Ostrzeżenia: gore, śmierć postaci
Rozdział 53
Na dnie śmierci wyrastam
.
Ręce miała niespokojne a głowę pełną mętliku przez znaczną część tej gwałtownej, burzliwej jatki, ale to nie mogło się równać z uczuciem, które dopadło ją tak gwałtownie, jak wiry tornada, jakby jechała w dół bardzo szybką windą, która nie miała hamulców, kiedy ujrzała, jak jeden z mugoli unosi wzrok na jej córkę, a potem przylega do ściany magazynowej bramy jak cień i unosi karabin.
Katrina mogła się na nią wściekać, mogła jej nawymyślać od przewrażliwionej matki, mogła jej wmawiać, że poradzi sobie sama i na każdym kroku starać się to udowadniać - pokazywać jej na wyrost, jak samodzielna się stała, ale Sophie wiedziała, że nie nadejdzie nigdy taki dzień, w którym - mimo upartości córki i jej humorów, i skłonności do marudzenia - przestałaby ją chronić.
Mogły się w wielu kwestiach nie zgadzać i mieć sobie wiele do zarzucenia, mogły kręcić głową i ucierać sobie nosa, i mówić, że coś w działaniach i zachowywaniu się drugiej im się nie podoba, ale ani ona, ani Katrina nie wytrzymałyby ciosu, jakim byłaby dla nich krzywda, która spadłaby na drugą.
Mugol, który podniósł broń na jej córkę, nie zdążył nawet mrugnąć, nie zdążył przenieść ciężaru ciała z nogi na nogę, palcem nie zdołał kiwnąć, gdy magia szarpnęła jego ciałem i wyrzuciła go w powietrze jak puszczonego z procy.
Sophie opuściła nieznacznie różdżkę, śledząc spod zmrużonych powiek, jak jej zaklęcie posyła mugola ku nieznacznie wystającemu poza blok budynku dachowi. Rozległ się trzask łamanych kości, gdy ten przydzwonił głową w kant płaskiego dachu, po którym wciąż - jak zalęgła kolonia mrówek biegająca wokół własnego mrowiska - kręcili się mugolscy, uzbrojeni po zęby żołnierze.
Obserwowała Katrinę, kiedy ta walczyła i - musiała jej to przyznać - jak na piętnaście lat radziła sobie nienajgorzej. Choć arsenał zaklęć, jaki miała opanowany, nie sięgał jakoś nadzwyczaj wysoko i wychodził niewiele poza czary oszałamiające, rozbrajające i petryfikacyjne, bezprzykładnie nadrabiała sprawnością, przebiegłością i niezachwianą kondycją.
Choć, jakżeby inaczej, zdarzały jej się pomyłki.
Sophie poruszyła się błyskawicznie, kiedy Karina obróciła się, żeby ukryć się w jednym z ośnieżonych dołów i poślizgnęła się na lodzie, i poleciała bezładnie do tyłu. Szerokie, silne ramiona objęły córkę, powstrzymując jej upadek i pociągnęły ją w stronę wyżłopanej w gruncie wyrwy, w której były jako tako osłonięte (nie była to pierwszorzędna kryjówka, Sophie była tego świadoma, ale musiała wystarczyć, musiała).
Czarne oczy córki skierowały się na nią jak reflektory. Katrina przygryzła wargę, a później zmarszczyła nos i oznajmiła z całkowitą pewnością, drąc się jak na koncercie:
— Mówiłam, że sobie dam radę!
Sophie nie powstrzymała nasiąkniętego sporą dawką rozczulenia uśmiechu, który zawitał na jej wargach.
— Owszem — powiedziała miękko, głaszcząc córkę po twarzy — i radzisz sobie. Radzisz sobie przepięknie. — Przechyliła głowę, skacząc spojrzeniem od jednego ciemnego jak głęboki kosmos oka do drugiego.
— Właśnie — oznajmiła zacięta jak osa Katrina (Sophie aż pokręciła z niedowierzaniem głową). — Nie potrzebuję nadzoru.
— Nie, nadzoru nie — zgodziła się Sophie, wtykając rozwichrzone, kasztanowe włosy córki za jej kształtne, małe ucho (uszy to ona ma po mnie — pomyślała z dumą) — ale pomocy owszem. Każdy jej potrzebuje.
Katrina marszcząc mocno nos i ściągając dziwacznie usta (w jej policzkach pojawiły się prześliczne dołeczki), i zsuwając ku sobie brwi tak, że pomiędzy nimi utworzyły się dwie, urocze, pionowe zmarszczki spojrzała na nią i powiedziała: „przepraszam".
— Przepraszam, że się celowo odsunęłam, wiesz, mamo, na początku tego, hmm, szturmu, wydawało mi się, że... — urwała, westchnęła głęboko i wzruszyła ramionami. — Może jednak nie jestem taka zdolna jak sądziłam — oznajmiła z rezygnacją, odgarniając potargane włosy z twarzy.
Sophie uśmiechnęła się łagodnie i starła kciukiem z jej policzka przeciągły ślad czarnej sadzy.
— Jesteś bardzo zdolna — zapewniła ją, kiwając głową — jesteś najzdolniejszą, najsprytniejszą, najodważniejszą piętnastolatką jaką znam.
Katrina prychnęła i wyszczerzyła zęby w uśmiechu.
— Bo oczywiście, mamo, znasz, tyyyle piętnastolatek, że nie da się ich policzyć na palcach obu rąk!
Sophie przewróciła oczami i oparła czoło o czoło córki.
— Radzisz sobie znakomicie, Katrino, ale jednak trzymaj się blisko mnie — poprosiła, zaglądając w jej czarne oczy — zrobię się wtedy spokojniejsza. Możesz mi to obiecać?
Katrina skrzywiła się, jakby oznajmiła jej właśnie, że zorganizowała jej korepetycje z Eliksirów.
— Postaram się — powiedziała marudnie, zdmuchując z twarzy kasztanowy kosmyk, który przyklejał jej się do nosa — ale to nie jest obietnica, czy coś, żeby nie było.
Sophie - w samym środku wojennej zawieruchy, przyduszającego dymu i ogłuszającego hałasu - parsknęła śmiechem, brzmiąc, jakby ogromny ciężar spadł dosłownie chwilę temu z jej zmęczonego serca.
— Oczywiście, szefowo — zasalutowała.
-VVV-
Charlie już niemal zapomniał, co tak naprawdę niesie ze sobą słowo: „wojna".
Życie, które toczyli z dala od wojny, było ciche. Zakrapiane tysiącami różnych rodzajów piw, sączonych ze szklanych kufli w gwieździste wieczory, zakopane pod akrylowo-bawełnianym kocem, którym przykrywali sobie nogi, leżąc leniwie na kanapie w chłodniejsze dni, smakujące owocowymi herbatami, które pili na każdą, nadarzającą się okazję, od czasu zakrapianymi rumem.
Życie, które toczyli z dala od wojny, było błahe - otaczał ich niekończący się mętlik codzienności, ciekawe historie opowiadane w gorące popołudnia, zabawianie ponurej Ginny okupującej kanapę, zanim ta jeszcze nie wyruszyła do Anglii w swą ostatnią podróż.
Życie, które tam płynęło, miało swoją nazwę i zapachy, i kolory (bezślubna miłość — nazwałaby to Rosalie — tak beztroska, a tak idealna). Ubrane było w tysiące słów i gestów pieczętowanych spojrzeniem, tak niezwykłe w swojej zwyczajności.
W Anglii powietrze było chłodniejsze niż słonecznej w Rumunii, bardziej wilgotne i dziwnie gęste, herbaty trochę za mocne, a koce za grube, za gorące.
Rumunia - ich azyl, ich ostoja.
Ich odosobnione życie było idealne, ale to jednak w tej części świata było miejsce, do którego przynależeli.
Charlie, przylegając plecami do pleców Rosalie, słał pospieszne zaklęcia za każdym razem, gdy dostrzegał choćby i zawirowanie cienia w pobliżu. Czerwone, złote, zielone smugi wynurzały się z jego różdżki jak spod tafli przykrytego lodem jeziora i pędziły w kierunku głośnych, niestrudzenie broniących swojej placówki mugoli. Zaciskał dłoń na dłoni Sophie, gotów w każdej chwili ją przekierować w inną stronę, jeśli choćby kątem oka dostrzegł jakieś zagrożenie.
Miał niemożliwe do zbicia wrażenie, że chociaż podobna metoda walki perfekcyjnie sprawdzała się przy czarodziejskich bitwach, kiedy z dwóch stron można było słać, blokować i odbijać zaklęcia, ufając, że ty i partner stojący za twoimi plecami obronicie się wzajemnie, współpracując jak syjamskie bliźnięta, w tym wypadku, w ogniu mugolskich machinerii, ta strategia nie zdawała egzaminu, bo i na co wyczarowywać pulsujące srebrnobiałym światłem, przeźroczyste tarcze zaklęcia: „Protego", kiedy w większości przypadków nie zdawały one egzaminu. Chyba tylko wyjątkowo potężny czarodziej mógłby zatrzymać w ten sposób mugolski, pędzący na człowieka pocisk, tylko potężny czarodziej byłby w stanie za pomocy zaklęć tarczy odeprzeć atak. Charlie nie twierdził, że zalicza się do jakiegoś genialnego, zacnego grona potężnych czarodziejów.
Dlatego, kiedy ostrzał runął na nich jak grad z chmury, Charlie, machnięciem różdżki, zmaterializował przed nimi grubą szybę kuloodporną, czując, jak różdżka drży mu w dłoni, szarpiąc się, jakby zamierzała sama wyrwać się z jego ręki, ale zacisnął na niej z całej siły lekko pobielałe palce, pokryte sadzą i popiołem, i nie puszczał. Jego ramię zadrżało spazmatycznie, jakby mięśnie w prawej ręce odmawiały współpracy, kiedy fala pocisków zatopiła się w szybie jak w gęstej smole (łup, łup, łup - szyba pokryła się drobnymi pajęczynami rys, przecinających się jak trakcje kolejowe, ale nie pękła i nie posypała się w suchy proszek).
Charlie obejrzał się szybko przez ramię, aby zobaczyć, jak radzi sobie Rosalie.
Rosie, uginając kolana, naprężona jak struna - przyzwyczajenie z czarodziejskiej wojny, gotowość, by w każdej chwili odskoczyć przed ciśniętą w twarz klątwą - tworzyła na asfaltowej drodze biegnącej wzdłuż magazynu kolekcję lodowych posągów.
