.

Rozdział 55

Dziecko dyktatora

.

Harry - będąc tego boleśnie świadom - zareagował o sekundę za późno. Zarzucił swoją magią jak lassem, a patronus rozjaśniał jak latarnia morska; srebrne nici wyskoczyły z potężnego, zwierzęcego ciała, oplatając się wokół jego sojuszników jak ciepły koc. Srebrne strugi zaklęcia promieniały jak oświetlone diamenty, kiedy sunęły pod czarną, wijącą się masą, kolejno wyłapując czarodziejskie istnienia, rozprzestrzeniając się jak siatka pęknięć na szybie, jak pajęczyna utkana przez wykwintnego pajęczaka. Zaklęcie przebijało się przez ciasną kołdrę dementorów, rozjaśniając gęsty mrok klejący się do zroszonej zimnym potem skóry - miało wpleciony w swoją inkantację ten sam nakaz co klątwa unoszącego się oka wciąż mrugająca zieloną tęczówką znad zwęglonego parkingu - rozpoznawało magiczny rdzeń, rejestrowało jego obecność. Kleiło się do czarodziejów jak wata cukrowa do suchych ust.

Harry spoglądał, jak srebrna mgiełka obejmuje Draco, który blady jak ściana, wyrywa się z rąk upadającego na ziemię mugola; otaczająca jego ciało mgiełka patronusa jaśniała jak gwiazda, oświetlając wyraz czystej agonii na twarzy mugola, do którego czarne szpony wyciągali aż trzej dementorzy, sprowadzając go na kolana, na ziemię, na twarz.

Co za paradoks — przemknęło Harry'emu przez myśl, kiedy łzy - czy tego chciał, czy nie chciał - wyciekły z jego oczu, tocząc się mozolnie w dół policzków — zostać zatrzaśniętym w piekle i nie widzieć jego ścian.

Draco odczołgał się od mugola, kiedy pochylający się nad tym człowiekiem dementorzy zdjęli kaptury; Harry miał ochotę zamknąć oczy i nie patrzeć na dzieło własnego paktu.

Szarooki wzrok uniósł się na jego twarz.

Boję się — zdawał się mówić, jedynie patrząc — boję się, Harry.

Przełknął ślinę, czując ból rozrywający jego umysł przesiąknięty goryczą, wiedząc, że nie może sobie pozwolić na cofnięcie zaklęcia, nie może mu się zachwiać dłoń, nie teraz, kiedy tyle potworów żerowało, mając ich za naocznych świadków, na tysiącach dusz, które jeszcze chwilę temu miały swoje życia, swoje plany, swoje pragnienia i obawy, a teraz redukowane były do pustej skorupy, pustej, głuchej muszli, w której odbija się echo przeszłości.

Oni wszyscy — myślał Harry, rozglądając się po świecie oplecionym falującą czernią i pobłyskujących przez nią jak przez mgłę stróżek srebra splatających się w jego sieć sięgającą żyć czarodziejskich — pozostaną przy życiu bez żadnego celu; ciało bez duszy jest jak umysł bez pamięci.

Utrzymywał patronusa niemal siłą, mając wrażenie, że zmusza się do najcięższego wysiłku, jaki dany mu było w życiu podjąć, mając wrażenie, że ugina się pod tym zaklęciem, że za moment jego tarcze pękną jak porcelana - nie wiedział, jak w takim wypadku zachowają się dementorzy. Czuł ich lodowatą samoświadomość napierającą na jego bariery, przesuwającą się nad nimi, mącącą je swymi szponami, jakby naruszały powierzchnię gładkiego jeziora, jakby ją badały, sprawdzały jej gibkość, szerokość, wytrzymałość, a Harry'emu drżały kolana, dłonie i usta - przez cały ten czas, bez ustanku. Te bariery mogły pęknąć w każdej chwili, w każdej chwili mogły załamać się same w sobie, ale Harry - zaciskając zęby, patrząc w szare, rozchwiane oczy Dracona - trzymał je mocno (Syriusz Black wpada za zasłonę, która faluje, faluje, faluje jak płaszcze dementorów).

To trwało i trwało - jak niekończący się sen, jak koszmar, z którego nie można się wybudzić - czarne jak smoła morze przykrywające ich szczelnie jak nieprzejrzysta kotara i jedna w nim kotwica, błyszcząca jak łza srebrną nicią, migocząca w tej czerni, krążąca w niej, stała, czuwająca, dająca ochronę, która była chwiejna jak bańka mydlana i - Harry'emu drżały palce, gdy o tym myślał - mogła pęknąć w każdej chwili.

Dementor krążący niedaleko uniósł żylaste, liszajowate dłonie do kaptura i ściągnął nakrycie. Ogromne, błoniaste usta tętniły pragnieniem jak żyła na skroni Harry'ego.

To nie tak — chciał krzyczeć Harry, kiedy fala mdłości zalała jego ciało i musiał walczyć pełną parą, aby nie opuścić zaklęcia — nie tak miało być! — Ale przecież to nieprawda. Właśnie tak to sobie założył, sam przypieczętował ten pakt, nikt go do tego nie zmusił, właśnie tak miało się to skończyć. I co z tego, że mdłości nie opuszczają jego ciała, co z tego, że łzy ciekną mu po twarzy, a w głowie bębni, bębni, bębni przerażony krzyk jego matki, co z tego, że profesor McGonagall zemdlała kilka stóp dalej (wciąż widział ją poprzez czarną chmurę, choć ta nieomal ją przykrywała) nawet pomimo szczelnej, srebrnej otoczki pulsującej delikatnie nad jej ciałem jak znikome pocieszenie (Albus Dumbledore spada z Wieży Astronomicznej, znów i na nowo, a jego błękitne oczy przykrywając się suchymi, ciężkimi powiekami - kurtyna idzie w dół), co z tego, że Draco wygląda tak blado i trzęsie się ze strachu, z zimna, z niepewności, przecież to dla większego dobra (błękitne oczy Dumbledore'a śmieją się do niego zza okularów-połówek). Tak, dla większego dobra, właśnie tak (jeden z mugoli upadł całkiem niedaleko - leży pod jego stopami jak ofiara składana na kamiennym stole w celu przebłagania starożytnych bogów). Ręce mu skostniały z zimna, stracił czucie w palcach, jak to możliwe, że wciąż zaciska dłonie na różdżce? Spojrzał na nie - były jak małe wałeczki lodu, choć skóra wciąż zdawała się rumiana, żywa, choć przykryta sadzą, krwią i zadrapaniami.

