wydostanie się stąd, niż mielibyśmy we dwoje — warknął Harry, mając wrażenie, że kręci mu się w głowie, że ściany wirują wokół niego jak po eliksirze psychotropowym, napierając ponaglająco dłońmi na bark wrośniętego w ziemię jak korzenie stuletniego drzewa Dracona, czując się, jakby próbował przestawić z miejsca na miejsce ogromny, kamienny posąg. Szare, rozszerzone jak po ciężkim przeżyciu oczy patrzyły na niego z czymś tak czystym i tak bojaźliwym, że chłodny dreszcz przemknął po karku Harry'ego jak kolonia mrówek. — Draco, proszę cię. — Chyba zaraz oszaleje, a ból buchający z jego ciała pomaluje świat na czerwono. — Proszę.

Draco pokręcił głową: najpierw raz, powoli, potem drugi i trzeci, kręcąc nią coraz szybciej i szybciej, jakby zaczynał panikować, jakby Harry zaproponował mu, aby skoczył na główkę do wrzącej magmy ze szczytu wulkanu.

— Nie — wyrzucił na wydechu Draco — absolutnie nie.

Harry miał ochotę załkać głośno i chwycić się za szyję - tonął w powietrzu, jakby ktoś nasycił go bezwonnym, toksycznym tlenkiem węgla.

— Draco, Snape się nie rozdwoi, cholera, no nie rozdwoi się, nie rozdwoi, a chociaż jednemu z nas może udać się...

— Harry — przerwał mu Draco, patrząc na niego, jakby za moment miał się rozlecieć jak lustro ugodzone kamieniem - w drobny mak, w ostre, pylaste okruchy wbijające się w palce jak różane kolce — jesteś ranny, jesteś osłabiony, jesteś cały zmaltretowany i mówisz mi...

— Uwierz mi — przerwał mu Harry, chwytając go za ramiona i spoglądając w szare oczy — bywałem już w znacznie gorszym stanie, a udawało mi się wybrnąć z większych opresji, niż ta. Uwierz mi — prosił, zaklinał, błagał, biegając wzrokiem pomiędzy jednym okiem Draco a drugim.

Draco odetchnął - powietrze chwiało się w jego gardle jak dziecko na huśtawce - i oblizując w te i nazad wargi w nerwowym tiku, skinął głową.

— Tylko, Harry...

— Wiem — zapewnił zielonooki (dłonie ściskające ramiona szarookiego trzęsły się jak w malignie) — będę uważał. — Puścił Dracona i skręcił za róg korytarza, myśląc, że to się może udać, może się udać, że Snape jest sam, jeden, że Lucjusz Malfoy tonie w kałuży własnej krwi (o ile Snape jeszcze nie zasklepił jego ran), że Katrina jest uparta, a Draco wytrzymały, że on sam jest przebiegły i nawet jeżeli jego ciało błagało o wytchnienie, umysł wił się i skowyczał, a rany na ciele piekły jak gangrena, nie zatrzymywał się.

Zbiegł schodami w dół (stopnie falowały mu przed oczami jak morze uderzające o piaszczysty brzeg), rozejrzał się po przykrytej drżącymi cieniami posiadłości (jakaś okiennica zaskrzypiała gdzieś w odrębnej części domu, przyprawiając go o palpitacje serca), przyłożył palce do rany za uchem, wycierając niezaschłą jeszcze krew wierzchem dłoni i rzucił się jak głodujący na chleb w stronę tarasowego wyjścia.

Snape wyglądał na niepocieszonego. Marszczył nos, w luźno leżącej na kolanach dłoni trzymając leniwie różdżkę i patrzył najpierw na niego, potem na powietrze wokół niego, jakby Harry'ego otaczała jakaś niewidoczna na pierwszy rzut oka chmara zwolenników, jakby ktoś chował się obok niego pod Zaklęciem Kameleona, potem ponownie ogniskując wzrok na jego twarzy, jakby przeszywał go promieniami rentgena. Siedział wygodnie w salonowym fotelu i Harry przeklinał swoje głupie reakcje organizmu, kiedy na jego widok wyhamował i przystanął, jakby go sparaliżowało, stojąc tak i oddychając głęboko, czując jak powoli, niespiesznie - jakby kiełkowało od zarodka - rozdrażnienie zaczęło zalewać jego żyły, kości, mięśnie jak żrący kwas - zostawiając po sobie dymiącą, skwierczącą dziurę pełną furii.