Charlie słyszał gruchnięcia kolejnej serii kul wbijających się jedna za drugą w ustawioną przez niego osłonę i pogratulował sobie w myślach, gdy szyba nie pękła pod ich uderzeniem i nie roztrzaskała się w miliony ostrych jak brzytwa drobinek.
Siatka lodu sunęła leniwie po asfalcie jak wijący się wąż, wspinając się na stopy mugolskich wojskowych, na ich kostki, na łydki, na biodra - wijąc się coraz wyżej i wyżej, oblepiając ich lodem niczym kokonem.
Królowa lodu — pomyślał Charlie, gdy Rosie, dokończywszy swoje dzieło na jednej z rzeźb wzniesionej z zamarzniętej wody, przerzucała się na kolejny cel, nie zatrzymując się ze swym zamiarem ani na moment.
I nagle, pośród całej tej wystawy lodowych posągów, Rosalie wydarła się wniebogłosy, zachwiała się i padła na ziemię jak ścięta z nóg.
Charlie poczuł, jak krew odpływa mu z twarzy; zatoczył różdżką krąg, tworząc wokół nich obręcz stworzoną z kuloodpornego szkła i ukucnął naprzeciw Rosie, klęczącej na zamarzniętej, zbitej w grudkową masę ziemi z głową pochyloną jak do modlitwy.
Lodowaty strach przeżarł się przez jego serce jak śmiercionośna trucizna.
— Rosalie, o Morgano, Rosie, kochanie, spójrz na mnie... — zaczął bezładnie mielić językiem, chwytając wilgotnymi dłońmi jej drżące ramiona, czując się niczym kupa bezużytecznego mięsa.
Rosalie, przyciskając z całych sił ramiona do brzucha, uniosła głowę.
Jej twarz była niemal tak przeźroczysta, jak lód błyszczący pod jej stopami. Jej wysuszone, popękane usta rozwarły się, a z gardła uciekły dwa, tak chrapliwe, że Charlie poczuł, jak strach zamraża go aż do kości, jakby on także padł ofiarą jej bezwzględnego zaklęcia, zamieniając się w lodową bryłę, zapowietrzone słowa:
— Hogwart. Świstoklik.
Charlie, oddychając głośno, starając nie pozwolić się strawić pasmom paniki, objął mocno ramieniem jej ciało (wtuliła się w niego niczym dziewczynka łaknąca ciepła) i szarpnięciem zerwał z nadgarstka zawiązany na nim rzemień.
Gwałtowne szarpnięcie w okolicach pępka, zawirowania magii, uczucie, jakby go ciągnęło, jakby go szarpało gdzieś, gdzie nie chciał się znaleźć.
Wylądowali z impetem w miękkim śniegu; Charlie zorientował się, że łzy lecą mu ciurkiem po twarzy, kiedy słone krople zaczęły mu wpadać do ust. Kołysząc Rosalie jak dziecko, mamrocząc uspokajające głupstwa, spojrzał w stronę bram Hogwartu.
Pansy wybiegła ku nim przez błonia, jakby cały czas trwała na straży, jakby cały czas czekała aż jej alarmy poinformują ją, że zjawił się ktoś, kto będzie potrzebował magomedycznej pomocy.
Charlie odetchnął chwiejnie.
— Zaraz... zaraz cię wyleczymy — wymamrotał, kołysząc ciepłym ciałem leżącym mu wiotko w ramionach — wyciągniemy ten — przełknął ciężko ślinę, dusząc się łzami — ten pocisk i wszystko będzie dobrze, zobaczysz, Rosie, że... — spojrzał w dół na trzymane przez niego ciało i poczuł, jak dusi się w powietrzu.
W trakcie podróży Świstoklikiem bądź tuż po niej umarła mu na rękach.
-VVV-
Harry - odkąd zobaczył, jak Katrina znajduje się na celowniku mugolskich karabinów, choć Sophie zneutralizowała zagrożenie tak szybko, jakby splunęła - wyglądał, jakby było mu słabo, choć - trzeba było mu to przyznać - jego szybkość i zdolność błyskawicznego reagowania nie spadły ani na jotę.
Draco, marszcząc mocno czoło, do którego przyległa warstwa szarego pyłu, starał się odebrać część ciężaru z jego barków - kiedy Harry zaczynał lewitować gruz odpadły z głównego magazynu, aby cisnąć nim w jakiegoś nazbyt aktywnego, szalejącego wściekle jak dzikie zwierzę mugola, Draco momentalnie dołączał do tego własne zaklęcie lewitacji, aby Harry'emu było lżej (widział mięśnie drżące pod jego skórą jak przemarznięte wróble), kiedy Harry przelewał swoją magię w osłony mniejszych składowisk magazynowych, stojących najbliżej magazynu z bronią biologiczną, zabezpieczonych już przez ich sprzymierzeńców, aby uczynić je trwalszymi niczym przy dokładaniu domieszek do cementu, w celu wystąpienia mocniejszych wiązań i poprawienia wytrzymałości betonu, Draco wskazał różdżką na kolejne z zabezpieczonych, drobniejszych składowisk (które wyczuwał jedynie dzięki bijącym od nich pulsacjom magii) i skupił swoją moc, aby doprawić tarcze, czyniąc je wytrzymalszymi i zapewniając, że dłużej nie będą się ścierały bądź zapadały same w sobie - liczyli na to, że przetrzymają długie lata, zanim pojawią się w nich rysy i pęknięcia, kiedy Harry atakował - a czynił to z jadowitością śmiercionośnej kobry - Draco starał się dotrzymać mu kroku, choć - musiał przyznać - do łatwych zadań to ostatnie nie należało.
Harry - choć jego skuteczność nie malała - coraz częściej krzywił się kwaśno, jakby nałykał się dużych ilości soku bezpośrednio wyciśniętego z cytryny i pocierał palcami świeżo zaleczoną ranę na boku, która wciąż się jeszcze nie zabliźniła.
Draco trzymał się jego lewej strony niczym tarcza, gotów w każdej chwili pchnąć go na ziemię, jeżeli zajdzie taka potrzeba, przeklinając w myślach Snape'a i planując tysiące sposobów na bolesny mord, którego podjąłby się na nim, gdyby starczało mu czasu, sił i odwagi - jak na razie nie był wyposażony w żadną z tych rzeczy.
Z piętnastu składów broni do zabezpieczenia zostały im dwa - Draco miał ochotę uśmiechać się pod nosem, kiedy kilka mugolskich wojskowych zakręciło się przy pustym terenie, na którym powinien się znajdować ich solidnie zabezpieczony - nie największy, ale z pewnością najważniejszy - magazyn specjalny do przechowywania broni biologicznej; mugolscy wojskowi krążyli wokół niewidocznego magazynu niczym kruki, jakby uważali, że siła ich wzroku ściągnie budynek na powrót na właściwe miejsce (nie mogli wiedzieć, że on wciąż tam był, trwały jak monument, nigdy nie odrobili lekcji mówiącej o tym, że to, co długowieczne i nieśmiertelne jest niewidoczne dla oczu). Draco wyobrażał sobie kilkanaście laboratoriów zamkniętych przed światem wewnątrz tego prostokątnego budynku, wyobrażał sobie flakony i fiolki niczym z sal przeznaczonych do ważenia eliksirów i czerpaki z leżącymi przy nich menzurkami i uśmiechał się pod nosem, kiedy wycelowawszy w jakiegoś mugola, który - krzycząc coś z paniką - wyciągał na ślepo ręce jak dziecko zagubione w ciemności, jakby chciał natrafić dłońmi na ścianę, która przepadła, a potem postawił jeszcze jeden krok do przodu i znalazł się po drugiej stronie zabezpieczonego budynku, choć było to tak subtelne przeniesienie się z miejsca na miejsce, jakby postawił jedynie zwyczajny krok w przód, że nieobeznany z zasadami magii mugol zdawał się tego w ogóle nie zauważyć, był pewien, że trafi. Skonsternowany mugol padł spetryfikowany, a Draco mając nadzieję, że ten nigdy już nie zostanie odpetryfikowany, skinął sobie głową w niemych gratulacjach.
Najgorszy problem będzie z magazynem głównym — pomyślał Draco, chroniąc się obok Harry'ego na granicy terenu, za dość sporą muldą śnieżną — ponieważ najpierw należałoby stamtąd wykurzyć mugoli. Nie możemy jej podpalić, bo wysadzimy ją - i siebie najprawdopodobniej - w powietrze, nie możemy jej ot tak zbombardować, bo skończy się to dla nas katastroficznie, moglibyśmy potraktować wnętrze mieszanką zaklęć wywołującą trujące opary, aby wykurzyć stamtąd wojskowych, ale nie wiadomo, jak ich przeklęta broń palna i ten cały proch, i naboje się wobec nich zachowają - jeśli te substancje wejdą z zaklęciami w jakąś niepożądaną reakcję, równie dobrze moglibyśmy wszyscy przystanąć i wycelować sobie różdżką prosto w głowę.
Harry potknął się o mocno poturbowaną broń leżącą niedaleko nienaturalnie wygiętego ciała (głowa trzymająca się na skręconym karku patrzyła prosto w niebo, choć klatka piersiowa martwego mugola skierowana była ku ziemi; jego ramiona zawiązane były w supeł niczym para sznurowadeł, a palce wystawały z dłoni niczym zakrzywione szpony ogromnego ptaszyska) i legł na ziemię, w ostatniej chwili asekurując się rękami (Draco był rad, że Harry nie złamał sobie przy tym różdżki).
— Harry, na litość Merlina! — syknął Draco, chwytając go za lewe ramię i ciągnąc w górę jak worek pełen mąki. — Co z tobą?
Harry, dysząc, skrzywił się z bólu, marszcząc przy tym twarz w tak zwierzęcym grymasie, jakby jego ciało płonęło od środka. Był blady jak rozlana po kuchennym blacie plama z mleka.
— Nic mi nie jest — warknął (dźwięk, który wydostał się z jego gardła przywodził Draco na myśl odgłos wydobywający się z paszczy osaczonej zwierzyny, która jest gotowa uczynić absolutnie wszystko, aby obronić się przed okrążeniem).
Nie wyglądał, jakby nic mu nie było.
-VVV-
Pod jego skórą zachodziły dziwne, nieznane mu procesy chemiczne, drażniące go niczym mucha krążąca wokół głowy, rozpalająca ogień białej gorączki w nieokreślonym miejscu w jego skroniach.
Nic mi nie jest — powtórzył sobie w myślach to, co powiedział do Dracona, marząc o tym, aby być teraz gdzieś indziej. Gdziekolwiek, naprawdę. Byle nie przy tych magazynach, gdzie ciąg niekończących się serii karabinowych huczał mu w głowie, jakby to w niej, gdzieś pod jego czaszką, istniało jego źródło.