To walka o niezależność czarodziejskiego społeczeństwa — pomyślał — to cena wolności — i nie wiedział, dlaczego ta myśl wywoływała taką słabość gdzieś na dnie jego żołądka.

To miało nadejść szybko i szybko się skończyć - tak to sobie w każdym razie wyobrażał - żadnych przeciągłych, dramatycznych wydarzeń, czarna kurtyna w dół równa się koniec spektaklu - nie przewidział chłodu, marznących warg i palców, strachu ciążącego w powietrzu jak duszności, wdychanego, wydychanego, wdychanego przez wszystkich wokoło, obrazu dewastacji rozgrywającego się na ich własnych oczach.

Słowa Snape'a migotały mu w uszach jak wydzierane z umysłu wspomnienie: „świadkowie twierdzą, że widok jest przerażający"; Snape się mylił - jest znacznie gorszy, jest nie do opisania, jest spopielający wszystko, co radosne i szczęśliwe w tym wielkim, kruchym życiu - Harry zastanawiał się, czy nie zaczyna wariować.

Niech to już się skończy — pomyślał; jego słowa nawet w jego umyśle drżały jak struny harfy szarpane przez długie palce — już dosyć, wystarczy.

Jego myśli zadziałały jak zaklęcie.

Czarna otoczka piętrząca się wokół nich uniosła się ku nocnemu niebu i zaczęła się wycofywać, płynąc powolnie w kierunku horyzontu. Przez czerń zaczęły przebijać gwiazdy - Harry wypatrywał ich, łaknął ich widoku jak ryba wyjęta z wody, wciąż dostrzegająca falującą, chłodną ciecz majaczącą tuż pod jej śliskim brzuchem. Chłód odchodził jak materia, jakby był stworzeniem, samoświadomym, zdolnym do ruchu, leniwie człapiącym w dal, odchodzącym z ospałością.

Harry przetarł palcami policzek - jego twarz była lodowata, wyczuwał zamarznięte łzy lepiące się do jego skóry jak żywica do drzew.

Osaczony mgiełką własnego oddechu dostrzegał twarz Dracona. Szare oczy patrzyły na niego, usta wygięły się w łzawym uśmiechu - Harry miał ochotę pochylić się i zwymiotować albo podejść bliżej, wyciągnąć ramiona i szyję, zacisnąć palce na smukłych nadgarstkach Draco, upewnić się, że jest cały, żywy, materialny, że nie jest tylko zjawą, złym wspomnieniem spoglądającym mu w oczy, cichym wyrzutem sumienia.

Draco odetchnął głęboko i spojrzał w niebo; jego wzrok miękł, łagodniał, uspokajał się, a Harry musiał na moment zamknąć oczy i zaczerpnąć głęboko w płuca kilka niepłytkich oddechów.

Miał wrażenie, że wokół wszystko cichnie, uspokaja się, potulnieje - nawet wiatr szarpiący jego peleryną zdawał się lżejszy, spokojniejszy, muskał jego nadgarstki jak opuszki palców. Łzy rozmarzały na jego twarzy i potoczyły się wąską stróżką w dół policzków, spadając na ziemię mokrą od śniegu, śliską od lodu.

Otworzył oczy i rozejrzał się.

Widział ich - McGonagall, Charlie, Bill, Anderson - byli tutaj, żywi i oddychający i patrzyli na niego oczami, w których spodziewał się ujrzeć wzgardę, niechęć, obrzydzenie, ale nie widział tego w ich źrenicach. Pod ich powiekami niczym łagodny, aksamitny materiał dotykający skóry, leżał spokój i opanowanie, i zmęczenie, pochylające ich ku ziemi, dodające lat, i wdzięczność tak czysta, że Harry, patrząc jej w oczy, miał ochotę zacząć płakać.

Ciała mugoli leżały na ziemi tam gdzie upadły. Niektóre z nich wciąż miały broń w ramionach, ich oczy były otwarte, a gwiazdy odbijały się w nich jak w tafli lodu - nic w nich nie było, poza pustym, szklistym wyrazem zapatrzonym w niebyt.

Harry miał wrażenie, że jego głowa jest bardzo ciężka i siłą musi ją zmuszać do utrzymania się na karku - zdawało mu się, że jeśli tylko na to pozwoli, ta padnie w dół jak szklana kula puszczona z wysokości, że przeturla się po jego ramionach - w jedną, w drugą stronę - zamajaczy na chwilę w wypukłości obojczyka i sturla się po klatce piersiowej w udeptany śnieg o szaro-czerwonym zabarwieniu.

Ruszył pomiędzy sylwetkami wpatrzonych w niego czarodziejów, patrząc kolejno w ich twarze, sprawdzając, kto przetrwał ten gwałtowny zryw, a kto nie doczekał się jego finału. Oczy pozostałych sunęły za nim jak cienie, a Harry miał wrażenie, że nienaturalna cisza, jaka po tym wszystkim zapadła dzwoni mu w uszach, rozbrzmiewa jak głuche echo kościelnych organów - pusta, nijaka.

Draco nie ruszył za nim, jak się tego spodziewał, pozostał w miejscu jak kamień, jak głaz wszczepiony w jedno, stałe miejsce, niezdolny do ruchu.

Rozglądał się wokół, patrząc w oczy tym, którzy pozostali.

Kiedy przechodził obok Fluer Weasley, ta wyciągnęła rękę i na krótką chwilę zacisnęła palce na jego dłoni, McGonagall poklepała go po policzku jak dziecko, którego zapewnia się, że wszystko będzie dobrze, że nic mu już nie grozi, profesor Sprout uśmiechnęła się przez łzy, a pan Byrne skłonił przed nim głowę jak przed godnym szacunku władcą - Harry odkłonił się mu ze spokojem - nigdy nie pragnął władzy.

— Co teraz? — zapytał cicho Karl Brewer, spoglądając mu w oczy nienaturalnie pustym wzrokiem.