Zielonooki poczuł smak gniewu na języku; żądza krwi zapłonęła mu w oczach jak pochodnia.

Różdżka Harry'ego przecięła powietrze, klątwa wybuchła z jej końca i przecięła pomieszczenie jak torpeda; i została zablokowana niemalże leniwym skinieniem palców Snape'a.

— Gdzie Katrina? — zapytał czarnooki czarodziej, wciąż taksując wzrokiem powietrze wokół Harry'ego, jakby atak zielonookiego był nic niewartym zrywem, jakby Harry był niesfornym tygryskiem, starającym się pogryźć dorosłego, zdrowego i silnego tygrysa.

Harry miał ochotę zwymiotować - czuł się tak, jakby ktoś godzinami kopał go po żołądku, ale kiedy kolejna klątwa uciekła z końca jego różdżki, nawet się nie skrzywił, nawet nie zawahał.

I ta także, jakżeby inaczej, została przez Snape'a zablokowana niemal bez zbędnego wysiłku.

Pewnie myślisz, że jestem na straconej pozycji — pomyślał Harry — ale nie znasz mnie aż tak dobrze, jak ci się wydaje, nie znasz ognia, który płonie teraz w moich żyłach, nie znasz mojego pragnienia zemsty, roztapiającego się na języku jak czekolada.

— Czyżbyś zgubił Dracona, Harry? — Snape wciąż rozglądał się wokół, jakby się spodziewał, że jego córka wyskoczy za moment zza pleców Harry'ego, ściągając starą, zasłużoną Pelerynę Niewidkę ze swoich chudych, piętnastoletnich ramion, jakby się spodziewał, że dziedzic Malfoyów wysunie się zza mebli, obnażając zęby jak dzikie zwierzę.

Snape - który brał udział w dwóch, czarodziejskich wojnach, który był po obu walczących stronach, który był urodzonym wojownikiem - przewyższał go w zdolnościach w bezpośredniej konfrontacji o głowę, ale Harry był zdeterminowany, aby przedostać się obok niego, aby stąd wyjść i nie wracać do tej przemyślnej pułapki, do tej wężowej jamy już nigdy w życiu.

Harry skoczył w jego stronę; powietrze jęknęło, kiedy jego różdżka przedarła się poprzez nie z siłą szalejącego ognia, ale nadgarstek Snape'a ledwo drgnął, kiedy ten blokował jego zaklęcie jak nic niewarte uderzenie z pięści niewprawnego laika.

Snape podniósł się z miejsca (czy to nie jest przypadkiem różdżka Lucjusza? — przemknęło Harry'emu przez myśl, kiedy gładkie drewno mignęło przez moment w świetle kandelabrów) i zlustrował go uważnym, przeszywającym wzrokiem.

— Chyba nie zbiegłeś tu sam? — zapytał gładkim głosem Snape, obracając różdżkę w palcach.

Nawet nie zamierzał wdawać się z nim w żadne dyskusje.

Starając się poruszać bezszelestnie jak kobra, zamachnął błyskawicznym ruchem w kierunku stojącej na kominkowym gzymsie szkatułki wypełnionej do połowy proszkiem Fiuu i schwyciwszy ją mocno zaklęciem, cisnął nią przez pokój, celując w głowę Snape'a jak w tarczę do lotek. Szkatułka otworzyła się w locie, a proszek rozpylił po pokoju jak gaz; Harry kichnął, gdy ten wdarł mu się do nosa, drażniąc (i tak już umęczone) drogi oddechowe. Szklane pudełko niedługo później roztrzaskało się z łoskotem o ścianę, odepchnięte szybkim zaklęciem Snape'a jak uderzona z całych sił, bejsbolowa piłka. Szklane odłamki posypały się po ziemi niczym lodowy grad.

— Potter, nie walcz ze... — zdołał powiedzieć Snape, ale Harry - dysząc i plując wokół siebie jak alpaka - wypowiedział już w myślach kolejną klątwę (rana w jego boku chyba się otworzyła, bo coś zapiekło go przy tym ruchu, jakby przypalano mu żywą skórę rozpalonym żelazem; skrzywił się, ale nie opuścił różdżki i nie oznajmił własnej kapitulacji). Czarnooki czarodziej uchylił się ze zgrabnością flaminga; czerwony rozbłysk światła wyminął go o centymetry.