Drażniące uczucie rosnące w jego piersi nie było wściekłością, nie było pragnieniem mordu - Harry nie potrafił nadać mu nazwy, nie potrafił wsadzić go na jedną, określoną półkę i przypiąć mu etykietkę - ale szarpało nim od środka, jakby starało się rozerwać jego skórę, jakby ta lada moment miała pęknąć niczym porcelanowy wazon. Wyobrażał sobie to - wyobrażał sobie, jak jego ciało rozrywa się na kawałki, na fragmenty, a ze środka bryzga nie krew - nie, nie, oczywiście, że nie, krew była zbyt oczywista, naturalna, to, co czuł nie było naturalne, nie odznaczało się codzienną obecnością w ludzkich sercach - a smoła, czarna, lepka i cuchnąca, rozlewa się wokół jego plującego nią ciała, jakby w jego wnętrzu istniały jej ogromne pokłady. To, co kotłowało się pod jego skórą było przyziemne, było fizyczne, jakby ktoś napompował jego ciało piekącą jak kwas trucizną zżerającą jego wijące się jak skupisko żmij wnętrzności. To musiało być widoczne - na jego skórze, w jego dłoniach, w jego twarzy, w jego oczach - coś tak dzikiego i pierwotnego musiało zostawić na nim jakiś wyraźny odcisk, który już nigdy się nie zatrze, jakąś głęboką bliznę wcierającą się w jego skórę jak papier ścierny, przylegający do niej jak pijawka.
Miał ochotę złapać któregoś z mugoli za szyję, obwinąć wokół niej własne dłonie, własne palce, a potem tłuc jego głową o popękany, leżący pod jedną ze ścian głównego magazynu gruz i tłuc nią o niego, tłuc i tłuc, walić z całych sił, póki mięśnie nie rozbolą, póki nie utraci czucia w palcach, a w jego dłoniach nie pozostanie jedynie spływająca mu po łokciach, brudnawa gęsta masa krwi, ułamanych chrząstek i błoniastych, śliskich jak grzbiet ryby gałek ocznych, wszystko to połączone ze sobą w jednym wielkim nieuporządkowaniu - jedna, wielka entropia klejąca się do jego dłoni, włażąca pod paznokcie.
Zasklepiona rana przypominająca mu o gościnności Severusa Snape'a płonęła jak alkohol, na który padła zabłąkana iskra, a Harry miał ochotę wyciąć ją z ciała, wypalić jak jad, jak truciznę, wydrapać ją sobie ze skóry własnymi paznokciami.
Było mu na przemian zimno i gorąco, te dwa stany mieszały się ze sobą w absurdalnej konfiguracji, jakby ktoś - jakaś wielka, niewidoczna siła - sterował dwoma przyciskami odpowiadającymi za włączanie i wyłączanie dualistycznych przeciwieństw (dobrze się bawisz? — syknął na tego kogoś w myślach i poślizgnął się na lodzie — to chyba znaczyło: „tak" — pomyślał, zgrzytając zębami, w ostatniej chwili łapiąc równowagę).
Harry zacisnął zęby tak mocno, że rozbolały go dziąsła i skierował pospieszne kroki w stronę, mieszczącego się zaraz obok składowiska specjalnego, magazynu otwartego.
-VVV-
Składowisko otwarte było wielkim, masywnym kontenerem wykonanym z płyt warstwowych, wyposażonym w instalację odgromową. Zamykany był on ciężką, ogromną klapą, która w tej chwili stała otworem niczym właz prowadzący do piekielnych czeluści, wisząc w powietrzu pod dziwnym kątem, wyglądając tak, jakby tylko czekała na to, aby się na człowieka zwalić i zabić takowego na miejscu.
Draco wyciągnął szyję i przejechał w nerwowym odruchu językiem po zębach, kiedy ujrzał w jej wnętrzu - leżące pokotem, tworzące nieregularną piramidę o aparycji trapezu o spłaszczonych podstawach - z tuzin pocisków strzeleckich o opływowym kształcie i srebrnym, matowym zabarwieniu.
Draco, nie wiedząc, czy śmiać się, czy płakać, wytrzeszczył na nie oczy, spluwając obficie na ziemię, kiedy spostrzegł pewien szczegół, który je charakteryzował.
— Czy mi się wydaje, czy one są ołowiane? — wyrzucił z siebie, wycierając wierzchem dłoni usta, czując jak piach, pył i kurz trzeszczą mu w zębach jak kości łamane kołem na szafocie.
Harry obnażył zęby jak wilk planujący rozszarpać komuś gardło własnymi kłami.
— Może pomyśleli — wypluł z siebie jak kwaśny posmak z ust — że mają do czynienia z pieprzonymi wampirami.
— Co? — pokręcił głową Draco, marszcząc mocno brwi. — Skąd pomysł, że ołowiany pocisk zabije wampira?
— Zapewne z tego samego źródła co wyobrażenie, że wampira zabiją słoneczne promienie — prychnął z szyderstwem Harry. — Tyle że te ciężej uchwycić.
— Idioci — sarknął Draco, czując, jak drżą mu dłonie i coraz ciężej idzie mu się z tym ukryć.
— Harry! — krzyknął ktoś za ich plecami; Draco odwrócił głowę w tym samym momencie, w którym dopadli ich, zdyszani, zipiący jak konie wyścigowe Gary Davies i Reece Byrne.
Starszy stażem auror zatrzymał się przed nimi, zginając się wpół i owijając ramieniem brzuch, dysząc ciężko, jakby dostał jakiejś zapaści, ale kiedy Draco zmarszczył się mocno, pochylając nad jego zaczerwienioną jak piwonia twarzą, aby zapytać, czy nie jest ranny, ten tylko machnął, zbywając, ręką i wymamrotał coś o gasnącej z wiekiem kondycji.
Pan Byrne, magomedyk, otaksował Harry'ego wzrokiem sokoła, po czy na jego twarzy wykwitł wyraz pełen niepokoju.
— Coś ci się stało? — zapytał; jego głos zachwiał się ostatnim słowie. — Jesteś ranny?
Harry skrzywił się jak po gorzkim eliksirze.
— Ta rana — mruknął pod nosem — jest już od kilku dni zaleczona.
Gary i pan Byrne wymienili się szybkimi spojrzeniami. Podstarzały magomedyk uniósł wyżej różdżkę, wskazując nią w stronę Harry'ego.
— Gdzie jest ta rana? — zapytał, mrużąc oczy i taksując Harry'ego uważnym spojrzeniem.
Harry wyglądał tak, jakby miał chęć trzasnąć kogoś w szczękę z prawego sierpowego.
— Jesteś na wojnie — prychnął Harry, brzmiąc niczym wściekły, jeżący się kot — a przejmujesz się cudzymi obrażeniami.
Pan Byrne prychnął, jakby usłyszał marny żart i pokręcił głową; jego spojrzenie stało się surowe, kiedy spoglądał na Harry'ego. Zdawał się - pod rozjuszonym spojrzeniem, jakim częstował go Harry - rosnąć w oczach.
— Kiedy więc, wedle pana, panie Potter, powinienem zająć się zaleczaniem ludzkich zranień, jeśli nie właśnie na wojnie? — zapytał, przechylając głowę, spoglądając na Harry'ego w taki sposób, w jaki profesor szkolny spogląda na ucznia, który na zadane, oczywiste pytanie podał zgoła absurdalną odpowiedź. — Gdzie ta rana, panie Potter? — Brzmiał surowo, trochę jak wojskowy wyższej rangi produkujący się do amatorskiego rekruta.
Draco widział, jak zielone oczy Harry'ego rozpalają się ogniem zacietrzewienia, więc, nie dbając o to, co ma na ten temat do powiedzenia Harry, zwrócił się w stronę niegdysiejszego magomedyka (medykiem zostaje się na całe życie, Draco — złajałaby go za takie określenie Pansy):
— W boku. Prawym. To rana kłuta, świeżo zasklepiona. Kilka dni temu leczona.
Harry warknął wściekle i spojrzał na niego kątem oka.
— Nie można mieć już prywatności na tym zepsutym świecie, co? — syknął z przekorą i skierował różdżkę na wielki kontener do składowania nabojów. — Panie Byrne, proszę, na Merlina, opuścić ze mnie tę różdżkę. Czuję się jak kaczka na celowniku.
— Pomogę panu — odparł prosto magomedyk. — Zniweluję ból.
— Nie potrzebuję... — zaczął warkliwie Harry, ale pan Byrne, ignorując jego sprzeciw i obnażanie zębów, machnął różdżką, a niebieska, migocząca jak gwiazda mgiełka owinęła się nad biodrami Harry'ego jak aksamitny szal.
Zielone oczy łypnęły w dół, kiedy niebieskie światło nurkowało pod jego skórą, a w jego oblicze wplótł się wyraz niewysłowionej osłody, jakby ogromny ciężar został zepchnięty z jego barków.
— Na jakiś czas zaklęcie powinno przynieść ulgę — odezwał się magomedyk, kierując różdżkę na składowisko pocisków. — Potem należałoby go odświeżyć, ale zapewniam, że rana nie będzie dawała się panu we znaki przez najbliższe godziny. — Skinął końcówką różdżki na wielką zasobnię ołowianych kul. — To co, zabezpieczamy ten kontener?
Gary uniósł różdżkę i również wskazał na otwarty skład pocisków.
— W końcu po to tu jesteśmy, pra...? — nie dokończył.
Draco krzyknął tak głośno, że zapiekło go w gardle i pomyślał, że lada chwila nabawi się zapalenia strun głosowych.
Pocisk przeszedł przez głowę starszego aurora na wylot, roztrzaskując czaszkę jak arbuza (krew, osocze i odłamki kości chlusnęły im po twarzach jak bordowy deszcz), wylatując przez czoło i godząc pana Byrne w ramię.
Oczy poleciały Gary'emu do środka czaszki, błyskając nagimi białkami, a ten padł do przodu na Reece'a Byrne, który, zaciskając zęby tak mocno, że pobielała mu żuchwa, trzymał dłoń obwiniętą z siłą Diabelskich Sideł wokół swojej zranionej ręki; magomedyk uchwycił z całych sił upadającego, starszego aurora - co uczynił automatycznie, wytrzeszczając oczy, jakby nie do końca uwierzył w obraz, który kreśliły przed jego umysłem oczy.
