Ostrzeżenia: gore, śmierć postaci, cliffhanger
Rozdział 52
Czarne latawce popiołów
.
Chyba nie tak to sobie wyobrażała - nasza wojownicza Katrina, pełna zapału i woli walki - chyba nie spodziewała się, jak naprawdę to wygląda. Chyba nie była na to należycie przygotowana. Nie wiem, czego oczekiwała: zorganizowanego sabotażu czy hymnów śpiewanych ku chwale, czy heroicznej walki przy dźwiękach fanfar i rykach tarabanów; na pewno w najśmielszych wyobrażeniach nie myślała o jednym, wielkim tłumie depczącym sobie po głowach i wszechobecnym bezładzie, mętliku, kurzu i popiele, i chaosie, chaosie, chaosie.
Nie mogłem mieć jej cały czas na widoku, po prostu nie mogłem, choć się starałem, to było nie do opanowania - wiedziałem o tym - i bardzo szybko straciłem wpływ nad przebiegiem tej bitwy, była zanadto dynamiczna, za mało dopracowałem jej strategię, jestem tego boleśnie świadom. Nie wiem, co sobie wmawiałem, nie sprzeciwiając się uczestnictwu Katriny w tej walce, chyba że zdołam ją upilnować, że otoczę ją jakimś kamuflażem albo tarczą, albo czymś jeszcze innym, jakąś magiczną, nieprzenikalną barierą, że rozbroję każdego, kto ośmieli się przeciw niej zwrócić, że póki będę walczył i nie polegnę, ona będzie bezpieczna, bo będzie przy mnie, blisko, na wyciągnięcie wzroku.
Gdybym mógł cofnąć czas, przygotować to oblężenie lepiej, krzyczeć głośniej o tym, jak ostrożni musimy być wobec mugoli, przypomnieć, że oni nie są wobec nas bezradni, że potrafią zetrzeć się z nami w walce i boleśnie utrzeć nam nosa, zrobiłbym to. Być może część z tych śmierci była moją winą, nie wiem, nie potrafię powiedzieć, wiem za to, że większość z nich zapiekła jak rtęć wlewana w żyłę, jak wrzątek parujący na nagiej skórze.
Czego jeszcze wówczas się nie spodziewałem? Bólu, tak myślę. Rozrywającego cierpienia, na które nie pomagało zaciskanie zębów i wbijanie palców w ziemię, i ryk wyciągnięty z głębi płuc jak wspomnienie z umysłu. Nie sądziłem, że zmierzę się tam z gardłem zaciśniętym z trwogi i z goryczy, ze wszystkiego na raz i z rozpaczą tak rzewną, że poczuję ją, jak rozrywa mój umysł na strzępy, szarpie moją duszę i wyzwala ze mnie tak pierwotne instynkty, że przerażą one wówczas nawet mnie samego. Nie spodziewałem się, że wrząca furią krew uderzy mi do głowy, rozpalając we mnie żądze, których nie powstydziłby się błyskający rzędem zakrwawionych kłów, przerażający demon, wyglądający z najgłębszych, piekielnych kręgów.
-VVV-
Uśmiechnęła się kącikiem ust, wiedząc, że jest to wyraz, który podchwyciła od swojego ojca, ale nie mogła pozbyć się triumfu, na myśl, że ani Harry, ani Draco nie sprzeciwili się jej uczestnictwu w tej bitwie; adrenalina krążyła w jej żyłach na długo przed tym, jak jej nogi zderzyły się z miękką ziemią pokrytą śnieżnym puchem, spod którego gdzieniegdzie wyglądały suche gałęzie obrosłe szronem, co prezentowało sobą spektakularny widok: trochę jakby cienkie, zmrożone, wijące się spiralnie wiązki wyrastały z ziemi jak lodowa, chropowata rzeźba, rozwijająca się w rozpięty, rozgałęziony dendryt błyszczący w złocie słonecznych promieni srebrzystym ubarwieniem (mówią, że przeciwieństwa się przyciągają).
Adrenalina krążyła po jej ciele jak żar pnący się w dół lontu (jakby poczucie zagrożenia wzmagało w niej dziwną mieszankę strachu i euforii), czuła się, jakby ktoś - jakiś zmyślny chochlik - przekręcił jakieś pokrętło w jej umyśle albo jakby siadł w niej jakiś, zwykle aktywny, bezpiecznik, dając jej potężnego kopa energii, trochę jak cukier po kilometrach męczącego biegu. Czuła własne serce bębniące jej o mostek, jakby nagle zapragnęło wyrwać się z ciała, oddychała głęboko, starając się uregulować oddech, ale nie była w stanie, bo ten gnał jak szalony, jakby jej płuca zamieniły się w wielką pompę powietrza.
Jej matka spojrzała na nią z niepokojem, pomiędzy głowami aportujących się z głośnym trzaskiem czarodziejów, a Katrina nie powstrzymała cisnącego jej się na usta, wściekłego skrzywienia warg.
Pełen napięcia wzrok jej matki drażnił ją jak nieustanne łaskotki, odbierające dech i uwalniające łzy spod powiek. No bo, na litość Merlina, miała piętnaście lat, a nie pięć, potrafiła sobie poradzić, była w stanie walczyć - przecież to nie tak, że przez ostatni rok w ogóle się nie narażała - potrafiła wyciągnąć różdżkę i naprężyć mięśnie, i cisnąć wyjątkowo paskudnym zaklęciem, i - a jakże! - jeszcze się przy tym uśmiechnąć. Starała się zignorować rozgorączkowanie zalewające oblicze matki, kiedy ta obserwowała ją uważnie, jakby spodziewała się, że za moment Katrina zrobi coś niebywale głupiego, ale Katrina była jak chorągiewka na dachu - raz wykazywała się zimną krwią, innym razem była wulkanem energii, gotowym do natychmiastowego działania, choćby miała w ten sposób wypluć z siebie parującą lawę.
Ściskający jej ramię Harry puścił ją i rozejrzał się - twarz miał pełną powagi a oczy szeroko otwarte, jakby chłonął w siebie informacje niczym mugolski czytnik laserowy, jakby zbierał fakty, kolekcjonował je i wyłuskiwał te najcenniejsze niczym fasolę.
Ogrom kampusu rozpościerającego się przed nimi na moment zaparł jej dech w piersiach. Miała wrażenie, że nie jest w stanie ogarnąć na raz wzrokiem całej powierzchni tego terenu rozpościerającego się przed nimi jak rozlewisko. W jej najśmielszych wyobrażeniach ten teren nie zyskiwał takich rozmiarów - widziała go raczej jako plac z rzędem niewielkich zabudowań - trochę jak takie pole kempingowe zastawione unieruchomionymi, bladymi przyczepami i spiczastymi, rozsuwanymi namiotami, wyobrażała sobie teren ciągnący się jak niekończąca się kopia powtarzalności, wszytko równie błahe i równie monotonne, spodziewała się placu, wyglądającego kropka w kropkę tak samo, bez względu na to, z której strony na niego nie spojrzeć. Nie spodziewała się niemal tak wysokich, jak dwie trzecie frontowej ściany Hogwartu budynków, wyglądających jak potężne, masywne, betonowe bloki.
Zalana asfaltem droga ciągnęła się w poprzek terenu, odgradzając długi, ogromny parking, na którym roiło się od rażących kontrastem barw, żółto-fioletowych tirów, mieszczący się po lewej stronie kampusu od ogromnego, zdającego się nie mieć końca terenu, który w większości zasłaniał tak samo długi jak parking, olbrzymi magazyn, na oko wysoki na jakieś czterdzieści pięć metrów.
Katrina poczuła, jak szczęka jej opada niczym na widok ogromnego jak Zakazany Las stada hipogryfów (które z reguły nie są zwierzętami stadnymi).
Na środku długiej ściany budynku, który musiał pełnić funkcję magazynu głównego, widniała potężna brama załadunkowa, przez którą spokojnie zmieściłby się mamut albo i dwa.
Z tyłu, za magazynem, widniał pas mniejszych składowisk, w kontraście z magazynem głównym wyglądających jak budy dla psów, choć zapewne było to jedynie wrażeniem na tle ogromnego, betonowego składowiska. Były to niskie baraki ustawione w czterech rzędach względem magazynu głównego, po trzy pakamery w rzędzie. Rozdzielała je na pół biegnąca od wielkiego budynku głównego, szeroka jak dwupasmówka droga, kończąca się przy prostokątnym, rozległym ogrodzeniu - a choć Katrina mrużyła oczy i wyciągała szyję, nie była w stanie się dopatrzyć tego, co owo ogrodzenie za sobą skrywało.
