.

Rozdział 51

Kiedy trzeba, na śmierć idą po kolei

.

Ludzie są po to, żeby żyć i tańczyć

Ludzie są po to, żeby mogli walczyć

Ludzie są i nie będą nigdy lepsi

Ludzie są. Nie będą nigdy lepsi*

.

Pansy Parkinson była fantastyczną magomedyczką, ale trochę potrwało, zanim samą siebie pozwoliła przekonać, że za mój stan odpowiedzialny był jej były opiekun domu. Jej zacięty umysł nie dopuszczał do niej tej koszmarnej myśli, a ja patrzyłem na nią - na jej napięte barki, na jej zmarszczone czoło, na pospiesznie zawiązywany jej palcami opatrunek, jakby nie była gotowa przyjrzeć się głębokiej ranie rozlewającej się pod moimi żebrami dokładniej - i widziałem jej walkę, którą toczy z samą sobą, jakby własnemu wspomnieniu twarzy starała się przypisać konkretną mimikę, jakby własnemu wspomnieniu człowieka starała się nadać określone działania, a czyny te za nic nie chciały wpasować się w jej wyobrażenia.

Tymczasem dane mi było zaznajomić się z kobiecą, upartą dumą, której na imię było Rosalie. Nie zdążyliśmy nawet dobrze zanurzyć się w zamkowych korytarzach, gdy niczym płaszczka prężąca swój jadowy kolec podpłynęła do nas elegancka kobieta o długich jak żyrafa nogach i twarzy bladej jak tarcza księżyca. Zamach to ona miała potężny. Napędzany rozczarowaniem.


-VVV-


Nie widział go od ponad roku, kiedy zastąpił mu drogę na drodze do Skrzydła Szpitalnego, z elegancką kobietą u boku, prowadzącą się jak dama. Wyprostowana i dumna przywodziła Harry'emu na myśl arystokratkę z lat trzydziestych dwudziestego wieku. Nylonowe rajstopy mrugały zza rozszerzanej u dołu spódnicy sięgającej niewiele za łydki, ściśle dopasowanej w talii, zza jej wysokiego stanu wyglądała elegancka bluzka barwy pudrowego różu. Kobieta odrzuciła niedbałym ruchem dłoni zmyślne loki spadające falami na aksamitną, beżową pelerynę. Przewiązany kreatywnie wokół talii, rzucający się w oczy zza szerokiej peleryny, cienki pasek podkreślał jej figurę modelki. Etola z jasnobrązowego futra opinała jej szyję, układając się pod nią z niedbałą elegancją - jakby ubrać się w ten sposób to dla tej kobiety jak splunąć.

Idący obok niej mężczyzna owinął się szczelniej szerokim w ramionach, grafitowym płaszczem, zdjął z rąk skórzane rękawiczki, przełożył złożony, wysoki parasol z fantazyjnym kształtem rączki pod drugie ramię i skinął w pozdrowieniu głową, jakby wymieniał uprzejmości z przez przypadek spotkanym na ulicy znajomym z pracy, z którym nie łączy go żadna większa zażyłość.

Mężczyzna wyjął z kieszeni metalową papierośnicę i wyciągnął z niej czarnego Djaruma, schował papierośnicę do innej kieszeni, niż ta, z której ją wyjął i przystawił do papierosa metalową zapalniczkę benzynową, otwierając wieko jednym, wprawnym ruchem kciuka.

— Char... — zdołał wysapać z zaskoczeniem Harry, zanim niespodziewany cios niedużą pięścią rozgruchotał mu nos.

Długie loki, od których czuć było nietypowy, owocowy zapach lakieru, smagnęły otumanionego zielonookiego czarodzieja po twarzy, kiedy wysoka kobieta odwracała się od niego z impetem, rozmasowując zaczerwienione knykcie, wymieniając spojrzenia z rudowłosym mężczyzną, który zatrzymał się kilka stóp za nią.

— Poznaj Rosalie — odezwał się sztywnym głosem brat Rona i zaciągnął się papierosem, przyglądając się obojętnie buchającej z nosa Harry'ego rzece gorącej krwi.

Harry zadławił się ciepłą, metaliczną posoką i zaczął obficie spluwać czerwienią, barwiąc podłoże jak nowo otwartą farbą do ścian.

Milcząca do tej pory Katrina ożywiła się, jakby miała w sobie jakieś nadzwyczajne pokrętło sterujące jej poziomem rozdrażnienia.

— Zwariowałaś, na Merlina! — huknęła, stając pomiędzy Rosalie a Harrym, zgrzytając wściekle zębami, jakby gotowa była wydrapać jej oczy. — Pierniczona damulka, sądzisz, że jesteś panią świata i wszystko ci wolno?

Rosalie zwróciła głowę ku Katrinie, spoglądając na nią tak, jak patrzy się na psa jęczącego o wypuszczenie go na podwórze przed domem.

Harry potarł palcami pogruchotany nos, czując się tak wypranym z emocji, jakby jakiś wprawny Legilimenta zrobił mu płukankę umysłu.

— Ślepa jesteś? — warczała nadal Katrina, przeszywając wysoką kobietę spojrzeniem godnym rozdrażnionej żmii. — Nie widzisz, idiotko, że on słania się na nogach? Leżącego będziesz dobijać, głupia krowo? Leżącego?

Harry mruknął bezskładnie pod nosem coś, co nawet nie ułożyło się w logicznie sensowne słowa i oparł się niemal całym ciężarem ciała na ramieniu Draco, marząc o gorącej wannie i latających mu przy głowie, załamujących światło bańkach mydlanych.

Rosalie dopiero teraz przyjrzała mu się uważniej i skrzywiła się, jakby zobaczyła trędowatego. Otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale w tym samym momencie Pansy Parkinson fuknęła jak wściekła kotka i biorąc Harry'ego pod drugie ramię, rzuciła Charliemu pełne oburzenia spojrzenie - jakby to on zawinił całej sytuacji.

— Nie będziecie mi pacjenta zatrzymywać — odezwała się wyniośle, unosząc wysoko głowę, z pomocą Dracona prowadząc Harry'ego w stronę ambulatorium — ani doprawiać jego kiepskiego stanu. Jak zamierzacie się pokąsać jak dzikie koty, z łaski swojej, zróbcie to, jak pozlepiam go w całość. — Jej fachowy wzrok prześlizgnął się po ciele poturbowanego Harry'ego i spoczął na jego poszarpanej szacie, zza której wystawała zakrwawiona skóra z zaleczoną przez Dracona raną, która częściowo otworzyła się na załatanych jak kawałek poliestrowego materiału krawędziach, sącząc się gęstą, niemożliwie cuchnącą, brudnożółtą ropą. — Matko, kto ci to zasklepiał? — przeraziła się nie na żarty Pansy, wytrzeszczając ze zgrozą oczy. — Gnom ogrodowy?

Harry westchnął, czując, że coraz trudniej mu zagnieżdżać ciężar ciała to w jednej, to w drugiej nodze.

— Coś w ten deseń — mruknął pod nosem; w odpowiedzi na jego słowa Draco prychnął szyderczo, ale nie skomentował opinii szkolnej pielęgniarki o jego zdolnościach uzdrowicielskich.

Pansy zwróciła głowę ku Harry'emu, marszcząc się jak mastif.

— Będę musiała ci to całkowicie rozciąć i zaleczyć od podstaw — powiedziała twardym tonem, ale jej brwi zjechały się w wyrazie niepokoju. — Mogłabym spróbować kuracji na tej brzydkiej bliźnie, ale potrwa to jakieś pięć razy dłużej. Jeżeli ci tę ranę otworzymy, obmycie tego, pozbycie się stanu zapalnego i ponowne zasklepienie, to będzie chwila. Ostrzegam tylko, że zaboli jak cholera.

Harry machnął niedbale ręką.

— Rób, co uważasz za stosowne — westchnął z rezygnacją — oddaję się w twoje fachowe ręce.

Podążająca krok za nimi Katrina zrównała się z prowadzącym Harry'ego Draconem i wychyliła się krzywo, by zerknąć zielonookiemu w twarz.

— Powinieneś jej oddać, wiesz? — powiedziała, trzęsąc się cała w nerwach. — Tej durnej lafiryndzie.

Draco zerknął na Harry'ego kątem oka, podczas gdy ten posłał Katrinie takie spojrzenie, jakby napotkał na swojej drodze przybysza z odległej planety.

— Nie podnosi się ręki na kobiety — odpowiedział Harry takim tonem, jakby oznajmiał: „zima w tym roku jest wyjątkowo mroźna, nie uważasz?".

— Zasłużyła! — fuknęła Katrina, wściekle tupiąc nogą. — Co ona sobie myślała, głupia zołza?

— Nie przeżywaj tak — dogryzł jej Draco, uśmiechając się z wrednym przekąsem samym kącikiem warg (Harry, czując, że opada z sił, przeniósł jeszcze więcej ciężaru ciała na jego ramiona).