Kolejne zaklęcie Snape'a cisnęło nim przez pokój, zanim zdążył pomyśleć: „obrona" i Harry zderzył się z impetem z kominkową ścianą, zaczynając widzieć mroczki przed oczami. Jak przez mgłę zarejestrował, że Snape wstał ze swojego miejsca i idzie w jego stronę z niezbyt przyjaznym grymasem wieńczącym jego wargi. Zimno biegało w górę i w dół jego kręgosłupa jak ciarki; miał absurdalne wrażenie, że drętwieją mu stopy i łydki, i uda. Niewiele myśląc, zamachnął się różdżką w kierunku wysokiego stropu i odczepił wielki, kształtny, ozdobny żyrandol od sufitu jednym, sprawnym zaklęciem.

Snape oderwał od niego oczy, uniósł pospiesznie ramię, jakby zasłaniał się przed rażącymi oczy promieniami słońca i - zaciągając się ze świstem powietrzem - wycelował różdżką w lecącą mu na głowę - z wysokim odgłosem przecinanego powietrza - masywną, rozłożystą lampę.

Harry miał wrażenie, że wszystko, co stało się później, wydarzyło się jak na zwolnionej klatce w mugolskim filmie. Lampa zaczęła wyhamowywać, Harry rzucił się w stronę tarasowych drzwi, przeklinając głośno i wyzywając samego siebie od najprawdziwszych idiotów i niezdarnych bęcwałów, gdy potknął się przy tym o dywan i zataczając się, padł z impetem na porzucone, samotne krzesło stojące mu na drodze. Zderzył się jego oparciem (rana w boku zapiekła jak przypalana ogniem), przewracając i siebie, i krzesło, przelatując z hukiem na drugą jego stronę i zderzając się boleśnie z podłogą, w tym samym czasie, kiedy magia Snape'a zawrzała w powietrzu jak kociołek pełen bulgoczącej mikstury i rozszarpała spadający żyrandol, a ten rozbił się w tysiące drobnych, ostrych jak brzytwa fragmentów i posypał się na ściany, zdzierając z nich gips, spadł na podłogę jak śnieg, poharatał dłonie Harry'ego jak ostrza sztyletów. Przewracające się krzesło przydzwoniło mu w prawą nogę tak mocno, jakby ktoś rąbnął go metalowym prętem, ale jego zatrwożony umysł był zbytnio przerażony wizją wbijających mu się w ciało, reszek żyrandolu, żeby się tym bardzo przejąć. Harry skulił się na podłodze, przyciskając kolana do piersi i wciskając twarz we własną szatę i krzyknął: „Protego", a jego głos był przytłumiony i słaby, jakby to nie on wypowiedział te słowa, jakby dochodziły do niego z oddali, jak wątłe echo jakichś dalekich słów. Mimo jawnej słabości klejącej się do niego jak guma do żucia czuł, jak tarcza oblepia go jak kokonem, a drobinki rozbitego na miazgę żyrandolu spływają po niej jak piach; oddychał głęboko, zaczynając czołgać się w stronę tarasowych drzwi, na oślep posyłając w stronę Snape'a jakieś paskudne, ciężkie jak kłoda zaklęcie, nie spoglądając nawet, czy trafia ono do celu. Srebrna mgiełka Protego pulsowała wokół niego niczym żywe stworzenie, które wyciąga mokry język i szturcha nim jego kark i policzki. Jego twarz musiała przypominać kopalnię rozemocjonowania, czuł jak paniczny lęk i ślepa bolączka, i szał wściekłości, i nieopisana gorycz wylewają się przez każdy por jego skóry, jak mięśnie szarpią się w jego ciele, gdy z trudem czołga się niczym wąż błotny do tarasowych drzwi i nie próbując nawet wstać, nie chcąc stać się łatwym celem, roztrzaskuje szybę jednym, nieco zbyt wściekle jarzącym się żywą czerwienią, zaklęciem. Osłonił ramieniem oczy, ruchem nadgarstka posyłając popękane szkło w kierunku Snape'a; usłyszał jego rozjuszone warknięcie i poczuł zawirowanie magii w powietrzu. Drobinki szkła wyparowały z sykiem, jakby były jedynie przejrzystą taflą lodu. Jakieś zaklęcie ugodziło w jego otoczone mrugającą przeźroczystym blaskiem, tańczącą mu na skórze tarczę i odbiło się od niej z takim odgłosem, jak odbijający się od twardej, metalowej powierzchni pocisk z mugolskiej broni palnej.