Stojący obok Katriny Harry wyprostował się i odwrócił w kierunku lasu sylwetek (chłodna powaga wieńcząca jego twarz na moment zaparła jej dech w piersiach - wyglądał tak dostojnie, tak wzniośle, jak kuty na cztery nogi, wyrozumiały władca wygłaszający wielką mowę ku chwale królestwa), łapiąc kolejno kontakt wzrokowy z otaczającymi go ludźmi. Wymienił pełne szacunku spojrzenia z McGonagall, zdając się dawać jej jakiś znak ledwie zauważalnym skinięciem głowy, uchwycił spojrzenie Charliego Weasleya, wyglądającego, jakby szykował się na jakiś ceremoniał, skłonił głowę przed Aberforth'em Dumbledore'em, jakby życzył mu szczęścia, jakby pozdrawiał starego, wojennego sprzymierzeńca, wymienił spojrzenia pełne zawziętości i dziwnej, nasyconej upartością siły, która zapłonęła w jego oczach jak stal, z Neville'em Longbottomem, a jego usta poruszyły się bezgłośnie, jakby słał ku niemu jakąś nieczytelną wiadomość („na stanowiska, Neville" — zrozumiała z ruchów jego warg, choć musiała zmrużyć oczy i skupić się na dopasowaniu do ułożenia ust, odpowiednich znaczeń), przyłożył prawą rękę do serca, kiedy uchwycił spojrzenia Billa i Fluer Weasleyów, a oni odpowiedzieli mu niemal jednocześnie tym samym gestem, jakby salutowali, przesunął badawczym wzrokiem po napiętych jak kawałek płótna, nieco pobielałych twarzach Lisy, Agnes i Madeline, trzech, młodych dziewczyn sprowadzonych przez braci Brewerów, zerknął kątem oka w stronę Lotty, której ramię było mocno ściskane przez żylastą, podstarzałą dłoń Tommy'ego, wymienił się spojrzeniami ze stojącym koło niego Draconem, podtrzymując z nim kontakt wzrokowy nieco dłużej niż z pozostałymi (Draco uśmiechnął się, wyglądając przy tym tak drapieżnie, jak wilkołak, od którego złotych oczu odbija się srebrne światło księżyca w pełni), a potem, w ciągu ułamka sekundy przeniósł wzrok na nią, a Katrina zastygła w bezruchu jak marmur - Harry wyglądał jak anioł śmierci, jego zielone, duże oczy płonęły nieznanym jej dotąd blaskiem, jego źrenice były szeroko rozszerzone, trochę jak oczy wilka zapatrzone w księżycową tarczę. Pochylił się nad nią tak szybko, że zachłysnęła się powietrzem, a gorące, parzące ją, męskie wargi naparły chciwie na jej własne w szybkim, agresywnym, piekącym pocałunku, który poczuła głęboko w brzuchu, jakby ktoś zalał jej jamę brzuszną palącym żarem. Oderwał się od niej tak nagle, jak się pochylił i Katrina poczuła gorące łzy napływające jej do oczu, choć nie potrafiła podać ich przyczyny.
— Trzymaj się blisko mnie. Albo Draco, albo matki — wyszeptał, choć był to szmer tak wątły, że równie dobrze mogła go sobie wyobrazić.
Harry odwrócił głowę i spojrzał przed siebie, na piętrzące się przed nim magazyny, rozlewające się jak brudne, blade plamy po terenie olbrzymiego kampusu.
— Za magię — powiedział głośno i donośnie, a jego głos rozniósł wiatr, jakby Harry mówił przez wzmacniacz dźwięku, choć nie użył wcale zaklęcia: „Sonorus", była tego całkowicie pewna — i za wolność dla niej!
Wyciągnął różdżkę daleko przed siebie, zaciskając palce na jej rączce tak mocno, że pobielała mu skóra, a potem runął do przodu niczym ulewa z urwanej chmury.
Czarodzieje uderzyli, wlewając się na kampus jak tsunami.
-VVV-
Tak naprawdę zawsze jesteśmy w drodze do celu, każdy nasz krok dokądś wiedzie, nawet jeśli cel nie jest widoczny, nie powierzchownie.
Czas się zatrzymał, tam, na tym rozpościerającym się przed nami kampusie, zatrzymał się, obrócił się i spojrzał na nas - małe pyłki rzucone na wiatr na tle ogromu świata, galaktyki, kosmosu. Mogliśmy dotrzeć do tego punktu na wiele różnych, odmiennych sposobów, mogliśmy postawić kroki po innych torach - tych jeszcze nieudeptanych - brodząc w rzece zdarzeń i wybierając drogi stykające się na rozstajach, mogliśmy postawić kropki po innych zdaniach i wznieść w powietrze kurz zalegający w innych obszarach Anglii.
Niebo mogło rozedrzeć się wszędzie - nad Północnym Morzem lodowatym od oddechów dementorów, nad szkockim zamkiem wśród skalistych gór i porośniętych mchem szczytów, nad deszczowym Londynem i popękanymi płytami chodnikowymi w głośnym i szarym Islington, ale rozdarło się tam - nad mugolskim kampusem pełnym asfaltu, betonu i metalowej blachy.
Tamtego dnia słońce zaszło czerwienią, rozlewając ją po horyzontach, jakby ziemię przykryła ruda rdza.
-VVV-
To było irytujące, to było więcej niż irytujące w połączeniu z adrenaliną płonącą w jej krwi, to było nie do zniesienia, jakby coś intensywnego, chropowatego i niestrudzonego łaziło w te i we wte tuż pod jej skórą, a ona miała ochotę wbić paznokcie w dłoń, w ramię, w kark i wydrapać to z ciała, żeby wreszcie zniknęło.
Błyski zaklęć potoczyły się po okolicy, rozjaśniły biegnący do kresu dzień, jakby nad ziemią wybuchnęło tysiące barwnych fajerwerków, grunt był śliski, pokryty udeptanym, błyszczącym jak lód śniegiem, a chłodne powietrze piekło w gardło przy każdym wdechu i szczypało w nos i policzki.
Katrina warknęła wściekle, kiedy jej matka po raz kolejny pociągnęła ją za ramię, kierując w całkiem inną stronę, niż miała ochotę się rzucić; przecież poradzi sobie sama, przecież jest sprytna, przebiegła (matka sama jej to wielokrotnie powtarzała), przecież nie potrzebuje ciągłej straży - skoro już wypuścili ją na głośną, śmierdzącą prochem wojnę, niech nie podcinają jej teraz skrzydeł, przecież potrafi podołać tej bitwie, nie jest ciamajdowatą ofermą, o nie, do takiej jej jeszcze daleko, wiec niechże matka przestanie obchodzić się z nią jak ze złotym jajkiem.
Przy stojącym na szerokim parkingu samochodem przyklęknął jakiś mugol ubrany w strój cywilny; Katrina skierowała na niego różdżkę, kiedy tylko zauważyła ruch po lewej ręce.
— Drętwota! — krzyknęła, trafiając mężczyznę prosto w głowę i uśmiechnęła się - nie bez arogancji - pod nosem.
No widzisz, mamo, widzisz? — pomyślała z obejmującą jej ramiona satysfakcją, kiedy jej próżność została mile połechtana. — Potrafię sobie dać radę sama.
Obróciła się błyskawicznie z nowym zapałem, momentalnie będąc zmuszona do zejścia z toru lotu jakiegoś zabłąkanego zaklęcia i - potrząsając gwałtownie głową jak lew zarzucający długą grzywą - zanurkowała w szarżujący na magazyny tłum czarodziejów, zamierzając udowodnić matce, że potrafi być samodzielna, nawet - a może szczególnie - w takiej sytuacji, jak ta.
Słysząc, wzrastający skokowo z każdą chwilą, odgłos serii karabinowej - to mugole coraz sprawniej po pierwszym szoku zaczynali reagować na atak - zakręciła się wokół pędzących sylwetek odzianych w długie, codzienne peleryny bądź mocno przylegające do ciała kostiumy, bądź gibkie szaty sportowe, wtapiając się w tłum jak kamfora. Znikać na zawołanie, och, tak, tę zmyślną sztuczkę - wykorzystując swoją szybkość i gibkość - z całą pewnością uwielbiała stosować.
-VVV-
Zgubiłem ją — pomyślał trzeźwo Harry, starając się opanować rosnącą w nim, drapiącą jego nerwy jak małe, ostre, kocie pazury trwogę — miałem ją na oku, miałem jej nie spuszczać z oka i zgubiłem ją!
Jakiś kwartet mugoli zaczął ich ostrzeliwać z wysokiego, płaskiego dachu głównego magazynu. Jedna z zabłąkanych kul przedziurawiła mu pelerynę, gdy odwracał się z ogniem zacietrzewienia w oczach, o milimetry omijając jego łydkę i wbijając się z trzaskiem w śnieg pod jego nogami. Machnął wściekle różdżką, jakby zasuwał w poziome zamek błyskawiczny i cała czwórka mugoli zjechała z dachu - jakby zepchnęła ich niewidzialna ręka - po czym runęła z głośnym, zatrwożonym, rozdzierającym wrzaskiem głową w dół, na łeb, na szyję, rozbijając się jak porcelanowe figurki na asfaltowej drodze.
Ktoś cisnął klątwą zza jego ramienia i Harry, oddychając ciężko, spostrzegł jak uzbrojony po zęby wojskowy, którego nawet nie zauważył (Merlinie, skup się — zganił się w myślach — bo skończy się to dla ciebie tragedią), a który wyskoczył zza jednego z zaparkowanych na parkingu tirów, wybucha potokiem krwi, rozerwany na strzępy jak wielka, gruba larwa.
— Na litość Morgany, Incendio — warknął Draco; kula ognia strawiła tira, zza którego wyłonił się żołnierz w zakamuflowanym mundurze — nie buszuj teraz w chmurach, Harry, złaź, Incendio, na ziemię! — Kolejna, wielka ciężarówka wybuchnęła w ogłuszającym hukiem, wylatując w powietrze jak woda z gejzeru, strzelając snopem wielkich iskier, rozłożystych jak skrzydła płomieni i czarnego, gęstego dymu, po czym spadła z impetem na inną, zaparkowaną kilka metrów dalej (deszcz szkła zatańczył wokoło, zasypując walczących jak podczas nocy kryształowej).