— Nie przeżywaj? — oburzyła się Katrina, wzdrygając się jak pudel odpędzający się od natrętnych much. — Nie przeżywaj? Sam przeżywasz, a mi każesz się nie przejmować?

Draco wzruszył ramionami, odrywając wzrok od napiętej, naznaczonej wściekłością i szerokimi pasmami niepokoju twarzy Katriny.

— Przynajmniej, na bogów, nie robię z tego powodu wrzawy — zauważył, krzywiąc się, jakby połknął cytrynę.

Piekący ból pod żebrami zaatakował Harry'ego jak wściekły szerszeń wwiercający w miękkie ciało swoje potężne żądło, a jego zduszony jęk przerwał bezcelową kłótnię zaprzątającą głowy Dracona i Katriny.

— Zaraz zaaplikuję ci eliksir przeciwbólowy — odezwała się cicho Pansy, ściskając go pokrzepiająco za ramię, jakby chciała powiedzieć: „wiem, że piecze jak cholera, ale to niebawem minie". — Wytrzymaj.


-VVV-


Harry warknął i wgryzł się w kołdrę, kiedy Pansy przystawiła mu do rozciętej zdezynfekowanym, ostrym jak kły bazyliszka skalpelem rany gazę nasączoną wodą utlenioną, a ta zaczęła się pienić jak fale uderzające o skaliste wybrzeże. Oczy zaszły mu łzami, rozmazując sterylne pomieszczenie Skrzydła Szpitalnego, jakby patrzył na nie poprzez kadzidłowe dymy. Rana zasyczała wściekle, a Harry, napinając mięśnie niczym gotowa do skoku kobra, zacisnął drżące jak w gorączce powieki, oddychając ciężko przez nos. Mroczki zatańczyły mu przed oczami jak Eurydyki i zapewne padłby na wpół omdlały na szpitalne łóżko, na którym siedział, spuszczając nogi na ziemię, gdyby Pansy w ostatniej chwili nie podsunęła mu soli trzeźwiących pod nos. Intensywny, ostry zapach amoniaku zwrócił mu świadomość jak niepohamowany cios dłonią w policzek. Rozluźnił zacisk szczęki na pościeli i drżąc jak osika, spojrzał rozbieganym wzrokiem na ściskającą się wokół jego łóżka czwórkę czarodziejów. Miał wrażenie, że ich sylwetki falują mu przed oczami jak wysokogórskie szczyty.

— Niech któreś z was powiadomi McGonagall — zarządziła Pansy, nie przestając krzątać się wokół Harry'ego. — Nie, Draco, ty zostań — rzuciła nieprzyjmującym sprzeciwu tonem, kiedy szarooki odsunął się od szpitalnej leżanki — ciebie też muszę obejrzeć. Zróbcie mi miejsce, na Merlina, i dajcie mu odetchnąć. — Zaczęła odganiać czwórkę gapiów chaotycznym wymachiwaniem ramion, wyglądając przy tym - ni przypiął, ni przyłatał - jak strach na wróble. — Hej, Luna, może ty odwiedzisz dyrektorkę? — zaproponowała, choć jej propozycja brzmiała zgoła jak polecenie. Jej ton najwidoczniej Luny nie zraził, bo ta, nawet bez kiwania na zgodę głową, odwróciła się w stronę wyjścia, przepchnęła pomiędzy Draco a Katriną, którzy rozstąpili się przed nią jak morze przed Mojżeszem i zniknęła Harry'emu z oczu jak duch wstępujący w zamkowe ściany.

Harry dałby wiele, żeby tę kurację mieć już za sobą.

— Nie rzucaj się — powiedziała cicho Pansy, pstrykając go po uchu palcami, jakby był kręcącym się nerwowo, kilkunastoletnim dzieciakiem, które nie pozwala sobie zmierzyć ciśnienia.

— Łatwo mówić, trudniej zrobić — wysyczał przez zęby Harry, przełykając ciężko i zabierając z jej dłoni fiolkę eliksiru przeciwbólowego. Wlał sobie do gardła gdzieś około pięćdziesięciu mililitrów wywaru, zanim Pansy nie wyrwała mu pękatego flakonu z dłoni i nie zdzieliła go własnym fartuchem po głowie.

— Durniu! — syknęła, kręcąc głową, odgarniając z czoła pełnym chaosu ruchem wpadające jej do oczu, brązowe kosmyki. — Chcesz sobie zniszczyć wątrobę?

— Moja wątroba — odparł niemrawo Harry, przełykając gorzki posmak leku — i tak jest już na wyczerpaniu.

— No to faktycznie, obciąż ją jeszcze bardziej — fuknęła Pansy, odchodząc od łóżka i zamykając fiolkę eliksiru za przeszkloną witryną stojącą w rogu infirmerii, pieczętując ją na dokładkę zaklęciem, jakby obawiała się, że bez tego Harry dorwie się do reszty mikstury tamującej ból i wyżłopie ją kot wylizujący filiżankę po mleku — i rozwal sobie przy okazji cały układ nerwowy. Idiota — skrytykowała go, grzebiąc w szufladzie pełnej opatrunków.

— A co ty tak się martwisz moim układem nerwowym, co? — zirytował się Harry, przewracając się na pościeli i leżąc na plecach, zaczął wpatrywać się otumanionym wzrokiem w biały sufit.

— Właśnie po to tu jestem — odparła Pansy, pochylając się nad Harrym i świecąc mu różdżką to w jedno, to w drugie oko, przytrzymując mu powieki palcami — żeby się przejmować stanem pacjentów. A teraz leż grzecznie i pozwól mi zerknąć na resztę tych obrażeń.

— Reszta nie jest istotna — chciał powiedzieć Harry, ale zrezygnował, bo nie miał siły się o to wykłócać.

Ciemne oczy Pansy przemknęły wzdłuż siniaków rozlewających się na jego twarzy, pełznących pod kołnierzyk, wyglądających zza postrzępionego materiału szaty.

— Zdejmuj tę szmatę — nakazała bez ceregieli, chwytając w pięść czarny materiał na jego piersi i potrząsając za niego, jakby z głębokich, obdartych rękawów miały wypaść monety.

Zanim jednak Harry, krzywiąc się jak po zjedzeniu cytryny, zdążył spełnić jej polecenie, drzwi do infirmerii zaskrzypiały głośno, a do środka, jak burzowe tornado, wpadła Minerwa McGonagall, wyglądając, jakby zamierzała komuś wydrapać oczy. Jej spojrzenie przeciągnęło się po obecnych w pomieszczeniu osobach i utkwiło w Harrym. Zielone oczy - migoczące jak oczy kota w ciemności - zlustrowały jego sylwetkę od stóp do głów, na jej pokrytej tłumnymi zmarszczkami twarzy coś zadrżało - jakieś chłodne zacięcie, surowe zdecydowanie.

Jeśli marny stan Harry'ego wybił ją z rytmu, nie dała mu tego odczuć.

— Miałam przyjemność, Potter, kontaktować się z Sophie Fisher odnośnie do mugolskich magazynów z bronią — oznajmiła, poprawiając swoją przekrzywioną tiarę i przeciągnęła wyłapującym defekty wzrokiem po ciele Harry'ego, jakby oceniała powagę każdej, kolejnej rany wyrytej w jego skórze jak tatuaż. — Mam nadzieję, że twoje obrażenia wnet się wyleczą, Potter — powiedziała, brzmiąc poważnie i nieco chłodno - zupełnie jak wówczas, gdy miał lat dwanaście i staranował wraz z Ronem Bijącą Wierzbę latającym samochodem pana Weasleya — bo wszystko wskazuje na to, że czeka nas akcja zabezpieczenia potężnej broni, która szczęśliwie, nie została jeszcze przeciw nam skierowana.

Surowa, budząca respekt i konsekwentna aż do bólu — pomyślał Harry, nie walcząc z zawadiackim uśmiechem samoistnie cisnącym mu się na usta — oraz nigdy niewahająca się przed jawnym wystąpieniem przeciwko zagrażającym im wrogom. — Patrząc w zielone oczy dyrektorki, wiedział, że obydwoje nie spoczną, póki w kwestii planujących ich rzeź mugoli, nie wygłoszą ostatniego słowa.


-VVV-


— Masz jeszcze kontakt z byłymi więźniami tamtego mugolskiego zakładu karnego? — zapytał Harry, siadając na zakurzonej, przykrytej pyłem podłodze koło opartej o ścianę Luny, która owinięta szczelnie zimową, ciężką peleryną, wypalała na szczycie Astronomicznej Wieży mentolowego papierosa.

Jej srebrne oczy omotały ze stoickim spokojem jego twarz, podczas kiedy tytoniowy dym uciekł jej spomiędzy zębów i owinął się wokół jej twarzy jak pajęczyna.

— Obowiązki wzywają, hmm? — zapytała, uśmiechając się krzywo, patrząc na niego spod długich rzęs, rzucających przeciągłe cienie na jej policzki.

Harry posłał jej przepraszający uśmiech i wzruszył lekko ramionami.

