Ostrzeżenia: gore, śmierć postaci, cliffhanger
zywek — Poważnie mówię, będzie wielki, złośliwy cliffhanger, przygotuj się!
Rozdział 54
Błądzi wśród grozy człowiek ciemny jak ziemia
.
Zaklęcie lecznicze pana Byrne przestawało działać, a ból w prawym boku rozwijał się jak infekcja. Harry zaciskał zęby za każdym razem, gdy spoglądał na nie w pełni zabezpieczony magazyn główny, czując kłucie rozsadzające jego skórę jak dynamit.
Draco natychmiast zauważył, kiedy ból pod żebrami zaczął na powrót stawać się dla Harry'ego nieznośny. Jego oczy zmrużyły się troskliwie, kiedy pociągnął zielonookiego czarodzieja za śnieżną muldę i z pełnym niepokoju wyrazem twarzy zerknął w miejsce, gdzie na skórze Harry'ego, pod obcisłą szatą, rozciągała się świeża rana.
— Może odwiedzimy Pansy, co? — zaproponował cicho, dobrze wiedząc, że Harry odmówi.
— Przywódca ucieka z pola bitwy jako ostatni — stęknął Harry, zagryzając dolną wargę. — Czas pokazać, że jestem dobrym przywódcą.
Draco westchnął, wiedząc, że prowadzenie sporów w środku wojennej zawieruchy jest bezsensowne i że nie istnieje żaden lek na upartość Harry'ego.
— Więc może — powiedział, myśląc intensywnie Draco — ściągnę Pansy tutaj?
— I narazisz ją na utratę zdrowia bądź życia? — sarknął ironicznie Harry, kręcąc z politowaniem głową. — Nie wydaje mi się.
Harry nie wiedział, co pomyślał sobie Draco, ale sądząc po wyrazie jego twarzy, było to coś w stylu: „przeklęty, jak zawsze ma rację, cholera jasna".
Wychylił się zza pagórka i cisnął zaklęciem w mugola stojącego na dachu, którego chęć rozprostowania nóg okazała się dla niego śmiertelna.
— Harry, wiesz...
— Wiem, co chcesz powiedzieć i nie mów tego! — przerwał Draconowi Harry, kręcąc głową, cedząc słowa przez zaciśnięte zęby.
— Nie wiesz, co chcę powiedzieć — zasępił się Draco.
— Że: powinienem wezwać dementorów — przedrzeźnił Dracona Harry, kiwając prześmiewczo głową na boki.
— Cóż, to również — westchnął Draco, przecierając w zmęczeniu brwi — ale tak właściwie, to miałem ci powiedzieć, że nie musisz poświęcać się dla każdego.
Harry prychnął i łypnął na Draco kątem oka.
— Już mi o tym kiedyś mówiłeś — rzekł, trącając czubkiem różdżki biały puch, na którym leżeli, tworząc ze śniegu ogromną kulę wielkości krzesła i cisnął nią w stronę dachu mugolskiej budowli.
— Przestań! — syknął Draco, marszcząc się mocno i zerkając niepewnie w stronę głównego magazynu. — Zamierzasz ich rozdrażnić?
Harry uśmiechnął się bez rozbawienia.
— Ktoś im zaryglował tylne drzwi, gdybyś nie zauważył — prychnął — sądzę więc, że osiągnęli już maksymalny stopień swojego rozdrażnienia.
— Harry — wyrzucił z siebie jego imię jak westchnienie — a jak nie uda nam się ich stamtąd wykurzyć?
— Uda się, uda — rzekł z całkowitym przekonaniem Harry. — Nie kracz.
Draco rzucił budynkowi magazynu głównego powątpiewające spojrzenie.
— Uparty jesteś jak osioł — zawyrokował.
-VVV-
Horacy, zipiąc jak mastif, pomyślał, że wypity tuż przed bitwą Felix Felicis powoli przestaje działać. Jego cedrowa różdżka zdawała się ważyć coraz więcej i więcej, ciążąc ku ziemi jak kamień. W jego czaszce łupało, a kiedy wierzchem dłoni ścierał słone kropelki potu zatrzymujące się na jego brwiach, miał wrażenie, że jego czoło jest ponad normę gorące, jakby skoczyła mu temperatura. Oddychał coraz ciężej; było mu duszno, a w czaszce łupało, jakby po głowie przebiegło mu stado koni, haratających go twardymi kopytami, otumaniających jego zmysły. Zdawało mu się, że w miejscu mózgu ma gąbkę i to w dodatku dość marnie chłonną, myśli dudniły jak echo w głębokiej studni, obijając się o czaszkę jak ślepy od ścian, a wykrzykiwane wokół niego słowa wpadały jednym uchem, wypadały drugim, nie pozostawiając po sobie najmniejszego śladu.
Zatoczył się, łapiąc tchu, czując ciężki jak głaz ucisk w skroniach, w zatokach, w karku - trochę tak, jakby ciśnienie wokoło gwałtownie spadało.
Wiedział, że jeśli pozwoli sobie opaść z sił - umrze. Nie zamierzał umierać. Nie w taki sposób.
Przez lekko uchylone okno głównego magazynu wychyliła się ludzka głowa w towarzystwie ramienia trzymającego karabin. Horacy wycelował w rozchylone skrzydła okienne, chwiejące się pod wpływem wiatru na skrzypiących zawiasach.
— Colloportus! — syknął, a okno zamknęło się z trzaskiem; szyba przydzwoniła w wychylającą się głowę i roztrzaskała się w drobny mak, sypiąc się ostrym szkłem na mugolską twarz.
Odkąd zobaczył, jak umiera Aberforth, coś cię w nim zmieniło, coś przemówiło prosto do jego podświadomości, przydzwoniło w nią jak prawy sierpowy, pewny rodzaj zrozumienia, że to właśnie tutaj - na tym śmierdzącym prochem, pachnącym magią ochronną, promieniującą z zabezpieczonych składowisk jak ciepło ze słońca, kawałku ziemi ważą się losy świata czarodziejów.
Co zrobi, jeśli to przeżyje? Co zazwyczaj robi człowiek, który niespodziewanie zaczyna istnieć w nowym, wolnym świecie?
To już miało miejsce - dwa razy. Już dwa razy ludzie wyszli na ulice, krzycząc, że Magiczna Anglia odzyskała wolność. Pierwszy raz, gdy roczne dziecko o zielonych jak dwa szmaragdy oczach przeżyło coś, czego przeżyć nie powinno. Pod koniec października osiemdziesiątego pierwszego roku. Pamiętał ten dzień, jakby to było wczoraj - ludzie wiwatowali, krzyczeli tak głośno, że zdzierali sobie gardło, tańczyli boso na ulicach, strzelając w niebo snopami iskier z tysiąca różdżek, otwierali masowo wino z pokrzyw oraz to skrzaciej produkcji, jakby te były butelkami ruskiego szampana, a potem upijali się nimi do nieprzytomności. Zasypiali w barach, stukając się kuflami pełnymi piwa, zataczali się, obijając o ściany budynków i rozgłaszali jeden przez drugiego o wielkim szczęściu, które spadło na czarodziejski świat. Drugi raz, gdy dziecko urosło, uzyskało pełnoletność, dobiło siedemnastki. I stanęło oko w oko, różdżka w różdżkę z niegdyś tak genialnym, tak inteligentnym Tomem Marvolo Riddlem, który wstąpił na złą ścieżkę.
Więc co zrobi tym razem?
Pewnie wróci na włości, zaszyje się w domu i będzie wspominał - tak jak zawsze - kolekcjonował obrazy przeszłości, zbierał momenty swojego życia, pozwalał zapraszać się na bankiety i spotkania z byłymi uczniami, pławił się w czyichś talentach i osiągnięciach, korzystał ze wszelkich wygód i dobrodziejstw, które będą mu dane. Zrobi porządek na półce, zdmuchnie kurz z wieloletnich zdjęć, przetrze stare ramy, poprzestawia kolekcję fotografii, z których wnętrza machały do niego dumnie wybitne, znane, uzdolnione perły Hogwartu.
Ponieważ wróci - zawsze wracał, po każdej bitwie, po każdej wojnie.
Horacy otarł zamaszystym ruchem pot z czoła i transmutował głowę jednego z mugolskich wojaków w dojrzałego melona, który kilka chwil później rozbił się o asfalt jak balon wypełniony wodą.
Uczyni zadość wymaganiom i przetrwa tę bitwę. Stać go na dodanie do zbioru jeszcze jednego, wartościowego wspomnienia. Ma w sobie wystarczająco siły na ponowne wykpienie się śmierci.
-VVV-
Z dachu budynku rośli mężczyźni ostrzeliwali ich z karabinów, jakby byli gęśmi, które należy utłuc, a ona - z lewą nogą na wpół sprawną - brodziła w jednej, wielkiej kałuży krwi, zastanawiając się, po czyim życiu przyszło jej deptać.
Amelia odskoczyła, kiedy jakieś ciało stoczyło się z dachu jak kłoda trafione zaklęciem Wally'ego i z pluskiem i zgrzytem łamanych kości wpadło twarzą w kałużę krwi, rozchlapując ją wokół, jakby wszyscy taplali się w sadzawce pełnej wody. Czerwona fala chlusnęła na jej szatę, wsiąkając w materiał jak deszczówka. Jej buty, jej łydki, jej dłonie - wszystko miało tą samą, jednolitą barwę i Amelia odkryła, że krew - czy to czarodziejska, czy mugolska - nie różni się od siebie niczym, to ten sam odcień, ten sam zapach, ta sama szybkość krzepnięcia. Kleiła się do jej palców jak żywica, a Amelia nie wiedziała, czy należy do niej, czy do któregoś z towarzyszy broni, czy może to krew mugola - tego, którego Wally zabił chwilę temu, a może tego, któremu sama odebrała życie kilka minut wcześniej.
Walczyli tak zażarcie, jak potrafili, a mugoli wcale zdawało się nie ubywać. Wychylali się z głównego wejścia, z wpół otwartych okien, zza krawędzi dachu, jakby ten magazyn był jakąś wielką wytwórnią mugoli, jakby ich tam w środku produkowali, mugol za mugolem, jakby to nie był magazyn z bronią palną, a fabryka mugolskich obywateli.
Amelia wyobrażała sobie, jak składają ich tam w całość, noga, ręka, druga noga - przyklejane jakąś gliną do korpusu ciała, wypalaną jak na ceramikę, i - pstryk - jeszcze zastrzyk z duszy i do boju, mugolu.
Z jej ust wyrwało się ciche przekleństwo, kiedy potknęła się i wpadła w jakąś wyrwę w asfalcie, przełamując podeszwą lód i wpadając po kostkę w bajoro lodowatej wody.
— W porządku? — zapytał Wally, odwracając głowę, aby spojrzeć na nią przez ramię.
— Tak, tak, tylko... — urwała.