— Nic — powiedział głuchym głosem Harry, stając przed głównym magazynem i wyciągając różdżkę, z zamiarem zabezpieczenia go do końca. — Wygraliśmy.

Nikt nie zaczął wiwatować, nie wzniosły się głośne aplauzy, nikt nie gwizdał i nikt się nie śmiał. Wszyscy - ze zgodnością odrębnego, jednomyślnego organizmu - milczeli.


-VVV-


Sophie wymijała milczących ludzi stojących wokół, czując łzy toczące się po jej twarzy, z niemą paniką rozglądając się za swoją córką. Z około trzydziestu ludzi zostało ich może kilkunastu - garstka, milcząca, tłocząca się, oddychająca wspólnym powietrzem. Przepychała się koło nich, czując, jak głuchy szloch wyrywa się z jej gardła, jak strach gwałtowny jak niebezpieczne, drapieżne zwierzę tętni w jej czaszce, jak nogi niosą ją same nienaturalnie szybkim truchtem, kiedy rozglądając się wokoło, nie mogła dostrzec swej córki. Te kilkanaście twarzy patrzących na nią równie beznamiętnymi, pustymi oczami, kiedy rozglądała się w popłochu, nie zważając na to, że depcze słonie, pistolety, ubrania poległych, szamocząc się jak zwierzę zamknięte w klatce, było dla niej tak bardzo bez wartości, bez znaczenia, bez najmniejszego formatu, kiedy nie mogła dostrzec wśród nich tej jednej, jedynej, na której jej zależało.

Ona musiała gdzieś tu być, pocieszać kogoś, kto stracił bliską osobę, przykucać przy zmarłym, by zamknąć mu oczy, siedzieć oparta o gruzy, wypalając smętnego, połamanego papierosa wyciągniętego nie wiadomo skąd. Musiała tu być. Musiała. I na pewno gdzieś jest, Sophie zwyczajnie nie patrzy uważnie, jej rozbiegany wzrok nie może się wystarczająco skupić, musi się uspokoić, poszukać jej na spokojnie, zganić za to, że znów zniknęła jej sprzed oczu, że zatonęła w kurzu bitwy, zlała się z dymami jak mieszająca się feeria barw, pulsujących świateł, wibrujących dźwięków.

Gdzieś tu jest. Z pewnością. Gdzieś tutaj, niedaleko.

Słone krople wpadały jej do ust, a ona zlizywała je z warg, czując, jak kasztanowe kosmyki klejące się do jej brudnej, zapylonej, osmolonej twarzy łaskoczą ją w język - wypluwała je jak gumę do żucia na szary, popękany chodnik przed starymi kamienicami.

Ona musi gdzieś tu być.

Jej buty zakopywały się w śniegu jak palce bawiącego się dziecka.

Musi. Po prostu igra z nią jak zawsze, wygłupia się, zgrywa, a potem będzie śmiać się do rozpuku na widok jej przerażonej twarzy i podejdzie, przytuli się, powie: „daj spokój, nie jestem dzieckiem" i „mówiłam, że dam sobie radę".

Merlinie najdroższy, gdzie jest jej dziecko?

Sophie nie wiedziała, że serce pęknie jej na dwoje, że szloch wyrwie się z jej piersi, że upadnie w śnieg koło chudej, niewysokiej sylwetki leżącej niedaleko gruzów i zacznie ją całować po twarzy, obejmować ramionami, kołysać, póki ktoś jej nie odciągnie, a ona wrzaśnie, jak matka, której wyrywają noworodka z rąk, patrząc surowymi, ognistymi oczami potworów.

Nie wiedziała, że umiera się tak po cichu, że świadomość tego przychodzi dopiero wówczas, gdy jest już po wszystkim i niczego nie można naprawić.


-VVV-


Miała na sobie zaklęcie, które miało pociągnąć za nią jej oprawcę i zadziałało z nieskalaną perfekcją. Tuż przy niej znaleźli mugola z wyciągniętym ramieniem i odbezpieczoną bronią w ręku wyglądającego, jakby umarł znienacka, nagle, ot tak, po prostu. Znaleźli - piszę. Bo nie potrafiłem przełamać się, żeby do niej podejść, ten ostatni raz odgarnąć kasztanowe włosy z jej twarzy, pocałować czoło, które wśród śniegu wyglądało jak przezroczysta, delikatna porcelana, która może wybić się przy jednym dotknięciu. Magazynek miał pusty, kiedy sprawdzali broń. Wylot z lufy wciąż ciepły. Nigdy nie wybaczę sobie tego, że zwlekałem z moim patronusem tak długo.

Umarła z uśmiechem na ustach.

Tak - uśmiechała się, kiedy tak leżała: bez ruchu, bez gestu, bez tchu. Delikatny uśmieszek gościł na jej wargach, jakby się do nich przykleił - ledwie widoczne wygięcie w kącikach ust, zmarszczka przebiegająca o milimetry dalej, niż zazwyczaj. Ktoś, kto jej nie znał, nie zauważyłby tego szczegółu - był tak filigranowy, tak dyskretny.

Nie spodziewałem się tego - nie wiem dlaczego, chyba sądziłem, że szczęście już na zawsze przy mnie pozostanie, chyba oczekiwałem tego, że moje przeżycia zawsze kończą się frazą: „i żyli długo i szczęśliwie" niczym w wygodnej baśni opowiadanej dzieciom.

Życie, jak się okazuje, ani nie jest długie, ani szczęśliwe, jest za to zmienne, różne, wahliwe. Samo sobie pisze tysiące równoległych zakończeń, które mogły się zdarzyć, ale nie musiały.

Nie tylko serce Sophie Fisher złamało się tamtego późnego wieczoru. I nie tylko moje, żeby być ścisłym. Wiele osób pogrzebało własne serca w tamtym cichym, zabezpieczonym magią jak nieprzenikalną kurtyną miejscu. Wyciosaliśmy je z kamienia i rzuciliśmy w ten pył, w proch opadły na ziemię jak kurz, w dogasające zgliszcza parkingu. Pogrzebaliśmy je tam niczym rozpadającą się skórę i kości. Uklepaliśmy rękami. Staraliśmy się żyć dalej. Nie zapomnieliśmy.