— Nie widziałeś gdzieś Katriny? — krzyknął, chwytając wpół przebiegającą obok niego Rosalie, zatrzymując ją w biegu tak gwałtownie, że ta aż stęknęła i wydała z siebie taki chargot, jakby lada moment miała wypluć płuca (kilka stóp od nich leżał odbezpieczony granat odłamkowy, który - dzięki ci Merlinie! - nie odpalił; Harry wskazał na niego różdżką i warknął: „Evanesco", a ten zniknął bezdźwięcznie, jakby go nigdy nie było).
Rosalie mruknęła coś pod nosem, zerknęła na niego kątem oka (jej zwyczajowa elegancja była mocno nadszarpnięta, a jej włosy sterczały wokół jej głowy w chaotycznym nieładzie) i pobiegła dalej, jakby zamierzała przedrzeć się na tyły kampusu, wymijając od frontu największy magazyn i ruszyć wzdłuż jego krótszej krawędzi, aby dostać się na jego tyły, do stojących za nim, mniejszych składowisk broni.
Harry odwrócił od niej wzrok, chcąc ponowić swoje pytanie, ale nie zdążył, bo Draco, pchnął go z całych sił (jego świeżo zaleczony bok zapiekł, jakby ktoś przypalał go żywym ogniem) i przyparł własnym ciałem do ziemi - zrobił to na sekundy przed tym, jak z bramy głównego magazynu wychylili się dwaj mugole i zaczęli walić w przestrzeń serią karabinową, zdając się nie patrzeć nawet na to, w kogo trafiają.
Harry i Draco, zasłaniając się ramionami, gdy łuski pocisków posypały im się na głowy, cisnęli zaklęciami równocześnie:
— Avada Kedavra!
— Diminuendo!
Zielony promień z sykiem objął chude, wyższe ciało, które runęło na drugiego wojskowego, kurczącego jak pod wpływem zbyt wielkiego ciśnienia z każdą chwilą coraz mocniej i mocniej, i przygniotło go do ziemi, z hukiem zderzając się z twardym asfaltem. Gęsta kałuża w odcieniu bordo, o konsystencji budyniu, zaczęła rozlewać się powoli po granatowo-szarej nawierzchni, tworząc potok czerwieni.
Harry miał jakieś pierniczone kamyki w butach, a jego bok zaczął pulsować tępym bólem i zielonooki, zaciskając zęby, modlił się o to, aby świeżo zasklepiona rana nie zaczęła się otwierać, jak w kontakcie z tygrysimi pazurami.
— Pytałem, czy... — zaczął powtarzać Harry, starając się przekrzyczeć ogólną wrzawę, jednak zaciął się, wciągając ze świstem powietrze, kiedy zobaczył, że przez główną bramę magazynu wybiega cały tabun sylwetek dzierżących w dłoniach wielokalibrowe karabiny maszynowe.
Granaty dymne wystrzeliły z bramy jak ołowiane kule.
Harry złapał Dracona i przeturlał się po ziemi, spodziewając się, że asfalt, na którym się znajdują, lada moment zostanie utopiony w ostrzale. Zderzyli się z werwą z oponą jakiegoś stojącego na parkingu, wielkiego tira i Harry, niewiele myśląc, chwycił Draco za kołnierz i dał nura pod karoserię. Gubiąc się w plątaninie kończyn, przeturlał się pod zimnym silnikiem i wczołgał się za masywne, wysokie koło, skrywając się przed ostrzałem.
— ...czy widziałeś Katrinę, gdzie, na bogów, jest Katrina? — dokończył nieskładnie Harry, niemalże krzycząc Draconowi do ucha.
— Jak miałem...?
— Może się schowała przy...?
— Harry, do diabła, skup się! — warknął na niego Draco, chwytając go za ramiona i potrząsając nim tak mocno, że Harry pomyślał, że wyrwie mu on głowę z korpusu ciała. — Musisz teraz myśleć o sobie, o sobie, Harry, jeśli ci życie miłe!
Harry zagryzł dolną wargę, wyściubił różdżkę zza masywnej opony, z której pod ciężkim ostrzałem zaczęło szybko schodzić powietrze i cisnął poprzez parking klątwą unoszącego się oka.
W głębi parkingu wysoko nad tirami pojawiła się duża, uwita z gęstych strug magii gałka oczna o zielonej, jak jego własne, tęczówce i zastygła w powietrzu, nieruchoma jak skała, powoli i stopniowo wzbierając w czerwień na bladych białkach, jakby w jej wnętrzu pękały kolejno naczynka krwionośne, zaczęła emanować rubinową, świetlistą aurą, rozlewającą się gęstą ni to gazową, ni płynną strugą w powietrzu. Rozciągała się etapami, jak wyginający grzbiet, leniwy kot, sięgając opieszale jak przeżarty niedźwiedź ku ziemi; Harry patrzył na to twardym wzrokiem, doskonale wiedząc, że każdy, kto znajdzie się w obrębie mglistej, krwistej aury, z pierwszą chwilą nie zauważy u siebie najmniejszych zmian, póki krew w jego żyłach nie podniesie się do temperatury, w której odczuje promieniujący z każdego milimetra skóry palący, zżerający ból, rosnący z każdą chwilą, przechodzący w agonię nie do wytrzymania - na skórze zaczną pojawiać się bąble oparzeń, pękające krwią i ropą pęcherze, gałki oczne popękają w oczodołach, język rozleje się parującą krwią po gardle, a człowiek ugotuje się we własnej krwi jak kaczka w rosole. Skupił się mocno, przygryzając dolną wargę i zaczął modelować magię, profilując ją tak, aby atakowała jedynie tych, u których nie wyczuje obecności magicznego rdzenia.
— Kochana Morgano! — Draco zbladł, patrząc na unoszące się nad parkingiem, nieruchome jak ostateczność oko (niektórzy mugole przystanęli, wlepiając w niego spojrzenia jak cielęta w malowane wrota). — Harry, wiesz, że jesteś moją niegasnącą inspiracją, ale tym razem...
Część zadaszenia głównego magazynu urwała się i z ogłuszającym hukiem runęła na ziemię, wzbijając w powietrze snop kurzu.
— Merlinie, mamy go zabezpieczyć, a nie wysadzić w powietrze! — ryknął wściekle Harry, zrywając się na równe nogi. — Nie chcę być przy tym, jak magazyn główny pójdzie z dymem, kiedy wybuchnie cały, składowany tam proch, zabijając wszystkich w promieniu najbliższych kilometrów!
Zza ogromu budynku magazynu głównego zaczęły nadbiegać mugolskie posiłki (pierniczone męty — pomyślał mgliście Harry — zawsze przylatują ku frontowi magazynu głównego z głębi kampusu). Kiedy kolejne zaklęcie odrąbało kawałek betonowego rogu budynku, a gruz został użyty jak pocisk i ciśnięty w stronę nadbiegających mugoli, Harry złapał się za głowę, mając naprawdę wielką ochotę paść na kolana i zacząć tłuc czołem w zimny asfalt.
-VVV-
W rogu parkingu niemal na samym jego końcu - przy jego dłuższej krawędzi mieszczącej się obok asfaltowanej drogi - znajdowała się wielka, blaszana tablica, opisana adnotacją: „PLAN KAMPUSU".
Neville zatrzymał się i rozdziawił usta, ogarniając wzrokiem makietę, mając ochotę roześmiać się w głos - przycisnąć dłonie do brzucha i rechocząc jak wariat, zgiąć się wpół, pozwalając gorzkiemu rozbawieniu wylewać się przez jego usta jak woda lecąca z wodospadu.
Zamiast tego przyodział płaszcz powagi, machnął różdżką, wytrącając zaklęciem broń z ramion jakiegoś przypadkowego mugola i lewitując jego ciało ponad ziemią, postawił go za swoimi plecami niczym żywą, oddychającą tarczę.
— Psie! — ryknęła na niego tarcza-mugol, rzucając się w powietrzu jak pod Cruciatusem. — Gnoju!
Neville uciszył go skinięciem nadgarstka, pospiesznie studiując szeroką, rozciągłą mapę. Za magazynem głównym, największym, składującym - jak wynikało z przypisów - broń palną, mieściły się rzędy mniejszych składowisk. Pomiędzy nimi biegła prosta, szeroka droga do ogrodzonych jakimś płotem, dwóch, masywnych, postawionych ściana w ścianę magazynów. Jeden z nich obarczony był nazwą: „składowisko otwarte" - Neville, marszcząc się i ciągnąc palcami za uszy, zdecydował przed samym sobą, że musi być to jakiś rodzaj wielkiego kontenera, niechronionego przed warunkami atmosferycznymi - drugi natomiast znajdował się pod nazwą: „magazyn specjalny" i Neville, z chwili na chwilę, poczuł, jak chłód uderza w jego ciało jak nawałnica. Oddychając głęboko, oblizawszy nerwowo usta, wgapiając się w napis jak cielę w malowane wrota, stwierdził, że oto i ukazał się ich główny cel przeznaczony do zabezpieczenia: broń biologiczna.
Wreszcie - przestając skakać oczyma po wielkim, nadrukowanym planie - oderwał wzrok od makiety i odwrócił się, i... i zamarł jak wbity w ziemię, kiedy dostrzegł, że przetrzymywany przez niego mugol, zasłaniający go jak mur przed pociskami, ma klatkę piersiową przedziurawioną jak sito, a krew ścieka grubymi, lepkimi strugami po jego przechylonej bezwładnie w stronę ramienia głowie, po jego - dosyć tęgim - brzuchu, wsiąkając w ubrania jak roztopione masło, po jego szyi, której resztki skóry, ścięgien i mięśni ledwo utrzymywały głowę w korpusie ciała.