— Takie życie — odparł, wdychając dym, który Luna wypuściła właśnie przez nos.

Srebrne oczy oderwały się od jego twarzy i spojrzały gdzieś w dal.

— W tym jednym jestem w stanie ci pomóc — odezwała się cicho, przeczesując palcami swoje jasne włosy (były trochę dłuższe, niż je Harry zapamiętał, układające się w luźne fale spadające jej na dekolt i ramiona) — ale tym razem nie pójdę za tobą w bój, Harry.

Spuścił wzrok na posadzkę, obserwując trącane zimowym wiatrem, skupiska kurzu i papierosowego, białego jak kość popiołu, przesuwające się po podłodze, tańczące na blankach wieży, spadające w pustkę.

— Jestem tego świadomy — powiedział cicho, obawiając się, co ujrzy, kiedy spojrzy w jej jasną, pogodną twarz, bojąc się dostrzec zawód tlący się na jej źrenicach jak dym.

Luna przełożyła papierosa do drugiej dłoni i wyciągnęła ramię, obejmując wierzch dłoni Harry'ego swoją niewielką, bladą ręką.

— Byłam zła — przyznała (w jej głosie zatliło się rozbawienie) — nawet bardzo — pokiwała głową, schylając się nieznacznie, aby uchwycić spojrzenie Harry'ego (zielone oczy podniosły się na nią z niepewnością dziecka, które wyruszając w świat, nie zna jego ciężkiego, gorzkiego smaku) i uśmiechnęła się tak, jak zapewne uśmiechałyby się gwiazdy obsiewające szeroki kosmos, przyglądające się tysiącom planet krążącym wokół tysiąca słońc — ale już ci odpuściłam. Dobrze wiem, jak intensywnie potrafią pochłonąć cię wiry wojny. Wszystko jedno jakiej — zachichotała i zdjęła rękę z jego własnej, a Harry poczuł się tak, jakby niewidzialny ciężar, z którego obecności nawet nie zdawał sobie sprawy, spadł raptownie z jego ramion, odciążając przemęczony kark.

Odetchnął głęboko, zaciągając się zimowym, chłodnym powietrzem; mgiełka pary osiadła na jego okularach jak rosa.

— Koszmarny ze mnie przyjaciel — westchnął, kręcąc głową, spoglądając w stronę zamarzniętej powłoki jeziora, od której odbijało się zimowe słońce. — Zostawiłem cię samą w zamku, w którego ścianach mieszkają wspomnienia ubiegłej wojny i tragedii, która się z nią wiąże.

Luna prychnęła i pokręciła głową, przykładając do ust papierosowy filtr; żar tytoniu zasyczał cicho jak podpalony lont.

— Ty i siebie, Harry, zostawiłeś w tym zamku — powiedziała, nie żywiąc ku temu najmniejszych wątpliwości. — Możesz sobie latać po świecie, wiesz, możesz odkrywać nowe miejsca i tymczasowe zakwaterowania, ale na dobrą sprawę nigdy stąd nie odchodzisz. Gdziekolwiek nie pójdziesz, Hogwart już na zawsze zostanie twoim domem, Harry, i kiedy znikasz, nigdy tak naprawdę go nie opuszczasz.

— Bo moje głupie, uczuciowe serce jest na wieczność zamurowane w tych ścianach? — zapytał na wpół prześmiewczo, na wpół poważnie Harry, wskazując brodą na odrapane, kamienne mury zamkowej wieży.

Luna zerknęła we wskazanym kierunku, jakby dostrzegała w gołych ścianach coś niebywale fascynującego.

— Właśnie tak. — W jej słowach nie było drwiny.

Ugasiła papierosa o posadzkę i beztrosko cisnęła nim w kąt na stertę innych niedopałków; strzepnęła do dłoni ukrytą w rękawie różdżkę i rzuciła niewerbalnie zaklęcie wspomagające jej chodzenie, po czym podniosła się ostrożnie na nogi. Harry obserwował to, czując drażliwy ucisk w głębi gardła - na tyle mocny, że musiał odchrząknąć, aby się go pozbyć. Wstał, przytrzymując się jednej z blank wieży i spojrzał na Lunę, patrzącą tym swoim lekko sennym, zamglonym wzrokiem w stronę granicy Zakazanego Lasu.

— Czwórka — powiedziała dziarsko, odgarniając blade kosmyki z twarzy, które wiatr zażarcie wpychał jej w twarz — szóstka ewentualnie — dodała po namyśle.

— Słucham? — nie zrozumiał Harry, otrzepując szatę z klejących się do niej drobinek kurzu.

— Tyle osób mogłabym poprosić o pomoc w tej twojej akcji zabezpieczania mugolskich magazynów — sprostowała, wzruszając ramionami, jakby nie ofiarowywała właśnie Harry'emu dodatkowej siły militarnej dla jego działań. — Czwórka byłych więźniów: pan Green, pan Gillespie, pan Byrne i — zachichotała przed dodaniem do reszty ostatniego nazwiska — ten krętacz, oczywiście, Joe Martin. Tylko będziesz musiał pilnować swojej sakiewki z pieniędzmi.

Harry pokiwał głową, marszcząc brwi.

— A pozostała dwójka? — zapytał.

Luna zerknęła na niego z tajemnicą w oczach i puściła do niego perskie oko.

— A zgaduj — odezwała się z przekąsem, oblizując się jak łakomy wilk polarny.

Harry westchnął, starając się zrozumieć, kogo mogła mieć na myśli, ale nikt sensowny nie przychodził mu do głowy.

— Pojęcia nie mam — poddał się, rozkładając ręce.

Luna uśmiechnęła się szeroko, jej srebrne oczy zabłysły psotą, a potem wspomagając się zaklęciem, odeszła w kierunku kręconych schodów biegnących na dolne kondygnacje.

— Jak ty komu, tak on tobie, Harry — oznajmiła niejednoznacznie; jej blond włosy zafalowały i znikły mu z oczu, kiedy niczym duch zanurkowała w dół klatki schodowej; jej cichy, pogodny śmiech jeszcze długo brzęczał mu w uszach.


-VVV-


Luna ściągnęła wówczas ku mnie nie dwie, a cztery osoby, których w życiu bym się nie spodziewał, w życiu bym nie podejrzewał, że odpowiedzą się za mną w walce, ściągnęła ku mnie kogoś, o kim nawet bym nie pomyślał, gotując się do bitwy, dając mi pomoc, której potrzebowałem. Wciąż byliśmy mniejszością - z byłymi aurorami, czy bez nich, z pomocą Luny, czy bez niej, z ludźmi „od Antoniusza" (a raczej z tym, co z nich pozostało), czy też bez ich udziału - ciągle w kontraście z mugolami, traciliśmy na liczebności. To, co napędzało nas do działania, to determinacja oraz świadomość, że musimy w końcu coś zmienić, świadomość, że jesteśmy na prostej drodze do sukcesu bądź do kolosalnej porażki, ale byliśmy gotowi zmierzyć się z przeciwnościami, wierząc, że droga przez te liczne kłody rzucane nam pod nogi zaprowadzi nas do spokoju, dowiedzie nas do wyzwolenia.


-VVV-


— Mówię ci, że jesteś zbyt osłabiony, to ty się jeszcze ze mną spierasz, durniu, idioto! — warczał Draco, kiedy Harry zmierzał do dyrektorskiego gabinetu, obwieścić McGonagall, że muszą obudzić z letargu swoje sprzymierza i ściągnąć pomocnych ludzi do Hogwartu.

Wiszące na ścianach portrety odwracały ku nim głowy, komentując z rozdrażnieniem między sobą tak głośne zachowywanie się na korytarzach, ale ani Harry, ani Draco nie zawracali sobie nimi głowy.

— Dramatyzujesz — odparł niedbale, wspinając się po krętych schodach, wbijając wzrok w kondygnację drugiego piętra, zbliżającą się do niego z każdym krokiem.

Draco zazgrzytał zębami tak głośno, że Harry zerknął na niego spod zmarszczonych brwi, zastanawiając się, czy szarooki ich sobie nie ukruszył.

— Kochana Morgano, czy nie możemy zwyczajne poczekać? — syknął Draco, oddychając głęboko, jakby starał się uspokoić. — Świat się nie skończy z dnia na dzień, na bogów.

Harry uniósł brwi, odwracając od Dracona wzrok, nie przystając ani na chwilę.

— No — prychnął, kręcąc głową — akurat tego wiedzieć nie możesz. Chyba że z szanowną panią profesor Sybillą Trelawney na rozumy się pozamieniałeś.

— Lepiej mnie nie irytuj — warknął Draco, krzyżując ramiona na piersi.

Zielonooki czarodziej podrapał się po swędzącym policzku i nie odpowiedział, stając przed drzwiami do gabinetu dyrektorki i krzywiąc się nieznacznie, kiedy spoglądał na kamiennego gargulca, krzywiącego się, jakby ktoś odłupał mu fragment wyrzeźbienia.