-VVV-


Teren pozostał pusty - nagie ogrodzenie broniące pustki, krzewy zbrukane krwią, dwie prostopadłe, asfaltowe drogi pośrodku niczego, oddzielone prostokątnym polem pokrytym opadającym powoli śniegiem tańczącym na wietrze.

Zebrali poległych - ciążyli oni na ramionach jak sumienie - i zbili się w ciasną gromadę, jakby jeden łaknął do drugiego, jakby w tej pustce pośród śmierci szukali ciepła, szukali pociechy, jakby spojrzenie przychylnych oczu drugiej osoby miało ich uratować od beznadziei i rozżalenia.

Zwycięscy czasami wracają z pola bitwy niczym przegrani.

Harry chciał płakać - wyrzucić z siebie wszystko, co go obciążało, zedrzeć sobie gardło, wykrzykując światu własny ból, usłyszeć echo własnego głosu uderzające go niczym siarczysty policzek - ale nie potrafił. Jego policzki były suche, kiedy spoglądał w Sophie Fisher, której opuchnięte oczy unikały patrzenia w jego stronę, której twarz powoli zrzucała czerwień, a przywdziewała biel upodabniający ją do lodowej figury. Olivier Nidrook i Reece Byrne nieśli jej ciało na wyczarowanych noszach, a Sophie ściskała jej niedużą, lodowatą dłoń w swojej własnej dłoni.

Pulsujący ból w czaszce Harry'ego tętnił coraz mocniej, a on nie mógł zaczerpnąć tchu przez zaciśnięte jak pięść gardło. Myśl kotłująca się w jego czaszce była tylko jedna - miała siedem liter i charakter indywidualny i szczególny jak szczere złoto. I piekła jego umysł niczym wlana przez ucho trucizna podczas długiego snu. Bardzo długiego, niemającego końca snu.

Harry sięgnął do swojego Świstoklika - sądził, że nie uda mu się teleportować, nie, kiedy jego serce tłukło się w piersi, a kolana drżały, jakby za moment miały się od nim załamać. Już nawet nie czuł bólu w prawym boku, wcale nie, przytłoczyło go coś innego, silniejszego, coś, czego do końca nie potrafił nazwać, ale co wykrzywiało jego twarz w dziwnych konfiguracjach i pompowało łzy do wnętrza czaszki, które ani myślały stoczyć się po osmolonej, brudnej twarzy.

Zdjął z palca pierścień jednym, szybkim ruchem, czując znajome szarpnięcie w okolicach pępka.

Niech mnie rozerwie — pomyślał Harry — niech przepołowi mnie jak mugolski pseudo-magik na pokazie ku rozbawieniu tłumów.

Serce stało kołkiem w jego gardle, kiedy wreszcie - po niekończącej się chwili - wylądował na chłodnej ziemi, a nogi ugięły się pod nim jak wykonane z waty. Klęczał na lodowatej ziemi i tym razem nikt go nie podniósł. Nikt nie podszedł, nie pociągnął go na nogi, nie powiedział, że nie ma po co płakać. Wyminęli go, jakby był duchem, jakby oni sami byli duchami błąkającymi się po świecie, nieumiejącymi znaleźć dla siebie miejsca. Ich kroki były mozolne, ospałe - trochę jak ruchy dawno już martwych istot, jak kukiełki, które za sznurki ciągnie jakaś inna, nieznana siła.

Szare oczy Dracona były tak bardzo, tak bardzo zmęczone, kiedy na niego spoglądał - nie wiedział, pytająco czy obojętnie, jego posępna twarz trudna była do zinterpretowania; patrzył na niego minutę, dwie, jak tkwi pośród śniegu jak posąg z lodu, jakby czekał na jakiś znak, na jakiś sygnał, który powie mu, jak powinien postąpić.

Harry nie wiedział, czy Draco ten znak otrzymał. Wiedział za to, że w pewnej chwili odwrócił się i zaczął się oddalać, podążając za innymi w kierunku zamkowych wrót. Przemknął palcami po ogromnych, zamkowych drzwiach, jakby chciał sprawdzić, czy te są prawdziwe, czy to nie jest tylko jakiś senny majak, z którego lada chwila przyjdzie mu się obudzić; a potem zniknął mu z oczu, a on został - w tym śniegu, w tym zimnie, które go otaczało, a którego w ogóle nie czuł, jakby jego ciało było wyciosane w kamieniu. Mógłby tutaj pozostać - zwinąć się w kłębek, schować twarz w ramionach, w kolanach, spleść dłonie, jakby czekał na coś, jakieś dawno umówione spotkanie, do którego nie doszło - wcale nie przeszkadzałoby mu pozostanie na wieczność w tym zimnie pośród gładkiego śniegu - tak różnego od tamtego uklepanego podeszwami, nasiąkniętego krwią i czymś jeszcze, o czym wolałby raczej nie myśleć śniegu.

Winny, winny, winny — kołatało się jego serce, uderzając głośno o mostek, wyćwierkując kołysankę, której nie chciał słyszeć. — Winny, winny, winny.

Nie mogłem nic zrobić — starał się dyskutować ze swoim nieposłusznym sercem Harry — nie było mnie przy tym — ale to wcale nie chciało go słuchać.

Ludzie płaczą w takich chwilach, wiesz? — powiedział do siebie Harry. — Kiedy ich serce pęka, zwijają się na ziemi albo w czyichś ramionach i płaczą tak mocno, jakby dowiedzieli się, że jutro nie istnieje.