Zakrwawione jak brudna szmata ciało Lucjusza Malfoya mignęło Harry'emu pod powiekami jak powidoki i przez moment wyobrażał sobie, że to nie Lucjusza porzucił wykrwawiającego się na korytarzu, że to blade jak wosk ciało Snape'a zostało na wieki pogrzebane pośród tych ścian, że to jego krew zbrukała tynkowane ściany i porządne, twarde podłogi, że to w jego piersi zionie dziura jak w środku galaktyki.

Splunął na podłogę, pozbywając się okropnego, gorzkiego posmaku z ust i przeturlał się bliżej tarasowych drzwi, gestem różdżki przestawiając salonowy fotel, aby przysłonił Snape'owi jego czołgające się po podłodze jak żmija ciało. Nie musiał widzieć, żeby wiedzieć, że moment później fotel będący jego materialną tarczą stanął w płomieniach (lodowaty dreszcz przesunął się po jego karku, kiedy parzący podmuch spieczonego powietrza uderzył go w twarz).

— Chcesz mnie zabić, Snape? — chciał krzyknąć, ale z jego ust wyrwał się jedynie nieartykułowany wrzask i idący z nim w parze kaszel, kiedy piekący jak lawa dym wdarł mu się do płuc.

Niezdarnie wygramolił się przez dziurę w przeszklonych drzwiach wiodących na taras, wiedząc, że ostre odłamki kaleczą mu dłonie i brzuch, i uda, że rozrywają z sykiem jego czarną, i tak już mocno poszarpaną szatę, starając się łapać hausty zimowego powietrza. Jego oczy łzawiły jak głupie, gorące, słone krople spływały mu po policzkach, jakby były zaklęciem tnącym, jakby pozostawiały na jego skórze przeciągłe, krwawiące, milimetrowe rany - co było absurdalne, oczywiście.

I nagle czyjeś ręce chwyciły go za ramiona i pociągnęły do góry (Harry wrzasnął, jakby posadzono go na średniowiecznej machinie tortur) i zielonooki pomyślał, że to koniec, że jeśli to Lucjusz, to lada moment zostanie ugodzony pięścią w skroń bądź kolanem w brzuch bądź w biodro i zaciągnięty na kolanach przed wściekłego, rozjuszonego, szarpiącego się jak dziki koń na uwięzi Snape'a, ale te ramiona były dziwnie znajome i kiedy go objęły i pomogły mu podnieść się z ziemi, i pociągnęły nie w stronę roztrzaskanego okna tarasowego, a ku odgradzającej teren bramie, Harry przestał obserwować rozbieganym wzrokiem czerwony ślad, który zostawiał za sobą na białej połaci śniegu, a zataczając się, podtrzymywany przez czyjeś silne ramię, mrugając ze wzmożoną częstotliwością, zerknął w twarz prowadzącego go chwiejnie człowieka.

W następnej chwili zachłysnął się powietrzem.

— Co ty tu, do cholery jasnej, jeszcze robisz? — ryknął, a raczej miał zamiar ryknąć, ale jego głos był tak zachrypnięty, że przez jego gardło wydostało się ledwie rzężenie.

— Zamknij się — warknął Draco i rzucił zaklęcie spowalniające w stronę roztrzaskanych jak po kontakcie ze spadającym w czasie wichury drzewem drzwi tarasowych.

— Co ty tu...? — chciał powtórzyć Harry, ale jego słowa przeszły w zduszony jęk, kiedy jego biodro tak silnie dało mu się we znaki, że nogi się pod nim ugięły, jakby momentalnie utracił w nich czucie.

Śnieg wsypywał mu się do butów, jego płatki tańczyły wokół jego głowy, zlepiając mu włosy, zmywając krew klejącą się do jego ciała, kojąc rozgrzane, spocone dłonie, w których jego różdżka drżała jak nadszarpnięta struna magicznie zaczarowanej harfy.

— A jak myślisz, durniu? — warknął gdzieś koło jego ucha Draco. — Ratuję twój złoty tyłek.