— Pojęcia nie mam, jakie jest hasło — oznajmił Draconowi Harry, przechylając w zamyśleniu głowę, przyglądając się z zainteresowaniem przekrzywionemu posągowi.

Kamienna chimera przekrzywiła paszczę, kierując ku Harry'emu wyciosany w kamieniu łeb, jakby z niego drwiła.

Harry westchnął ciężko i wyciągnął różdżkę, wykonując nią płynny, spokojny gest.

Expecto Patronum — wypowiedział gładkim głosem, a srebrny jeleń, w obłokach rażącej oczy bieli, wydostał się z jego różdżki i wykonując jeden, zgrabny sus, zniknął za masywnym gargulcem.

— Harry — Draco potarł nasadę nosa, patrząc na niego przez palce — jesteś absolutnie pewien, że nie chcesz z tym natarciem zaczekać? Nabrać sił? Wydobrzeć?

— Czuję się w pełni sił, Draco — oznajmił Harry, opierając się o ścianę i przyglądając się kamiennej rzeźbie zagradzającej im przejście. — Nie wiem, jak na to patrzysz, ale Snape nie jest w stanie aż tak dramatycznie mnie złamać.

Draco skrzywił się w odpowiedzi i pokręcił z nagła głową, jakby starał się wytrząsnąć jakąś nieprzyjemną myśl z własnego umysłu.

— Nie twierdzę wcale, że Snape... — zaczął i urwał, kiedy strzegący wejścia na dyrektorskie włości posąg drgnął z ogłuszającym odgłosem tarcia kamienia o kamień i zaczął się przesuwać, wpuszczając ich na wijące się ku górze schody. — A zresztą... — machnął dłonią Draco i przetarł palcami oczy, jakby nagle opuściły go siły witalne — jakbym nie wiedział, że do ciebie można mówić jak do kawałka zimnego betonu.

— Adekwatne porównanie — zgodził się bez obrazy Harry i zaczął wspinać się po kręconych schodach - rąbek jego czarnej szaty szurał o krawędzie stopni z cichym szmerem (szatę załatwiła mu Luna - nie był pewien skąd i w jaki sposób ją wytrzasnęła, ale z pewnością nie odwiedziła w tym celu lokalu na Pokątnej - była idealnie dopasowana w biodrach i ramionach, a jednocześnie pozostawiała pełną swobodę ruchów - przypominała mu w tym sportowe, elastyczne szaty do quidditcha).

Draco burknął coś gniewnie pod nosem, ale ruszył za nim, przeciągając palcami wzdłuż kamiennej ściany, jakby za pomocą magii znaczył trasę.

Harry zapukał w drzwi dyrektorskiego gabinetu - raz, drugi - a te otworzyły się przed nim po kilku cierpliwych chwilach na całą szerokość, wpuszczając ich do środka.

— Pani dyrektor. — Harry skłonił głowę przed starszą kobietą, przestępując próg gabinetu.

— Panie Potter — odkłoniła się McGonagall — Panie Malfoy.

Draco westchnął tak ciężko, jakby Harry przywlókł go w progi dyrektorki na siłę, ale zarzucił z wprawą materiałem szaty, składając elegancki ukłon, którym Harry się nie poszczycił.

— Przyszliście omówić dalsze plany zbrojne, jak przypuszczam? — Kobieta wstała, rzuciła na podłogę przy gościnnym fotelu jedno z nieużywanych piór tak mechanicznym gestem, jakby czyniła to codziennie i transmutowała je w drugie, bliźniacze siedzisko, po czym gestem dłoni wskazała Harry'emu i Draconowi, aby się rozgościli.

— Czas wystawić na stół nasze wszystkie karty — postawił sprawę jasno Harry, zajmując jedno ze wskazanych miejsc. — Czas najwyższy zwołać ludzi.

Draco, całe szczęście, nie okazał po sobie, co o tym wszystkim myśli, splatając jedynie dłonie na kolanach i patrząc obojętnym jak głaz wzrokiem w blat dyrektorskiego biurka.

McGonagall przyjrzała się wnikliwie Harry'emu znad wąskich szkieł okularów. Przez moment milczała, zdając się skanować zielonookiego, młodego mężczyznę surowym, nieprzejednanym spojrzeniem.

— Bardzo dobrze — odezwała się po krótkiej chwil, kiwając głową (kosmyk siwych włosów wymsknął się z jej wysokiego koka; poprawiła go szybkim, bezróżdżkowym zaklęciem, rzuconym - jak się Harry'emu zdawało - raczej bezwiednie). — Porozmawiam z gronem pedagogicznym.

Harry podniósł na nią roztargniony wzrok, kiedy dotarło do niego, co starsza kobieta przed chwilą powiedziała.

— Przepraszam, ale nie rozumiem — przyznał Harry, marszcząc mocno brwi. — Z gronem pedagogicznym? — powtórzył za nią, kręcąc głową, zastanawiając się, co pozostali profesorowie mają z zebraniami ich kolaboracji wspólnego.

McGonagall wyprostowała się dumnie i zapytała surowym tonem, patrząc na Harry'ego zza zjeżdżających jej na nos okularów:

— Chyba nie sądzisz, Potter, że nauczyciele naszej szkoły mają obecnie trwającą wojnę w głębokim poważaniu, co?

Sama sugestia zdawała mu się absurdalna.

Harry wymienił z Draco szybkie spojrzenia.

— Pani wybaczy, pani dyrektor — odezwał się, spoglądając w przyglądające mu się zza wąskich szkieł, zielone oczy — z ręką na sercu przyznam, że zaskoczyła mnie pani. Oczywiście, wątpię, aby ta wojna była im na rękę, ale, cóż, muszę zauważyć, że pozostali profesorowie nie zdawali się wykazywać zainteresowania trwającą obecnie sytuacją militarną. Byli raczej biernymi obserwatorami, czyż nie?

McGonagall pokręciła głową, jakby przyglądała się niesfornemu wygłupowi kilku niedojrzałych Gryfonów.

— Mieli swoje pierwszorzędne obowiązki, Potter — oznajmiła twardo, zerkając na niego znad zsuwających się jej na czubek nosa okularów — co nie oznacza, że w decydującym starciu nie odpowiedzą się za otwartą batalią.

— W decydującym starciu — powtórzył Draco takim tonem, jakby wypluwał posmak trucizny z ust. — Kto, na Merlina, powiedział, że działanie mające na celu odseparowanie mugoli od jednej z ich licznych broni jest: „decydującym starciem"?

— Cóż, panie Malfoy, odcinając wojaka od miecza, czynimy go raczej niezdolnym do dalszej walki. Potraktuj te magazyny jak miecz, który musimy odebrać walczącemu — rzekła McGonagall, splatając dłonie na blacie swojego biurka. — Poza tym, nie mówimy wcale o broni: „jednej z wielu", rozmawiamy o tej najpotężniejszej.

Harry spuścił wzrok na własne palce, zaczynając bezwiednie miętosić w nich jakąś niewielką fałdę przecinającą krój jego szaty.

— Rozumiem, że zamierza pan skontaktować się z pańskimi aurorami, Potter? — zapytała McGonagall, kiwając głową, jakby już znała odpowiedź na zadaną kwestię. — Przysposobię do zebrania jedną z sal pojedynkowych. Myślał pan już nad potencjalnymi sprzymierzeńcami?

Harry odetchnął głośno, starając się skoncentrować i podniósł oczy na byłą opiekunkę domu.

— Luna zwróci się o pomoc do starych współwięźniów z tamtego zakładu karnego, który zaatakowaliśmy. Jeszcze nie wiemy, czy odpowiedzą się po naszej stronie. — Zmarszczył brwi, zastanawiając się, jak profesor McGonagall przyjmie jego następne słowa. — Osobiście zamierzam porozmawiać z tym barmanem, którego sprowadziłem tu po ataku, jaki mugole przedsięwzięli na Nokturn. Tomem czy Tommym - tak się do niego zwracała Katrina. Wiem, że to wróżenie z fusów, ale być może właściciele lokali, które ucierpiały w trakcie tamtego najazdu, będą zainteresowani... — Harry zawahał się nad doborem słów — odpłaceniem się pięknym za nadobne — powiedział powoli, marszcząc brwi, gdy dyrektorka nie skrzywiła się mocno na jego słowa, jak przewidywał, że to nastąpi.

Sądził, że pokręci głową i zarzuci mu, że nie powinien kierować się zemstą - bo to poniekąd była zemsta, nie zamierzał udawać, że jest inaczej, sądził, że dowie się od niej, że tylko ludzie słabi sięgają po pomstę, ci inteligentni pozwalają zadziałać karmie. Zemsta - takie pierwotne, prymitywne uczucie, ale potrzebne (Harry nie wątpił w to ani przez moment), potrzebne, po to, żeby zaistniała granica, w której można powiedzieć: „skrzywdziłeś mnie, czemu więc ja miałbym nie skrzywdzić ciebie?". Weź oko za oko. Ząb za ząb. Taki jest porządek świata.