Nie potrafił zdobyć się na łzy. Chyba wypłakał ich już w życiu tyle, że w tym kluczowym momencie zabrakło ich w jego ciele. Zastanawiał się, czy ktoś, kto by go teraz zobaczył, nie pomyślałby, że utracił rozum - ot, człowiek klęczący na mrozie naprzeciw otwartych wrót, zza których promienieje ciepło i magia (a może to jedno i to samo), spoglądający w śnieg, jakby widział w nim odbicie gwiazd nocnego nieba. Może uznaliby go za głupca, może za szaleńca - kto wie. Fakt, faktem, że dobrze mu było - tutaj, teraz, w tym śniegu, podczas kiedy kostniały mu dłonie, a ramiona dygotały z zimna (ale to dobrze — pomyślał — bo może ugasi to pożogę, która spala moją duszę od środka). Bo może to na tym właśnie polegało, to pogodzenie się z brutalnością losu, na robieniu aniołków w śniegu, podczas gdy nieprzychylne oczy patrzą na ciebie z góry, pukając się skrycie po czole i myśląc: „zostawcie go w spokoju, to tylko szaleniec, wariat, kompletny świr". Śnieg był zimny, a on dygotał jak trafiony jakimś zmyślnym urokiem, ale nie wstawał z kolan - po części dlatego, że wcale ich nie czuł, po części dlatego, że nie wiedział po co. Co to ma zaznaczenie - co zrobi, co pomyślą o nim inni, co się teraz stanie? Najgorsze było już za jego plecami, co gorszego mogło się jeszcze wydarzyć? Nie istniało nic takiego, co rozdarłoby jego krwawiące serce jeszcze bardziej, co zapisałoby się na jego duszy wyraźniej, co zaciążyłoby na nim mocniej niż ta jedna, mała śmierć, której nie zdołał zapobiec.

Gdyby to teraz Severus Snape dostał go w swoje chciwe ramiona, Harry nie złamałby się już jak kawałek drewna przydepnięty ciężarem - nie wyobrażał sobie, żeby mogło istnieć cokolwiek, co bolałoby bardziej, niż te czarne oczy, które spoglądają w pustkę, nic ponad to kochające, wrażliwe serce, które już przestało funkcjonować tak, jak powinno.

Dziwne to nasze życie — myślał Harry, nie czując chłodu — zawsze otrzymujemy coś nowego po to, żeby wkrótce to stracić.

To absurdalne kto ostatecznie podniósł go z tego śniegu - wydobył z tworzącej się wokół niego zaspy, otrzepał szatę, postawił na skostniałych nogach i przytrzymał, kiedy te okazały się niezdolne do utrzymania ciężaru jego ciała.

Harry spojrzał w te wiecznie zimne, teraz dziwnie zapadnięte, oczy Sophie Fisher i zaczął się zastanawiać, czy istnieją słowa, którymi mógłby ją przeprosić. Słowa pewnie istniały, ale Harry nie potrafił ich odszukać, a co dopiero włożyć na język i sprawić, by zabrzmiały zwyczajnie.

Coś wbijało się w jego serce jak szpilka - długa, chłodna i ostra - a może to sopel lodu - jakiś odłamek wpadł mu przez oko i utknął w sercu, a teraz już tam pozostanie, nie do roztopienia, stały, lodowaty, kłujący. Oddychał, a zimne powietrze drżało w jego nozdrzach - Harry ledwo utrzymał je w płucach - miał wrażenie, że w klatce piersiowej ma tylko dwa worki wypchane powietrzem - być może ten szpikulec wrzynający się w jego serce przebije jeden z tych worków, być może pozbawi go to tchu, być może przyjdzie mu skonać, teraz, tutaj, po bitwie, na tej pokrytej śniegiem ziemi, która - nareszcie - nie przywodziła już mu na myśl rozciągłego płatu kości, a świeżą, miękką pierzynę, w której jego palce mogą się zanurzyć.

Sophie wyciągnęła rękę (jego grdyka zabolała, jakby uderzono w nią kamieniem) i powiedziała: „chodź, Harry" - a jego imię zabrzmiało tak miękko, że gdyby mógł, zapadłby się pod ziemię, pod ten śnieg zimny jak skała, pogrzebał się pod nim jak nagie kości.

Chyba wyżłopała mu dziurę w klatce piersiowej - Harry przez chwilę był pewien, że jeśli sięgnie ręką i położy palce na mostku, wyczuje głębokie wgłębienie w swoim ciele - nie krwawiące, a dymiące jak lufa mugolskiej broni palnej - czarne i puste jak jego oczy wpatrzone w przestrzeń. Mimo to podniósł się z ziemi i jak maszyna, jak robot podążył za Sophie (przynajmniej nie starała się go dotknąć, przynajmniej nie starała się zdrapać zamarzniętej krwi z jego twarzy - czerwone, zeschnięte ślady kleiły się do jego kości policzkowych jak łzy, które wciąż nie zamierzały uronić się z jego oczu).

Jestem silny — pomyślał Harry wbrew wszelkim przesłankom śmiejącym się mu prosto w oczy — jestem silny, bo podniosłem się na nogi, choć sądziłem, że nie potrafię.

Krok za krokiem dotarł do bramy, nie mając pojęcia, jak tego dokonał - jego nogi były zdrętwiałe, a mięśnie w udach drżały pod jego palcami jak zapowiedź upadku, choć patrząc w dół, zdawało mu się, że jego stopy należą do kogoś innego, doczepione do niego jak atrapa, falsyfikat, poruszające się samoistnie jak maszyna wprawiona w ruch czyimiś dłońmi - i pokręcił głową, kiedy Sophie zaczęła go delikatnym popchnięciem w ramię nakierowywać w stronę Skrzydła Szpitalnego. Prędzej umarli zjawią się tu i teraz i przemówią do nich jak żywi, prędzej górskie, szkockie szczyty dorobią się pary oczu, prędzej rozstąpi się ziemia, niż Harry zjawi się teraz - po tym wszystkim, co się zdarzyło - przed ludźmi, których poprowadził do boju, w którym tak wielu przyszło im stracić.

Sophie nie oponowała, kiedy oddalał się korytarzem ze wzrokiem utkwionym w posadzkę, z twarzą pustą i nieruchomą jak głaz.

Potem - kiedy jak widmo pokona już dłużący się jak marnowany czas korytarz - zamknie pokój zaklęciem, zwinie się jak kot na zimnej posadce tuż przy drzwiach i pogryzie z bólu knykcie, umierając z miłości.


-VVV-


Nie rozmawiał potem z nikim o tej bitwie. Choć może - nie rozmawiał - to dosyć górnolotne słowa. Nie urządził wielkiego zebrania, nie zwołał ludzi, nie zaczął omawiać bilansu otrzymanych zysków i poniesionych strat - nie wyszedł z kwatery, w której się ulokował jak ranne zwierzę we własnej jamie i nikt nie próbował wyciągnąć go stamtąd na siłę - nie tak naprawdę.