Neville odetchnął głębiej, starając się uspokoić skaczące szaleńczo w jego piersi serce i próbując skupić się na falującym przed nim jak duch, stygnącym ciele od logistycznej strony, zaczął się zastanawiać, czy nie ma on może pod mundurem kamizelki kuloodpornej. Mógłby zapożyczyć sobie takową, mógłby ją należycie wykorzystać.
Uśmiechnął się pod nosem, gratulując sobie pomysłowości, uszczuplając truchło z munduru i zaklęciem: „Accio", przywołał do siebie jego kamizelkę, zarzucając ją, nie zważywszy na wyższe jej partie umazane krwią, bezpośrednio na dopasowaną, ściśle przylegającą do ciała szatę, zapinając ją pospiesznym, rozbieganym ruchem śliskich od potu palców. Potem podniósł wysoko różdżkę, skupił się na wspomnieniu swojej walecznej, niezastąpionej babci Augusty (które zawsze skropione nutką goryczy, miało - jak sądził - najsilniejszą moc ze wszystkich wspomnień, jakie posiadał), przypomniał sobie jej wielką, czerwoną torebkę i wielki kapelusz z wypchanym sępem na czubku, i ciepły szal z lisa, i uśmiech, ten szeroki i zadowolony, dumny z jego osiągnięć, po czym powiedział głośno i wyraźnie: „Expecto Patronum" i...
I nic. Zamiast kształtnego, cielesnego patronusa, z jego różdżki wydobył się jedynie bezkształtny, rozmyty snop bladawego światła, migoczący przed nim krótką chwilę i rozwiewający się w przestrzeni jak dym.
Neville warknął wściekle pod nosem, kopnął jakiś niewielki kamień leżący mu niewygodnie pod stopą i zaczął rozglądać się chaotycznie, mrużąc oczy, w poszukiwaniu Harry'ego.
-VVV-
Anderson skakał wokół Amelii, starając się osłaniać jej lewą, mniej sprawną stronę, wiedząc, że mięśnie jarzmowe napinają się pod jego skórą, kiedy co chwila rzucał jej pełne zatroskania, zaniepokojone spojrzenia. Starał się eliminować wrogów, zanim ci zdążyli się ku nim obrócić, głęboko w umyśle powtarzając sobie, że jeśli zajdzie taka potrzeba, bez zastanowienia przyjmie na siebie kulę przeznaczoną dla Amelii.
Amelia - pomimo wszelkich jego wątpliwości kotłujących się w jego umyśle jak wściekły rój pszczół - radziła sobie całkiem nieźle. Obracała się wokół siebie, celując z najwyższą precyzją, umyślnie odciążając lewą nogę, rozkładając nierównomiernie ciężar ciała. Anderson czuł podziw, widząc, jak ta manewruje na swojej prawej nodze, lewą podpierając lekko o ziemię, jakby - niczym koci ogon - potrzebowała jej jedynie w celu utrzymania równowagi.
Anderson nie wiedział jak - i wolał w to nawet nie wnikać - przedarli się wzdłuż krótszego ramienia prostokąta magazynu głównego, na jego tyły, przylegając do ściany, przyklejając się do niej jak cienie, a ich oczom ukazały się, zwracające na siebie uwagę na przestrzennym terenie, na tle wysokiego ogrodzenia, za którym majaczyły dwa szkielety większych zabudowań, drobniejsze składowiska - niewielkie budki, każde z nich zbudowane na planie kwadratu.
Swoim rozmieszczeniem przywodziły Wally'emu na myśl dwie, gigantyczne tabliczki czekolady, rozdzielone pasmem szerokiej drogi wewnętrznej.
— Osłaniaj mnie! — rozkazała Amelia, przekrzykując huki wystrzałów, przykucając na ziemi i celując różdżką w znajdujące się najbliżej nich, na rogu jednej z „czekolad", niewielkie składowisko. — Repello Muggletum! — zaczęła inkantować, zataczając nadgarstkiem krąg, aby zacieśnić zwięźle zaklęcie wokół składu. — Salvio Hexia! — Powietrze wokół budowli zafalowało, a potem ściany zaczęły znikać, jakby ktoś rozciągał na nich do granic wytrzymałości olbrzymi materiał peleryny-niewidki. Amelia przeniosła różdżkę na kolejny, niewielki budyneczek, zerkając kątem oka na zapatrzonego na efekty Wally'ego. — No osłaniaj mnie, Wally, osłaniaj mnie!
Anderson otrząsnął się i wycelował różdżkę w górę, w spłaszczony dach magazynu głównego, gotowy zestrzelić, choćby i gołębia, jeśli tylko wypatrzy tam jakiś niepożądany ruch.
Musiał przyznać przed samym sobą - bał się o nią potwornie - ale próbował się uspokoić, powtarzając sobie, że przecież jest przy nim i radzi sobie świetnie, łebsko wykorzystując swoją wzmożoną czujność, balansując wrażliwszą nogą niczym baletnica.
Przed oczami stanęła mu inna bitwa, w innych mugolskich regionach, pod pokaźnymi, więziennymi murami i przypominając sobie, jak pierwszorzędnie, pomimo postrzelenia, poradziła sobie wówczas, kiwając na zgodę swoim myślom, pozwolił się przekonać, że jego Amelia, jego fantastyczna, wojownicza Amelia, z jego pomocą czy bez niej, i tak da sobie świetnie radę.
Amelia Biel, nie podnosząc się z ziemi, przysunęła się bliżej betonowej ściany i wymamrotała pod nosem kolejną serię zaklęć.
-VVV-
Gdzie jest Harry, gdzie jest Harry, gdzie jest, na litość Merlina, Harry?
Neville biegł poprzez dymy unoszące się w powietrzu jak mgła, mrugając, aby pozbyć się pyłu z oczu, rozglądając się szaleńczo po głównej drodze biegnącej wzdłuż magazynu, ciskając wokół zaklęciami w mechanicznych, instynktownych ruchach, starając się nie zderzyć z nikim w plątaninie ciał przewijających się przez główną drogę - co okazało się niewykonalne, oczywiście.
W kotłowaninie i zgiełku rozciągającym się gdzie okiem sięgnąć, usilnie próbując nie pozwolić się zepchnąć temu istnemu rozgardiaszowi w całkowicie inną stronę niż ta, w którą zmierzał, wpadł z impetem na jakieś szczupłe ciało czarownicy w wysokiej, kształtnej tiarze i przytrzymał ją, kiedy ta zachwiała się nieznacznie pod wpływem zderzenia.
— Profesor Sinistra! — krzyknął Neville, ściskając kobietę za ramię. — Widziała może pani Harry'ego?
— Nie słyszę!
— Harry'ego, czy Harry'ego pani widziała?! — Poczuł jak wrzaskiem zdziera sobie gardło, ale nie dbał o to.
— Owszem! — zawołała jego była nauczycielka astronomii. — Jakiś czas temu. Na tym dziwnym, prostokątnym polu, na którym stoją te... jaki im tam? Automobile!
Neville odwrócił się błyskawicznie w stronę parkingu i krzycząc jakieś nieskładne podziękowania, wyminął w biegu kobietę, przepychając się poprzez wzburzony tłum jak torpeda.
Fioletowo-żółte tiry rosły mu w oczach jak spadająca gwiazda.
Zobaczył go wygrzebującego się w towarzystwie Malfoya spod karoserii jednego z samochodów ciężarowych, czołgającego się po asfalcie jak wąż.
— HARRY!
Neville wpadł na parking, za jednym tchem dopadając podnoszącego się na kolana Harry'ego i chwytając mocno jego ramię, pomógł mu podnieść się z ziemi.
— Neville! Wszystko w porządku? — odkrzyknął Harry, zerkając z roztargnieniem na pulsującą czerwoną, gęstą mgłą, rozprzestrzeniającą się powoli nad głowami jednego z mugolskich oddziałów zbrojnych, klątwę.
— O matko, czy to jest to, co ja myślę? — Neville pobladł gwałtownie, wytrzeszczając oczy na magiczną gałkę oczną, przesuwającą mozolnie szmaragdowym wzrokiem po każdym, od kogo nie wyczuwała pulsacji magii.
— No, eee...
Malfoy skrzywił się na Neville'a, jakby zobaczył sklątkę tylnowybuchową, ale ten zignorował jego nieprzychylne spojrzenie.
— Nieważne, słuchaj! — zawołał brązowooki, przekrzykując ogólny harmider, całkowicie ignorując kwaśny wzrok dziedzica Malfoyów ciążący na jego twarzy jak wagowy odważnik. — Tam była mapa, znaczy się tam daleko, po drugiej stronie parkingu — zaczął wyjaśniać nieskładnie, gwałtownie gestykulując — właściwie to plan, plan kampusu, poczekaj, poczekaj, niechże ja...
Neville zamachał różdżką jak siekierą i przed nimi, w powietrzu zaczął się kreślić schematyczny, nieco uproszczony obraz planu, wyciągnięty z jego umysłu, rysowany magią na podstawie jego pamięci.
— O tutaj — przynaglił, dźgając palcem powietrze. — To jest ten skład, patrz, opis mówi: „magazyn specjalny", sądzę, że...
— Merlinie, Neville, świetna robota! — zawołał Harry, momentalnie się ożywiając, patrząc wielkimi oczami to na plan, to na rozpościerający się przed nimi jak pomnik magazyn główny.
Jeśli im się uda wyeliminują strach z oczu milionów czarodziejów na wieść o najpotężniejszej, przerażającej broni, która pod rękami mugoli mogła mieć dla nich katastrofalne skutki.