Zielonooki czuł, jak jego serce zamiera na moment w oczekiwaniu, gdy minęła jedna chwila, a zaraz za nią dwie następne, a starsza kobieta wciąż wpatrywała się w jego twarz bez pobłażania, przeskakując swoimi zielonymi oczami migoczącymi jak oczy kota w ciemności pomiędzy nieznacznie rozszerzonymi źrenicami Harry'ego.

— Doskonale — powiedziała przez swoje wąskie usta, zdając się rozwlekać to słowo niczym wykład z nudnawego, acz istotnego tematu. — Kogo zamierzasz do nich wysłać?

Harry westchnął ciężko i potarł starą bliznę w kształcie błyskawicy.

— Być może Joe Martina, jeżeli odpowie na prośbę z naszego ramienia. Wszystko zależy od tego, kto przystanie na apel Luny.

McGonagall uśmiechnęła się do niego, pozwalając na moment rozpłynąć się jej surowemu obliczu.

— Dopóki pani Lovegood w tym głowa — odezwała się miękko, kręcąc głową — przekonana jestem, że na nasze zawołanie odpowie więcej osób, niż nam się zdaje, panie Potter.

— Całkiem prawdopodobne — zgodził się Harry, przytakując kobiecie skinieniem; Draco spojrzał między nim a dyrektorką, zatrzymując na krótki moment wzrok na jego twarzy. — Być może warto by było uświadomić ludzi, że to najważniejszy zryw, jaki przedsięwzięliśmy do tej pory, być może tchnęłoby to w nich ducha walki?

McGonagall uśmiechnęła się do niego łagodnie, jakby był spłoszonym dzieckiem zagubionym na rozstaju dróg.

— Potter — odezwała się cicho, opierając się łokciami o stołowy blat i spoglądając na niego zza splecionych w powietrzu jak do modlitwy dłoni — ludzie tylko na to czekają. Już od dawna. Czekają, aż znajdzie się przywódca, gotowy poprowadzić ich do zwycięstwa. Gotowy skierować ich kumulowany długo gniew na odpowiednie tory. Czarodziejscy obywatele wyglądają tej walki, Potter. Wyczekują jej oznak. Jeśli usłyszą, że pojawił się ktoś, gotów poprowadzić ich do zwycięstwa, do wyrwania się spod mugolskich dział armatnich, jeśli zrozumieją, że tym kimś jest ktoś, komu już raz udało się przynieść kres długiej, męczącej wojnie, to podążą za tobą kolumnami. Korowodami, Potter. Możesz tego nie dostrzegać — przyznała, kręcąc głową — albo nie dowierzać przypuszczeniom, ale takie są realia, Potter, takie są realia każdej wojny tego świata. Ludzie chcą walczyć. Ludzie będą walczyć, jeśli pokażesz im drogę, na której walka jest możliwa. Więc ściśnij różdżkę w pięści albo schowaj miotłę pod pachę, albo udowodnij wszystkim, jak potężną moc ma twoje: „Protego", które tak dobrze pamiętam, a które tyle razy uratowało komuś skórę i po mugolskich plecach sięgnij po zwycięstwo dla nas - czarodziejów.

Od kiedy Bitwa o Hogwart dobiegła końca, nie słyszał jeszcze tak uroczystej powagi w jej lekko przeciągłym, silnym głosie.

— To wiąże się z przelewem krwi — powiedział cicho, ledwo poruszając przy tym ustami.

Kobieta oparła brodę o splecione w powietrzu dłonie i przyjrzała mu wnikliwie się znad szkieł okularów.

— Nie ma wojny bez ofiar, Potter, powinieneś już dawno odrobić tę lekcję.

Wierzę w przyszłość tego świata — zdawały się mówić jej zielone oczy otoczone pierścieniem zmarszczek — nie musisz być przywódcą, który poprowadzi nas do zakończenia tej wojny — mówiły — nie musisz, możesz złożyć broń, jeśli tego właśnie chcesz — zapewniały go — ale potrafisz nim być, Harry, potrafisz zmierzyć się z przeciwnościami jak nikt inny, wiesz, co zrobić, aby stawić czoło tak wielu próbom i z nimi wygrać, potrafisz wskazać ludziom światło, w miejscu, gdzie widzą oni tylko ciemności.

Mówiły: „to w ciebie wierzę".


-VVV-


McGonagall - trzeba było jej to przyznać - przygotowała miejsce zebrania z najwyższą starannością. Sala - Harry nie kojarzył jej ze swoich szkolnych lat - była synonimem rozciągniętej do krańców możliwości objętości i - zdaje się - została potraktowana zaklęciem Capacious Extremis, przez co sufit stwarzał pozory wiszącego wysoko, wysoko nad głowami zgromadzonych - jak zaczarowane sklepienie Wielkiej Sali.

Długie stoły - które, Harry mógłby się założyć o grube pieniądze, były wytoczone, wytargane, wytarmoszone z Pokoju Życzeń i lekko odświeżone za pomocą magii - układały się w kanciastą podkowę, tak, aby każdy miał należyty widok na innych członków zgromadzenia - tak, Harry nazywał to zgromadzeniem, żadne inne określenie nie przychodziło mu na myśl, kiedy - rozglądając się z niedowierzaniem po pomieszczeniu - ocenił, że pojawiło się znacznie więcej osób, niż wstępnie zakładał.

Harry od razu - jak z bicza strzelił - wyłowił z rzeki zebranych rude czupryny (przyciągały jego oczy jak falująca w kociołku Amortencja pozostawiona bez przykrycia na wolnym ogniu), przystając w miejscu na widok rozmawiających o czymś żywo Charliego Weasleya, jego żony czy narzeczonej, czy życiowej partnerki - Harry nie był pewien, jak wygląda ich związek i czy jest jakoś przypieczętowany - oraz siedzącej w transmutowanym z krzesła fotelu, opierającej się łokciem o kolano Molly Weasley (na widok tej ostatniej zmarszczył brwi; nie chciał, aby ta kobieta pchała się w objęcia bitwy, oczywiście - nie wątpił w jej umiejętności magiczne, jednakże wspomnienie jej wychudzonego ciała, trzęsącego się z chłodu na twardej posadce w objętościach mugolskiej twierdzy, tkwiło w jego umyśle jak klin. — Odpuść — chciał powiedzieć niedoszłej teściowej — odpuść, zasłużyłaś na spokój. — Tyle że wiedział, że nie ma prawa podejmować tej decyzji za nią). Zaskoczeniem był również dla niego widok stojących koło siwiejącej kobiety Billa i Fluer Weasleyów (czy nie powinniście zostać ze swoimi dziećmi — pomyślał Harry — w bezpiecznym miejscu? — westchnął w duchu, ale nic nie powiedział, starając się skupić także na twarzach pozostałych zebranych - czerwone czupryny przyciągały jego wzrok jak pole elektromagnetyczne).

Dyrektorka - jak obiecała, tak zrobiła - ściągnęła na to spotkanie szkolnych profesorów, którzy za lat dorastania Harry'ego prowadzili go własnymi słowami poprzez zawiły świat magii; coś ciężkiego spadło na dno jego żołądka, kiedy ujrzał wśród zebranych, sprowadzoną wprost z emerytury, nieco pulchnawą i siwą jak czapla, choć wciąż szczycącą się pokaźną trwałą ondulacją Pomonę Sprout oraz pokraśniałego Horacego Slughorna z pstrokatą muszką zawiązaną pod szyją tak ściśle, że chyba tylko magia powstrzymywała starego profesora od szybkiego i bezpretensjonalnego uduszenia się gdzieś w zacienionym kącie sali.

Septima Vector i Aurora Sinistra szeptały coś do siebie, siedząc głęboko pochylone nad stołowym blatem - oliwkowa cera profesor astronomii zdawała się odbijać światło migoczących, przysufitowych świec, jej czekoladowe oczy zerknęły w jego stronę, kiedy wszedł do pomieszczenia, a na jej twarzy zakwitł mały, serdeczny uśmiech, zanim ponownie nie zajęło jej uwagi coś, co w tym czasie szeptała jej na ucho, skubiąca rondel swej wysokiej, bordowej, spiczastej tiary profesor Vector.

Siedząca nieopodal wejścia, obok uśmiechającego się pod nosem - jakby wygrał główną pulę na loterii - Andersona, Amelia, ściskała dumnego jak paw Wally'ego za rękę leżącą luźno na stołowym blacie; kiedy Harry ją zauważył, jego brwi zjechały się nie bez niepokoju; Amelia spojrzała w jego stronę i uchwyciwszy jego poruszony wzrok, uniosła wysoko brwi w niemym pytaniu.

— Amelia, słońce ty moje — odezwał się Harry, podchodząc do nich i schylając głowę ku ich opartym o siebie ramionom — jak twoja noga? — W jego głosie pobrzmiewała szczera troska. — Wiesz, że jeśli nie czujesz się na siłach... — Harry zawiesił głos, świdrując kobietę wzrokiem szukającym niedociągnięć w jej ruchach.