Owszem - pojawiła się Molly Weasley, pukała w drzwi bardzo długo, ale z jakimś ospałym zrezygnowaniem, mówiła coś przez kurtynę framugi, jakby przyciskała usta do szczeliny między nią a drzwiami, a echo jej głosu dźwięczało mu w głowie, choć ani przez moment nie zaczął rozumieć wypowiadanych do niego słów - były jak obca mowa, zlepek sylab, które nic mu nie mówią, które nie mają dla niego większego sensu ani znaczenia, jakby nagle znalazł się w świecie, do którego nie pasuje, w świecie, w którym znajomi mu ludzie, ludzie bliscy, ludzie mający specjalne miejsce dla siebie w jego piekącym sercu, mówili coś do niego słowami, których nie był w stanie pojąć, jakby posługiwali się nieznanym mu dialektem, którego nawet nie starał się interpretować. Odpuściła po jakimś czasie - jakimś, bo Harry nie wiedział, jak długo tam stała, jak długo wlewała słowa w głuchą barierę drzwi, niemą na jej mowę - w międzyczasie przesunął się po podłodze w stronę komód, przeszukując ich zawartość, jakby starał się odkopać zaginiony skarb spod kurzu wielu lat, wodząc wzrokiem za butelką, w której mógłby utopić dudnienie dzwoniące mu w głowie.

Dudnienie nie ustąpiło, kiedy wreszcie rozkazał jakiemuś skrzatowi, którego nawet nie zapytał o imię, mówiąc trochę drętwo - jakby ktoś na siłę wyciągał jego słowa przez gardło, jakby w jego szyi utonął haczyk niczym koniec wędki w gładkiej tafli jeziora, a jakiś obcy mu byt metodycznie i na siłę, wydobywał kolejne polecenia z samej głębi tego spokojnego jeziora, jakby to ktoś formułował zdania za niego - o dostarczenie mu butelki czegoś mocnego i otrzymał bimber (którym się udławił, a który zapiekł go w przełyku tak mocno, że łzy napłynęły do jego oczu jak fale przypływu). Alkohol wykręcił go jak eliksir pieprzowy zażywany na przeziębienie, ale Harry pił go dalej, wlewał go w siebie, w tą dziurę, którą miał w miejscu serca, w tą pustkę w umyśle, która dudniła, dudniła, dudniła, jakby ktoś nad nim stanął, poruszając ciężkim, mosiężnym dzwonem.

— To ci jej nie wróci, wiesz? — zapytał jakiś głos jego sumienia, podczas gdy kołysał się na zimnej ziemi, walcząc jak dziecko o zachowanie równowagi i niewyplucie na kolana własnego żołądka, który zwijał się i ściskał jak wyżymana szmata.

— Spadaj — odpowiedział trzeźwo temu głosowi, choć brzmiało to bardziej jak coś pomiędzy prychnięciem a opluciem sobie brody - jak bezrozumne dziecięce gaworzenie.

— Tylko cię zmęczy i wykończy psychicznie — kontynuował głos jakimś cichym, głębokim, zmęczonym tonem; chyba skądś znał ten głos, choć nie był o tym całkowicie przekonany — nie mówiąc już o tym, że rozwalisz sobie żołądek. I będziesz miał kaca jak stąd do Berlina. — Naprawdę, naprawdę skądś znał ten irytujący głos. — Coś ty w ogóle otworzył, dzieciaku? — Ktoś wyrwał mu butelkę z ręki i Harry zamrugał, zdając sobie sprawę, że ten stanowczy głos nie jest jedynie majakiem jego zalanej procentami wyobraźni. Podniósł głowę i jęknął głucho, kiedy świat zawirował mu w korowodzie barw jak w kalejdoskopie. — Bimber? — prychnął Severus Snape, obracając pękatą butelkę przed twarzą, żeby przyjrzeć się etykietce; Harry'emu na moment zabrakło powietrza. — Co ty z sobą robisz, głupcze?

Harry patrzył na niego - ziemista twarz dwoiła się i troiła przed jego oczami, a każda z nich była tak samo zamglona, że Harry nie potrafił ocenić wyrazu jego twarzy; chyba miał utaplane w czymś, brudne okulary, a może to krążący w jego żyłach alkohol sprawił, że widział wszystko, jakby spoglądał przez warstwę gęstej chmury.

— Nie chcę... Zje-e-szszsz-eżdżaj, ty... — Język gubił się w jego ustach, choć ślepa brawura uderzyła w niego jak wichura. Splunął Snape'owi pod nogi i chyba opluł się przy tym pokazowo jak kilkulatek. — Idź się... Wal się...

— Elokwentny jak zawsze — sprostował Snape, a Harry zaczął się zastanawiać, dlaczego ten przeklęty, przeklęty drań jeszcze go nie uderzył, nie kopnął jak kundla, nie potraktował bolesnym zaklęciem.

Alkohol i brawura, które - zdaje się - były ze sobą nieodłącznie powiązane, uderzały mu do głowy, wywołując w jego wirującym umyśle ciekawe wizje, które w większości skupiały się na pięści lądującej na chudym nosie Snape'a i chrzęście łamanych chrząstek. Spróbował podnieść się, marząc o rozkwaszeniu tej ziemistej twarzy, ale upadł, zanim jeszcze zaczął się podnosić, obijając sobie przy tym lewy bok.

Chłodne palce złapały jego podbródek. Harry spróbował je ugryźć, ale tylko rozkrwawił sobie język. Po chwili zakrztusił się potężnie, gdy eliksir trzeźwiący został siłą wlany do jego gardła. Zaczął kasłać potężnie, przekręcając się na brzuch, podpierając ręką o ziemię, gdy przeźroczyste stróżki eliksiru zaczęły wyciekać przez kąciki jego warg, przelewać mu się przez zęby. Harry, plując zawzięcie, czuł, jak specyfik momentalnie uderza mu do głowy, redukując z jego ciała alkohol, jakby ten wyparowywał mu przez skórę.

Jego szata na piersi była wilgotna od jego śliny jak u niesfornego dziecka przy jedzeniu, ale nie dbał o to. Harry przewrócił się na plecy i spojrzał z wyrzutem w czarne oczy milcząco obserwujące go z boku. Oddychał głęboko, a z głębi jego gardła wydostał się groźny, agresywny warkot, w którym nie słyszał siebie, a który przerodził się w słowa:

— Spływaj stąd, do cholery jasnej.