— Chodźcie! — krzyknął Harry, ruszając w stronę zasypanego śniegiem obszaru biegnącego wzdłuż węższej ściany głównego magazynu.
Neville i Malfoy, nie czekając na lepszą zachętę, pognali w te pędy za nim.
-VVV-
Jego bok piekł jak zaraza, ale starał się o tym nie myśleć, kiedy ściskając różdżkę w wilgotnej dłoni, oddychając tak szybko, jakby ktoś stał nad nim z batem, biegł, lawirując w kotłującym się jak para ulatująca z gwizdka czajnika tłumie, to zaciskając, to rozprostowując wolną dłoń, czując ułudny ciężar pierścienia na serdecznym palcu.
Przed wyruszeniem w bój uczynił z niego Świstoklik, który zareaguje, jak tylko zerwie go z palca i ściśnie w pięści.
— Harry, uwaga! — ryknął nagle, na całe gardło Draco, wpadając na niego i przyciskając do ściany magazynu, a Harry, niewiele myśląc, z automatu zarzucił swoją magią, krzycząc: „Protego Maxima!", tworząc pulsującą, zwartą tarczę, nakładając na nią w pośpiechu jeszcze jedną, bliźniaczą warstwę (powiew jego magii uderzył im w twarze niczym ściana wody).
Zrzucony z dachu granat wybuchnął tuż koło nich niczym supernowa, ziemia zatrzęsła się potężnie pod ich stopami, a fala duszności i oślepiającego światła zalała ich niczym woda pluskająca na wszystkie strony z rozbitego hydrantu.
Siła uderzenia, jaka zderzyła się z ogłuszającym hukiem z jego wzmocnioną do granic możliwości tarczą, posłała go na kolana; Harry poczuł się, jakby oberwał maczugą od rosłego olbrzyma, w uszach zadzwoniło mu głuchym jękiem, jakby ciśnienie wokół niego gwałtownie spadło, ale on, czując gorące łzy klejące się mu do policzków, zacisnął na różdżce także drugą rękę i przelał w tarczę jeszcze więcej magii, czując się, jakby wlewał wodę w sam środek rozszalałej Szatańskiej Pożogi.
Po krótkiej chwili, która trwała dla Harry'ego całe lata świetlne, granat się wypalił, a jego zużyta skorupa potoczyła się po ziemi jak oderwana od gumowej opony alufelga.
Harry zamrugał, starając się pozbyć mroczków sprzed oczu, spotykając spojrzenie równie otumanionego wybuchem, jak on sam Dracona, zataczającego wokół siebie mętnym wzrokiem (skurcz ulgi, kiedy przekonał się, że Draco jest cały i zdrów, przeszył jego pierś jak strzała). Oddychając głośno i jękliwie, brzmiąc zapewne jak skomlące zwierzę, przycisnął swoje tarcze bliżej ich rozdygotanych sylwetek, jak nic, obawiając się je zdejmować, mając wrażenie, że kiedy tylko się na to zdecyduje, kolejny granat spadnie im na głowy jak zrządzenie opatrzności. Rozejrzał się rozbieganym wzrokiem za Neville'em.
Patrzył: jedną chwilę, dwie, a potem padł twarzą w kierunku ziemi, podtrzymując się dygoczącymi jak pod zbyt wielkim, obciążającym je wysiłkiem ramionami i zaczął gwałtownie wyrzucać z siebie resztki pokarmowe, brudząc ziemię, swoje dłonie, swoją szatę, swoją różdżkę zielonkawożółtą wydzieliną.
Wszędzie krew, pełno krwi, zdawało mu się, że stoi nad morzem czerwieni, górując nad nim jak jakiś absurdalny wapienny głaz, krew i porozrzucane strzępy kończyn, i krzyk, rozdzierający krzyk lejący się wzdłuż ścian jak tsunami, odbijający się od nich, rosnący, potęgujący się.
Harry miał wrażenie, że wszystko widzi w migawkach, jakby ktoś włączał i wyłączał rzeczywistość, jakby nie biegła ona jednym płynnym ciągiem i jedyne, co było stałe i nieprzerwane, to ten skowyt ranionego zwierzęcia, rozdzierający, pełen obłąkańczych nut, dziki ryk i Harry błagał w myślach, aby on się już skończył, kuląc się pod ścianą jak przerażone dziecko uciekające przed krzywdą w najgłębszy kąt pomieszczenia, chroniące się pod kołdrą przed potworami spod łóżka, błagał i prosił, i zaklinał, póki Draco nie przyłożył mu w twarz tak ostro, że Harry ujrzał gwiazdy przed oczami i zdał sobie sprawę z tego, że ten wrzask dobiega z głębi jego piersi, jakby to nie on, a coś żyjącego głęboko w jego ciele, wtapiającego się w niego z doskonałą precyzją, ryczało wewnątrz niego jak obłąkane, przepychało się pod jego skórą, żądając uwolnienia.
Powietrze śmierdziało prochem i metaliczną wonią krwi, unoszącą się w powietrzu jak zaduch, i fekaliami, a Harry miał wrażenie, że wdziera się ono do jego ust, przykleja się do skóry, zostaje pod językiem jak posmak trucizny.
Porozrzucane wokół kończyny wyglądały jak produkt masakry przedsięwziętej na masową skalę. Jak scena żywcem wyjęta z tych krwawych horrorów, które kiedyś, tak dawno, dawno temu jego kuzyn oglądał po nocach w pedantycznym salonie Dursleyów.
Zielonooki, drżąc jak osika, splunął na ziemię, chcąc pozbyć się obrzydliwego posmaku z ust, trzymając się za burzący się jak spienione morze żołądek; czuł każdą sekundę, w której szaleńcza, opętańcza siła przejmowała kontrolę nad jego umysłem, nad jego ciałem, nad jego nerwami, szarpiąc nimi z siłą wilkołaczych kłów, rozrywając jego racjonalność na strzępy; oderwał się od ściany, uniósł różdżkę i wycelował w przymierzającego się do zrzucenia kolejnego ładunku wybuchowego, mężczyznę, warcząc: „Reducto!".
Błysnęło oślepiające, niebieskie światło, które zaczęło wsiąkać w postać na dachu jak żar i strawiło wyprostowaną sylwetkę niebieskimi płomieniami, a te niczym pazury rozszalałej bestii rozerwały miękkie ciało jak materiałowego manekina.
Krew lunęła im na głowy jak ściana deszczu.
Harry, mrużąc oczy, zaciskając zęby tak mocno, że zazgrzytały one o siebie niczym koła zębate, poczuł, jak umierają w nim ostatnie porywy litości.
Wyzwoliliście bestię — pomyślał wściekle Harry — wyzwoliliście bestię, więc teraz zmuszeni będziecie się z nią zmierzyć.
-VVV-
Ta walka była tak różna od tej, którą znał. Niczym nie miała się do tych czarodziejskich, wypełnionych chmarą świateł, rozbłysków i refleksów na szkle. Ta walka była szalona - to najlepsze skojarzenie, jakie przychodziło mu do głowy - paranoiczna - to drugie, bo zdawało mu się, że patrzy przez ogromny pryzmat zakrzywiający rzeczywistość, bo wszystko leżało nie tam, gdzie powinno, bo kiedy nie widział rozbłysku zaklęcia, przed którym powinien się uchylić, nie wiedział, jak ma zareagować, żeby się obronić - nie był pewien, czy zwykłe: „Protego" zadziała przeciw broni palnej i wolał się o tym nie upewniać na własnej skórze; kluczył między rzędem, jakichś pojedynczych małych składowisk, tuż koło szerokiej jak dwa olbrzymy drogi, obserwując kątem oka, jak po przeciwnej ich stronie, w głębi ogromnej przestrzeni, ktoś (czy to nie byli aurorzy?) nakłada zaklęcia osłaniające przed spojrzeniem ludzkich oczu na te nieduże izdebki, wyglądające jak składziki na miotły, a pasma niewidzialności opływały je, połykając nieduże budyneczki niczym mgła.
Może nie postąpił właściwie, może popełnił kolosalny błąd, pozwalając się namówić tej mocnej w pysku Lovegood na wzięcie udziału w tej bitwie, na podanie pomocnej dłoni Harry'emu Potterowi - czuł, że jest już na to stanowczo za stary, już od dawna nie miał zwinności młodzieniaszka, a teraz, tutaj, nie wiedząc nawet, przed czym powinien się kryć, miał ochotę pluć sobie w brodę i przeklinać zjadliwie, i cofnąć swoją decyzję, odsuwając się od otwartej walki, choćby go błagali, żeby został. Miał już za sobą dwie, wielkie wojny - dwie, przeklęte wojny, w których aktywnie uczestniczył - na jaką cholerę rzucał się w wiry kolejnej, tego nie wiedział; nosił w sobie wspomnienia dwóch, rzucających na kolana, wojennych nawałnic i miał po dziurki w nosie zapewniania sobie kolejnych — mam tyle lat na karku — pomyślał, posyłając dwójkę mugolskich wojskowych na ścianę, o którą roztrzaskali się jak wróble o szybę, ześlizgując się jak mokre szmaty na ziemię, pozostawiając na tynku śliską, czerwoną breję, ciągnącą się grubym pasmem w dół — że powinienem przejść na jakąś przeklętą emeryturę wojskową — prychnął w myślach, pozwalając swojej magii rozwinąć się jak pnąca się ku niebu roślina, zalewając przestrzeń wokół niego parnym gorącem — tak, właśnie, emeryturę i na domiar tego, powinni mi za te wszystkie, niekończące się lata walki wypłacać jakieś grube galeony, właśnie tak powinno być! Dostawałbym od ministerstwa pieniądze, zapewniające mi pełne dostatku życie, a ja, na spokojnie, oddychając powietrzem pachnącym wolnością, dorabiałbym sobie dalej w swojej przydymionej knajpie, sprzedając marny alkohol wątpliwej klienteli, wymieniającej się śmierdzącą gotówką pod zalanym piwem, stołowym blatem i zajmowałbym się hodowlą swoich alpejskich kóz.