— Zarzuciłam chodzenie o lasce dwa tygodnie temu — przyznała, uśmiechając się z niewielkimi dołeczkami, które utworzyły się w jej policzkach. — Omówiłam to z Pansy, Harry, już niemal powróciłam do pełnej sprawności.

— Niemal? — powtórzył Harry, zerkając niepewnie na Andersona, a ten uśmiechnął się pokrzepiająco i przykrył wierzch jej dłoni własną.

— Nie martw się, szefie, o naszego barwnego motyla — rzekł dziarsko Anderson, wyszczerzając zęby jak zebra. — To niestrudzona wojowniczka. Ręczę za nią głową, że sobie poradzi.

Harry, mając niemożliwe do zbicia, złe przeczucia, jeszcze mocniej zmarszczył brwi, ale wyprostował się bez wyrażania własnego zdania, położył w dodającym otuchy geście dłoń na chudym ramieniu Amelii i ścisnął go lekko, zanim nie ruszył wzdłuż ustawionych kanciasto stołów, aby stanąć za jednym z krzeseł przy środkowym blacie, tuż obok przyglądającej się mu wnikliwie zza wąskich szkieł okularów McGonagall, kładąc dłonie na jego drewnianym, sztywnym oparciu.

Zauważył siedzących niedbale przy stole, ściągniętych tu przez Lunę, Lotty i - Harry poczuł zaskoczenie kotłujące się w jego piersi jak poddenerwowane serce, kiedy rozejrzał się za Tommym, a zamiast niego, Luna, uśmiechając się do niego zadziornie ponad tłumem zgromadzonych, położyła dłoń na ramieniu starszego czarodzieja niebezpiecznie znajomego jego oczom - Aberfortha Dumbledore'a, krzywiącego się na wszystkich tak kwaśno, jakby nałykał się, wyciągniętych głęboko ze starych, przechowanych oszczędnie zapasów jego brata, cytrynowych dropsów.

Skinął mu głową, kiedy jasno-niebieski wzrok padł na jego twarz jak światło świecy i uniósł ręce, prosząc tym samym o ciszę, w tej samej chwili, w której do pomieszczenia wpadł - szmaragdowe oczy wytrzeszczyły się w zaskoczeniu, by chwilę potem zalśnić uciesznym rozbawieniem - nie kto inny, jak Neville Longbottom, otrzepując ręce, jakby zaledwie chwilę temu grzebał w miałkiej, czarnej ziemi, rozglądając się wokół, jakby nie był pewien, czy trafił we właściwe miejsce, po czym - kiedy jego brązowe oczy zetknęły się z zielonymi - rozluźnił się i puścił do Harry'ego perskie oko, opierając się leniwie o futrynę, jakby był u siebie (chyba się nie spóźniłem? — poruszyły się bezgłośnie jego pełne usta, a Harry był zaskoczony, że zdołał cokolwiek z ich ruchów wyczytać; zaprzeczył ruchem głowy).

— Standardowo muszę zacząć od podziękowań dla każdego, kto zdecydował stawić się tu dzisiaj z zamiarem wsparcia nas z działaniami przeciwmugolskimi — powiedział miękkim tonem Harry, odrywając wzrok od mierzwiącego niedbale włosy Neville'a i rozglądając się po ludziach, po raz kolejny czując niewysłowioną wdzięczność na myśl o tym, że zupełnie nie spodziewał się, że tak wiele osób zdecyduje się odpowiedzieć na jego zawołanie. — Przyznam szczerze, że jestem miło połechtany, naprawdę, nie oczekiwałem tak dużej frekwencji. Przed wojną z mugolami na zebraniach aurorów ciężko było o wyższą — oznajmił, uśmiechając się łagodnie (po sali rozniosły się ciche chichoty, w odpowiedzi, na które Harry rozłożył bezradnie ramiona). — Jak zapewne większość z was słyszała, zamierzamy odbić się na mugolach. Naszym pierwszorzędnym celem będzie zabezpieczenie mugolskich magazynów. Jak część z was już pewnie wie, magazyny te wyposażone są w broń biologiczną, czyli rodzaj broni, w której środkiem bojowym są patogenne mikroorganizmy. — Harry odetchnął głośno, rozglądając się po zebranych. — Stąd wynika potrzeba, aby obchodzić się z nią niezwykle ostrożnie. Musimy również zadbać o zabezpieczenie ewentualnych laboratoriów, które mogą znajdować się na terenie tych magazynów bądź w ich niedalekim otoczeniu. Pomysł wygląda następująco: zamierzamy wokół całego kampusu magazynów stworzyć ogromną barierę ochronną, wykorzystując zaklęcia: Salvio Hexia i Repello Muggletum. Osłony muszą ściśle przylegać do budynków magazynowych. Nie wiem tylko — Harry zwrócił się w stronę McGonagall, zerkając to na nią, to na Slughorna — czy zaklęcia zadziałają poprawnie z mugolami wciąż znajdującymi się na terenach tych placówek? — nadał swojej wypowiedzi kształt pytania, przechylając z rozmysłem głowę.

Slughorn, skubiąc swoje wąsy przywodzące Harry'emu na myśl morsa, utkwił w Harrym swoje wyłupiaste, duże oczy, lśniące agrestowym zabarwieniem i poklepał się po sporym brzuszysku.

— Ach, ależ nie widzę powodu, drogi chłopcze, żeby miały one nie zadziałać, prawda Minerwo? — odezwał się jego były profesor, mrugając porozumiewawczo do Harry'ego (Harry musiał się mocno pilnować, aby w odpowiedzi nie skrzywić się paskudnie, ale Draco nie żywił już podobnych zahamowań).

Harry, patrząc na jego nastroszone, srebrne wąsy jak u kota, nie zdziwiłby się, gdyby ten wyjął lada moment z kieszeni na zegarek podręczne puzderko kandyzowanych ananasów i zaczął je łakomie przekąsać, pytając się głośno, czy ktoś chciałby się poczęstować.

— Cóż — odezwała się jego była opiekunka domu, odrywając wzrok od Slughorna i ogniskując go na Harrym — zadziałać, zadziałają, problem polega na tym, że na oczach tych wszystkich mugoli, którzy będą się znajdować w pobliżu bądź siedzieć w środku budynków będących na kampusie wraz z pomieszczeniami do przechowywania i składowania broni, te magazyny zwyczajnie, z chwili na chwilę, znikną z pola widzenia. Rozpłyną się w powietrzu. Rozumie pan, panie Potter, co mam na myśli? Nie możemy być pewni, jak na to zareagują mugole albo czy nie zorientują się w przekręcie. Możemy dorzucić kilka pomniejszych zaklęć mających na nich dekoncentracyjny wpływ. Nie chcielibyśmy przecież, żeby mimo naszych starań, po omacku, za wszelką cenę, dorwali w swoje palce przetrzymywaną tam broń.

— Mogą wszcząć walkę — zauważył logicznie Gary.

— I właśnie dlatego idziemy tam tak liczną grupą — przewrócił oczami Patric Gillespie.

Harry pokiwał powoli głową, szukając wzrokiem Sophie Fisher.

— Potrzebne nam będą niewielkie skrawki pergaminu z jasno określoną lokalizacją — powiedział, marszcząc w zmyśleniu czoło i bezwiednie drapiąc się z boku głowy. — Dla każdego z nas po jednym. Deportujemy się na miejsce, każdy na własną rękę na podstawie pani wskazań oraz opisu lokalizacji, pani Fisher. Dlatego prosiłbym, aby opis ten był w miarę dokładny.

Sophie skinęła głową, podtrzymując jego spojrzenie przez kilka sekund. Harry powoli odwrócił głowę w stronę Andersona.

— Dobrze by było, gdyby każdy wyposażony był w jeden zestaw Świstoklików — powiedział, przechylając głowę. — Zajmiesz się tym, Anderson?

Wally uśmiechnął się przekornie, oparł się łokciami o blat stołu i zetknął razem opuszki palców.

— Proponuję — powiedział, przeciągając sylaby, przez co brzmiał zgoła abstrakcyjnie - jakby długo szukał słów, zanim zdołał uformować ich kształt na języku — aby wypróbować użycie Świstoklików w nieco... niekonwencjonalnej formie.

Harry - znając roztrzepanie jego byłego aurora - nie był pewien, czy powinien mu na to - czymkolwiek by to nie było - dawać pozwolenie.

— Co masz na myśli, mówiąc: „forma niekonwencjonalna"? — zapytał, zerkając kątem oka na Rosalie, która (o Morgano, czy ona się urwała z lat trzydziestych?) wyciągnęła długą jak od łokcia do nadgarstka, czarną fifkę, wetknęła do cybucha papierosa i włożyła spłaszczony ustnik pomiędzy pomalowane na czerwono wargi.

Draco przestał odchylać się na swoim krześle, strzepnął różdżkę z rękawa i podał jej ogień.

— Dziękuję, skarbie — mruknęła, spoglądając w srebrne oczy Dracona spod długich rzęs.