Jakiś postawny wojskowy wychylił się z betonowej fabryki mugoli, mierząc z pistoletu ze stali nierdzewnej w tył głowy Wally'ego.
Wraz z hukiem wystrzału, Amelia skoczyła ku Wally'emu, popychając go mocno na lód błyszczący pod ich nogami. Coś ostrego i gorącego uderzyło ją nieco pod lewym obojczykiem, wyrywając wrzask z jej piersi, wysysając powietrze z płuc.
— Amelia! — wrzasnął gdzieś nad nią Wally i zaczął krzyczeć coś jeszcze, ale zamiast słów, w jej uszy uderzył jedynie ostry jak szpikulec przekłuwający bębenki pisk rosnący i rosnący, potęgujący się z każdą chwilą jak nakładające się na siebie fale dźwiękowe.
Nie poczuła momentu, w którym zwaliła się na ziemię. Jak przez mgłę zobaczyła, jak mugol, który celował do Wally'ego, zamienia się w żywą pochodnię. W jej nozdrza uderzył odór przypalanego mięsa, niemal zabijając metaliczny zapach krwi unoszący się wokół niej jak mgła, jak zastygłe w powietrzu krople wody. Pisk w uszach narastał z każdą chwilą coraz bardziej, coś ciepłego i gęstego chlustało na jej piersi, na jej brzuch, na jej unoszące się w panice dłonie, próbujące wymacać nieprawidłowość we własnym ciele, skazę, która została wtłoczona w nią jak woda przez pompę.
Przed twarzą zamajaczyły jej oczy Wally'ego - były duże, przerażone, błyszczące czymś, czego nie potrafiła zrozumieć.
Potem nagle słuch zaniknął i poczuła się tak, jakby ktoś wepchnął ją do ogromnej, wielkiej próżni, w której nie istnieje nic - żaden pierwiastek, żadna mieszanina gazów, żadne słowa, żaden dźwięk. Wszystko wokół spowolniło swój bieg, jakby ktoś nacisnął przycisk pauzy, jakby ktoś nakazał zegarom, aby stanęły w miejscu i nie widziała nic - nic poza tymi dużymi, wilgotnymi oczami, z których coś wyciekało na kości policzkowe, spływało przy ustach, które poruszały się, poruszały się, jakby próbowały jej o czymś powiedzieć, coś jej przekazać.
Twarz rozmyła się, barwy zanikły na jej źrenicy, kształty traciły kontury, ich krawędzie stawały się płynne, niewyraźne, niespójne.
Pisk, który narastał, nagle się urwał jak niedokończona scena niemego, mugolskiego filmu.
-VVV-
Wally klęczał na ziemi, kołysząc w ramionach wciąż ciepłe ciało, oddychając tak szybko, jakby w miejscu płuc miał dwa wielkie wentylatory. I wył.
Wył, jakby świat właśnie się kończył, jakby niebo spadało na ziemię, jakby słońce wypaliło się i zgasło, jakby dalszego życia miało już nie być.
Pamiętaj, Anderson, nie ma co płakać — powiedział mu kiedyś Jerry, klepiąc go po plecach tak mocno, że połowa ludzi wyplułaby przy podobnym spoufalaniu się płuca. — Trzeba walczyć o swoje, póki jest czas. Może być w tym i twój interes, czy coś w tym kraju ulegnie zmianie na lepsze, czy zacznie się rozpadać jak źle zachowana mumia.
Nie potrafił nie rozpaczać, nie potrafił podnieść się i pójść dalej. Dla jednych śmierć kogoś bliskiego mogła stanowić pewien rodzaj siły napędowej, ale nie dla niego. On czuł się tak, jakby oberwał czymś ciężkim w głowę, czuł się tak, jakby patrzył na świat i widział go jak przez skrzywione zwierciadło. Jakby cała ziemia puchła mu w oczach, a on razem z nią, coś w nim pęczniało, wypychało go od środka, jakby miało rozerwać go na strzępy. Miał wrażenie, że grunt lada moment się pod nim osunie, a on wpadnie w niebyt, ciemny i chłodny jak pocałunek dementora.
Miał tylko nikłą świadomość tego, że jeśli dalej będzie tak klęczał, nie zważając na świat pędzący koło niego, stanie się kolejnym, idealnym celem - bo świat się nie zatrzymał. Nie skończył się ani nie runął z posad. Nikt się nie zatrzymywał, nikt nie zwalniał swego szaleńczego biegu po życie, nikt nie przystanął, żeby się nad nimi pochylić. Wiedział, że jeżeli sam się nie podniesie, nikt tego za niego nie zrobi. To musiała być jego decyzja - aby wstać i walczyć dalej. Tyle że o co miał walczyć, kiedy kobieta, dla której chciał to robić, leży tutaj, we krwi, z otwartymi oczami patrzącymi w pustkę, w których nie dostrzegał już dawnego błysku, dawnej siły. W których niczego już nie widział - jedynie odbicie swojej poczerwieniałej, spuchniętej od łez twarzy.
Nie chodzi o to, aby nie upaść — powiedziałby Jerry — ale żeby po każdym upadku podnieść się i ruszyć dalej.
Tylko jak ma iść dalej, kiedy jego nogi są niczym z waty? Jak ma iść dalej, kiedy jego ramiona ciążą do ziemi, a kark gnie się jak plastikowy drąg? Jak ma iść dalej, kiedy wszystko, dla czego chciałby próbować, chciałby walczyć leży tu przed nim, z tymi samymi, kolorowymi paznokciami, nieco połamanymi, zbrukanymi krwią, ale przecież niezmiennymi?
Każdy człowiek ma w sobie barierę, którą boi się przekroczyć, po której przejściu na wierzch wychodzą najgorsze instynkty, jakie żyją w naszym ciele — pokiwałby głową Jerry, przechylając głowę i mrużąc w skupieniu oczy — pojawia się szał, obłęd nie do zatrzymania, pragnienie nie do stłumienia, nienawiść nie do przezwyciężenia. Trzeba czasami odbezpieczyć broń, Anderson.
Trzeba czasami odbezpieczyć broń.
Wally, nie wiedząc, kiedy wskrzeszona została iskra, która sprawiła, że odzyskał czucie we własnych nogach, we własnych dłoniach, która sprawiła, że jak nigdy wcześniej, poczuł się świadomy swojego ciała, każdego jego skrawka, każdego, pojedynczego palca, wstał, pozwalając najbardziej pierwotnym instynktom, z jakimi przyszło mu obcować, przejąć kontrolę nad własnym ciałem.
-VVV-
— Locomotor Mortis — syknął Draco, a nogi jednego z tych parszywych mugoli zeszły się razem, po czym zaczęły zachodzić paraliżem, a wojskowy zachwiał się i upadł na ziemię, zamiast w plecy Oliviera Nidrooka, trafiając z pocisków karabinowych w ziemię kilka stóp dalej. — Everte Statum. — Mężczyznę wyrzuciło w powietrze, obracając nim kilkakrotnie wokół pionowej osi, jakby wpadł w głębokie, powietrzne wiry, a ten padł na ścianę głównego budynku i osunął się po niej bez przytomności.
— Nienawidzę tego zaklęcia — krzyknął Harry, który obrócił się w miejscu i przylgnął plecami do pleców Draco, petryfikując mugola, który wychylił się zza jednego z ośnieżonych pagórków.
— Którego? — zaśmiał się Draco.
— Obu, na bogów! Oscausi! Rictusempra!
Usta wojskowego, który - zdaje się - w ogóle ich nie zauważył, a który uchylił parterowe, opancerzone okno budynku, aby wyskoczyć przez nie na pole bitwy, zrosły się cielistą błoną, a mężczyznę z impetem rzuciło do tyłu; wpadł on na okno, przez które próbował wyjść na zewnątrz i przeleciał przez parapet, rozrzuconymi w powietrzu nogami szerzej otwierając ramiona okienne. Harry, korzystając z okazji, spróbował cisnąć do środka klątwą unoszącego się oka.
— Obyście sczezły, psy! — zawołał warkliwie, mrużąc oczy, ale w tym momencie okiennice trzasnęły, a klątwa zderzyła się z nimi jak petarda, rozbijając się na drobne, czerwone iskry i spływając bezużyteczna na ziemię. — Na bogów, z czego są te okiennice zrobione? Z tytanu? Ze stali pancernej?
— Wolę nie wiedzieć — mruknął Draco, stawiając tarczę przed jakimś zabłąkanym zaklęciem, które rozpadło się na niej jak szklana kula ciśnięta o ścianę i posypało się gradem iskier na udeptany, zabarwiony czerwienią śnieg.
-VVV-
Powiedzieć, że był wściekły, byłoby bałamuctwem. Patric - rozdygotany jak żaluzje na silnym wietrze - kipiał gniewem, pluł nim, promieniował, warcząc najgorsze klątwy, jakie przechodziły mu przez myśl poprzez zaciśnięte zęby.
Chcieliście krwi? — myślał, zabijając wojskowego, którego siła zaklęcia odrzuciła kilka stóp od miejsca, w którym stał. — Chcieliście, mugolskie ścierwa? Pętaki. Kundle. — Biała gorączka furii wyciekała z niego jak lawa z wulkanu, plując żarem na wszelkie strony świata. Klątwy ściekały z jego języka jak opryskliwy jad z umysłu. — To ją dostaniecie! Dostaniecie i krew, i płacz, i zgrzytanie zębów. Dostaniecie nauczkę na przyszłość. Pora, byście odrobili lekcję, mówiącą o tym, że z czarodziejami się nie zadziera — myślał, przebijając zaklęciem tchawicę jakiegoś durnego mugola jak długą, chirurgiczną igłą. — Wy śmiecie — myślał, podpalając włosy wystające spod przekrzywionego hełmu — uważajcie, na kogo podnosicie karabin. — Jego umysł wił się niczym wężowy język, przeplatając klątwy z wyzwiskami, zaklęciami spowalniającymi i zadającymi ból. — Doigraliście się. Zabiliście Teda Greena. Teda zabiliście, szczury! — Jego ramię samo wykonywało ruchy, jakby czasowo odłączono je od mózgu, zaklęcia wplotły się w jego myśli jak naturalni bywalce. Opuszczały jego różdżkę bez chwili wytchnienia, bez ustanku, jeden po drugim, jakby szły parami, trójkami, czwórkami. Jakby nigdy miały się nie skończyć. — Teraz to ja pozabijam was!
Arsenał zaklęć, które wylewały się przez jego różdżkę, był niezwykle wysoki, a wahał się od zwykłych, przekornych uroków, rzucanych na siebie przez uczniów na szkolnych korytarzach aż do klątw niewybaczalnych. Patric się nad tym nie zastanawiał; ciskał pierwszym urokiem, jaki przyszedł mu na myśl. Zaklęciem lewitacji manewrował gruzem, leżącymi ciałami, porzuconymi karabinami, ciskając nimi w mugoli jak nożem, rzucał bombardę na zamrożone ciała, których istny korowód ktoś pozostawił od frontu głównego magazynu, ciskał Imperiusem, każąc mugolom spychać swoich sojuszników z dachu wprost na asfaltowaną drogę.