Krew Gary'ego zaczęła spływać panu Byrne po ramionach, a ten załkał, potężnie jak dziecko, jakby tracił panowanie nad własnym rozemocjonowaniem, jakby to, co się stało, było dla niego zbyt wielkim przeżyciem. Drżał - drżał jak po wyciągnięciu z lodowatej wody, mocno i nieopanowanie, drżał i jęczał, płacząc rzewnie jak wystraszony kilkulatek, ściskając dłonie na ramionach martwego Gary'ego. Patrzył się wielkimi oczami na dziurę w jego czole, jakby oczekiwał, że ta za moment się zrośnie, zasklepi, zniknie, a oczy Gary'ego odwrócą się z wnętrza czaszki, aby ten mógł oznajmić: „spokojnie, spokojnie, nic mi nie jest".
Magomedyk czy nie, wciąż zdawał się wierzyć w zbawczą siłę cudów.
Harry warknął z zajadłością bestii i przykucnął, ciągnąc Draco za ramię - właściwie to szarpiąc nim jak sprowadzanym do porządku psem (błędnik Dracona zaczął płatać mu figle - pion czy poziom, chwilowo wszystko było jednym i tym samym). Jego różdżka przecięła ze świstem powietrze tak, jakby rozkrajał go nożem; zielone oczy rozjarzyły się jak pochodnie.
Głowa przykucającego za śnieżną muldą, wyglądającego zza niej jak przyczajony wąż mugola spadła z korpusu ciała, jakby była piłką - dużą, obłą, ciężką kulą do kręgli - i potoczyła się po śniegu, barwiąc go na ciemnoczerwony odcień, po czym zamarła, zawieszona na jakiejś nierówności w ziemi, skierowana twarzą ku niebu.
Draco spojrzał na tę twarz i poczuł, jak wzbiera mu się na mdłości. Język zapadł się w ustach, zapychając gardło jak kamień, otwarte oczy patrzyły pusto w górę, grymas wykrzywiający jej rysy zastygł jak po zaklęciu paraliżującym gdzieś pomiędzy niebotycznym cierpieniem a obłąkańczym szaleństwem.
Tym razem to nie Harry był tym, który oparł się ciężko dłońmi o ziemię, wbijając palce w śnieg jakby paznokciami rył podłoże, pozwolił swojej brodzie opaść (jasne kosmyki przykryły bladą twarz jak całun) i zaczął wymiotować, czując jak żołądek na przemian skurcza się i puszcza zacisk, jak mięsień w nodze po kilometrach bezustannego biegu.
Draco zadrżał, gdy Harry odchylił głowę do tyłu i zawył jak zwierzę przypalane rozżarzonym żelazem:
— Pozabijam was psy, połamię karki i ramiona, podpalę wszystkie włosy na czaszce i po waszych trupach sięgnę po zwycięstwo! — wydarł się, brzmiąc, jakby jego głos wydobywał się z głębi jego płuc, jakby wypychał go wraz z powietrzem, jakby słowa były niekontrolowane, jakby były dźwiękiem, świstem, który rodził się, kiedy z ciała Harry'ego ulatywało powietrze.
Uniósł głowę i spojrzał w twarz Harry'ego.
Jego oczy płonęły żądzą mordu.
-VVV-
Tommy przemknął tyłami parkingu zalanego ogniem jak zbiornik wodą, celując różdżką w płomienie i warcząc: Partis Temporus, a fale ognia połykające teren rozwarły się przed nim jak morze przed Mojżeszem.
— Lotty, Agnes! — zawołał, wskazując im ruchem głowy rozciągający się pomiędzy ścianami ognia przesmyk. — Tędy!
Krzepka kobieta o ciemnych włosach zwróciła swe piwne oczy w kierunku rozsuniętych jak kurtyny teatralne płomieni, patrząc na to prowizoryczne przejście sceptycznym, nieufnym wzrokiem. Lotty wyminęła ją i bez słowa rzuciła się pomiędzy rozpostarte jak ścieżka wiodąca poprzez gęsty las płomienie, chcąc jak najprędzej wydostać się w tej pułapki ognia. Większą niepewność, niż do parzącego przyduszającym żarem ognia, żywiła do tańczącego nad ziemią w szaleńczych obrotach, zielonkawego oka, omiatającego wzrokiem całą powierzchnię płonącego parkingu.
Lotty czuła na karku niepewne spojrzenie Agnes, która niemalże przykleiła się do jej pleców, jakby ściana ognia miała zatrzasnąć się wokół niej w chwili, w której zanadto się od nich oddali.
Wydostali się z zawieruchy ognia gdzieś na dalekim krańcu parkingu, obok jakiejś wielkiej, metalowej tabliczki wciśniętej w jego róg, przodem do biegnącej wzdłuż miejsc do parkowania drogi (osmolona tablica, chwiejąca się na dwóch chudych, metalowych nogach, zaczęła zwijać się pod wpływem gorąca niczym kawałek podpalonego pergaminu). Jego powierzchnia była cała osmolona - podobnie jak ich własne twarze - jej zawartość nikła pod warstwą przykrywającej ją czerni. Przeciągnęła wierzchem dłoni po policzku, ścierając z niego sadzę, zastanawiając się, czy korzystanie z osłony ognia i przeciskanie się tyłami parkingu, rzeczywiście było tak dobrym pomysłem.
Tak czy inaczej, znaleźli się tam, dokąd planowali się przedrzeć - na oddalony od strony, z której natarli, dalszy róg magazynu głównego.
— Jeszcze raz powtarzam — powiedział chrapliwym głosem Tommy (jakby dym przeżarł mu głosowe struny) — osłaniamy barierami jedynie tę stronę. — Machnął różdżką w powietrzu, jakby chciał wskazać kawałek lewego skrzydła magazynu. — Z wejścia głównego trzaskają pociskami, trzeba ich wpierw stamtąd wykurzyć. Zrozumiano?
— Jasne, jasne — mruknęła Lotty, plując obrzydliwym posmakiem dymu, mając wrażenie, że ten przykleił się do jej oczu, do jej języka, że wpadł jej do nosa i osiadł w nim jak czarny osad.
Uniosła różdżkę nieco wyżej.
Zgodnie z zaleceniami Pottera sprzed bitwy, zaczęła nakładać na skład broni zaklęcia ochronne, mrucząc na przemian: „Salvio Hexia" i „Repello Muggletum", mrużąc w skupieniu oczy. Jej tarcze nie były idealne, widziała to doskonale, miały dziury wielkie jak szafy trzydrzwiowe, miały pęknięcia i skazy przeciągłe jak rysy na szkle.
Tommy cierpliwie i z wprawą te jej niedociągnięcia naprawiał, jakby był przy niej jedynie po to, by dopełniać jej braki, żeby ją uzupełniać.
Tarcza była marna, drżąca jak wieża karciana na chwilę przed upadkiem, ale działała, zasłaniała ścianę magazynu niczym płachtą niewidzialności.
Lotty była tak skupiona na magazynie, że nie zwróciła uwagi na garstkę mugoli, którzy wychylili się zza tylnej, znikającej ściany magazynu głównego jak grzyby wyglądające po deszczu spod leśnej ściółki.
— Padnij! — ryknął nagle Tommy i pociągnął ją na ziemię, zwalając się na nią całym ciężarem ciała.
Poczuła, jak brakuje jej tchu, gdy zderzyła się boleśnie z twardym asfaltem biegnącej wzdłuż przedniej ściany magazynu drogi, a duże, ciężkie ciało przygniotło ją do ziemi, osłaniając jej głowę.
Huki wystrzałów rozległy się z tak bliska, że miała wrażenie, że lada moment pękną jej bębenki. Ciało Tommy'ego podskoczyło kilkakrotnie na jej własnym, jakby targał nim bardzo silny wiatr, jakby go szarpało dzikie zwierzę - podskoczyło, a potem zamarło, zastygło w bezruchu jak posąg.
Lotty była zbyt przerażona, zbyt oszołomiona, żeby wydobyć z siebie jakieś słowo, by choć wrzasnąć, by przywołać inkantację jakiegoś zaklęcia.
Coś lepkiego, gorącego i płynnego lało jej się na szyję, na ramiona, coś, co miało metaliczny i ciężki zapach i mieszało się z jej łzami jak eliksir.
Zagryzając zęby na wargach, starając się nie wydawać z siebie najmniejszych szmerów, choć zdawało jej się, że jej przyspieszony oddech ulatujący z przerażonego, panikującego ciała był głośny jak wichura, zdawało jej się, że trzęsie się tak mocno, że całe, duże ciało Tommy'ego trzęsie się razem z nią, że kołysze się pod nią grunt, cała ziemia pływa na potężnych falach toczących się pod lądem jak morskie prądy, a ona kołysała się na nich, cały świat się na nich kołysał, podnosił się i opadał, podnosił i opadał, jak jej klatka piersiowa, pod którą płuca w przyspieszonym tempie prowadziły cyrkulację powietrza z otoczeniem.
Ciężkie wojskowe kroki zabrzmiały tuż obok jak werble - Lotty nie wiedziała, jak wyłowiła je spośród głośnych krzyków i salw karabinowych, i huków pękającego asfaltu, i przetaczającego się po kampusie jak zmyślne zabawki gruzu, ale usłyszała je bardzo wyraźnie (może to ucho przytknięte do ziemi, a może to wyobraźnia, może panika, pasma obłapiającej ją paniki, zaplątujące się wokół jej ramion, wokół szyi, wokół ust - przyduszała ją ona, odbierała oddech - a może to nie ona ją dusiła, może to leżące na niej w bezruchu ciało spoczywające na jej ciele jak płyta nagrobna, jak przewrócony, kamienny posąg) - wojskowe buty przesunęły się tuż przed jej twarzą (coś ciepłego lało jej się po policzkach - to krew Tommy'ego albo jej łzy, nie wiedziała, nie była pewna), wyminęły ją i pospieszyły dalej, a za nimi kolejne i kolejne (Lotty zacisnęła powieki, przygotowując się na śmierć, zacierającą dłonie nad jej ciałem), a potem, tak nagle, jak za sprawą zaklęcia, nie było ich już więcej. Oddalali się, zmierzali dalej po pogrom, po śmierć, nie interesując się bądź nie zauważając wciąż żywej, wciąż oddychającej, zalanej nieswoją krwią dziewczyny.
Kiedy dźwięki stawiane przez ciężkie buty ucichły, ucichły szurania podeszew o asfalt, odgłos przeładowywanej broni, uderzenia czubów wojskowych butów o nierówności w podłożu, odważyła się - nie bez trudu - zepchnąć z siebie przyduszające ją ciało, łapiąc łapczywie hausty świeżego powietrza.
Była oblepiona krwią. Miała ją wszędzie - w rudych włosach, pod kośćmi policzkowymi, wezbraną w obojczykach, wsiąkniętą w czerń szaty, w oczach, wypływającą spod powiek jak łzy. Wypluła krew z ust i oddychając ciężko, rozejrzała się, oglądając scenę masakry rozpościerającą się wokół niej.