Cisnął wyjątkowo silnym zaklęciem w jakiegoś mugola, który (śmiechu warte!) wlazł na kawałek oblodzonego gruntu i poleciał na plecy jak pchnięty siłą. Żołnierz przywalił tyłem głowy o lód, szarpnął się, jak ugodzony Cruciatusem i przewrócił się na lewy bok, przez co czerwony snop światła (no, na Merlina!) chybił swego celu o milimetry; mugol przeładował magazynek.
— Popraw!
To krzyknęła Pomona Sprout, zataczająca różdżką potężne kręgi nad głową.
Aberforth zerknął na nią, marszcząc czoło - była tak niepozorna: przygruba, masywna, z zaróżowionymi jak piwonia, pucołowatymi policzkami i palcami grubymi jak rybne paluszki. Jej siwe włosy z trwałą ondulacją trzymały się jej głowy niczym sztywna, nieruchoma peruka, obojętna na wszystkie gwałtowne gesty, opady, podskoki, obroty, jakby każde pasmo było przykute niewidocznymi gołym okiem gwoźdźmi do jej czaszki. Na pierwszy rzut oka nie sprawiała wrażenia takiej, która byłaby w stanie stanowić dla swoich wrogów zagrożenie. I pomyśleć, że ta na pozór pospolita kobieta miała władzę nad przyrodą potężną jak burza z piorunami.
— No, popraw no!
Aberforth poprawił.
Ziemia wokół Pomony zaczęła drżeć i rozkruszać się na wiór, a spod niej - jak wyścigowe miotły - wystrzeliły korzenie pobliskiego drzewa, strzelając niczym z pejcza na przycupniętych przy gruncie mugoli, wyrywając im broń z silnych rąk, chwytając ich wpół i wyrzucając w powietrze jak wystrzelonych z procy.
Tak, z całą pewnością — pomyślał Aberforth, prawie od niechcenia celując różdżką w dach magazynu, gdzie jakiś mugol - idiota, postanowił podnieść się na nogi z karabinem w ramionach, stając się przez to idealnym celem, a Aberforth skorzystał z tego, strącając go na ziemię z bezduszną precyzją — powinienem z tym skończyć, w tym, rzecz, że kiedy pojawiła się wizja nowej bitwy do wygrania, powinienem...
Powinien złożyć różdżkę na kontuarze w swoim barze i pomyśleć o wszystkim tym, czego był świadkiem w ciągu swojego długiego życia, a potem spojrzeć w te srebrne, duże oczy Lovegood, patrzące na niego jak oczy jakiegoś jagnięcia, i powiedzieć: „nie", powiedzieć: „dosyć", tak powinien uczynić, ale nie zdążył o tym pomyśleć, bo Horacy wykrzyknął chrapliwie: „Na brodę Merlina, Aberforth, uważaj!", a potem poczuł łupnięcie w brzuch i idący z nim w parze, palący ból, jakby coś zachłannego i agresywnego wwiercało się w jego ciało, starając się je rozerwać na poły.
Oho — pomyślał mgliście Aberforth — masz babo placek!
Coś ciepłego, płynnego o metalicznym posmaku wypełniło mu usta, przelewając się przez wargi i spływając po brodzie i szyi jak eliksir kipiący z kociołka.
Ktoś pochwycił go zaklęciem lewitacji, kiedy, ściskając się za brzuch, runął głową do przodu jak ścięte drzewo, ktoś oparł go - plującego krwią - plecami o chłodny mur jakiegoś budynku, tak przyjemny w dotyku dla jego rozpalonego gorącem karku, że przylgnął do niego jak do ciepłego, miękkiego koca w chłodne wieczory, ktoś uklęknął przed nim na ziemi, machając nad nim różdżką w jakichś nieskoordynowanych pląsach (miał wrażenie, że świat nagle spowolnił swój bieg, a on patrzy na wszystko w zwolnionym tempie, patrzy i zdaje się widzieć otaczający go świat znacznie lepiej i dokładniej, niż kiedykolwiek wcześniej).
— Nie zasypiaj, Abby, nie rób tego, zaraz to zatamuję, już zaraz i zabiorę cię do Hogwartu, do Pansy, tylko znajdę... Gdzie jest mój pieprzony Świstoklik? — Minerwa, to z pewnością był głos Minerwy i Aberforth miał ochotę się zaśmiać, kiedy usłyszał ulatujące z jej ust przekleństwo, ale tylko opluł się krwią, która prysnęła mu z ust jak fontanna. — Hej, Abby, nie zamykaj oczu! — krzyknęła Minnie, jej głos dochodził do niego jak z oddali.
— Nie bój się, Ab — powiedział Albus kojącym głosem (czy mu się zdawało, czy jego błękitne oczy błyskały tymi samymi, tajemniczymi ognikami, które pamiętał z dzieciństwa?), ten dobrotliwy uśmiech nie pasował do tej niespodziewanie psotnej (niespodziewanie młodej) twarzy.
— Aberforth, ja nie żartuję — warknęła surowo Minerwa (nie widział jej oblicza, rozmywało się na jego źrenicy jak cień, jak plama krwi) — nie waż się zasypiać!
— Ach, ta Minnie — zachichotał Albus — zawsze taka stanowcza!
Aberforth, nie bez niemałej paniki, zdał sobie sprawę z tego, że coraz gorzej widzi Minerwę, a coraz lepiej Albusa. Minerwa nadal coś do niego mówiła, ale on dostrzegał tylko jej poruszające się bezdźwięcznie usta, jakby jakaś niewidzialna ręka sterująca światem stanęła nad wielkim pokrętłem i wyciszyła dźwięki całej, wielkiej kuli ziemskiej. Starał się skupić na Minerwie, starał się zakotwiczyć wzrok w jej oczach, uchwycić się jej, przytrzymać, powiedzieć jej, żeby go nie puszczała, że nie jest gotowy runąć w tę bezdenną, niewiadomą przepaść, jeszcze nie teraz, nie w taki sposób, chciał sięgnąć ramieniem, dłonią, palcami i uchwycić jej drobną dłoń, zacisnąć na niej ręce jak na linie rzuconej tonącemu, ale ta zdawała się taka odległa, taka odległa (a ty taki stary — pomyślał z pogardą dla samego siebie Aberforth — a wciąż tak zlękniony na myśl o śmierci).
Nie bój się, Ab, powiedział Albus, Albus, który dał się zabić, Albus, który zaplanował swoją śmierć i to z absurdalnymi szczegółami.
— Skoro odejść — rzucił z uśmieszkiem Albus, jakby oklumował jego umysł, co było absurdalne, oczywiście — to z fanfarami!
Aberforth pomyślał, że pierwsze, co uczyni, jeśli naprawdę tutaj umrze (wbijał w życie paznokcie i zęby, trzymał się go jak pies swojej kości), to rozkwasi bratu nos.
— Chodź, Ab — wyszeptał miękki, kobiecy głos, którego nie słyszał już całe lata, całe dekady, a teraz szeptał do niego, taki sam, jak kiedyś, jakby nie minęły wcale te długie, długie lata, lata, w których jej oczy przyblakły w jego pamięci, postać się rozmyła, kształty zatarły i były tylko nędzną podróbką, zerkającą na niego z obramowanego obrazu ściskającego kolorową książkę — pozwól sobie na to. Odpuść — poprosiła Ariana.
Więc odpuścił.
-VVV-
Minerwa klęczała w kałuży krwi, wpatrując się w nieruchomą, zapadłą w sobie jak umierająca gwiazda twarz Aberfortha i przez moment, krótki jak mrugnięcie powiek, ujrzała przebłysk innego ciała, pogruchotanego jak garść ścierających się w pył szczątków, którymi miota wiatr. Zobaczyła takie same, jasnoniebieskie oczy wkrojone w inną twarz, choć tak podobną, tak bliźniaczą, również okalaną pejzażem zmarszczek, otoczoną aureolą siwych włosów.
Jego zwykle napięta, ściągnięta twarz zdawała się wygładzić - wyglądał trochę tak jakby spał, tylko te jego oczy, wciąż tak samo błękitne, tylko takie dziwnie obce, zgasłe, obojętne, jakby czegoś w nich brakowało, choć przecież to wciąż ten sam kształt, ta sama barwa, te same, głębokie cienie pod powiekami, ten sam pióropusz rzęs, nieruchomy zastygły, niedrgający nawet pod naporem wiatru.
On też tak wyglądał, kiedy tak leżał pod Wieżą Astronomiczną, spokojny i cichy, i biały na twarzy jak łabędzie pióra. Jego skóra również zdawała się wygładzić, jakby magia przesunęła się po jego twarzy, zatańczyła w zagłębieniu podbródka, osiadła pod grdyką z łagodną stanowczością.
Minerwa, łapiąc spazmatyczne wdechy i wstrzymując powietrze trochę dłużej, niż to było konieczne, czując, jak wypełnia ono jej pierś nadętą emocjami jak balon, który lada moment nie przyjmie w siebie więcej przeżyć, pęknie z hukiem, a jego powłoka oklapnie, zmarnieje, zapadnie się w podobnym stopniu, co skóra Aberfortha, która zdawała się ciążyć pod wpływem grawitacji jak urwana kończyna.