Ze mną zadarliście? — myślał Patric, roztrzaskując czyjąś głowę jak donicę, łamiąc kości w nogach, zaklęciami tnąc skórę jak nożem. — Ze mną? — syczał jego rozjątrzony umysł, kiedy łokciem trzasnął głowę jednego z zamarłych na wieki, lodowych brył o ludzkim kształcie. — Ze mną się nie zadziera, wy męty, wy dranie! — Zielony promień zaklęcia trafił jednego z tych mugolskich ścierw prosto w pierś. — A teraz — pomyślał Patric — macie przede mną drżeć. — Jego klątwa oderwała jednemu z wojskowych ramię, w którym ściskał karabin. Krew bluznęła wokół jak z fontanny. — Macie się mnie bać! Jak diabeł święconej wody. Macie drżeć przede mną, wy bezwartościowe szczury.
Drżeć - z całą pewnością - było przed czym.
-VVV-
— Wracam tam.
— Co? Zwariowałeś?
— Tam walczy mój brat i bratowa, do ciężkiej cholery, wracam tam!
Charlie krążył po ambulatorium niczym niespokojny lew, marszcząc się koszmarnie i na przemian zaciskając i rozluźniając pięści. Pansy wlała w niego potężną dawkę eliksiru na uspokojenie, choć miał wrażenie, że nie przestawało go nosić niczym po Ognistej Whisky Blishena. Stała z dłonią na zagłówku łóżka, na którym spoczywała ona (Charlie jeszcze nie wiedział, jak wypowiedzieć jej imię - choćby w myślach - i nie rozpaść się przy tym, jak lustro potraktowane kamieniem), obserwując go swymi lekko skośnymi oczami, jakby za moment miał zacząć ciskać fiolkami po leczniczych eliksirach o ścianę i zdemolować półki, na których piętrzyły się magiczna aparatura magomedyczna.
— Zostań — powiedziała cicho Pansy i Charlie pomyślał, że trzeba być mocno charakternym, aby brzmieć jednocześnie surowo i spokojnie.
Odetchnął głęboko, siadając na jednym z wolnych łóżek i zapatrzył się na swoje dłonie - miał wrażenie, że utracił czucie w palcach (były białe jak śnieg przed magazynami, zanim jeszcze został zbrukany odcieniami czerwieni).
— Nie rozumiesz — powiedział sztywno — muszę tam wrócić.
— Żeby ją pomścić? — zapytała cicho Pansy, a Charlie podniósł na nią wzrok, spoglądając błagalnie w jej ciemne oczy; potrzebował jej aprobaty, potrzebował, aby pchnęła go do działania, aby powiedziała mu: „masz słuszność" i „idź, walcz, zemścij się", ale wiedział jednocześnie (trochę podświadomie), że nie usłyszy od tej kobiety żadnej z tych rzeczy.
Owszem, pragnął pomsty. Chciał pogruchotać kilka kości i rozwałkować na krwawą miazgę kilka głów, wytargać mózg przez dziurki w nosie i ogłuszyć potężnym uderzeniem pięściami w uszy. Chciał, aby ktoś zapłacił za jego krzywdę, aby ktoś pożałował tego zabójstwa, aby pożałował własnych urodzin. Chciał wielu rzeczy naraz, a każda z nich prowadziła do czyjegoś bólu, do czyjejś śmierci, do czyjejś krwi rozlanej na śniegu. Zemsta łakomie oblizywała kły, wyciągając ku niemu dłoń w zaproszeniu.
To moje pragnienia, chcę tego, wyczekuję tego, myślę o tym — krzyczała mu do ucha sprawiedliwość, a ciemne oczy Pansy utkwiły w jego własnych i pytały: „jesteś tego pewien?".
— Zostań — powtórzyła Pansy, skacząc spojrzeniem pomiędzy jego oczami i przez chwilę, krótką jak mrugnięcie powiek, chciał jej powiedzieć: „dobrze, zostanę", ale nie powiedział.
— Wracam tam — powtórzył, chwytając za różdżkę, przyciskając ją do piersi i odwrócił się ku wyjściu ze Skrzydła Szpitalnego, starając się nie patrzeć na białe, płócienne prześcieradło, na którym - niczym płatki maku - rozlewała się czerwona mozaika o niesymetrycznych kształtach, przypominająca mu o tym, aby wyzbył się wszelkich zahamowań.
Na plecach czuł odprowadzające go spojrzenie niewielkich, ciemnych oczu, zdających się ryć hasła w jego skórze, zapisywać w niej pstrokate, krótkie slogany.
„Popełniasz błąd" — mówił jeden z tych sloganów, ale Charlie - czuł to głęboko we własnej duszy - tam, na mugolskim terytorium, przy tych starych magazynach, nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.
-VVV-
Christopher Brewer spojrzał w lepką od potu, czerwoną od otaczającego ich mrozu, twarz Karla.
— Zmęczony? — zapytał brata, unosząc z przekąsem brwi.
— Chciałbyś.
Christopher uśmiechnął się kącikiem ust, przykucając w śniegu i rzucając: „Repello Muggletum" na jeden z narożników głównego magazynu.
— Nie, czekaj! — Karl złapał go za rękę trzymającą różdżkę i pociągnął do dołu, przez co zaklęcie trafiło w zabarwiony czerwoną barwą śnieg, leżący u ich stóp, roztapiając go tak szybko, że w miejscu, w które ugodził czar, powstała sycząca, ulatująca w powietrze para, wijąca się jak przeplatające się cielska żmij.
— Co, do...?
— Nie możemy obłożyć tego magazynu zaklęciami, póki nie wykurzymy ze środka mugoli, Chris — złajał brata Karl, celując nad jego ramieniem w wychylającego się z budynku wojskowego i pudłując.
Christopher fuknął jak wściekły byk.
— Żartujesz? — pokręcił głową. — Przecież to ich ostatni bastion, nie pozwolą się stamtąd ot tak wykurzyć.
Karl westchnął ciężko, kucając w śniegu koło brata.
— Właśnie dlatego ich dziesiątkujemy, Chris, na Morganę, naprawdę muszę ci to tłumaczyć?
Karl pociągnął brata za ramię, kryjąc się za stertą gruzu, wymieniając szybkie spojrzenia z przykucającą tam kobietą wyglądającą jak bułgarska, białoskóra wila. Jej srebrne włosy były umazane czarną sadzą, lecz ciemnoniebieskie oczy płonęły zawziętością. Spojrzała na nich, skinęła im głową, a jej oblicze wykwitło okrucieństwem tak przerażającym, że na moment Karl zapomniał, jak należy oddychać. Wyskoczyła zza gruzu jak żądna krwi bogini, a zaatakowała tak dosadnie i tak zwinnie, że Karl nie potrafił oderwać od niej oczu, póki Chris nie trzepnął go różdżką po głowie.
— Morgano, widziałeś? — zapytał półszeptem Karl, ogniskując spojrzenie na swoim bracie. — Potterowi pomagają nawet wile!
Christopher powstrzymał chęć przewrócenia oczami, łapiąc Karla za ramię i wciskając w zagłębienie z boku usypiska gruzu, kiedy jakiś mugol wystawił karabin zza płaskiego dachu.
— To była Fleur Weasley, durniu, żona Williama Weasleya. Co ty, o Weasleyach nie słyszałeś? — zaszydził Christopher i wychylił się, ciskając wyjątkowo bolesną klątwą w mugola, który wyłonił się zza rogu budynku, a ten zatoczył się do tyłu i upadł na kolana. Jego twarz wykrzywił pełen agonii grymas.
— Hmm, nie, żebym studiował namiętnie ich drzewo genologiczne, czy coś.
Christopher po raz kolejny nie zatrzymał odruchu przewrócenia oczami.
Karl spojrzał w stronę rogu budynku, zza którego wyłonił się Potter, tańcząc pomiędzy walającymi się wokoło ciałami niczym król ciemności.
— Ty, widziałeś? — Karl szturchnął Christophera za ramię. — Walczy jak zwierzę.
Christopher zmrużył oczy, wytężając wzrok.
Potter, istotnie, zachowywał się jak król parkietu w swoim żywiole, ale nie powiedziałby, że walczył jak zwierzę. O nie, Potter walczył, jakby sama, głęboka ciemność powstała, uformowała się w ciało i natarła na mugoli w całej swej bezwzględności. Jego zielone oczy migotały jak kamienie szlachetne w rozbłyskach słanych przez niego zaklęć. Lawirował na nasączonym krwią śniegu, śląc zaklęcia, jakby nimi oddychał, jakby żywił się ich efektami. Rąbek jego czarnej szaty wirował wokół jego kostek jak czarna smuga dymu. Nie obawiał się pobrudzić swoich dłoni krwią, nie zastanawiał się przed skrzywdzeniem człowieka, słał zaklęcia, jakby rozdzielał losy loteryjne: a w bębnie losującym kotłowały się zaklęcia z tak wielu magicznych dziedzin, że - trzeba oddać mu te honory - było co podziwić, było się czym zachwycać, a już na pewno było się czym fascynować, jeśli się było psem Nokturnu, tak jak oni, dzieckiem Czarnej Magii, taplającym się we własnych śmieciach. Mieli przed sobą magię w najczystszej, najbardziej pierwotnej postaci - Potter nią oddychał, Potter jej dotykał, Potter był tą magią bądź to ona była nim.
Magia kleiła się do niego jak łakomy kocur żądny uwagi, lgnęła do niego, przesuwała się w niemej pieszczocie po jego ramionach, muskała odsłoniętą w ferworze walki szyję, wplatała się we włosy.
Jego spojrzenie było czyste jak łza, świadome jak kłamstwo, jego czyny były podyktowane jego wolą, jego różdżka tańczyła w jego palcach jak batuta dyrygenta, jakby był muzycznym wirtuozem, magicznym wirtuozem. Prowadził nim instynkt tak niewiarygodny, że Christopher poczuł, jak podziw okupująca jego ciało miesza się w równych proporcjach z zazdrością. Kiedy jakiś mugol odwrócił się ku niemu, przeładowując karabin, jego różdżka już tam była, już eliminowała zagrożenie, już kierowała się w inną stronę. Działał, zanim jeszcze cokolwiek zdążyło nastąpić, wyprzedzał fakty, był dwa, trzy, siedem kroków przed mugolskimi wojskowymi, jakby intuicyjnie wyczuwał, z której strony może nadejść kula i zapobiegał temu, zanim jeszcze została ona ku niemu posłana. Zdawał się mieć oczy dookoła głowy, otwarte na każdy ruch, na każde drgnięcie. Był czuły na przesuwanie się cieni, na kształty poruszające się przy nim niczym niezdarne, małe figury, które niebawem rozstawi po kątach. Był surowy i niewzruszony krzywdą, którą zadawał. I piękny w swojej bezwzględności - jak czarny motyl szeroko rozpościerający swe delikatne skrzydła.