Starszy czarodziej nie odpowiedział.

Harry dopiero teraz mu się przyjrzał - tak dokładnie, bez woalki alkoholowych oparów przysłaniających mu twarz. Snape był blady - dużo bledszy niż zazwyczaj. Jego oczy były zapadnięte i podkrążone. Zdawał się Harry'emu dużo, dużo starszy, niż zaledwie kilka dni temu. Dziwna siła, która zawsze biła z jego oczu, przygasła, a rozległe cienie rozlewały się pod nimi, jakby ktoś zaprawił mu je pięściami. Białka wokół czarnych pierścieni były mocno zaczerwienione.

On już wie — przemknęło Harry'emu przez myśl, uderzając w jego otępiały umysł jak dzwon. Jego żołądek wybrał sobie akurat ten moment, żeby się wzburzyć, a Harry pochylił się gwałtownie nad zamkową posadzką i wyrzucił z siebie resztki alkoholu, nie mając nad tym najmniejszej kontroli - szarawo-żółta ciecz bluznęła z jego ust jak z fontanny, a gorąco owładnęło jego ciało, jakby wsadzono go do kotła z ukropem.

— Poddaję się do dymisji — powiedział Snape - jego głos brzmiał pusto i pasywnie, jakby już podjął kroki do wycofania się w cień.

— Co? — Harry podniósł na niego rozbiegany wzrok, nie wierząc w to, co usłyszał. Pod czarnymi oczami Snape'a na pobladłej twarzy widniały rozgałęzienia popękanych naczynek. Zmarszczki na jego czole wydały się Harry'emu głębsze niż kiedykolwiek wcześniej.

— Do dymisji. Chyba znasz definicję tego słowa?

Harry nie wiedział, czy powinien zacząć się śmiać, czy się rozpłakać - jedno wiedział na pewno: ogromna fala ulgi spłynęła na niego jak świeża bryza, a on zacisnął zęby, starając się nie rozpaść, nie ponownie, nie przed tym człowiekiem. Który go ranił, który go ratował, który go torturował i który go leczył. Który miał cały szereg twarzy, za którymi chował swoje własne życie, by w ostateczności zapomnieć, która z tych twarzy jest tą prawdziwą - może żadna z nich nią nie była. Kilkanaście lat patrzenia w jego maski, w jego życie, w jego walkę ze światem, sześć lat nauki pod jego surową ręką, jedne wspomnienia o konsystencji ciekłego azotu, a wciąż nie znał Severusa Snape'a.

Wreszcie roześmiał się, choć czuł, że serce mu pęka, i - no cóż - nie brzmiało to jakoś wielce prześmiewczo - bardziej, jakby ktoś zacisnął dłonie na jego gardle i nie chciał puścić.

Snape — wyrzucił z siebie poprzez suchy śmiech, dusząc się jego nazwiskiem jak oparami trującego eliksiru — idź sobie. Idź.

Merlinie, chyba ta pusta dziura w jego piersi krwawiła.

— To ja powinienem być w takim stanie — powiedział cicho Snape, brzmiąc pusto, jakby wlewał głos w głuchą studnię; odwrócił się i podszedł do okna; na zewnątrz już świtało - promienie słońca wlewały się radośnie przez szybę, tańcząc w jasnych refleksach po parapecie, a Harry miał ochotę je przegnać, przykryć cieniem, skazać na ciemności za to, że były tak jaskrawe, kiedy jego dusza konała; Snape położył dłoń na parapecie i wyjrzał na wschodzący świt - jego oczy były puste — ale chyba już nie pamiętam, jak przebić emocje przez tą ciasną skorupę.

Harry na moment przestał oddychać.

Sylwetka Snape'a rzucała podłużny cień na posadzkę, na której siedział Harry; cień wzruszył ramionami.

— Pewnie nigdy mi nie wybaczysz — powiedział powoli Snape, patrząc wszędzie, byle nie na Harry'ego. — Pewnie sobie na to zasłużyłem.

Czy ktokolwiek zasłużył sobie na aurę śmierci wiszącą nad całym jego życiem jak przeznaczenie?

Harry uświadomił sobie, że jego własne głupie serce chyba wciąż gdzieś tam było - w środku, w jego piersi (co innego mogło zacisnąć się aż tak mocno w tej głuchej, ciemnej dziurze pod jego mostkiem?).

— Więc — powiedział Snape, oddychając tak, jakby tonął, odwracając się ku Harry'emu — dementorzy okazali się... skuteczni, jak widzę.

Harry nie wiedział, co powinien na to powiedzieć. Snape odwrócił wzrok, jakby nie miał już siły patrzeć mu w twarz.

— Skąd wiedziałeś? — zapytał Snape, obserwując przesuwające się po kamiennej posadce płaty wschodzącego słońca, a choć jego ton świadczył o tym, że w ogóle się tym nie interesuje, jego paznokcie zaczęły skubać suche skórki w geście, który zupełnie do niego nie pasował.

Zielonooki przełknął ciężko i wzruszył ramionami, siląc się na niedbałość.

— Boimy się tego, czego nie widzimy.

Jego głos brzmiał słabo, choć starał się go utrzymać w solidnych ryzach.

Snape pokiwał głową - bardziej do siebie, niż do niego i zapatrzył się we wschodzące słońce, jakby to wcale nie raziło go w oczy.

— Powinien istnieć jakiś specjalny dialog, który miałby się teraz między nami wytworzyć — powiedział, patrząc się w stronę horyzontu. — Powinien istnieć jakiś wypunktowany kodeks traktujący o tym, co ktoś taki jak ja ma powiedzieć komuś takiemu jak ty w sytuacji bliźniaczej do naszej. — Snape sięgnął pod szyję i rozpiął kołnierzyk, jakby ten go przyduszał. — Tylko że wiesz, dzieciaku, ostatnimi czasy i tak powiedzieliśmy już sobie za dużo.

— Wyjdź stąd — powtórzył po raz kolejny Harry, spuszczając wzrok na podłogę — i nigdy, przenigdy nie wracaj — wyszeptał.