Draco (Merlinie, uchowaj — pomyślał Harry, ledwo powstrzymując chęć przewrócenia oczami) zarumienił się jak dzieciak, czym zasłużył sobie na szydercze prychnięcie Katriny (którego - jak się zdaje - i tak nie usłyszał, ponieważ Wally w tej samej chwili zaczął wyjaśniać swoją koncepcję Świstoklików) i uśmieszek w kącikach warg Harry'ego.

Katrina przesiadła się z miejsca na miejsce, przesuwając swoje krzesło tak, by stało obok krzesła Harry'ego i nachyliła się nad jego uchem.

— To ci kokietka — wyszeptała, drażniąc jego skórę ciepłym oddechem.

— Świstokliki zadziałają na zasadzie samonapędzającego się zaklęcia. Mam ich kilka ze sobą, to mój autorski pomysł — chwalił się w tym czasie Wally. — Są nimi bransoletki, wisiorki, broszki, muszki do koszuli, drobne, raczej skromne akcesoria, które nie rzucają się w oczy i wyglądają jak część ozdobna ubioru. Świstoklik nie wymaga hasła, pomyślałem, że zanadto polegać będziemy na czasie. Zależy nam na tym, by zadziałał na zasadzie: akcja-reakcja. Wobec tego skonstruowałem go w taki sposób, że wystarczy zerwać go z łańcuszka i obrócić w dłoni, trochę jak szczęśliwe żetony w kasynie. Aktywuje się bez żadnych truizmów nad nim mamrotanych i przeniesie tego, kto go zastosuje prosto na teren ustawiony przez użytkownika - w naszym przypadku będą to błonia zamkowe.

Harry spoglądał długo na tego - zawsze tak leniwego - aurora i zastanawiał się, dlaczego przegapił w nim tak kolosalne zmiany w jego sposobie bycia, i kiedy, na Merlina, zdążyły one zajść?

— A jeżeli ktoś takowy drobiazg zgubi na polu bitwy? — zauważył Draco, krzywiąc się paskudnie. — I - dajmy na to - odnajdzie go później jakiś mugol? Jeżeli takich skarbów-Świstoklików pogubimy całą masę? Starego buta mugol nie zbierze, ale biżuterię...

— Spokojna głowa — przerwał mu Anderson, szczerząc się jak głupi do sera. — Po utracie kontaktu z ciepłem ludzkiego ciała Świstoklik aktywuje się samoistnie po upływie dokładnie siedmiu minut i przeniesie się na powrót na tutaj, do Hogwartu. Siedem minut. Sprawdzane z zegarkiem w ręku.

Harry uniósł brwi.

— Od kiedy ty jesteś taki majster złota rączka, co? — zadrwił Harry, patrząc wymownie to na Amelię, to na Andersona (kąciki ust Amelii drgnęły w spąsowiałym uśmieszku, kiedy ta spuszczała wzrok na swoje - tym razem pomalowane każdy innym lakierem - paznokcie).

— Dobrze więc — odezwała się McGonagall, poprawiając zacisk klamry na swoich siwych włosach, standardowo upiętych w wysokiego koka — kwestię transportu w obie strony mamy zatem omówioną. Co ze strategią?

— Taktyką — poprawił kobietę pod nosem Aberforth Dumbledore, zasługując tym sobie na surowe spojrzenie ciśnięte w niego niczym zaklęcie.

— A to jest jakaś różnica? — wymamrotał Slughorn, drapiąc się po głowie.

— Należy pamiętać — przypomniał jeszcze Harry, splatając razem palce nad blatem — że jeżeli przyjdzie nam tam odnaleźć także inny rodzaj broni, dajmy na to, zwykłą, mugolską broń palną, ją także należałoby zabezpieczyć.

— Oczywiście — odezwał się Gary Davies, jeden ze starszych stażem aurorów, pocierając palcami nasadę nosa — zabezpieczymy wszystkie składowiska broni, na jakie przyjdzie nam tam natrafić, bez względu na to, że jedne są potężniejsze od innych. To nie ulega wątpliwości.

— Przypominam, że te magazyny są jak bunkry — odezwał się Harry, obserwując palce Amelii, które zaczęły wystukiwać barwnymi paznokciami niewyszukany rytm o blat stołu — będą zabezpieczone z wojskową precyzją, ze znajomością rzeczy. Będą chronione jak w szwajcarskim banku.

— Jak zawsze - sprzyja nam moment zaskoczenia — zauważyła Sophie, przesuwając palcami po wymalowanych ustach.

Pansy podniosła obie ręce do góry, jak w trakcie kapitulacji.

— Chciałabym o coś prosić — powiedziała głośno i dobitnie i wszystkie oczy - jak ciągnięte sznurkiem - przesunęły się ku niej, choć szmer, mówiących coś między sobą na ucho uczestników zebrania wcale nie ucichł. — Jeśli cokolwiek złego zacznie się dziać z którymkolwiek z was, jeśli doznacie obrażenia, które was spowolni, uczyni niezdolnym do dalszej walki lub zrani na tyle dotkliwie, że będziecie potrzebowali pomocy magomedyka — opuściła dłonie, odgarniając przy tym brązowe włosy z twarzy, zerkając przeciągle na Harry'ego, po czym przeniosła znaczące spojrzenie na Amelię, która zaczęła wiercić się pod tym przewiercającym wzrokiem jak kot z pęcherzem — nie czekajcie, aż wam się pogorszy, tylko natychmiast uaktywnijcie swój Świstoklik. — Jej ciemne oczy przesunęły się w stronę Dracona i zatonęły w jego źrenicach jak skarb osiadający na oceanicznym dnie. — Możecie mi to obiecać?

— Oho — prychnął zajadły głos od strony wejścia — szarlatanka się znalazła.

Harry odwrócił się ku drzwiom, by zobaczyć Tommy'ego wchodzącego do pomieszczenia, prowadzącego za sobą dwóch rosłych mężczyzn, tak podobnych do siebie, że Harry z mostu odgadnął, że są oni braćmi oraz trzy młode kobiety, których lekkie prowadzenie się krzyczało za nie silnym głosem, jakim zawodem się parają.

Tommy uśmiechnął się zajadle i skłonił prześmiewczo przed Harrym.

— Christopher i Karl Brewerowie — przedstawił mężczyzn tak szybko, że Harry nie zorientował się, który jest którym.

— Do usług — powiedział jeden z braci, uśmiechając się zjadliwie, przesuwając wzrokiem po zebranych, zupełnie ignorując przyglądającego mu się Harry'ego. — O, popatrz no ty, nasza zguba się odnalazła. — Trącił ramieniem brata i zaśmiał się głośno, łapiąc się za brzuch, wskazując podbródkiem na opierającą się łokciami o blat stołu Lotty.

— Ładnie to tak, Lotty, znikać bez wieści, co? Ładnie to tak? — Pogroził młodej dziewczynie palcem drugi z mężczyzn.

Dziewczyna zarzuciła włosami i puściła perskie oko do stojących w progu mężczyzn, unosząc rękę i przykładając dwa palce do czoła, jakby oddawała im jakieś honory.

— Salut, panie Brewer!

Jeden z mężczyzn pokręcił z ciężkim westchnieniem głową.

— Mała tupeciara, no pomyślałby kto...

— Ona była ze mną, Karl — powiedział Tommy, wychodząc zza jego pleców i podszedł do stołu, rozglądając się za wolnym miejscem.

Karl Brewer zerknął krzywo na Tommy'ego.

— Co, przez cały ten czas? — prychnął, nie dowierzając, w odpowiedzi na to Tommy jedynie wzruszył ramionami i przysunął sobie jedno z wolnych krzeseł stojących w kącie pomieszczenia. — Hej, czy ty w ogóle za ten czas zapłaciłeś? — zainteresował się, marszcząc mocno brwi.

— Przepraszam bardzo — odezwała się Amelia, podnosząc się ze swojego miejsca, wyglądając, jakby miała po dziurki w nosie wsłuchiwać się w te bezsensowne konwersacje, patrząc poprzez stół na Harry'ego — Harry, wybacz, że zapytam, ale wracając do kwestii naszego natarcia... — Jej oczy zmrużyły się nieznacznie, przez co kilka zmarszczek ułożyło się w zawijasach wokół jej chudego nosa. — Co z Naczelnictwem? Pamiętam, że pomogli nam przy misji ratunkowej dla więźniów mugolskiego zakładu karnego.

— Chyba wszyscy to pamiętamy — zgodził się Olivier Nidrook, kiwając głową.

Harry'ego, na wspomnienie Snape'a, przeszedł zimny dreszcz, mający swój początek gdzieś głęboko w kościach, rozlewający się po jego skórze jak topniejący lód. Jego oczy przesunęły się w stronę Amelii i przez moment milczał jak grób, badając spojrzeniem jej zmarszczoną w niepewności twarz. Oblizał lekko wysuszone usta, zanim się odezwał:

— Już na którymś z zebrań — powiedział miękko, spoglądając kobiecie w oczy — po pierwszej bitwie wspominałem, Amelio, że straciliśmy poparcie Naczelnictwa.