Krew spływała po jego nadgarstkach, po jego palcach, po jego różdżce, kapała mu z wnętrza dłoni na udeptany śnieg i Christopher postawiłby cały swój majątek na stwierdzenie, że nie należała ona do niego. Wyglądał trochę tak, jakby zanurzył się w wielkim baniaku wypełnionym tą czerwoną posoką, jakby w nią zanurkował, zanurzył się w niej po oczy, po czubek głowy. Bordowe, zasychające, ciemniejące plamy wtopiły się w jego ubranie, w jego włosy, kleiły się do wierzchu jego dłoni, do wnętrza łokci. Oblizując zeschnięte od suchego powietrza i silnego, chłodnego wiatru usta smakował czerwonych kropel, trzymających się jego skóry, jakby to było ich naturalne miejsce.
Przy jego boku oscylował jasnowłosy młodzieniec - to był chyba młody Malfoy - dotrzymując mu tempa, nie zwalniając ani na moment, nie spowalniając Pottera nawet o ułamki sekund. Nie zachowywał się jak piąte koło u wozu, jak można by się tego spodziewać, nie - dopełniał Pottera jak brakujący element układanki, który znalazł się na podłodze pod łóżkiem, uzupełniał go, jego zaklęcia trafiały tam, gdzie klątwy Pottera nie sięgnęły, osłaniał mu tyły, na wypadek, gdyby Potter nie zauważył ataku, podtrzymywał jego zaklęcia tam, gdzie wymagały one współpracy drugiego czarodzieja, popychał go, gdy tylko zauważał coś niepokojącego gdzieś daleko za plecami Pottera, tam, gdzie zielonooki wzrok nie sięgał. Jeden asekurował drugiego i to nie w sposób - w jaki zwykle czynią to czarodzieje - manewrując zaklęciami tarcz i blokując klątwy przeciwnika. O nie. Ta dwójka sięgała ku sobie jak kwiaty wyciągające się w stronę słońca, jakby rozumiała swoje sygnały bez słów, za pośrednictwem mocniejszego zaciśnięcia palców na ramieniu drugiego, pociągnięcia za szatę, chwycenia za kark i przygięcia głowy ku ziemi. Uzupełniali się. Tacy młodzi, a tak finezyjni we własnej walce, jakby walka była sztuką, którą wpajano im od dziecka.
Być może gdzieś pośród tych częściowo zabezpieczonych magazynów był czarodziej, który dysponował większą mocą magiczną, niż Potter, być może było ich nawet kilku, być może ich moc była potężna, a umiejętności walki ogromne, ale nikt, ani jedna osoba, poza tą dwójką, nie działała tak finezyjnie, tak precyzyjnie - mógłby powiedzieć to z ręką na sercu.
Ta dwójka nie korzystała z magii. Ta dwójka ją tworzyła.
-VVV-
Szwedzka pasja zżerała mu umysł. Wally czuł, jak korzenie tego gniewu sięgają w głąb jego umysłu, jak sterują jego mięśniami, jak podkręcają poziom adrenaliny w jego ciele, które zapomniało, czym jest zmęczenie. Jego mięśnie były napięte jak u polującego drapieżnika, miał wrażenie, że porusza się coraz szybciej, sprawniej, że jego zaklęcia zyskały na celności, stały się bardziej precyzyjne, dokładniejsze, silniejsze.
Jego umysł wyłączył się, jakby popadł w letarg, a ciałem zaczęło sterować piekące stratą, bólem i furią serce.
Całe jego ciało tętniło potrzebą walki, potrzebą sięgnięcia po najgłębsze pokłady energii, biegał, skakał i ślizgał się po polu bitwy, pragnąc zmęczyć swój organizm go granic możliwości, a jednocześnie nieustannie znajdując w sobie nowe wykopaliska sił, które sterowały nim jak kukłą ciągniętą za sznurki. Klątwa, unik, skok za usypisko gruzu, klątwa, skłon, przeskok nad kałużą krwi, klątwa, przeturlanie się pod szkieletem zwęglonej ciężarówki stojącej na skraju parkingu.
Wally nie wiedział, ile osób zabił, a ilu wyrządził nieuleczalną krzywdę, ale nie dbał o to. Atakuj — krzyczało jego serce — atakuj — wtórowały mu mięśnie nieczujące zmęczenia, jakby ktoś wstrzyknął w nie eliksir na wzmocnienie, jakby ktoś spoił je w twardy głaz, który nie rozkrusza się, spadając bezładnie z wysokiego, spiczastego klifu szlakiem o nazwie: „zemsta".
Fizycznie wykańczał swój organizm, czując to zaledwie ułamkiem świadomości: lekki ból pulsujący w karku, ucisk w skroniach jak chwytająca ciało migrena, paląca nierozwiniętym jeszcze do pełni sił kłuciem kolka pod żebrami, w które wbijał palce jak w szczelinę między drzwiami a podłogą, zalążki skurczu łydek, które były twarde, jakby ktoś naszpikował je ołowiem i Wally wiedział, że jeśli teraz pozwoli sobie na zwolnienie tempa natarcia, na zatrzymanie się, odetchnięcie, złapanie kilku głębokich wdechów, rozluźnienie zaciśniętych potężnie mięśni, to może już nie ruszyć z miejsca, paść na obsypany udeptanym, brudnym śniegiem grunt i już się z niego nie podźwignąć.
Potrzebuję magnezu — pomyślał, kiedy ból - niczym ukłucie długiej, cienkiej jak nić igły - przemknął wzdłuż mięśni w lewej łydce. — Merlin mi świadkiem, że potrzebuję — zaczerpnął łapczywie powietrza, kiedy ucisk w mięśniach - niczym zaraza - przeskoczył na drugą nogę, ale Wally nie zatrzymał się, gnał po polu bitwy jak rozpędzony parowóz, jego ruchy nabrały dynamiki, robił zamachy, jakby wbijał sztylet w miękkie ciało, jego różdżka świszczała, kiedy rozrywał nią powietrze jak skórę zwierzęcia na polowaniu, ciął wiatr jak nożycami, a ten gwizdał mu pod dłonią, pod ręką, pod ramieniem jak jesienna zawierucha.
Udeptany śnieg kleił się do jego butów, moczył je, wsiąkał w nie jak w watę, osiadał na rąbku peleryny, na krawędziach rękawów, nad kostkami na stopach, ale nie drażnił go, nie, nie drażnił go wcale.
Tylko to jego serce było dziwnie nadęte, kiedy przy jego boku nie było tej, którą mógłby chronić.
-VVV-
— I jak, Horacy? — zawołała Pomona, szybkim zaklęciem poprawiając wiązanie na włosach, które zaczęły jej wpadać do oczu.
— Wspaniale, wspaniale — odparł charkliwym tonem Horacy Slughorn, przykładając wierzch dłoni do rozgrzanej pomimo otaczającego ich mrozu, czerwonej jak piwonia skroni, na której zdrowo tętniła niebieskawa żyła. — Widziałaś, jak pokonałem tamtych dwóch mugoli? Zaczęli siebie nawzajem atakować dzięki mojemu zaklęciu, co za heca!
— Imperius?
Horacy nadął się jak dynia w ogródku warzywnym.
— Co też ty sugerujesz, Pomono? — zawołał chrapliwie. — Całkowicie legalne zaklęcie. Żywcem wyjęte z podręczników dla siódmoklasistów z Obrony. Całkowicie. Legalne. Tak, właśnie.
— Hmm, cóż — wzruszyła ramionami Pomona i jak gdyby nigdy nic cisnęła przez pole bitwy transmutowaną z nagiej gałęzi, jadowitą tentakulą. — Nie myśl, że doniosę na ciebie Naczelnictwu, Horacy. Czy coś podobnego — rzekła, łypiąc na starego Mistrza Eliksirów kątem oka i śląc dwie Drętwoty z rzędu w dwóch przeciwnych kierunkach. — Chyba nie sądzisz, że...
— Ależ, Pomono! — oburzył się Horacy, zapowietrzając się potężnie. — Czy ja ci coś takiego dałem do zrozumienia? Nie przeszło mi to przez myśl, na brodę Marlina. Przez myśl. Nie przeszło.
Horacy poklepał się po kieszeniach marynarki i wyciągnął z niej nieduży, pusty flakon po jakimś eliksirze o złotym ubarwieniu.
— Cholera, skończył się — mruknął i robiąc zamach, cisnął pustą fiolką w głowę jakiegoś mugola, a ta rozbiła się z trzaskiem na jego czole, przecinając mu brew i zmarszczki na skroni, zalewając lewe oko i policzek zawiłymi stróżkami krwi.
— Co się skończyło? — zapytała Pomona, wyrzucając tego samego mugola w powietrze, kiedy ten przeładował broń i odwrócił się w ich kierunku.
Horacy machnął lewą ręką na znak, że to nie jest w tej chwili istotne.
— Uważaj, zaatakuje z lewej! — krzyknęła Pomona i oboje - jak na komendę - przypadli do ziemi, chowając głowy w ramionach.
Rozległy się huki pobliskiego wystrzału i seria karabinowa przemknęła im nad głowami jak gromada zaklęć. Pomona wyciągnęła rękę z różdżką spod ciała i cisnęła zaklęciem w pobliski, nagi krzew, którego gałęzie zafalowały, a następnie uchwyciły mugola za kostkę, oplatając ją niczym bransoleta i cisnęły nim nad polem bitwy z potężną siłą.
Horacy poczuł ostre szczypanie w prawym ramieniu i z kwaśną miną spojrzał na miejsce, które zadrasnęła kula - wyglądało tak, jakby jego skórę przecięły pazury trójgłowego psa, któremu z trzech, wielkich łbów ciekną strugi gęstej piany. Rana piekła jak diabli, jakby polano ją kwasem i przypalono.
— W porządku? — zawołała Pomona, patrząc w przeciwnym kierunku, zamieniając śnieg pod stopami dwójki wojskowych w śliski lód i z surowością obserwując, jak ci grzmocą potylicą w podłoże, pośliznąwszy się jak na lodowisku.
— Tak, tak — zapewnił Horacy, zaciskając z całych sił lewą dłoń na piekącym jak zaraza ramieniu. — W jak najlepszym, Pomono. W jak najlepszym.
-VVV-
Madeline odrzuciła do tyłu krótkie blond włosy i oblizała suche wargi. W zębach chrzęścił jej pył i chyba miała piasek pod powiekami. Nadmiar emocji powodował, że łzy ciekły ciurkiem przy jej niewielkim nosie, żłopiąc ścieżki w brudnej od sadzy i kurzu twarzy. W uszach huczało od ciągłych wybuchów, a głowa pulsowała tępym bólem, jakby nażłopała się masowo trucizny z krwiowca, a ten wsiąknął w jej układ krwionośny, mieszając się z krwią i uderzając do mózgu.