— Dzisiaj złożę rezygnację — powiedział Snape, jakby nie usłyszał słów Harry'ego - to było drażniące, kiedy nawet bez wnikania do jego umysłu, odpowiadał mu na jego myśli. — Kiedy tylko słońce wzejdzie trochę wyżej.

— Snape...

Mężczyzna odwrócił się, a czarne oczy uniosły się na jego własne; Harry spojrzał na niego, a jego gardło wyschło na wiór.

— Zostawiła dla Sophie list, wiesz — oznajmił Snape; jego głos był zapowietrzony i mdły — jakby wiedziała... — urwał i spuścił wzrok. Wzruszył ramionami. Naprawdę dziwnie wyglądał, kiedy to robił - ten gest smakował jak niedopasowanie na jego ciele.

Harry miał w ustach pustynię.

— Mi nie zostawiła niczego — kontynuował Snape z twarzą kamienną jak oblicze posągu wieńczącego stary, wielki plac — zasadniczo, dlaczego miałaby mi cokolwiek zostawiać...? — Kiedy spojrzał w bok, promienie słonecznego słońca wschodzącego pomarańczem odbiły się w jego oczach jak w tafli zwierciadła. — To nie tak, że nie mogłem się tego spodziewać. Ja po prostu... — Snape odetchnął chwiejnie, zerkając w stronę wyjścia z kwater. Powietrze przesunęło się pomiędzy jego językiem a podniebieniem jak westchnienie. Harry stał jak kołek wbity w ziemię i patrzył na niego; zdawało mu się, że spogląda na tego złamanego mężczyznę, którego pamiętał z tamtych starych wspomnień - kogoś, kto nie miał w sobie prezencji wielkiego dyktatora, kogoś, kto nie promieniał mocą i autorytetem - miał przed sobą kogoś kruchego, kogo życie nie potraktowało lekko, kogoś, kto zakładał na siebie tysiące fasad, kto obstawiał się nałożonymi na siebie barykadami, byle tylko zdołać ukryć się przed gorzkim posmakiem życia - tej ciągłej walki, którą toczył z samym sobą i z otaczającym go światem. — Tak czy inaczej chciałem, żebyś wiedział, że to koniec moich rządów. Nic nigdy nie jest wieczne, prawda? — Jego chude wargi wygięły się cynicznie i to był chyba pierwszy, świadomy ludzki odruch, który przejawił od początku tej rozmowy - odruch, który szeptał wprost do Harry'ego, że ten stojący przed nim mężczyzna także posiada serce - rozbite na tysiące drobinek, rozlatujące się w proch jak rozkładające się kości, ale żywe i tętniące gorącą krwią.

Harry'ego coś silnego i ostrego ściskało za gardło jak szczypce i nie chciało puścić, kiedy Snape - to kruche zwierzę, które żyło pod skórą i kośćmi - odwrócił się i ruszył ku drzwiom.

Ach i wiesz, dzieciaku — dopowiedział Snape, trzymając bladą dłoń na klamce, nie odwracając się w jego stronę — byłeś chyba pierwszą osobą, która sprawiła, że moja córka dotknęła kawałka nieba i zobaczyła, jak wielki jest otaczający nas świat, i poczuła się odpowiednio we własnej skórze i we własnym życiu. Zdaje się, że byłeś pierwszą osobą, z którą była naprawdę szczęśliwa. — Snape pokiwał głową i popchnął drzwi. — Naprawdę szczęśliwa... — mruknął pod nosem, jakby do siebie, znikając w korytarzach zalanych pomarańczem wschodzącego słońca, zostawiając Harry'ego wybrakowanego jak niekompletna układanka w tych pustych kwaterach, w których Katrina już nigdy nie przemówi tym swoim swobodnym, skowronkowym głosem.


-VVV-


Snape jeszcze tego samego dnia - jak mówił, tak uczynił - zrezygnował ze stanowiska Naczelnika Magicznej Wielkiej Brytanii. Huczały o tym wszystkie gazety w kraju, zupełnie, jakby wojna się skończyła. Ludzie śmiali się i płakali. Wyszli na ulicę, jak wówczas, gdy opadł kurz po Bitwie o Hogwart. Świętowali, balowali, śpiewali i śmiali się głośno, podczas gdy Severus Snape i Sophie Fishier chowali swoją córkę. Być może istniała w tym jakaś dziwna sprawiedliwość, której nie potrafię się dopatrzyć bez względu na to, jak wytrwale szukam. Być może jakieś wnikliwe oko dopatrzyłoby się w tym wszystkim jakiejś słusznej winy i kary, jakiejś zasady fair play w tej odwiecznej rozgrywce z losem. Ja nie potrafię jej dostrzec.

Słońce już znowu zaczyna świecić cieplej, teraz - kiedy piszę te słowa, ale samo to pisanie o tym wszystkim, co się wydarzyło, przypomina mi trochę kreślenie listu do samego siebie, w którym próbuję się rozgrzeszyć i powiedzieć sobie, że nie można było inaczej, że wszystko, co miało się wydarzyć, już się wydarzyło, a ja nie miałem na to żadnego wpływu, zupełnie, jakby moje życie, to był pociąg, który w ostatniej chwili, kiedy próbuję do niego wsiąść, odjeżdża mi tuż sprzed nosa. A następnych pociągów już nie ma w rozkładzie jazdy.

Ta historia nie zaistniałaby bez niej. Draco czy bez niego, Snape czy bez niego, nie zabrałbym się nigdy do spisywania tych zdarzeń, gdyby nie istniał wśród nich ten promień słońca - ta nadzieja, ta dziewczyna, dla której mogłem walczyć.

Kiedy Snape się wycofał, na jego stołek ponownie wskoczył Kingsley Shacklebolt. Czasami sobie myślę, że został w pobliżu Snape'a jedynie po to, żeby w pewnej, dogodnej chwili, kiedy nadejdzie czas, wykonać ten szybki, szczwany manewr i powrócić na stanowisko, którego nigdy nie przestał uznawać za własne.

Tymczasem my układaliśmy własne sprawy, zamykaliśmy ostatnie zamki, dopinaliśmy niewielkie guziki. My - piszę, ale to głównie był mój cel, by nie powiedzieć: obowiązek. Istniała pewna kwestia, pewna ostatnia rzecz do zrobienia, zanim pozwolę do reszty rozwiać się wojennemu kurzowi.