Ciało Tommy'ego i Agnes leżały niedaleko siebie tonąc w kałuży parującej krwi (mogła zobaczyć delikatną mgiełkę pary unoszącą się nad ciałami jak dym ulatujący z kominów). Twarze mieli puste, nieobecne, a klatki piersiowe przedziurawione jak sita. Ciemne włosy Agnes zlepione były krwią, nasączone krwią jak odżywką, pływały we krwi, tańczyły wokół dziewczęcej głowy niczym chude, wężowe cielska. W krwawej kałuży.
Lotty, łkając i oddychając ciężko, czując, jak robi jej się na przemian gorąco i zimno, połykana przez objęcia duszności jak przez wysokie fale przypływu, przytuliła twarz do wciąż ciepłego, obficie umazanego czerwienią ciała Tommy'ego, z całych sił zacisnęła dłoń na jego pomarszczonej, tak bardzo znajomej, że chciało jej się wyć dłoni, sięgnęła drugą ręką po wetknięty na jej ucho kolczyk i ściągnęła go gwałtownym ruchem, nie zważając na to, że rani sobie przy tym skórę, zaciskając małą, tanią biżuterię z całych sił między palcami (ostre zakończenie kolczyka przebiło jej skórę).
Poczuła szarpnięcie w okolicach pępka, na sekundę przed tym, jak ujrzała mroczki zalewające jej oczy jak krew Tommy'ego.
Zanim jeszcze Świstoklik wypluł ich jak smok wyrzucający obrobione kości na szkolnych błoniach, utonęła w objęciach nieświadomości.
-VVV-
Harry wstał, zatoczył się, a potem zamachnął się ramionami, jakby był drzewem szarpanym przez porywy wiatru, a jego ręce nagimi gałęziami.
Zaklęcie tarczy wylało się z jego różdżki jak woda i chlusnęło na kontener pełen naboi w przypadkowym nieporządku.
Zaschła krew na jego dłoniach, na jego ramionach, na jego piersi, w jego rozwichrzonych włosach nadawała mu aparycji demona o wykrzywionym grozą obliczu. Oddychał głęboko, jakby wymuszał ten oddech na własnym ciele (jakby zaczerpnięcie powietrza w płuca nie należało wcale do odruchów bezwarunkowych), zdawał się nienaturalny, dziwnie płytki, ostry jak odłamek zbitej, lustrzanej tafli - jakby wdychane przez niego powietrze kaleczyło wszystko, co napotka na swojej drodze jak wyposażone w kolce, w ostre jak igły szpikulce.
Jego bok trochę mniej dawał mu się we znaki, na czym zyskała szybkość jego reakcji, precyzja ruchów, a nawet kontrola nad własną magią. Przez chwilę - łykając powietrze cuchnące dymem, krwią i rozkładem - poczuł się jak ryba w wodzie.
Draco przykucnął (ręce mu się trzęsły, jakby był zmuszony dźwigać niebotyczny ciężar na własnych ramionach i ledwo udawało mu się go podźwignąć), wysunął dłoń z różdżką do przodu i wyszeptał: „Repello Muggletum", zaczynając splatać własną tarczę z osłoną Harry'ego.
Harry, przełykając ciężko ślinę, widział krew za każdym razem, gdy na sekundę zamknął oczy, za każdym razem, gdy mrugnął powieką, starając się pozbyć spod niej pyłu drażniącego oczy, dostrzegał przełamane kości i morze krwi chlustające na jego ciało z magazynowego dachu, i ciało Neville'a rozszarpane granatem, rozczłonkowane, walające się po gruncie nasiąkniętym krwią niczym pożywienie wściekłych, łakomych, szczerzących się w zajadłym uśmiechu hien.
To ostatnia bitwa — pomyślał Harry, zaciskając zęby na dolnej wardze tak mocno, że poczuł metaliczny posmak świeżej krwi rozlewającej się po jego języku jak roztopiona czekolada. — Ostatnia bitwa i wygrywamy ją. Ponieważ naszym celem nie jest przetrwanie. Naszym celem jest zabezpieczenie broni. I wystarczy jedynie kilka kroków do sukcesu. — „Salvio Hexia" wylała się z jego różdżki jak powiew wiatru szarpiący rąbkami ich przyległych do ciała, obcisłych szat.
Skład pocisków utonął pod ich tarczami jak zatopiony pod powierzchnią oceanu skarb.
Harry opuścił różdżkę i spojrzał w bladą twarz pana Byrne, wskazując mu gestem podbródka na jego broszkę upiętą u kołnierzyka - Laskę Eskulapa, przedstawiającą prosty, rozszerzający się ku górze drążek zakończony niewielką kulą, z oplatającym się wokół niego wężem o skośnych, spłaszczonych ślepiach. Metalowy, długi wąż poruszył się, jakby wyczuł na sobie spojrzenie Harry'ego i zwrócił ku niemu niewielki łeb, który zawisł w powietrzu jak wskaźnik.
Pan Byrne pokręcił przecząco głową, bezwiednym gestem podnosząc prawą rękę umazaną klejącą się do jego linii papilarnych krwią i przeciągnął opuszką palca po niewielkim, spłaszczonym, metalowym łbie. Wąż zasyczał bezdźwięcznie, wyciągając z paszczy długi, cienki, rozdwojony język, po czym wrócił do poprzedniej pozycji, mocniej oplótł swe cielsko wokół laski i zastygł w bezruchu.
— Został główny — wyszeptał Draco, patrząc to na Harry'ego, to na pana Byrne, to na leżącego głową na kolanach magomedyka, na zawsze zamilkłego Gary'ego Daviesa, jakby spodziewał się, że on również pojmie znaczenie tych słów, jakby mówił do kogoś długowiecznego, kto niczym kot ma w sobie siedem żyć wartych przeżycia — tylko główny.
Harry uniósł głowę i spojrzał migoczącymi dziwną mieszanką sprzecznych emocji oczyma w stronę głównego budynku na kampusie (czy mu się zdawało, czy jedna z jego ścian tętniła nałożoną na niego magią?).
Pokiwał powoli głową, przecierając palcami oblepionymi zeschłą, przechodzącą w czerń czerwienią, zaplamiony cudzą krwią policzek, jakby bezskutecznie starał się zetrzeć lepiącą, schnącą posokę ze skóry. Milczał.
-VVV-
— Zaklęcia sondujące wykazują, że jest w głębokim szoku — oznajmiła Pansy, kiedy przechodząc próg Skrzydła Szpitalnego, lewitując na noszach nieprzytomną, rudą dziewczynę, która wyglądała, jak wykąpana we krwi, Luna odwróciła się od łóżka, na którym siedział z pochyloną głową, wciąż drżący jak osika, Charlie Weasley, nafaszerowany eliksirem na uspokojenie jak smażona ryba przyprawami. Srebrnooka kobieta posłała pielęgniarce pełne oszołomienia, przerażone spojrzenie — ale krew nie jest jej.
— Nie jest... jej — powtórzyła powoli Luna, przekładając zaklęciem niereagującą na otaczające ją głosy Lotty na miękkie łóżko.
— Nie, nie jest — pokiwała głową Pansy, odsuwając się od Charlie'ego, któremu sprawdzała temperaturę i pochyliła się nad leżącą łóżko dalej, młodą dziewczyną. — Nie ma w ciele zranienia takiego kalibru, przez które krwi mogło wylać się aż tyle, ile ją oblepia. Poza tym ona ma grupę A Rh+, niezwykle często spotykaną. Ta na jej ciele to B Rh-, wyjątkowo rzadka. Ma ją zaledwie dwa procent społeczeństwa. — Pielęgniarka westchnęła i zaczęła przesuwać różdżką nad ciałem Lotty, a jej końcówka poczęła zasysać zeschniętą masę, tworzącą czarno-czerwoną skorupę z młodego ciała.
Luna przełknęła ślinę, wpatrując się w utopioną w uschłej czerwieni, młodą, nieprzytomną dziewczynę. Nikomu nie życzyła bycia naocznym świadkiem tak wielkiego rozlewu krwi, szczególnie gdy ta krew - jak się zdaje - leje się prosto na głowy.
— Jeśli krew nie należy do niej — powiedziała cicho, czując, jak burzy jej się w żołądku — to do kogo, na Morganę?
Pansy oderwała wzrok od oczyszczanego z krwi ciała i spojrzała w srebrne, migoczące jak gwiazdy oczy Luny, przyglądając jej się dłuższą chwilę z jakimś dziwnym, smętnym grymasem wieńczącym jej twarz jak wdowia, czarna woalka.
— Na to pytanie nie potrafię ci odpowiedzieć — przyznała nieco słabszym głosem (cienie pod jej oczami zdawały się pogłębiać z każdą chwilą).
Obie odwróciły od siebie wzrok.
-VVV-
Złapał chudą dłoń o połamanych, choć wciąż barwnych jak pióra złoto-niebieskiej Ary, paznokciach i obrócił ich ciałami, przylegając mocno do tylnej ściany magazynu głównego.
— Jesteś pewien? — zapytała wysoka kobieta, ściskając mocniej jego dłoń.
— Szszsz! Amelia, cicho — upomniał szeptem Anderson, klejąc się do murów.
Skradali się wzdłuż tylnej ściany magazynu głównego ku rozchylonej bramie, wychodzącej na pustą przestrzeń, przez która biegła szeroka, asfaltowana droga prowadząca do wysokiego, roztrzaskanego, walącego się ogrodzenia, za którym ziała pustka niezagospodarowanego terenu - jak wydawałoby się na pierwszy rzut oka. Rozsiane po białej płachcie śniegu okrywającej teren ciała wyglądały, jak dziwne, egzotyczne krzewy wyrastające spośród tej bieli surową, ciemniejącą czerwienią.
— No, ale może to głupota, Wally, no, w środku tej budowli jest ich pewnie istne zatrzęsienie, Wally, czy na pe...
— Na pewno, Amelia, na pewno, no, przestań już jazgotać, bo nas usłyszą — syknął przyciszonym, mocno spiętym głosem Anderson i zacisnął mocniej pięść na śliskim od potu, pyłu i czegoś jeszcze, czego pochodzenia wolał nie analizować, drewnie różdżki.
Amelia odetchnęła głęboko i nerwowo obróciła różdżkę w palcach.
— A jak to wejdzie w reakcję z tą bronią, którą oni tam w środku chowają, Wally, no, co wtedy, no?
— Co wejdzie, jak wejdzie, Wingardium Leviosa ci w jakąś reakcję ma wejść, Amelia?