Za rękę ściskała Lisę i dziwiła się, że ta jeszcze nie zaczęła krzyczeć na nią, że miażdży jej palce.
Była przerażona. Spodziewała się krwi, hałasu i śmierci rozciągającej się gdzie okiem sięgnąć, wiedziała, na co się pisze, decydując się na wzięcie udziału w tej bitwie. Jednak to, co zastała tutaj, wśród monumentalnych jak posągi wielkich władców magazynów przerosło jej najśmielsze oczekiwania.
Żołądek jej wariował - obracał się jak szalony, zaciskał, przypominał o sobie przy każdym kroku, przy każdym gwałtowniejszym ruchu, a w głowie łupało, jakby ktoś zaklęciem wiercił w jej czaszce dziurę wielkości trzech palców i to od środka.
— Lisa? — zawołała, dysząc i wypluwając z ust pył wiszący w powietrzu jak zaduch w upalne dni. — Wszystko dobrze u ciebie?
— No, jako tako, a u ciebie, Madeline? — odkrzyknęła Lisa; jej głos trząsł się tak, jakby całe jej ciało drżało od trawiącej ciało gorączki bądź poruszane jakimś zmyślnym zaklęciem.
— Wszystko super — skłamała, kaszląc potężnie, kiedy zainhalowała pył do głębi płuc. — Cholera.
— Co jest?
— Nie, nic, przeklęte prochy, jest ich wszędzie pełno. Oddychasz i masz wrażenie, że kleją ci się do języka, do gardła...
— Mhm, wiem, o czym mówisz.
Madeline przetarła palcami pulsującą szaleńczo skroń.
— Gdzie Brewerowie? — zawołała, ścierając lepką, zastygłą, dziwaczną maź z kącika ust.
Lisa wzruszyła ramionami, mocniej ściskając palce na jej dłoni. Nic nie powiedziała.
Madeline, oddychając głęboko, starała się uspokoić bijące o pierś serce jak po zastrzyku z adrenaliny. Jej żołądek ponownie postanowił zrobić obrót o sto osiemdziesiąt stopni. Przełknęła ciężko ślinę, śląc niedokładne zaklęcie, które roztrzaskało się o krawędź dachu.
Potknęła się o jakąś nierówność w ziemi i przeklęła siarczyście, mając ochotę podnieść z ziemi bryłkę odłupanego lodu i przyłożyć ją sobie do bolącej koszmarnie głowy.
— Uważaj, bo nas zabijesz — syknęła Lisa, którą nieomal pociągnęła za sobą za rękę na ziemię, w ostatniej chwili łapiąc równowagę.
— Wybacz, no, ślisko jak na Nokturnie po deszczu.
— Nawet bardziej.
— Właśnie.
Madeline schyliła się, kiedy mięsień gdzieś w jej boku szarpnął się bólem zmęczenia.
Być może to było jej szczęście. Być może przekleństwo.
Lisa nawet nie krzyknęła, ale Madeline poczuła, jak jej dłoń wypada z jej ręki jak pchnięta siłą. Obejrzała się na nią i na moment zastygła w bezruchu. Minęła jedna sekunda, dwie, a następnie upadła tuż obok, chwytając mocno za ramiona leżące w śniegu ciało Lisy, potrząsając nią jak szalona, jakby coś ją napadło, jakby chciała oświetlić ciemność świecą, której lont zdawał się zgasnąć.
— Nie śpij, dziewczyno, nie teraz, wstawaj, no, wstawaj, mówię! — krzyczała, czując, jak łamie jej się głos, jak łupanie w czaszce zamienia się w drażliwy jęk, jak ból pasożytujący na jej mięśniach, w jej czaszce, chwyta mocno za jej serce i nie zamierza puszczać. Miała wrażenie, że do gardła wepchnięto jej kamień - coraz ciężej było jej wypluwać słowa przez zaciśnięte gardło. — Lisa, błagam, błagam!
Lisa nie odpowiedziała. Jej porcelanowa twarz niemalże wtapiała się kolorytem w garstkę nieumazanego jeszcze czernią, czerwienią, żółcią śniegu, jej powieki leżały na oczach jak kurtyny; nie zadrżały ani o jotę. Jej zawsze wysokie ciało zdawało się skurczyć i Madeline pomyślała, że jeszcze nigdy nie widziała jej aż tak bezbronnej, małej, cichej.
— Lisa! Zbudź się, Lisa, na Merlina, proszę cię, otwórz oczy! — krzyczała, klęcząc w lodowatym śniegu, mając wrażenie, że nie czuje tego zimna, że jest zamknięta w jakimś szczelnym pomieszczeniu, w klatce, do której nie dociera wiatr szybujący nad polem bitwy jak sęp. — Lisa! Lisa, no, nie rób mi tego! Lisa!
Nie widziała nic, nie dostrzegała nic poza tą kruchą, zapadłą twarzą, nic poza zamkniętymi powiekami, nic poza rozrzuconymi wokół głowy włosami. W klatce piersiowej Lisy ziała ciemna dziura, przez której sączyły się litry, hektolitry krwi, wsiąkając w rękawy Madeline, wspinając się po jej nadgarstkach jak przerażenie zmierzające do serca.
Ktoś chwycił ją za ramiona i zaczął odciągać od leżącego w bordowym śniegu ciała, a Madeline wydarła się tak, jakby przyłożono jej rozżarzony do białości metal do karku. Trzymające ją dłonie nie puściły. Objęły ją w pasie i ciągnęły, ciągnęły, ciągnęły do tyłu, z dala od krwi rozlanej na śniegu, od twarzy przezroczystej jak lód z policzkiem wciśniętym w grudkę śnieżną, od włosów przemokniętych do suchej nitki, rozrzuconych wokół głowy w bezładzie, targanych silnymi podmuchami wiatru.
— ZOSTAW MNIE! — ryknęła Madeline; jej gardło zapiekło do żywego. — LISA! LISA!
— Maddie, proszę cię, uspokój się, Maddie, słyszysz?
To Christopher Brewer; odciągał ją do tyłu, jakby od tego, czy uda mu się ją uspokoić, zależało całe jego życie.
— PUSZCZAJ! PUŚĆ! LISA!
Jednak Christopher jej nie puścił. Był silniejszy od niej, ciągnął ją do tyłu, za ramiona, za biodra, za żebra, a porcelanowa twarz Lisy malała jej w oczach, jakby patrzyła przez ciasny, ciemny tunel, jakby jej ciało leciało tym tunelem, oddalając się od białego jak świeży śnieg, jak płótno, nieruchomej, zastygłej jak gipsowy odlew pośmiertny twarzy.
Z sekundy na sekundę straciła czucie w nogach, a kolana się pod nią ugięły, jakby nie dawały dłużej rady dźwigać ciężaru jej ciała.
Silne ramiona podniosły ją z ziemi, biorąc ją na ręce niczym pannę młodą z ołtarza. Wiatr wdmuchiwał włosy w jej twarz, a ona nie zaprzątała sobie głowy, odgarnianiem ich czy wypluwaniem wilgotnych kosmyków z ust.
Chwilę potem poczuła gwałtowne szarpnięcie w okolicach pępka, pulsująca głowa eksplodowała bólem, a świat zniknął w korowodzie barw, świateł i cieni, wirujących przed jej oczami jak na szybkiej, pędzącej jak galopujący rumak karuzeli.
-VVV-
Każdy z nich potrzebował myśli, która przypominałaby o tym, że warto stanąć ramię przy ramieniu i podnieść różdżkę. Każdy z nich potrzebował kotwicy, która utrzymałaby go na tym kawałku ziemi i odegnała chęć ucieczki.
Dla Harry'ego tą myślą było to, że jeżeli wygrają, to być może czeka ich spokój, czeka ich życie, o którym marzą, czeka świat bez strachu towarzyszącego człowiekowi na każdym kroku, bez śmierci panoszącej się wokoło, bez ulic stojących w ogniu.
Nie wiedział, co zrobi, jeśli do tego dojdzie - jeśli nadejdą dni spokoju, dni, w których nie będzie musiał podnosić różdżki w swojej obronie. Po jego głowie krążyła myśl, że to byłby bardzo monotonny świat, zwyczajny, prosty, nieskomplikowany. Być może nie potrafiłby żyć w takim świecie, ale może by się z nim oswoił. Osiadłby na stałym lądzie niczym marynarz po latach żeglugi. Zdjąłby marynarską czapkę i wyrzucił ją w falujące, spienione morze, a potem przyglądał się, jak ta idzie na dno - już na zawsze.
Być może ta bitwa nie okaże się w pełni zwycięska (widmo dementorów kleiło się do jego umysłu jak rzep do peleryny, ale Harry odepchnął go na bok i powiedział: „jeszcze nie"). Być może nie wszystko przebiegnie tak, jak zakładali. Być może nie uda im się całkowicie zabezpieczyć głównego budynku magazynowego - ale Harry i tak uważał za ogromny sukces nałożenie zaklęć na skład broni biologicznej - tej, której obawiał się najbardziej.
Bardziej wyczuł, niż zobaczył zbliżających się do niego z boku wojskowych i automatycznie przypadł do ziemi, ciągnąc za sobą Dracona. Zamachnął się różdżką i uderzył w ziemię, a ta zafalowała pod nogami mugoli jak ocean; wojskowi zachwiali się i poprzewracali, choć kilku z wdziękiem utrzymało równowagę.
Aha, no i masz ci los — pomyślał Harry, gdy ci - jak za mrugnięciem powiek - przeładowali broń.
Zanim jednak grad kul posypał się w ich stronę, ktoś przyłożył im zaklęciem w plecy (raz, dwa, trzy), padli kolejno na ziemię jak ofiary rozstrzelania.
Harry spojrzał w niebieskie oczy Sophie Fisher, za którą jak cień podążała Katrina i nie powstrzymał szerokiego, pełnego wdzięczności uśmiechu, cisnącego się mu na usta.
Sophie nie marnowała czasu, na wymianę uprzejmości - chwyciła Katrinę za rękę i zanurkowała w przemieszany jak na szachownicy tłum eliminujących się ludzi.
Być może nie wszystko pójdzie tak, jak zakładali, ale Harry, mimo wszelkich okoliczności, które mogły pójść nie tak, jak powinny, czuł dumę - że spróbowali, że się zjednoczyli, że postawili się terrorowi, nawet jeśli prowadziło to do rozlewu krwi. Pokazali, że duch walki umiera jako ostatni.
Harry podniósł się z ziemi i bez żalu strącił kolejnego mugola w piekielne otchłanie.
-VVV-
Christopher zachwiał się i padł twarzą na śnieg, ściskając w ramionach płaczącą dziewczynę. Wokoło było tak cicho, tak spokojnie, tak inaczej, niż na głośnych, cuchnącym prochem, bitewnym polu. Uniósł głowę i podniósł się na ramieniu, patrząc w kierunku wejścia do zamku.