Klęcząc nad ciałem ostatniego z rodu Dumbledore'ów, młodszego syna Perciwala i Kendry, wyciągnęła rękę i skostniałymi z zimna i czegoś jeszcze palcami, zamknęła mu oczy, delikatnie przesuwając opuszkami palców po suchych powiekach, jakby te miały się urwać niczym motyle skrzydła, jeżeli pociągnie za nie za mocno.
Pulsujący w jej czaszce, w jej gardle, w jej piersi ból, powoli zaczął przeradzać się w szał, w gniew, jakiego nie czuła już od dawna, gniew, o którym niemalże zdołała już zapomnieć w dniu, kiedy Druga Wojna Czarodziejów dobiegła końca, rosnący w jej ciele, kiełkujący, rozwijający się jak zasiane na żyznej glebie nasiono.
Omen śmierci wisiał nad nią niczym obwieszczany przez głęboki głos Sybilli Trelawney: najpierw zginął jej mąż, Elphinstone, ukąszony przez jadowitą tentakulę (chcecie zobaczyć — warknęło coś szaleńczego, jakieś jej alter ego łaknące ofiary, zapłaty, łupu — jak to jest, mugolskie potwory, kiedy jad tentakuli rozpłynie się po waszych żyłach i dotrze do serca? ależ proszę bardzo!). Zerwała się na równe nogi, czując, jak biała gorączka liże jej wnętrzności jak tysiące, wąskich języczków ognia. Transmutowała wystającą, suchą gałąź, oblepioną śniegiem w złośliwą tentakulę i cisnęła nią jak petardą w stronę mugolskich wojskowych (tentakula wystrzeliła ku nim swoje jadowe macki z szybkością żaby operującej lepkim językiem, chwytającej przelatującą w pobliżu muchę, silnie trujące pędy zaczęły chwytać mugoli, którzy - głupcy! - próbowali roślinę ostrzelać z karabinów, za nadgarstki, za ramiona, za talie, za szyje, za głowy wpijając się jadowymi kolcami głęboko w miękką skórę). Kilka chwil później los gałęzi podzielił pokaźnych rozmiarów kamień - druga tentakula poszybowała w stronę mugoli jak wyścigowa miotła.
Tak, najpierw zginął Elphinstone i od tego, tak się zdaje, wszystko się zaczęło - jakby koniec zawsze miał zwiastować początek. Potem straciła największego, ukochanego przyjaciela: spadł w rozbłyskach zieleni z najwyższej wieży Hogwartu i roztrzaskał się u jej podnóża jak woskowa lalka. (Koniec zwiastować początek? — powtórzyłby za nią Albus, patrząc w jej twarz znad swoich okularów-połówek. — Ależ, moja droga, w końcu tak właśnie jest zawsze, każdy koniec to tylko nowy początek. — Czasem jej się wydawało, że jak w nic innego, Albus wierzy we własną nieomylność). A teraz zabrali jej również jego brata, jego jedynego brata, jak śmieli, jak ważyli się to zrobić?
Jej serce łkało, jej dłonie się trzęsły (jestem za stara na zalewanie mnie tak głębokimi emocjami — pomyślała Minerwa, zaciskając zęby), łzy pulsowały w jej czaszce jak migrena, kiedy zaklęcie za zaklęciem wypadało z jej różdżki bez ustanku, bez porządku, jakby była samonapędzającym się miotaczem klątw i uroków.
Znam się na magii — warczała w myślach Minerwa, miotając się dziko po bitewnym polu — znam się na magii lepiej, niż którekolwiek z was, mugolskie ścierwa, na tej waszej broni palnej!
Elphinstone powiedziałby: „walcz o swoje, kochana", Elphinstone powiedziałby: „spuść czasem swoją magię ze smyczy".
I właśnie to uczyniła.
-VVV-
Markus Scarr warknął, kiedy jego stopa natrafiła na zamarzniętą kałużę, lód trzasnął pod jego podeszwą jak łamana kość, a on wpadł po kostkę w lodowatą wodę, przelewającą się do jego buta ze smoczej skóry. Nad podeszwą zaczęło chlupać jak nad stawem i Markus, pocierając bezwiednym gestem tatuaż wystający mu spod kołnierzyka, odnosił wrażenie, że jeśli zdejmie buta i przewróci do góra-dół, z jego wnętrza wyleją się tony zimnej wody.
Markus przykucnął w rogu zastawionego tirami parkingu, uśmiechając się kącikiem ust na widok klątwy unoszącego się oka górującej nad parkingiem.
Zaklęcie Trwałego Przylepca wystrzeliło z jego różdżki, wpierw sklejając ze sobą obie wargi jednego z mugolskich wojskowych (Markus miał ochotę się roześmiać w głos, kiedy ten zaczął wytrzeszczać wyłupiaste oczy jak ryba wyjęta z wody), następnie doczepiając do nich jego prawą dłoń, gdy ta uniosła się z paniką, aby wymacać, co takiego stało się z jego twarzą. Markus, mocniej przytulając się do tira, wierząc, że żaden durny żołnierzyk go tutaj nie dostrzeże (mugole — zadzwoniła mu w uszach odwieczna dewiza Stana Shunpike'a — oni nie potrafią patrzeć!), dodał do kompletu uroków zaklęcie zrogowaciałego języka. Tym razem mugol, puszczając karabin wolno (mechanizm zawisnął na grubym pasie przewieszonym przez ramię) chwycił się dłonią za gardło, jakby coś go przyduszało, więc Markus, nie tracąc ani chwili, przylepił mu wnętrze dłoni do skóry na szyi.
— Dobrze się tu bawisz? — zapytał Bruno Noggin, doczołgując się do niego i kładąc obok niego na ziemi.
Markus zerknął na niego i skrzywił się na widok pokrytej zakrzepłą krwią twarzy długoletniego sprzedawcy z Nokturnu i szczerzące się do niego, pokruszone zęby, wyglądające, jakby dopadł je szkorbut.
— Znakomicie, Giordano Bruno, może, zamiast się wylegiwać, zacznij uważać, żeby cię nie spalili, co? — prychnął, zostawiając posklejanego wojskowego samemu sobie, przerzucając się na inny cel.
— Zachowujesz się jak ci snajperzy na dachu — rzucił w niego Noggin niczym obelgą, a Markus prychnął, wtrząchając wodę z przemoczonego do suchej nitki buta.
— Może właśnie dzięki temu... — zaczął, wyżymając wilgoć z przetartych, połatanych butów ze smoczej skóry, ale wówczas odbezpieczony granat padł z głośnym sykiem na masywnego tira, za którym się skrywali.
Świat zniknął w połykającej ich żywcem - niczym ogromny, łakomy smok - kuli ognia.
-VVV-
Gregory Bonce nigdzie nie widział Noggina, który jeszcze chwilę temu zaczął skradać się wraz z nim wzdłuż szerokiej drogi łączącej magazyn główny z wysokim ogrodzeniem, za którym piętrzyły się ku niebu dwa, prostokątne bloki z betonu, wyglądające jak ogromna lokomotywa parowa, ciągnąca otwarty, wielki wagon, a potem zawrócił z powiewem szaty, kiedy ujrzał jakiś ruch na dachu, mówiąc, że niebawem go dogoni. Gregory, mając ochotę roześmiać się w głos, zamiast uciekać, obłożył się Zaklęciem Kameleona i przystanął, nie zamierzając robić niepotrzebnych śladów na śniegu.
Mugolski żołnierz wysunął głowę zza dachu, rozglądając się po pustym obszarze przy prawym skrzydle głównego magazynu i chwilę później tę głowę stracił, a ta upadła z chrupnięciem w śnieg jak ciężka kula bilardowa, rozpryskując ciemną - prawie czarną - krew po udeptanym, białym podłożu.
Przeklęty Noggin, nie wracał już dobre, dziesięć minut. Kiedy stąd wrócą na swój dochodowy sklep na Nokturnie, liżąc swoje rany, nawymyśla mu od tłumoków i frajerów, a potem zamknie się, odwróci wzrok i nie będzie się do niego odzywał przez tydzień.
Masz to jak w banku, przyjacielu — pomyślał z łajdacką butą, celując różdżką w jeden z dwóch, ostałych, niewielkich, kwadratowych składzików, na których widok miał ochotę parsknąć cynicznie pod nosem. Stały w znacznej odległości od siebie niczym dwie kamienne kolumny pozostałe po starym, walącym się koloseum.
— Salvio Hexia — rzucił zaklęcie, a kiedy jeden z magazynów zaczął niknąć w przestrzeni, pomyślał, że chyba wpierw należało potraktować go zaklęciem mającym ścisły wpływ na samych mugoli. Skrzywił się i starając się nie zmieniać pozycji swojej różdżki, dołożył do ochronnego czaru Repello Muggletum.
Bruno miałby używanie — pomyślał Gregory, podejrzewając, że do jego twarzy przyspawał się kwaśny grymas. — Wyśmiałby mnie jak nieudolnego dzieciaka. Zawsze miał bzika na punkcie zaklęć ochronnych — pokręcił głową Gregory — byłby w stanie poprawnie zainicjować całą ich paletę nawet wyrwany z głębokiego snu o północy.
Gregory obejrzał się przez ramię, ale zobaczył tylko Karla i Christophera, kryjących się za odrąbanym przez kogoś gruzem przed silnym ostrzałem, który atakował ich przez odrąbany fragment ściany magazynu.