— Nie wiem, na brodę Merlina, toć nie znam się na mugolskich patentach — syknęła Amelia, kręcąc głową. Niepokój stał w jej oczach jak mur.
Anderson westchnął, kuląc się nieznacznie, kiedy zaczęli skradać się bliżej tylnych drzwi magazynu.
— Cicho już, bo usłyszą!
Amelia przygryzła dolną wargę, marszcząc mocno brwi i zacisnęła mocno lewą dłoń na dłoni Wally'ego, a potem puściła ją i odetchnęła raz a głęboko przez nos.
Klejąc się ściany jak pająki, jak inferiusy, zbliżali się do tylnego wejścia do magazynu.
— Na trzy — wyszeptał Anderson, przestępując nerwowo z nogi na nogę.
Amelia pokiwała głową i przykucnęła przy ścianie, wysuwając różdżkę do przodu, gotowa w każdej chwili przesunąć się, aby mieć lepszy cel na wnętrze magazynu.
— No dobrze — westchnął, bezwiednie przeciągając palcami lewej dłoni po włosach. — Uwaga. Raz. Dwa. Trzy!
Wysunęli się przed wejście jak za mrugnięciem powiek, klejąc się do podłoża jak węże.
— Wingardium Leviosa — wyszeptali, wykonując odpowiedni ruch różdżką, celując w pierwszy mebel, jaki rzucił im się w oczy.
Jeden z niskich regałów stojących bezładnie - niemal na środku pomieszczenia - stosunkowo niedaleko wejścia i masywny, drewniany stół odsunięty pod obudowany słup podtrzymujący fasadę, jak za sprawą demonicznej siły, z silnym szarpnięciem zostały wypchnięte ze stanu równowagi i podleciały do bramy magazynu, sterowane magią w ten sposób, aby własną masą zatrzasnęły w mgnieniu oka rozsuwane wejście do budynku.
Brama huknęła, sunąc z lewa na prawą, zderzając się ze ścianą magazynu tak mocno, że aż zatrzęsła się kuloodporna blacha, z której została wykonana.
Ze środka dobiegł wściekły krzyk, a metal zaczął wyginać się w kilku miejscach naraz, gdy mugole zaczęli ostrzeliwać ją niczym tarczę na strzelnicy, ale ani jeden pocisk nie przebił się na drugą stronę.
Amelia i Wally pospiesznie zaczęli nakładać wszelkie znane zaklęcia blokujące, zamykające, ryglujące, wszystko, co przeleciało im jak wolny ptak przez myśl, pieczętując drzwi niczym bastion, niezdobytą twierdzę. Na dokładkę obłożyli drzwi tarczami ochronnymi, sypiąc nimi jak z walizki pełnej możliwości.
Wally odetchnął i spojrzał na zlaną zimnym potem Amelię, a potem, nie mogąc się powstrzymać, zaczął chichotać, coraz mocniej i mocniej, i mocniej niczym wariat z oddziału zamkniętego.
— No — zaśmiał się, chwytając się za brzuch, który zaczął go boleć ze śmiechu wstrząsającego całym jego ciałem — teraz zostały im tylko dwa wyjścia z tego magazynu. Przez przednią bramę i przez dach.
— Jesteś... totalnie... szalony — westchnęła Amelia, opierając się wilgotnym czołem o jego bark i masując bezwiednie palcami, w których trzymała różdżkę lewe udo.
Na jej twarzy widniał szeroki uśmiech.
-VVV-
Fluer poślizgnęła się i wpadła na jeden z lodowych posągów licznie obsiewających drogę przed magazynem głównym.
— Uważaj! — krzyknął Bill, przytrzymując ją za ramiona; rzeźba z lodu zastygła z rękami przed twarzą wykrzywioną w abstrakcyjnym, zmarszczonym przerażeniem grymasem zachwiała się i roztrzaskała w drobny mak na lodzie rozrastającym się u ich stóp niczym wielka, kryształowa łąka.
Fluer chwyciła Billa za przedramię, łapiąc równowagę, patrząc na odłamany od lodowego posągu nos, spoczywający pod jej nogą. Skrzywiła się, kiedy dostrzegła, że pod osłoną grubej, lodowej pokrywy skrywa się skostniałe, niemal błękitne, niemal przeźroczyste ciało patrzące przed siebie niewidzącymi, błyszczącymi jak kryształ, lodowymi oczami.
— Matko — stęknęła Fluer, odwracając wzrok od lodowej rzeźby roztrzaskanej u jej stóp jak szklana tafla zwierciadła.
Wewnątrz magazynu panowało jakieś wielkie poruszenie, dochodzące stamtąd głosy dźwięczały jeden poprzez drugi gammą rozemocjonowania (wściekłość, strach, niepokój, pogarda - wylewały się wraz z dźwiękiem przez główne wejście jak woda buchająca poprzez zerwaną tamę).
— Jesteś cała? — zapytał z niepokojem Bill, odgarniając jasne włosy zlepione pyłem z jej twarzy.
— Aha — westchnęła ze zmęczeniem — zupełnie nie wiem, na jaką cholerę ten szturm przypadł na środek zimy. Harry nie mógł poczekać na odwilż, do diabła?
— Najwyraźniej czas naglił — wzruszył ramionami Bill, wypluwając z ust przydługie, zlepione potem, prochem i kurzem, rude kosmyki i szybkim ruchem nadgarstka machnął w kierunku dachu głównego magazynu, strącając z niego przymierzającego się do strzału w Horacego Slughorna, który zziajany, kręcił się nieopodal jak pies goniący własny ogon, mugola.
— Uwaga, z tyłu! — krzyknęła Fluer; jej mąż schylił się, a ona miotnęła szybkim zaklęciem nad jego głową.
Kucającym z karabinem na ramieniu mugolem, wychylającym się zza ściany magazynu, miotnęło do tyłu, jakby porwały go wiry tornada.
— Ty widziałeś, że lewa ściana magazynu jest przezroczysta? — prychnęła Fluer, kiedy Bill się prostował i wciąż będąc w lekkim skłonie, wyrzucając jakiegoś mugola w powietrze. Kolejne Alarte Ascendare nie trafiło w swój cel i zamiast czołgającego się po ziemi, ściskającego jakiś niewielki pistolet w dłoni mugola posłało ku niebu jeden z lodowych posągów obsiewających główną drogę biegnącą wzdłuż frontu magazynu.
Pistolet wystrzelił, a pocisk odłamał niewielki kawałek zadaszenia nad ich głowami.
Wyrzucony w powietrze posąg obrócił się kilka razy w powietrzu i padł na głowę celującego do nich mugola, roztrzaskując się na niewielkie fragmenty.
Mugol chwycił się za głowę, wyglądając na nieznacznie oszołomionego, a Bill skorzystał z sytuacji i spetryfikował go zaklęciem.
— Słyszałeś, co powiedziałam?
— Mhm, lewa ściana. Tyle że nie przezroczysta, a obłożona naszymi tarczami.
— Ach, no tak.
— Teraz patrz góra!
Ich różdżki skierowały się ku ułamanemu zadaszeniu, gdzie przez niewysoką barierkę wynurzył się czubek karabinu wyborowego. Bombarda wykrzyczana przez Fluer rozsadziła karabin na części, a ten zniknął - najpewniej wraz ze snajperem - w niewielkiej kuli ognia.
Bill prychnął, popychając ich za rozwalony wokół gruz, gdy przez bramę magazynu wychyliło się kilku strzelców, obsypując teren gradem pocisków.
Fluer i Bill nie pozostali im dłużni, kiedy potok inkantacji wylał się przez ich usta.
— A wiesz, ponoć nie żyje Aberforth Dumbledore — wykrzyczała Fluer poprzez huki wystrzałów, mocniej przyciskając swoje ciało do zasłaniających ich odłamków ściany i zadaszenia.
Bill, śląc przez niewielki przesmyk między resztkami ścian usypanymi przed ich twarzami w bezładny stos cegieł, betonu i kruszącego się tynku wyjątkowo paskudną klątwę w stronę jednego z wychylających się przez frontową bramę magazynu mugoli, a ten padł z impetem na róg wejścia i - zdaje się - roztrzaskał sobie o niego czaszkę. Czyjeś ramiona wyłoniły się z bramy i wciągnęły jego ciało, które legło na ziemię jak zestrzelony ptak, do środka, zanim Bill zdołał trzepnąć je dla pewności zaklęciem unieruchamiającym - czerwony promień rozbił się koło wejścia do składowiska, żłopiąc niemałą dziurę w tynku.
— Aberforth? — pokręcił głową Bill.
Widział brata dyrektora szkoły magii urzędującego za jego szkolnych czasów, jak walczył w Bitwie o Hogwart. Jak na swój wiek (bo ile on właściwie miał lat?) był nadzwyczaj szybki i skuteczny w natarciach, a jego tarcze potrafiły odeprzeć nawet najbardziej zawiłe klątwy Śmierciożerców. Ten utalentowany w najcięższych i najszybszych pojedynkach czarodziej prędzej by uznał, że głowy sobie nie chce zawracać walką z mugolami i deportował się z pola bitwy, niż z rąk tychże mugoli poległ. Niepozorny, podstarzały właściciel Gospody pod Świńskim Łbem, który miał tyle mocy magicznej, by wyczarować cielesnego patronusa i odegnać za jego pomocą całą salwę dementorów, zalewających podczas Bitwy o Hogwart zamkowe błonia - jakby czarne od głębokich, gęstych, burzowych chmur niebo zwaliło się ludziom na głowy - nie mógł umrzeć od mugolskich pocisków, na pewno nie. Nie zabiły go Niewybaczalne ani Szatańska Pożoga, ani walące się ściany Hogwartu, ani armia dementorów - i nie zabije go jakaś durna, mugolska broń palna.
— Co za głupia plotka! — ocenił Bill i posłał kolejnego mugola wychylającego się z okowów bramy głównej największego magazynu w zapomnienie.
-VVV-
— No wezwij ich!
— Nie, póki to nie będzie konieczne.
— No wezwij, Harry!
— A odczep się, Draco!
Harry strącił z dachu kolejnego strzelca i zacisnął ramiona wokół barków Draco, przetaczając się pomiędzy jedną śnieżną muldą a drugą, a uklepane miejsce, w którym moment temu leżeli zostało zasypane serią karabinową.
— To po co ich prosiłeś o pomoc, skoro nie zamierzasz z niej korzystać? — warknął mu do ucha Draco, obracając się na śniegu, jakby robił w nim aniołki i robiąc zamach, wbił różdżkę jak płaski nóż nieco pod łydką przebiegającego obok muldy śnieżnej, za którą się kryli, mugola, który - całe szczęście - zdawał się jeszcze ich nie zauważyć.