Chciałby tu zostać. Zamknąć oczy, pozwolić mięśniom się rozluźnić, pomyśleć, że to już koniec, że nie ujrzy już krwi, nie zobaczy śmierci, nie usłyszy trzasku gruchotanych kości.
Wiedział, że nie może, że musi tam wrócić, że musi zostawić drżącą, oddychającą w panicznym rytmie dziewczynę w bezpiecznych rękach, a samemu znaleźć w sobie odwagę na powrót do paszczy śmierci czającej się wokoło, wyciągającej ramiona, wyszczerzającej zakrwawione kły w okrutnym uśmiechu szaleńca.
Zamkowe wrota trzasnęły, a wysoka kobieta o ciemnych oczach, przepasana pielęgniarskim kitlem wypadła z nich jak sprinterka przekraczająca linię startu.
Christopher spojrzał na drżącą, zalaną potokiem rzewnych łez, czerwoną na opuchniętej twarzy Madeline, z której piersi wydobywał się głośny, nieprzerwany, niemający końca lament.
Pansy Parkinson przypadła do nich, nużąc kolana w zimnym śniegu, spoglądając uważnym wzrokiem to na jedno, to na drugie.
— Jest w szoku — wyjaśnił Christopher, przecierając w zmęczeniu brwi; czarne oczy pielęgniarki spoczęły na jego zmarszczonej twarzy. — Być może to głupota...
— Wcale nie — przerwała mu kobieta, wyciągając ręce do drżącej Madeline, przykładając dłoń do jej czoła i mrużąc w skupieniu oczy. — Dobrze, że się pojawiliście.
Christopher pokiwał głową i odetchnął głęboko, spoglądając pustym wzrokiem gdzieś w przestrzeń, kierując twarz w stronę rozległego, spokojnego jeziora, wcale go nie dostrzegając. Powietrze w tym miejscu było tak przyjemne, tak lekkie, tak świeże. Nie smakowało prochem, popiołem i krwią. Smakowało wolnością.
— Muszę wracać — powiedział cicho Christopher, pozwalając pielęgniarce ułożyć jednym, sprawnym zaklęciem drżącą, łkającą, oddychającą w tempie ekspresowym Madeline na wyczarowanych szybkim ruchem nadgarstka noszach.
Kobieta spojrzała na niego, podnosząc się z ziemi; nosze uniosły się za nią jak wierny pies.
— Wracam — oznajmił, starając samego siebie przekonać, myśląc o tym, że nie może się wycofać, ze świadomością, że jego brat wciąż walczy, wciąż znajduje się w ciągłym zagrożeniu, wciąż może zginąć od zimnej jak szkło, ołowianej kuli.
Jestem za stary, żeby płakać — pomyślał, choć właśnie na to miał największą ochotę - skulić się, wcisnąć twarz w dłonie, wbić paznokcie w skórę i pozwolić gorącym, słonym łzom spłynąć po krzywo wygolonych policzkach.
Odetchnął głęboko, aby się uspokoić i podniósł się z pokrytej płachtą śniegu ziemi.
Wracam — powtórzył przed sobą w myślach, wiedząc, że nie może postąpić inaczej, jakkolwiek bardzo pragnąłby to uczynić.
-VVV-
Śnieg chlupał Harry'emu w butach, kiedy oddychając ciężko, przemierzał pole bitwy, z chłodną determinacją kierując różdżkę na niepoddających się mugoli. Rąbek szaty Dracona był cały pozdzierany, jakby zahaczył nim o ostre kamienie gruzu albo suche, pokryte śniegiem, gałęzie krzewów i Harry widział utaplane we krwi, śniegu i błotnistej mazi spodnie ze smoczej skóry, które wystawały spod zdartej szaty. Czarna peleryna jasnowłosego czarodzieja wirowała wokół niego jak ramiona wielkiej karuzeli w lunaparku. Jego twarz była czerwona - od mrozu, od wiatru, ze zmęczenia, pokryta bitewnym pyłem i sadzą i Harry myślał, że zapewne nie wygląda wcale korzystniej. Deszcz naboi, zaklęć i klątw tańczył wokół nich jak fajerwerki noworoczne, a powietrze cuchnęło metaliczną wonią rozlanej krwi, prochem karabinowym, wżerającym się w nozdrza, ciemnym jak noc, kotłującym się nad osmolonym parkingiem dymem i czarną magią.
Harry obrócił się, atakując dwójkę strzelających do jego sojuszników mugoli i potknął się o jakieś ciało, padając dłońmi w zabarwiony czerwienią śnieg. Przeklął siarczyście i odwrócił się, spoglądając chaotycznie w twarz leżącej na ziemi osoby. Jego serce zamarło, poczuł się tak, jakby ziemia odjeżdżała mu spod rąk, jakby świat cofał się w jego oczach. W jego czaszce łupało, a on patrzył, zapominając, jak się oddycha w zalaną czerwienią twarz, wtuloną w czerwony śnieg. Krew. Tam było tyle krwi. Czuł jej zapach, wdzierał się do jego nozdrzy jak woń siarki i przez moment zapragnął zgiąć się w pół i zwymiotować.
Amelia leżała tam - na tym zabarwionym śniegu - z twarzą przeźroczystą jak porcelanowa lalka, z włosami na wpół zamarzniętymi (Harry widział kryształki lodu lśniące w jej włosach jak specyficzne ozdoby). Kilka pojedynczych kosmyków tańczyło nad jej pustą twarzą, targane silnym wiatrem.
Harry nie krzyczał, nie płakał, nie zawodził, ale poczuł, jak coś się wewnątrz niego łamie, coś się kruszy jak chińska porcelana, oddychając głęboko, z głową huczącą jak po mocnym alkoholu, nie mając sił nawet na uronienie łez, odchylił się do tyłu, wyrzucił ramię w powietrze, ku niebu i poprzez zdarte gardło wychrypiał zaklęcie patronusa.
Srebrny jeleń oświetlił na moment pole bitwy jak wielki neon, kilka osób zerknęło w jego kierunku - mugole z trwogą, czarodzieje z nadzieją, choć nie mogli wiedzieć, po co został wskrzeszony do życia, a potem jeleń stanął dęba, przebierając przednimi racicami w powietrzu i wyrwał niczym spadająca gwiazda w stronę horyzontu.
Harry patrzył za nim - srebrnobiałym punktem migoczącym w oddali, nadzieją pędzącą nad Północne Morze.
-VVV-
Pomona powoli opadała z sił, myśląc, że podobne starcia już dawno nie są właściwe dla jej starego ciała. Mimo to nie poddawała się, walczyła, znajdując w sobie resztki energii, myśląc, że zanim przyjdzie jej umrzeć, wyeliminuje jak największą liczbę mugoliskich wojskowych.
Gdzieś obok niej walczył - zlany zimnym potem, w podobnym stopniu umęczony, co ona - Horacy, którego skuteczność zdawała się maleć z każdym krokiem, jakby solidne wyczerpanie dawało mu się we znaki. Stracił na celności i poruszał się dużo wolniej niż z początkiem bitwy. Nie wykańczał ruchów, przez co jego zaklęcia wyrywały mu się spod kontroli, biegnąc w innym kierunku, od zamierzonego.
Niepokoiła się o niego. Chciała mu powiedzieć, żeby się wycofał, żeby zrezygnował, żeby wrócił do Hogwartu i pozwolił obejrzeć się Pansy, żeby wypił masę eliksiru na wzmocnienie, a potem połknął Słodki Sen i pozwolił sobie odpłynąć w niebyt. Chciała mu powiedzieć to i o wiele więcej, ale nie mówiła, bo obawiała się jego reakcji, jego zgniecionej dumy, jego rozczarowania.
Być może jednak powinna to uczynić. Być może powinna mu nakazać powrotu do Hogwartu z chwilą, w której ujrzała, jak łapie się pod żebrami, jakby chwytała go potężna kolka, a jeśli nie wówczas, to wtedy, gdy poślizgnął się na śniegu i upadł twarzą w muldę śnieżną, a potem przeklinając i plując śniegiem, podniósł się chwiejnie na nogi, a jeśli nawet to jej nie przekonało, z pewnością powinna na niego nakrzyczeć i niczym dziecku oznajmić: „marsz do szkolnego ambulatorium", kiedy wyraźnie stracił czucie w prawym ramieniu i zaczął rzucać zaklęcia lewą ręką; ale tego nie zrobiła.
Nie zrobiła tego, a teraz patrzyła, jak Horacy, kręcąc się pod mocno poturbowaną ścianą głównego magazynu, z grymasem bólu wypisanym na twarzy rzuca niecelne zaklęcia, posyłając je w pustą przestrzeń.
Kiedy drżąca od huku wystrzałów, od ogłuszającego hałasu, od mętliku panującego wokół odrąbana częściowo ściana zatrzęsła się w posadach i runęła w dół jak lawina, Pomona zdążyła jedynie wykrzyknąć: „Hora...!" i dostrzec, jak przykrywa go, kamieniując żywcem, potok gruzu. Jej serce stanęło w miejscu.
Podbiegła do obalonego betonu i padła przy nich, nie zważając na to, że ostre krawędzie odłamanej ściany ranią jej kolana i łydki, i dłonie, kiedy szaleńczo zaczęła odrzucać gruz gołymi palcami, rozkopywać go, odgarniać.
Wygrzebała go spod niego, chwytając drżącymi rękami, szukając pulsu na jego zalanej krwią szyi. Bezcelowe działania. Jego oczy były otwarte i zapatrzone w pustkę. Z jego twarzy nie zdążył zniknąć zmarszczony grymas, wieńcząc jego rysy jak korona cierniowa.
— Horacy? — wyszeptała Pomona, sama nie będąc pewna, na co właściwie liczy.
Jego oczy - zawsze roześmiane, duże i mądre - wciąż były puste.
-VVV-
Christopher aportował się w środku wojennej zawieruchy, rozglądając się wokół, pragnąc wśród dymów, kurzu i popiołu dojrzeć Karla. Musiał go odszukać, musiał go odnaleźć, musiał się upewnić, że jego brat wciąż żyje, wciąż walczy. Jego serce tańczyło w okolicach gardła na myśl, że mógłby natknąć się na jego ciało, potknąć się o nie, ujrzeć gdzieś, przysypanego gruzami, tonącego we krwi.
Świat wokół niego płonął. Stał w ogniu jak ofiarny stos, a Christopher błąkał się wśród dymu, lawirując pomiędzy korowodem ciał, czując, jak serce staje mu kołkiem w przełyku, za każdym razem, gdy natknął się na czarodziejskie szaty, klejące się do nieruchomych ciał leżących w dziwnych, nienaturalnych konfiguracjach.
Pochylał się nad twarzami zmarłych, podświadomie szukając w nich rysów swojego brata, przyglądał się pustym oczom, rozerwanym przez pociski szyjom, zapadniętym powiekom, czując przypływ ulgi za każdym razem, kiedy jego zmęczony umysł szeptał do niego: „to nie on, to nie on, to nie jest on".