— Cóż, ludzkie decyzje są kruche — wymamrotała kobieta pod nosem, stukając paznokciami w blat stołu.

— Słucham?

— Nic — wzruszyła ramionami, wygrzebując paczkę papierosów z kieszeni i podważyła tekturowe wieczko długim paznokciem — nieważne.

Jedna z dziewczyn przyprowadzonych przez Brewerów stanęła za krzesłem, na którym kręciła się Lotty, non stop zmieniając swoje usadowienie i całkowicie ignorując rozdrażnione spojrzenia, jakie rzucała jej Rosalie, po czym złapała kilka pasm rudych włosów i jak gdyby nigdy nic zaczęła pleść z nich chudego warkoczyka.

— Witaj, piękności — odezwała się, przeczesując długimi palcami o połamanych paznokciach rude włosy. — Postawiłaś już krzyżyk na naszym biznesie?

Jeden z braci - to był chyba Christopher - odchrząknął i wyprostował się dumnie jak paź.

— To może ja panie przedstawię — oznajmił uroczyście.

— To nie klienci, Karl. — Ten drugi kopnął go w kostkę (ach, więc to jednak nie był Christopher — pomyślał Harry, wzdychając ze zrezygnowaniem).

— Trzeba znać swoich sojuszników, czyż nie, Chris? — oznajmił Karl i jak gdyby nigdy nic wskazał na wysoką kobietę, zafrasowaną suchymi, rudymi włosami Lotty. — To jest Lisa — dziewczyna skinęła głową, nie odrywając spojrzenia od swoich palców majstrujących przy splotach warkocza — a to Agnes — wskazał krzepką, ciemnowłosą kobietę o dużych, piwnych oczach, która usiadła na jednym z wolnych krzeseł, zakładając nogę na nogę i przyciągając ku sobie popielniczkę — i Madeline. — Niska, krótkowłosa blondynka dygnęła i uśmiechnęła się bez pokazywania zębów, po czym mrugnęła zalotnie do przyglądającego się jej Andersona.

Amelia skrzywiła się i, jakby chciała czymś zająć ręce, wygrzebała jakiegoś pojedynczego, pomiętego papierosa z kieszeni i zaczęła go zawzięcie prostować zaklęciem.

Rosalie westchnęła ciężko, jakby była świadkiem świętokradztwa i rzuciła jej przez stół opakowanie własnych papierosów.

— W każdym razie — odezwała się Pansy, odrywając średnio przychylne spojrzenie od Lisy i ponownie skupiając się na Harrym — będę w ciągłej gotowości, żeby przyjąć pacjentów do ambulatorium. Porozmawiam z Uzdrowicielami ze Świętego Munga, z pewnością przyślą mi kogoś do pomocy, jeśli to się okaże koniecznością.

— Masz jeszcze nas, kochaniutka — przypomniała o sobie Molly, uśmiechając się swoim łagodnym, ciepłym uśmiechem do zaskoczonej Pansy — mnie i Lunę. Obie pomożemy ci w Skrzydle Szpitalnym. Chociaż na tyle możemy się przydać.

Harry odetchnął głęboko i potarł palcami skronie, przeciągając wzrokiem po kłębiących się w pomieszczeniu jak para ulatująca z komina pociągowego ludzi.

— Dobrze — podsumował — więc jest nas... trzydziestu?

— Dokładniej mówiąc, Potter — rzekł zaczepny głos spod drzwi — to jest nas trzydziestu trzech.

W drzwiach stał Joe Martin z trojgiem rosłych, umięśnionych w ramionach mężczyzn, wyglądających, jakby urwali się z jakiejś speluny. Harry, zerknąwszy na Dracona, odniósł dziwne wrażenie, że ten pragnie odchylić głowę do tyłu i roześmiać się nerwowym śmiechem. W zielonych oczach Minerwy McGonagall zatliła się niema obawa.

— A cóż to za, hmm — odchrząknęła ze spiętym wyrazem klejącym jej się do twarzy Septima Vector — uroczy ludzie?

Pansy skrzywiła się niemiłosiernie i odwróciła oczy w inną stronę, byle nie patrzeć na mężczyzn, których sprowadził Martin.

— Markus Scarr ze studia tatuaży — oznajmił, wzruszając ramionami Martin, nie wskazując nikogo konkretnego, choć ozdobione licznymi, czarnymi, wijącymi się jak węże wzorami za podkasanymi rękawami ciało mówiło samo za siebie. — Bruno Noggin i Gregory Bonce szczycący się sprzedażą skurczonych głów. — Harry przez moment miał naprawdę wielką zagwozdkę, starając się odnaleźć w tym zajęciu coś - jak się rzekło - zaszczytnego.

— Cóż — Harry złapał czarnookie spojrzenie Katriny, unoszącej wysoko lewą brew — mam nadzieję, że nie muszę powtarzać, jakie są cele tego ataku na mugolskie magazyny?

— Zabić psycholi! — zakrzyknął głośnym barytonem Markus Scarr, waląc pięścią prawego, wytatuowanego jak ściana pokryta graffiti ramienia w lewą, otwartą dłoń.

Draco oparł się łokciami o stołowy blat i ukrył twarz w dłoniach, kręcąc niedowierzająco głową.

— Mhm — mruknął do siebie Harry, zastanawiając się, czy nie przyjdzie mu zwariować, spoglądając na dym ulatujący z końcówki papierosa Amelii, którego po kilku bezowocnych próbach, udało jej się rozpalić — coś w tym guście.


-VVV-


Potrzebowałem licznej obstawy stawiającej się za moimi plecami i obstawę otrzymałem. Takiego pomieszania klas społecznych, profesji i wykształcenia nie widziałem już dawno. Nie stawiali oni warunków - jak niegdyś czynił to Snape - nie szukali możliwości szybkiego zarobku, nie wymagali niczego w zamian za pomoc, chcieli tylko, by magiczne społeczeństwo przestało być gnębione przez mugolskich obywateli, chcieli, by ci, do których ta połowa świata nie należy, zostawili nas i naszą magię w spokoju. Jednymi kierowała szlachetność ducha i charakteru, innymi pragnienie zemsty, jeszcze innymi wspomnienie dni pokoju, kiedy nie trzeba było obawiać się, że odwiedzany przez nas w weekendowy wieczór bar z rozcieńczonym, ciepłym piwem, z którego już dawno uleciał gaz, nie wyleci nagle w powietrze jak torpeda. Każdy widział w tym szansę na odbudowanie świata, jakiego znał, na powrót do codzienności, którą pamiętał - choć dla każdego wyglądała ona inaczej.

Zjednoczenie" nie musi być wielkim, szumnym słowem, wykrzykiwanym ostrym głosem, powodującym żar płynący wzdłuż szyi i gniew rosnący jak funkcja skokowa. Może być ono tuż obok nas, siedzieć w zamknięciu czterech ścian, w jakimś starym jak świat zamku gdzieś w Szkocji, popijać zimną lurę w starych posiadłościach i wydmuchiwać ten sam, toksyczny, szary dym z płuc. „Zjednoczenie" może siedzieć pod herbem z lwem, wężem, orłem i borsukiem, powtarzając pod nosem motto: „Draco dormiens nunquam titillandus".

Najważniejsze, na czym mogliśmy się skupić, to nauczenie się jak ufać ludziom. To zabawne jak kot z psem w chwilach kryzysu łakną swojego towarzystwa.

Zebranie - tutaj przytoczę opinię Dracona - przebiegło jakby lwa z wężem usadzić nad ciałem bezbronnego jagnięcia. Tak zwykł mi później powtarzać, kręcąc z politowaniem głową. Jednak, na dobrą sprawą, wszystkie istotne kwestie zostały na nim wspomniane.

Był jeden szkopuł, który przemilczałem. Zrobiłem to z rozmysłem i absolutną świadomością. Nie poinformowałem nikogo o roli dementorów w tej wojnie - nie chciałem wzbudzać paniki, nie chciałem doprowadzić do bezsensownych protestów, nie chciałem, żeby któryś z czarodziejów - zatrwożony moją brawurą - nie zrezygnował z podążenia za kimś, kto zwrócił się o pomoc do tych przerażających potworów, żywiących się szczęściem, do tych okrytych mrokiem stworzeń lubujących się w słodkich pocałunkach, wysysających duszę z oprawy ciała. I - między Bogiem a prawdą - wcale nie byłem święcie przeświadczony o tym, czy dementorzy wysłuchają mojego zawołania, czy odpowiedzą na prośbę o pomoc. Jak niespokojny wiatr obijała się o moją czaszkę wątpliwość - że być może ten największy, trzymany w tajemnicy plan może zawieść, że mogę ponieść klęskę za jedną, kruchą jak złudzenia, niedotrzymaną obietnicą.

Wiedziałem, że w momencie, w którym dementorzy wystawią mnie rufą w stronę wiatru, mój okręt pójdzie na dno i to jak za mrugnięciem oka - bez możliwości wydostania się spośród fal, które własnoręcznie spieniłem.


* Lady Pank