Mugol zawył jak raniony pies i zwalił się na plecy, celując przed siebie z lufy karabinu.
Jego głowa wybuchła na śniegu jak supernowa, ugodzona pospiesznym zaklęciem Harry'ego na moment przed tym, nim zdołał pociągnąć za spust, a jego ramiona opadły bezładnie, rozrzucając się przy korpusie ciała w dziwnej, nienaturalnej konfiguracji.
— Na litość, Draco, chcesz, żeby nas pozabijali? — zawołał wściekle Harry (jego głos drżał nieznacznie pod tymi słowami), zwracając różdżkę na powrót w stronę - oddalonego od nich o całe opustoszałe pole po zabezpieczonych, mniejszych składowiskach - magazynu głównego.
— To był impuls — burknął Draco.
— Impuls! — zawołał zajadle Harry, łypiąc na niego gniewnie jak rozdrażnieni do białości diabli. — Impuls? — powtórzył, cedząc sylaby przez zęby, brzmiąc przy tym niemalże tak złowróżbnie, jak rozjątrzony Snape. — Ty durniu, żeby mnie do działania zaraz jakiś impuls nie popchnął! Ty cymbale jeden!
— A niech cię popycha! — odgryzł się Draco, trzepiąc Harry'ego wierzchem dłoni po ramieniu. — Może wreszcie zwołasz tu tych swoich dementorów!
— Moich? — powtórzył Harry, trzęsąc się z tłumionego gniewu. — Moich? Oni nie są moi, idioto, w tym rzecz!
— A nazywaj to sobie jak chcesz — prychnął Draco, celując w głowę jakiegoś mugola, który skradał się przy bocznej ścianie magazynu; czaszka wojskowego rozparła się jak stworzona z piasku, a Draco zapatrzył się w tamtą stronę, mrużąc oczy. Czy mu się zdawało, czy tamtej, wielkiej, wysokiej ściany lewego skrzydła - jeśli spojrzeć od strony parkingu - naprawdę nie było? — Patrz, ktoś zabezpieczył boki — szturchnął Harry'ego w ramię.
Harry podążył za jego spojrzeniem, wytężając wzrok (jego okulary były przechylone, leżąc krzywo na nosie, ale jakieś zmyślne zaklęcie odsuwało od nich cały pył, kurz i proch jak dwa odpychające się, przeciwne bieguny; zielone oczy błyskały zza szkieł jak zaklęcie zabijające).
— Jeden bok, chciałeś powiedzieć — sprecyzował Harry, wskazując ruchem głowy w przeciwległą ścianę stojącą jak długowieczny posąg na przypisanym sobie miejscu.
— Tak, jeden — wzruszył ramionami Draco. — Trzeba szybko zmienić ten stan rzeczy. — Spojrzał Harry'emu w twarz, skacząc wzrokiem pomiędzy jego oczami. — To jak będzie? Wezwiesz ich, czy nie?
— Jeszcze nie teraz, jeszcze nie teraz — pokręcił gwałtownie głową Harry. — Nie, jeśli okoliczności mnie do tego nie zmuszą.
— Okoliczności nie zmuszą? — zawołał Draco i rąbnął Harry'ego otwartą dłonią w skroń. — Nasi ludzie umierają!
— Wojna jest, ciężko, żeby było inaczej — splunął Harry i ignorując wściekły wzrok Dracona, zaczął czołgać się pomiędzy śnieżnymi muldami, chcąc przybliżyć się do największego z magazynów.
Brzmisz jak Snape — chciał syknąć w jego twarz pokrytą pyłem, sadzą i popiołem Draco, ale tego nie zrobił.
Niektóre słowa nie są przeznaczone do tego, aby wypowiadać je na głos.
-VVV-
Jej długie, kasztanowe włosy kleiły się do jej szyi i karku jak lepik na muchy, kiedy strąciła z dachu kolejnego snajpera i obejrzała się na przykucającą za pagórkiem, odwróconą plecami do niej córkę.
— I jak tam, kochana?
— No żyję, żyję.
— Wiem, że żyjesz. Pytam, czy zmęczona nie jesteś?
Katrina zaklęciem wyżłopała dół pod nogami jakiegoś mugola, a ten wpadł do niego twarzą do przodu i zerknęła na nią przez ramię.
— Po co pytasz?
— Może rezygnujemy?
— Zwariowałaś? — fuknęła Katrina, wciskając się głębiej w śnieg obklejający muldę wyrastającą ze śniegu - chociaż dyszała jak mastif, a pomimo otaczającego ich śniegu było jej gorąco, jakby ktoś zatrzasnął ją w piecu. Wstyd jej było, że tak szybko się męczy, chciała walczyć, chciała pomóc, chciała być przydatna wyższym celom. To co, że pod bokami piecze ją ze zmęczenia, co z tego, że pot zalewa jej czoło i że w głowie huczy od ciągłego hałasu, co znaczy chwytająca ciało kolka, przy hektolitrach krwi przelewanej przez te mugolskie psy od początku wojny z czarodziejami.
Miała siłę, by walczyć, jej potężne składowiska istniały głęboko w jej ciele, tkwiły tam jak studnie, a ona niczym czerpakami pobierała z nich energię i być może działo się to jedynie w jej wyobraźni, ale jednak działało, dawało jej siłę, by biec, by reagować, by ciskać zaklęciami jak petardą i nie zawracać sobie głowy efektami - na to nie starczało czasu.
Wyruszając z Harrym w tę bitwę, nie sądziła, że przeżyje tak długo. Wcale nie oczekiwała, że pójdzie jej gładko, że pokona całą hołotę mugoli i własny strach na dokładkę, była gotowa walczyć aż do śmierci, a kiedy przyjdzie jej pora, pociągnąć za sobą tyle mugolskich dusz, ile to możliwe.
Przed bitwą czytała. Spędziła godziny w hogwarckiej bibliotece, zakradając się do działu ksiąg zakazanych, wertując „Tajemnice Najczarniejszej Magii" oprawioną w czarną, przetartą skórę, autorstwa Owle'a Bullocka, wertując dział dotyczący czarnomagicznych uroków. Była przygotowana na tę bitwę - nikt jej nie mógł zarzucić, że jest inaczej - była gotowa, pełna zdecydowania. Sądziła, że opanowała klątwę, która w chwili jej śmierci pociągnie za sobą tego, który ją zadał. Nałożyła ją na siebie tuż przed wyruszeniem w bój (trochę się bała - i wojny, i tego zaklęcia - ale i tak go rzuciła i wszystkie przesłanki opisane w księdze wskazywały na to, że uczyniła to poprawnie).
Harry jej nie zauważył. Patrzył na nią, zbliżył się do niej, całował ją, ale nie wyczuł ciążącej na jej ramionach Czarnej Magii. Nie wiedziała dlaczego. Być może zanadto zaabsorbowany był własną mocą iskrzącą mu pod skórą jak zimne ognie. Być może głowę miał pełną bitewnych planów, a umysł oklumowany z mocą oddzielającą go od przejmowania się rodzajem magii piętrzącej się wokół niego - może jedynie w ten sposób potrafił zabić i nie poczuć z tego powodu winy ciążącej na nim jak głaz. Być może był inny powód, którego nie wzięła pod uwagę - grunt, że nie zauważył tego - ani on, ani Draco, pół życia mający styczność z brudną odsłoną magii, ani nawet jej własna matka. Być może to właśnie dlatego w pierwszych chwilach bitwy im uciekła, może bała się, jak zareagują, kiedy to zauważą, a może chciała pokazać swoją niezależność, swoją samowystarczalność. Być może istniał zlepek kilku powodów składających się na to, dlaczego - pomimo próśb i zakazów - pozwoliła sobie z początkiem bitwy na rozpłynięcie się w tabunie ludzi i pójście własną ścieżką. Wiedziała jedno - była przygotowana na każdą ewentualność.
W pewnej chwili jej matka chwyciła ją za kołnierz szaty i gwałtownie pchnęła w śnieg, zwalając się obok niej i przyciskając mocno da swego boku.
Nad ich głowami - jak stado ptaków odlatujących w cieplejsze kraje - przewinął się tabun pocisków i wbił się z trzaskiem w śnieg gdzieś za ich plecami.
Jej matka wychyliła się i wyeliminowała jednym zaklęciem o zielonym ubarwieniu mierzącego do nich z karabinu mugola.
— Przeklęci mugole — warknęła jej matka, wypuszczając wstrzymywane powietrze i zamierając ramię znad jej głowy.
— Tak — odezwała się cicho Katrina, unosząc błyszczące chłodnym zdecydowaniem oczy znad śniegu, wypluwając z ust zamarzniętą, lodową grudkę. — Niech będą przeklęci.
-VVV-
Ted Green i Patric Gillespie zauważyli tego mugola, zanim jeszcze podjął jakieś działanie. Czaił się na nich. Krążył przy nich jak hiena wokół padliny, myśląc, że go nie widzą. Był sprytny, przebiegły, chował się za gruzem, za śnieżnymi muldami, za lodowymi posągami swoich towarzyszy broni przeobrażonych na wieki w zamarznięte bryły. Polował. Był niczym wąż obserwujący ofiarę, zanim skoczy jej do gardła, zatapiając w miękkiej skórze jadowe kły. Ostrzył na nich zęby, niczym cień podążając ich śladami wygniecionymi w udeptanym śniegu, jakby był drapieżnikiem idącym po śladach zapachu.
— Nie w ciemię bity — mruknął Ted do Patrica, cały czas mając mugola na oku, udając, że wcale nie patrzy.
— Dlaczego nie atakuje? — Patric zmarszczył nos, posyłając zaklęcie w kierunku dachu (Ted przypadkowo szturchnął go w ramię i zaklęcie uderzyło w kuloodporną szybę, spływając po niej ku zaśnieżonemu gruntowi jak piorun po uziemieniu), Patric zerknął w stronę parkingu, do którego nieświadomie się przysuwali. — Ach, no oczywiście... — prychnął, kręcąc głową.
— Oczywiście: co?
Wskazał Tedowi niemal niedostrzegalnym ruchem głowy klątwę unoszącego się oka ciążącą nad zaparkowanymi tirami jak fatum.
— Chce zobaczyć, jak na człowieka zareaguje oko.
Ted zerknął w stronę parkingu, marszcząc brwi.
— Kto w ogóle tę klątwę rzucił? — zapytał, odbijając jakieś zabłąkane zaklęcie szybkim ruchem ręki.