Zima zdawała się nie zważać na krzywdę dziejącą się wokoło. Ze spokojem przyglądała się biegowi zdarzeń, pozwalając śniegom nasączać się krwią, gołym gałęziom haratać nadgarstki, a mrozu szczypać w twarze, dłonie i szyje. Ludzie ślizgali się na lodzie, jakby grudzień wystawiał ich na próbę, jakby sprawdzał ich wytrzymałość, zapadali się w muldach śnieżnych po kolana, upadali w miałki śnieg, sycząc z bólu.
Musiał znaleźć Karla, wyłowić go z tego tłumu szalejących ludzi, uchwycić go pośród tych dymów piętrzących się w powietrzu.
Christopher zakasał wysoko szatę i zaczął biec.
-VVV-
Katrina oddychała ciężko, dziękując wszelkim bóstwom, że jej matka w ogóle zdołała - wśród wirującego w powietrzu dymu, wśród śniegu nasiąkniętego krwią, wydzielającego silną, metaliczną woń, wśród wpadających na siebie ludzi, zabijających się nawzajem jak zwierzęta - ją odnaleźć. Nie poradziłaby sobie bez niej - teraz wiedziała o tym na pewno. Matka sterowała nią z łagodną stanowczością, odbijając lecące rykoszetem w ich kierunku zaklęcia, osłaniając ją silnymi pociągnięciami za ramię przed najbardziej zapalczywymi, mugolskimi wojskowymi, rzucając klątwy, zanim jeszcze Katrina zdążyła uformować na języku poprawną inkantację zaklęcia.
Musiała przyznać - wydawało jej się, że sobie poradzi, wydawało jej się, że walka z mugolami to pestka w porównaniu z ciągłym zmaganiu się z genialnymi planami Harry'ego - dzień po dniu, noc po nocy, z poczuciem odsunięcia jej od najważniejszych kwestii. W końcu to byli mugole, prawda? Jaką przewagę może człowiek niemagiczny sprawować nad czarodziejem? No jaką? Sądziła, że zabezpieczanie magazynów przejdzie gładko, będzie szybkie, sprawne i skończy się całkowitym sukcesem, zanim zdąży się obejrzeć.
Tymczasem walka toczyła się pełną parą, nie zwalniając na szybkości ani na moment, wszystko działo się tak szybko, tak gwałtownie, że Katrina miała wrażenie, że rejestruje jedynie jakieś przebłyski, że uczestnicząc w tej bitwie, większość zdarzeń przetacza jej się koło nosa niezauważone, że stojąc w środku wojennej zawieruchy, nie potrafi ogarnąć wzrokiem i umysłem wszystkiego, co w danej chwili rozgrywa się wokół niej.
To trochę tak, jakby oglądała mugolski film z wyciętymi, istotnymi fragmentami, starając się tym samym połapać w wybrakowanej jak rozbite lustro fabule.
Całą brudną robotę wykonywała za nią matka. To ona miała oczy dookoła głowy, to ona wyczuwała zagrożenie, zanim jeszcze to zdążyło nadciągnąć, to ona osłaniała ją swoim ramieniem, kierowała w odpowiednią stronę, pchała na ziemię, jeśli zachodziła taka potrzeba i ciskała zaklęciami bez chwili wytchnienia, bez przerwy na rozejrzenie się wokół.
Do podobnego poziomu walki, jaki prezentowała jej matka, było jej niesamowicie daleko. Katrina czuła, że do pięt jej nie dorasta, czuła, że nie dościga w zdolnościach większości z walczących tu czarodziejów i coraz częściej zastanawiała się, co ona właściwie robi wśród tych agresywnych, skutecznych jak huragan, zwierząt wojny.
Kilkakrotnie, gdzieś pośród innych walczących, przewinęli się Harry i Draco; Katrina widziała ich jedynie przez chwilę, zanim - obracając się jak wprawni tancerze - nie zanurzyli się w najgęstszy las sylwetek, znikając jej z oczu. Bała się o nich, byli zbyt pewni swego, zbyt agresywni, zbyt dzicy - jakby kierowali się wyłącznie instynktem samozachowawczym, jakby pomiędzy jednym ruchem a drugim nie było odcisku umysłu, był jedynie bezmyślny popęd, żądza krwi kierująca ich czynami. Krew. Harry był zbrukany we krwi i Katrina, patrząc na niego, poczuła żywe przerażenie. Miał ją wszędzie - we włosach, na ramionach, na piersi, klejącą się do różdżki, do szaty, do butów - jakby się w niej wykąpał, jakby przepłynął wpław poprzez rzekę czerwieni. Chciała do niego podejść, zbliżyć się, powiedzieć mu: „zwolnij", powiedzieć: „odetchnij", obawiała się, że w całym tym szaleństwie popełni jakiś głupi błąd, błąd, którego nigdy by nie uczynił w pełni świadomie, bała się, że ten agresywny popęd sprowadzi na niego ból, łzy i krew - tym razem jego własną. Jednak w momencie, w którym spróbowała za nimi podążyć, jej matka przytrzymała ją mocno ramieniem i przystawiła usta do jej ucha.
— Pozwól im działać — powiedziała, a zaraz po tym dodała: — może na to nie wyglądać, ale oni wiedzą, co robią.
Miała słuszność: nie wyglądało na to, żeby wiedzieli.
-VVV-
Minerwa zmieniła się w swoją kocią formę i przemknęła pomiędzy szczelinami w obalonym gruzie, gdy ten odłamał się od dachu budynku i opadł tuż przed jej nosem, odcinając jej drogę do popękanego jak roztrzaskany wazon asfaltu leżącego przed głównym magazynem. Asfalt coraz mniej przypominał drogę komunikacyjną, a coraz bardziej odłamane fragmenty czegoś, co walało się wokoło jak suche, spadłe z drzewa liście, które ostały się po jesieni.
Minerwa przecisnęła się przez ciasną szczelinę (zdzierając sobie przy tym kawałek futra o ostrą krawędź rozbitego betonu) i wypadła na pole bitwy, przeobrażając się na powrót w swoją właściwą postać, momentalnie eliminując trójkę zaskoczonych mugoli, którzy odwrócili głowy, by spojrzeć na skaczącego wysoko kota, który chwilę później był już wysoką kobietą, celującą do nich z różdżki.
Rozglądając się po polu bitwy, widziała wyraźnie, że czarodzieje powoli zaczynają opadać z sił, ale był to przymiot, który charakteryzował również mugoli. Ich broń palna ciążyła im w ramionach - Minerwa, swoim kocim wzrokiem, dostrzegała to bardzo wyraźnie - gubili kroki, plątali się w splocie własnych nóg, potykali o wyrwy w ziemi, o muldy śnieżne, ślizgali się na lodzie jak na lodowisku. Swoją broń palną zdawali się przeładowywać dużo wolniej, niż z początkiem bitwy.
Minerwa obróciła się wokół własnej osi i zestrzeliła mugola wyglądającego przez rozbitą, okienną szybę, celującego w plecy Oliviera Nidrooka i uśmiechnęła się surowo, gdy ten padł do tyłu, haratając sobie twarz ostrymi, szklanymi odłamkami, nie zdążając pociągnąć za spust.
Być może oni - czarodzieje - nie byli nieśmiertelni, ale nie byli także bezbronni. Potrafili walczyć, na swój własny sposób, potrafili zjednoczyć się i uderzyć z siłą, jakiej mugole najwyraźniej po nich nie oczekiwali.
Ujrzała jak Aurora Sinistra i Septima Vector wspólnie rysują różdżkami runy w popękanym asfalcie, zastawiając na mugoli tysiące pułapek, na jakie mogli dać się złapać. Jeden z pochwyconych w ten sposób mugoli stał w bezruchu, zamarły w pozycji biegowej - z jedną nogą położoną częściowo na ziemi, z drugą oderwaną i odgiętą do tyłu jak łyżwiarz figurowy - niezdolny do podjęcia żadnych działań. Chwilę potem jakieś czarnomagiczne zaklęcie zrykoszetowało, godząc go prosto w głowę, a ten osunął się bez życia na ziemię.
Nie przeszkadzało jej to tak bardzo, jak powinno - czarodzieje posługujący się wokół niej Czarną Magią z taką lekkością, jakby oddychali. Sądziła, że będzie to mierzwiło w jej sumienie, że będzie to niezgodne z jej oczekiwaniami co do przebiegu podobnej batalii, ale, ku własnemu zdumieniu, przyjęła to, jak coś naturalnego - oddychała w kłębiącej się wokoło Czarnej Magii mieszającej się z zapachem prochu i dymu, ot tak, po prostu. Być może zdążyła przywyknąć. Być może zbyt wiele ludzi używało jej przy niej ostatnimi czasy. Ludzie sprowadzeni z Nokturnu, niektórzy aurorzy, Sophie Fisher, no i Harry, oczywiście, nawet on, pławił się w niej, jakby nią oddychał, jakby Czarna Magia była mu potrzebna do przeżycia, ale nie tracił przez to kontaktu z rzeczywistością - o nie, był precyzyjny, szybki i bezwzględny - jak żywioł przyrody, jak ogień, woda, ziemia, powietrze.
Kiedy ta wojna się skończy - o ile się skończy - będzie musiała go przypilnować, aby nie utopił się w Czarnej Magii jak w smole. Ona uzależniała, kusiła, wciągała. Potrafiła zniszczyć człowieka, Minerwa wiedziała o tym bardzo dobrze.
-VVV-
Karl, zaciskając zęby, wiedział, że trzęsie się jak osika, kiedy frustracja, zmęczenie i pragnienie walki zaczęło kontrastować w jego umyśle z sobą nawzajem, wprawiając go w dziwny stan automatycznego działania, jakby będąc tutaj - w samym środku rozgardiaszu, ognia i prochu z broni palnej - popadł w rutynę. Jego ruchy stawały się coraz bardziej mechaniczne, jego kroki sztywne i zdrętwiałe, jakby zamiast nóg miał parę owalnych kłód. Z rozpędem słał zaklęcie za zaklęciem, jakby powtarzał w myślach potrzebne składniki do skomplikowanego eliksiru, jakby to była dziecięca wyliczanka podśpiewywana pod szarą kamienicą z betonu dla zabicia monotonni kolejnych dni.
Jego wzrok - instynktownie jak leśny spacerowicz, którego ciało zareagowało, zanim jeszcze świadomość przetworzyła fakt, że zza drzewa obserwuje go drapieżne, niebezpieczne zwierzę - przesuwał się po morzu sylwetek w poszukiwaniu Chrisa. Nie widział go. Utonął gdzieś pośród tej zawieruchy i Karl - im mocnej starał się go odnaleźć - tym coraz bardziej rozumiał, że musi się zdać na wolę przypadku.