Ramiona Dracona oplotły się mocno wokół jego zmaltretowanego, poszarpanego jak po spotkaniu z dzikim, niebezpiecznym drapieżnikiem ciała i obróciły nimi jak za mrugnięciem powieką.

Harry poczuł znajome szarpnięcie w okolicach pępka, a świat spowiła chmura ciemności, spadająca mu na głowę niczym wytchnienie.


-VVV-


Padli na lodowatą połać śniegu, przetaczając się przez nią jak dwie, turlające się, pękate beczki z winem. Harry wypluł grudkę zamarzniętego lodu z ust i przewrócił się na plecy. Biały puch kleił się do jego rzęs i palców, zostawał pod paznokciami jak DNA po rozdrapaniu czyjejś twarzy, wpadał mu pomiędzy rozchylone wargi jak krople wody na suchej pustyni. Oddychał ciężko, wydmuchując z ust kredowobiałe kosmyki włosów Draco, lejące się na jego twarz i wpadające mu do oczu.

Czuł dłonie Dracona zaciskające się z żelazną siłą na jego przedramionach, jego falującą tuż obok klatkę piersiową, unoszącą się i opadającą, unoszącą się i opadającą i cały czas, od nowa, w kółko, czemu towarzyszyły spazmatycznie łapane wdechy.

— Ha-Harry — jęknął Draco i uniósł się drżąco na ramionach - jego ręce dygotały, jakby utrzymanie ciężaru jego własnego ciała było dla nich niebotycznym wysiłkiem. Szare oczy - zalane trwogą tak wielką, że niemal materialną - wszczepiły się w jego własne — n-nie ruszaj się stąd, zawołam Pansy i zaraz... zaraz...

— Nie umieram, na litość boską — sarknął Harry, choć teraz, kiedy fala za falą zaczęło wylewać się z niego napięcie, szarpiący ból pod żebrami stał się niemal nie do zniesienia.

— Jesteś blady jak pergamin — zaśmiał się nerwowo Draco i Harry poczuł się dziwnie - tak mało było w tym śmiechu jego zwykłego, szyderczego rozbawienia.

Starał się uspokoić oddech, wyrównać płynność zaczerpywanych wdechów, ale nie kontrolował tego. Otaczająca go biel zaczęła wirować mu przed oczami jak tańczące na powiewach wiatru ptaki.

— Gdzie... Katrina? — wydyszał Harry, zarzucając ramię na palące gorącem czoło; biel śniegu wokół niego zaczęła nasiąkać czerwienią - to rana na jego boku, ta gwałtowna, szybka teleportacja musiała otworzyć ją niczym metalowe szczypce.

— Nie... nie widzę... — odezwał się drżącym głosem Draco, unosząc głowę i rozglądając się nerwowo; Harry czuł gorące łzy spadające mu wzdłuż policzków, choć nie potrafił sobie przypomnieć, kiedy sobie na nie pozwolił. — Może poszła po kogoś, może...

Wrota zamku trzasnęły (stado wron, kracząc głośno, wzbiło się w powietrze i odleciało w kierunku jeziora), Harry przewrócił na bok głowę, żeby zobaczyć trzy młode kobiety, biegnące w ich stronę, jakby niosły je niewidzialne skrzydła.

Jedną z nich była Katrina (gwałtowna ulga zalała jego ciało i Harry poczuł, jak powoli zaczyna osuwać się w niebyt) - jej kasztanowe włosy rozwiewał chłodny wiatr, a refleksy słońca tańczyły na jej brzoskwiniowej twarzy.

Fala dreszczy mająca swój początek w niewprawnie zaleczonej ranie na boku przemknęła przez jego ciało jak silne wiry wiatru przesuwające się po skórze. Harry wzdrygnął się i przyciskając palce do rwącej pulsującym bólem skóry, zwinął się w kłębek na lodowatym śniegu. Oddychał głęboko, widząc ciemne plamy krwi ulatujące z jego ran, mieszające się z żółtawą ropą, wsiąkające w podłoże jak w gąbkę.

Jesteśmy bezpieczni — pomyślał, czując dziwny spokój, kiedy obraz Luny, poruszającej się przy pomocy jakiegoś zaklęcia rehabilitacyjnego, Pansy i Katriny zbliżających się do nich z szybkością wiatru pomykającego przez jezioro rozmył mu się na źrenicach. — Wróciliśmy do domu.