— A bo ja wiem — wzruszył ramionami Patric — ale działa tylko na mugoli. Widziałem jak ten barman z Nokturnu stamtąd wychodził, kiedy tiry zaczynały płonąć.
— Aberforth? — zdziwił się Ted.
Patric prychnął, rzucając w kierunku dachu szybkie zaklęcie, kiedy ujrzał zakutą w hełm głowę, wychylającą się przez szczeble. Trafił klątwą tnącą prosto w twarz. Głowa cofnęła się jak oparzona.
— Nie. Nie Aberforth, Teddy, Aberforth nie jest z Nokturnu — sprostował.
Ted odchrząknął, wzruszając ramionami, jakby Hogsmeade a Nokturn nie stanowiło dla niego różnicy - jakby jedno było drugim, jakby to były dwie odmienne nazwy na dokładnie to samo miejsce.
— Czyli co — podjął po chwili — zaciągamy go w te parkingowe zgliszcza?
Patric zaśmiał się ponuro pod nosem.
— A żebyś, Teddy, wiedział, że owszem. Zaciągamy.
-VVV-
Joe Matrin ciskał klątwami w dach, jakby celował do dzikich gęsi przelatujących nad rozłożystym jeziorem, przykucając z prawej strony głównego magazynu, korzystając z ukrycia, jakie zapewniał mu walący się wokół gruz.
Potraktuj to jako zawody — pomyślał, mrużąc oczy, wypatrując wysuwających się choćby i milimetry poza dach głów, rąk, barków. Polował na wyłaniające się lufy, zatykając im wyloty, chcąc sprawdzić, czy roztrzaskają się przy strzale jak pęknięte szkło.
Część się rozpadała, a część nie i Joe, bawiąc się przy tym świetnie, zaczął stawiać jednoosobowe zakłady o to, w jaki sposób zareaguje jaka broń.
To mogłaby być ekstremalna rozrywka na wolne popołudnia — zaśmiał się w myślał, odgarniając włosy z twarzy i poprawiając swoje ułożenie w otaczającym go gruzowisku, kiedy krawędź jakiejś cegły zaczęła wbijać się w jego biodro. — Po miesiącach więzienia potrzebuję takich przyjemności.
Kolejny cel wynurzył się z głównej bramy i chwilę potem ponownie został w nią pchnięty, jak ugodzony wielką dłonią prosto w pierś - mugol zatoczył się do tyłu, chwytając łapczywie powietrze.
Zabójcza zabawa pod tytułem: „kto kogo pierwszy wyeliminuje" — pokręcił głową Joe, uśmiechając się pod nosem. — Prawie jak gra w klasy.
Kolejny mugol spad z dachu, kiedy Joe wycelował różdżką w wystającą z dachu lufę i warknął cicho: „Accio". Karabin - cóż za szkoda - do niego nie podleciał, bo został przeciążony przez spadającego strzelca, który rozgruchotał się o gruz, za którym skrywał się Joe i stoczył się na drugą jego stronę.
Joe wychylił głowę, spoglądając w kałużę ciemnej krwi, rozlewającą się wokół czaszki zepchniętego z dachu i pogratulował sobie skuteczności, stwierdzając, że nie musi go nawet dobijać.
I nagle - niczym grom z jasnego nieba - rozsadził go promieniujący jak wrząca lawa ból, kiedy coś małego, ostrego i szybkiego jak złoty Znicz przeszyło mu przez tchawicę.
Chwycił się drżącymi dłońmi za szyję, czując, jak robi mu się słabo, a oczy zachodzą mgłą; z ust wyciekła ciemna, gęsta krew, spływając mu po brodzie i brudząc mu brodę, dłonie, szatę, a nawet własną różdżkę.
Miał wrażenie, że jedzie bardzo szybko windą z niezmiernie wysokiego piętra, a ciśnienie skacze wokół niego jak wariat ze szczytu wieżowca, niemalże rozrywając mu przy tym bębenki. W głowie mu huczało, głuchy pisk wypełniał mu uszy, świat rozmazywał się przed oczami, jakby trafiono go zaklęciem Conjunctivitis, jakby oślepiono go jak rzucającego się smoka, nad którym należy odzyskać kontrolę, jakby z chwili na chwilę dostał potężnego zapalenia spojówek, które jedynie postępowało, nie wykazując żadnych rokowań na poprawę. Nie mógł zaczerpnąć tchu, choć próbował, starał się, walczył o oddech ze wszystkich sił.
I przegrał. Potem była już tylko ciemność.
-VVV-
— Idzie za nami?
— Idzie, idzie. Jak baran.
— Czemu się dziwisz, Teddy, w końcu to owca ofiarna?
Ted, starając się nie patrzeć przez ramię, spojrzał na unoszące się nad parkingiem oko, zalewające przestrzeń mglistą, czerwoną poświatą.
— To co? Dajemy nura? — zapytał, szturchając Patrica w ramię.
— Dajemy, dajemy — pokiwał głową Patric. — Najlepiej od razu pod szkielet ciężarówki. Nie chciałbym dostać kulką w plecy.
— Szczwany szczur — mruknął Ted, rzucając kątem oka obserwującemu ich z ukrycia najbliższych muld śnieżnych mugolowi szybkie spojrzenie. — Patrz, jak uważnie przygląda się oku.
— Ty, to chyba zaklęcie Pottera — zaskoczył się Patric, zerkając dyskretnie w górę na obracającą się szaleńczo, wielką gałkę oczną.
— Co ty mówisz?
Ted powątpiewał, aby Harry Potter był zdolny do wskrzeszenia tak zajadłej, bezlitosnej klątwy do życia, ale marszcząc mocno nos, zerknął na wirującą gałkę oczną, wyglądającą ofiary.
— Nie, no nie żartuj — pokręcił głową Ted. — Potter nie rzuciłby takiej klątwy. W końcu to Złoty Chłopiec, nie?
Patric wzruszył ramionami.
— Cóż, w każdym razie oko podobne do tych potterowskich.
Ted prychnął.
— Bo to tylko Potter ma tutaj zielone oczy, hmm? — zakpił i chwycił Patrica mocno za ramię. — No, wykopujmy z tym mugolem, cwaniaczkiem, topór wojenny. Na trzy. I natychmiast się kryj.
— No, raczej — zgodził się Patric, kiwając głową. — Raz...
— Dwa...
— Trzy!
Wskoczyli na teren parkingu, kryjąc się za wciąż plującymi czarnym dymem resztkami ciężarówek. Chwilę później rozległy się strzały. Obaj zakryli głowy ramionami, kryjąc się przed sypiącymi się łuskami naboi.
Strzały ucichły, a chwilę potem ponad parkingiem potoczył się ogłuszający skowyt, jakby wydobywał się z paszczy dotkliwie ranionego zwierzęcia. Patric wychylił się z ukrycia.
— Ładnie to tak: polować na czarodziejów? — zaśmiał się Patric, odchylając głowę do tyłu i wybuchając głośnym śmiechem.
Chwilę potem przestał się śmiać. Mugola poderwało z ziemi i uniosło wysoko nad parking, szarpiąc nim, jakby dostał się we władanie silnych, powietrznych prądów. Jego skóra zrobiła się czerwona - jak nagie, surowe mięso, jakby krew tuż pod nią gotowała się jak mikstura w kociołku. Jednak zanim jeszcze jego głowa opadła bezwładnie na zamarłą w bezruchu pierś, jego ramię uniosło z widocznym trudem karabin i ciągnąc nieprzerwanie za spust, obsypało ich gradem pocisków.
Patric - jak na komendę - skrył się za pozostałością ciężarówki, wciskając głowę w ramiona, klnąc na czym świat stoi, rzucając w umierającego mugola najgorszymi epitetami, jaki przychodziły mu na myśl.
Kiedy wreszcie seria karabinowa ucichła, a mugol padł na ziemię - martwy - Patric uniósł głowę, spluwając siarczyście na ziemię.
— Toż to cwaniaczek jeden, nie, Ted?
Odpowiedziała mu cisza. Głucha, ciężka i martwa jak urwana kończyna.
— Teddy?
Ted Green opierał się o zgliszcza pojazdu, sącząc się czerwoną posoką z każdego możliwego miejsca na ciele. Jego twarz wyglądała, jakby ktoś ją zmasakrował długotrwałymi torturami, jego ramiona - rozrzucone w bezładzie - przypominały sito, dymiące wyziewy kłuły w oczy; połykały całe ciało - jak wyjątkowo paskudna zaraza.
Jego oczy wciąż były otwarte.
-VVV-
Nie istnieje wojna bez krwi, tak, jak nie ma dymu bez ognia. Spodziewałem się strat, oczywiście, że się spodziewałem. Tyle że póki straty liczone były w bezimiennych liczbach, nie poznałem jeszcze ogromu szkód. Imiona wyłoniły się później, dużo później, później, niż zaczęto podliczać poległych, później, niż dokonano standardowego bilansu zysków i strat, bez którego świat nie potrafi się obejść.
Martwi obsiewali pole bitwy jak chwasty, a żywi wciąż walczyli, lawirując między cmentarzem poległych, którzy ginęli po każdej ze stron, balansując na ich krwi, brutalnie rozlanej, na workach skóry i kości.
To była walka o wszystko. Walka o życie i o śmierć. Walka o zwycięstwo albo godną porażkę. Walka, w której nie istniały drugie szanse, w której nikt nie liczył na czyjąś łaskę, którą każdy starał się przetrwać, przeżyć, przetrzymać.
Być może Draco miał rację, być może powinienem wezwać dementorów wcześniej, niż to ostatecznie uczyniłem - bo doszło do tego, oczywiście, że tak - ale nie chciałem tego robić, nie bez konieczności, nie chciałem wzywać najobrzydliwszych kreatur, jakie zalęgają się na tej ziemi, która nie należy ani do nas, ani do mugoli - która do nikogo tak naprawdę nie należy. Chyba się bałem. Konsekwencji. Odpowiedzialności. Bałem się zarzutów, jakie się przede mną pojawią, bałem się krytyki i oskarżeń, bałem się, że dementorzy połkną każdą żywą duszę, jaką odnajdą na tych otaczających nas metrach kwadratowych ziemi utopionej we krwi, że nie zatrzymają się na mugolach, że będzie im wszystko jedno. Uczta to uczta, a pożywienie takie samo, bez względu na kogo spojrzeć.
Zanim do tego doszło, odeszło wiele charakternych, walczących do ostatków sił, do ostatniego tchu osób. A ja wciąż czekałem. Wciąż walczyłem. Wciąż wierzyłem, że poradzimy sobie bez pomocy. Bez odwoływania się do paktów z potworami.
Wychodzi na to, że potwora potrafi unicestwić jedynie inny potwór.