Miał wrażenie, że kręci się w miejscu. Chyba jedynie cud sprawił, że wciąż nie trafił go jeden z zabłąkanych pocisków przeszywających powietrze jak strzały puszczone z naprężonego łuku.
Może zrezygnował — pomyślał chaotycznie, wypluwając pył trzeszczący mu w zębach — może ocenił, że nie chce ryzykować i odpuścił - miał do tego pełne prawo.
Karl odetchnął głęboko czarnym, śmierdzącym dymem, przykucając za resztką zwęglonego tira tlącego się powoli, dogasającego, umierającego. Powietrze wokół miało woń benzyny i spalenizny, a Karl miał ochotę pluć, kiedy ostry posmak dymu zdawał przyklejać się do jego języka, do jego podniebienia.
Jego rozbiegany wzrok (niemal bez jego woli) ponownie zabrał się za szukanie Christophera - choć jego oczy zaczynały powoli łzawić od kontaktu z dymem, rozmazując mu obraz.
I wtedy go zobaczył - Christopher biegł przez pole bitwy, jakby oszalał, jakby był dzikim koniem, który stratuje wszystko, co zastanie na swojej drodze, rozglądając się wokół wzrokiem, w którym migotało istne szaleństwo. Karl pragnął wstać - zamachać ręką, zawołać, puścić jakiś sygnał w niebo szybkim zaklęciem, dać mu znak, który tylko jego brat by zrozumiał, na który nikt inny nie zwróciłby uwagi, złapać płonącą gumę - pozostałość z opony - i nakreślić nią w powietrzu zawiłe znaki, symbole, które Chris, ujrzawszy je, zinterpretowałby bez najmniejszych problemów - jakby byli jednomyślni, jakby ich umysły były kompatybilne.
Miał ochotę zrobić wszystkie te absurdalne, nieodpowiedzialne rzeczy, ale wtedy jakiś mugol chwycił jego rozbieganego, rozproszonego brata za ramię i silnym, mocnym ruchem wciągnął go pomiędzy siebie a zaklęcie.
Karl stał i patrzył, nie wiedząc, czy to wszystko jest prawdziwe, czy sobie tego nie wyobraził, czy jego zmęczony mózg nie zaczął mu podsuwać halucynacji pod oczy. Stał i patrzył, i patrzył, i patrzył, bez ruchu, bez gestu, bez słowa, czując jak krew odpływa mu z twarzy, a mięśnie wiotczeją jak u martwej ryby.
Czerwony promień ugodził jego brata prosto w głowę. Zaklęcie rozłupało mu czaszkę jak skorupę orzecha włoskiego. Coś, co chwilę wcześniej było głową jego brata, roztrzaskało się w drobny mak jak wazon zrzucony z parapetu i posypało się, rozlało, rozpłynęło wokół, wsiąkając w ziemię, w szczeliny w asfalcie, w wyrwy otaczających ich gruzów.
Karl nie krzyczał, kiedy patrzył, jak ciało jego brata osuwa się na ziemię, odrzucone przez mugola jak zbędny balast, jak uderza w ziemię, zwalając się na lewy bok, a głowa odskakuje do tyłu jak u kukły, której sznurki ucięto. Karl nie zaczął krzyczeć, złorzeczyć, wyrywać się do zemsty. Nie opadł na kolana, nie stracił czucia w nogach, choć oczekiwał tego i wiele więcej - oczekiwał pajęczyny bólu rozpościerającej się wokół jego umysłu, klejącej się do niego jak lepik na muchy, pożerającej jego zmysły, oczekiwał furii, wściekłości, szału godnego Szatańskiej Pożogi, która wnet pochłonęłaby całe jego jestestwo, zamieniając w potwora nieczującego skruchy. Oczekiwał bardzo wiele, ale nie poczuł niczego i w tej właśnie chwili zrozumiał, że to z tego wszystkiego jest najgorsze, najcięższe, najtrudniejsze - nie, kiedy rwie cię do żywego i rzucasz się w bój bez opamiętania, ale kiedy tracisz coś, po co warto podejmować jakąkolwiek walkę.
Stał i patrzył w kałużę krwi tworzącą się pod ciałem swego brata, opuszczając luźno ramiona, nie potrafiąc oderwać spojrzenia i zastanawiał się, dlaczego inni wciąż walczą, kiedy on spogląda w oczy przegranej, a ręce ma bezradne i zdrętwiałe.
-VVV-
Septima Vector spoglądała w czarną, umorusaną sadzą i pyłem, pełną surowej powagi twarz Aurory Sinistry, zerkającej co chwila w ciemniejące niebo, jakby ta, w ułożeniu gwiazd dopatrywała się jakichś wskazówek mogących pomóc jej w walce - i być może nawet je odczytywała, być może nawet kierowała się nimi, sądząc po jej ruchach, po jej krokach, pewnych, zdecydowanych, a zarazem wyważonych. Lawirowała wśród pocisków, zdając się je omijać, jakby te były promieniami zaklęć, co było niesamowite samo w sobie, bo zdawało się nieprawdopodobne, niewykonalne. Jednak Septima widziała wszystko - ukradkowe zerknięcia w gwiazdy i lekkie jak pióro opadnięcie na ziemię, wystrzały brzęczące w uszach jak rój pszczół i niecelne pociski wbijające się z chrzęstem w śnieg.
Jeśli to nie jest czysta magia — pomyślała Septima, posyłając zaklęcie w mugola, który zwrócił się w stronę Minerwy i odrzucając go o dobre kilka metrów — to ja nie wiem, co nią jest.
Coraz ciężej jej było oddychać - w powietrzu unosiły się pyły i czarne, kłębiące się dymy, które zdawały się pozostawać w nosie, osiadać w płucach, zatykać drogi oddechowe. Septima marzyła o jakimś zmyślnym eliksirze, który przepłukałby jej ciało z tego dymu, z tego prochu, z tych złych wspomnień ciążących na jej skórze jak materia.
Posłała na ziemię dwóch kolejnych mugoli, odwracając głowę, gdy dostrzegła wyłaniającego się spośród tłumu Pottera. Nigdy by nie podejrzewała, że ten niesforny, spokojny dzieciak zamieni się w przywódcę doskonałego, który poprowadzi ją do walki tak, jakby do tego właśnie był stworzony - a Potter, owszem, był doskonały. Jego pełne precyzji ruchy wydawały się naturalne jak zaczerpywane oddechy, jego oczy błyszczące zza szkieł okularów z wyważeniem przyglądały się swoim przeciwnikom, jego zaklęcia były celne, szybkie i potężne jak siły przyrody - bezwzględne w swojej perfekcji.
Oczywiście - nie był niezniszczalny. Widziała to w jego oczach. Widziała to w każdym spojrzeniu, które posyłał swoim sprzymierzeńcom. Był pełen troski i niepokoju o inne istnienia, życia stojących z nim ramię w ramię czarodziejów nie były mu obojętne. Widziała to w jego twarzy wypisane jak na pergaminie ostrym, ciemnym tuszem.
I bała się o niego. Cóż to by był za paradoks, gdyby ten dzielny człowiek, ten rezolutny mężczyzna został pokonany przez bezimiennego, mugolskiego wojskowego, podczas gdy nie podołał mu nawet Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać.
Mogli mu pomóc, eliminując jak największą liczbę wrogów, mogli przyjąć na siebie część ciężaru, który dźwigał na swoich barkach z dumnie uniesioną głową, bez pretensji w oczach, bez wyrzutu w słowach.
Septima obróciła się w miejscu, odetchnęła głęboko, zebrała w sobie siły i uderzyła z pełną mocą.
-VVV-
Harry zmrużył oczy, celując ponad ramieniem Draco w mężczyznę, wyłaniającego się z frontowej bramy głównego magazynu i skinieniem różdżki posłał go oszałamiaczem na ziemię. Uśmiechnął się kącikami warg, odwracając głowę, by spojrzeć poprzez pole walki na migającą mu przez ułamek sekundy głowę Andersona walczącego z zaciętością, jakiej nigdy by po nim nie oczekiwał.
Zielonooki zestrzelił kolejnego z mugoli, szybciej, niż ten zdołał pociągnąć za spust i skierował oczy w stronę horyzontu, za którym zniknął jego patronus. Spodziewał się lada chwila jego powrotu i w głębi duszy obawiał się reakcji innych czarodziejów na widok tych nieoczekiwanych, mrocznych sprzymierzeńców. Odetchnął głęboko, z precyzją eliminując kolejnych kilku mugolskich wojskowych i uchylił się przed zabłąkanym zaklęciem, lecącym w jego kierunku z lewej strony, które dostrzegł jedynie kątem oka.
Zmrużył oczy, mając wrażenie, że srebrny błysk tli się w oddali jak najjaśniejsza gwiazda nocnego nieba. Choć może to tylko powidoki po zbyt długim wpatrywaniu się w ogień. Sam już nie wiedział, czy to jego szalejące zmysły oszukują jego umysł, czy rzeczywistość jest taka, jaką widzi, spoglądając przez umorusane sadzą i tłustymi plamami szkła okularów.
— Przeklęte, głupie... — usłyszał z bliska chrapliwy głos, którego nie poznawał i wyprostował się, z chłodnym, kamiennym wyrazem twarzy kierując różdżkę w tamtą stronę z paskudną klątwą na języku; a potem zamarł jak sparaliżowany.
Jeden z żołnierzy pochwycił Draco za szyję, szarpnął nim jak kukłą z materiału i krzywiąc się, jakby połykał cytrynę, przystawił lufę do jego skroni.
Harry poczuł się tak, jakby jechał w dół bardzo szybką windą, jakby ktoś go ciągnął z potężną siłą poprzez przestrzeń, jakby znalazł się w ciasnym tunelu pełnym lodowatego przeciągu muskającego jego policzki i szyję. Wrzasnął coś nieskładnie; jakieś nieartykułowane dźwięki uciekły przez jego gardło jak czysta zgroza uwięziona w głosie. Miał wrażenie, że cała bitwa zanika gdzieś w niebycie, a on sam stoi pośrodku niczego, widząc tylko i wyłącznie dymiącą lufę przyciśniętą do jasnej, umorusanej popiołem skroni i czerwony ślad poparzenia rozlewający się po niej jak gęsta farba z przewróconego opakowania. Jego ciało zdrętwiało jak objęte zaklęciem petryfikacji.
Draco zbladł, jego skóra przybrała barwę wysuszonego pergaminu. Mugolski wojskowy obrócił głowę i spojrzał prosto w zielone oczy - zastygłego jak gipsowy odlew pośmiertny, mającego wrażenie, że dusi się w powietrzu - Harry'ego; w jego ciemnookim wzroku nie było miejsca na litość.
Zanim jednak zdążył pociągnąć za spust, lód wspiął się po lufie karabinu jak liczne grono niewielkich pajęczaków, objął rurę gazową i skrzynkę z amunicją i pokrył szeroką kolbę jak przezroczysta woalka.
Czarne niebo dementorów runęło im na głowy.