Uniósł brwi, zastanawiając się, jak święty Harry Potter zamierza wykurzyć ich z tego budynku, żeby obłożyć go zaklęciami zabezpieczającymi - chciałby to zobaczyć.
Widział Harry'ego Pottera w trakcie bitwy - przewinął mu się kilkukrotnie przed oczami, mignął gdzieś przy ścianie, zniknął za walącym się po ziemi gruzem - i musiał mu przyznać, walczył niczym jadowita żmija, nie mając w sobie za knuta litości, jakby coś w nim pękło, jakaś niewidoczna gołym okiem bariera, jakby ktoś odbezpieczył nagle środek bojowy stojący pod nazwą: „Potter", a ten aktywował się jak zapalnik, chwycił za oręż, naostrzył swe kły, błyskając zza okrągłych okularów żądnym krwi spojrzeniem barwy klątwy zabijającej (musiał odegnać absurdalne wrażenie, że jego bazyliszkowe spojrzenie zabije go jak rzucona bez zawahania Avada Kedavra).
Dziwnie było patrzeć na Pottera balansującego magią czarną jak węgiel, tańczącą na jego ramionach, na jego palcach, na jego różdżce jak rój wściekłych żmij. Dziwnie było patrzeć na lodowatą jak kra surowość wieńczącą jego twarz.
Ktoś musiał umrzeć, aby obrać Harry'ego Pottera z pasem zahamowań - Gregory był o tym święcie przekonany, bo świat, niezmiennie od wieków, działał w obrębie tych samych schematów, a jedną z zasad sterujących jego biegiem było to, że nie ma dymu bez ognia - nigdy.
-VVV-
Minerwa rzuciła się w jego stronę, kiedy tylko go zobaczyła. On - szalejąca burza ciskająca gromami, najeżona jak szarżujący, bitewny koń - ciskał klątwami z obliczem przykrytym szronem agresji, a jego zielone oczy błyskały wściekle zza zsuwających mu się na nos okularów.
— Zabezpieczmy magazyn specjalny!
Spojrzał na nią, jakby jej nie widział, jakby odezwało się do niego widmo kogoś dawno zmarłego, kto przeszedł na drugą stronę.
— Harry — powtórzyła — musimy zabezpieczyć magazyn z bronią biologiczną!
Jej gniew zdążył nieznacznie ostygnąć, zdołała go uchwycić, przystopować, zapanować nad nim i ukierunkować we właściwą stronę - taki był ich najważniejszy cel: zabezpieczyć magazyny. Mogli to uczynić, teraz, zaraz, ona i on, obydwoje, mieli na to wystarczająco magicznej potęgi.
Harry odetchnął - raz, głęboko, przez usta - tak, jakby czynił to pierwszy raz od ponad dekady.
Walczący blisko niego Draco Malfoy obejrzał się na jego twarz z nietęgą miną, jakby sprawdzał, czy monstrum, które wyszło z Harry'ego, już dogodziło swojej żądzy krwi, czy już cofnęło się w głąb jego ciała, czy zaspokoiło pragnienie zemsty, które wybuchnęło w Harrym niczym plujący lawą wulkan.
Zielonooki czarodziej obejrzał się wokół siebie, na istne pobojowisko rozciągające się gdzie okiem sięgnąć, jakby nie mógł sobie przypomnieć własnych ruchów wykonywanych przez ostatnie, długie minuty.
— Tak — wyrzucił z siebie na wydechu Harry (jego głos był tak chrapliwy, jakby używał go pierwszy raz od lat) — chodźmy.
-VVV-
Racjonalność wracała falami - poczuł irytację na samego siebie, że pozwolił sobie na zatracenie się w gniewie i zapomnieniu o całym świecie, który nie zatrzymał się w posadach jedynie z powodu furii, która przeżarła jego trzeźwy umysł i nadszarpnęła jego zdolność niepozostania głuchym na innych czarodziejów, nawet w momencie wielkiego zagrożenia. Potem irytacja zaczęła przygasać, stopniowo, jak stygnący kociołek zestawiony z ognia, pozostawiony w chłodnym pomieszczeniu, a jej miejsce zajęła chłodna jak sopel lodu stanowczość i Harry pomyślał, że tak oto wygląda prawdziwy gniew - nie jest szaleńczym rzucaniem się po bitewnym polu ani wściekłym krzykiem, ani ciskaniem klątwami gdzie popadnie, nie, gniew to zimny spokój i wyrachowane klątwy słane z całkowitym rozmysłem, gniew to różdżka przykładana do skroni, kiedy kat patrzy ofierze w oczy, gniew to kontrola nad samym sobą i bezwzględność, lodowata bezwzględność, oschłość w temperaturze ciekłego azotu.
Zemsta smakuje najlepiej na zimno.
-VVV-
Magazyn specjalny wyglądał jak bunkier i Harry przez moment zwątpił w siłę własnej magii.
Czaili się przy wznoszącym się przed nimi ogrodzeniu jak dwa łakome pożywienia lwy zamknięte w klatce, obserwując zza zmrużonych powiek i rozwichrzonych włosów dwa, prostokątne betonowe składy, stojące obok siebie jak strzegące przejścia do zamkniętej strefy, masywne, zaczarowane posągi.
McGonagall spojrzała mu w oczy, a on zacisnął zęby i przerwał atak, aby przykucnąć, chroniąc się za niewielką, śnieżną muldą, rzucając kolejno na siebie, na Draco i niegdysiejszą profesor Transmutacji zaklęcie mające odwracać od nich uwagę wrogów.
— Osłaniaj nas — powiedział Draconowi i wyciągnął różdżkę przed siebie, celując w zabezpieczony jakimś alarmem budynek (doskonale widział zamek w szerokich, metalowych drzwiach - chyba biometryczny, z tego, co udało mu się zauważyć, działający jedynie na odcisk palca - i konsolę na wstukanie w nią kodu potrzebnego do rozbrojenia alarmu). Odetchnął głęboko, zacisnął zęby i skupił się na zaklęciach ochronnych, pragnąc, aby były doskonałe, żeby się nie zatarły z czasem, żeby nie pękły jak lustro, w które ktoś cisnął kamieniem, po czym zaczął splatać ze sobą kunsztowną sieć zaklęć ochronnych, zaciskając ich sploty, nakładając zaklęcie na zaklęcie, pilnując, aby nie pozostawić żadnych luk.
Harry, mrużąc oczy, koncentrował się na rozszerzaniu zakresów swojej tarczy i kiedy zetknęła się z przeźroczystym, falującym całunem rozlewającej się od drugiego ramienia budynku, nie mógł nie podziwić misterności, z jaką McGonagall zaczęła przeplatać ich tarcze, przetykać ich wiązania magii ze sobą, jakby tkała, z dbałością o szczegóły, lepką pajęczynę, scalać dwa fragmenty w jedność.
Zmrużył w skupieniu oczy, przelewając własną magię w drżącą powłokę tarczy, otwierając się dla niej, uzbrajając ją w siłę, jakiej potrzebowała, gdyby mugole zaczęli eksperymentować na ich barierach ochronnych.
Tym razem bazą dla ich osłony nie były jedynie zaklęcia „Salvio Hexia" i „Repello Muggletum", Harry zaczął dokładać także inną wiązankę zaklęć, mając nadzieję całkowicie odsunąć tę potężną broń masowego rażenia od świata, odgrodzić ją od człowieka, zabezpieczyć przed nim - już na zawsze.
Kiedy wreszcie opuścił różdżkę, zwrócił głowę w kierunku Minerwy McGonagall. Uśmiechała się do niego - ta surowa, stanowcza kobieta - poprzez unoszący się w powietrzu pył i zapach prochu, a on odpowiedział uśmiechem, chwytając tej nici porozumienia, która zawiązała się między nimi w środku opętańczej bitwy, w środku chaosu i bezładu. W tym miejscu, które Śmierć otoczyła szerokimi ramionami.
Spojrzał na toczącą się wokół nich, szalejącą bitwę, na Dracona, którego - Harry zmarszczył mocno brwi - drasnęła kula, haratając mu skórę na lewym ramieniu - Draco zestrzelił właśnie jednego z mugoli celujących do czarodziejów z dachu głównego budynku, klątwa dezintegracji rozerwała ciało mugola na drobne kawałki, a ten rozsypał się, niesiony przez wiatr jak popioły, działał tak efektywnie, jakby ta rana w niczym mu nie przeszkadzała, choć Harry domyślał się, że wcale tak nie jest.
Katrina spojrzałaby na tę ranę, zmarszczyła mocno nos i powiedziała: „No, brawo"; Harry poczuł, jak kąciki jego warg drżą w miękkim uśmiechu na samą myśl o Katrinie, o jej czarnych oczach, o jej bezczelnych odzywkach, o jej skowronkowym głosie.
Chciałby wiedzieć, gdzie ona jest, chciałby wiedzieć, jak sobie radzi, chciałby jej pomóc, obronić ją, oszczędzić zła, które kleiło się do nich jak brudna, gęsta smoła.
I nagle ją zobaczył.
Harry poczuł się tak, jakby patrzył przez zmniejszające obraz szkła kontaktowe, jakby ziemia odjeżdżała mu spod nóg, a on stał w miejscu, wpadając w nicość. Świat zamknął się wokół tej brzoskwiniowej twarzy umazanej potem, sadzą i drobinami kurzu, wokół czarnych, błyszczących oczu, wokół skołtunionych jak poplątany kłębek nici, kasztanowych włosów.
Mugol, który wychylił się przez tylną bramę magazynu głównego, przeładował karabin i wycelował lufą prosto w Katrinę.
