.
Rozdział 56
Krajobraz po bitwie
.
Draco czekał na niego przy korytarzowym oknie niedaleko jego kwater, jakby trwał tam jak gargulec broniący przejścia, w oczekiwaniu na jego powrót do życia. Opierał się o parapet i powoli wypalał papierosa. Szara chmura dymu rozlewała się wokół jego głowy jak cień (McGonagall by tego nie pochwaliła — pomyślał mdło Harry, ale podszedł bez słowa, kiedy Draco wygrzebał tekturowe opakowanie z kieszeni i zapraszająco wyciągnął w jego kierunku). Harry, nie podnosząc zmatowiałych oczu znad pudełka papierosów, wyciągnął jednego z nich zdrętwiałymi palcami i wsadzając końcówkę w usta, pozwolił, aby Draco podłożył mu ogień. Zaciągnął się głęboko i wypuścił dym przez nos, unosząc wzrok na poranek rozlewający się mozolnie po szkockich szczytach za grubym, wzmocnionym magią szkłem. Przeciągłe pasy pomarańczu płynęły po coraz cieńszym śniegu, odbijały się od powierzchni jeziora, w którym podniósł się nieznacznie poziom wody, kiedy lód przykrywający jego powłokę zaczął rozmarzać, a topniejące, okoliczne śniegi spływały wąskimi, rozgałęzionymi stróżkami w jego głębokie odmęty.
Szare oczy podążyły za jego spojrzeniem; Draco stał obok, nie przerywając ciszy, malując w powietrzu zawiłe wzory końcówką papierosa, którego dym tańczył na okiennym szkle.
Harry postukał palcem w filtr i strząchnął popiół na marmurowy parapet.
— Wiesz — odezwał się cicho, nie odwracając wzroku od widoku za oknem — nie spodziewałem się, że to przeżyjemy. — Westchnął ciężko i opuścił oczy na gładki parapet; popiół odłamał się z końcówki jego papierosa i spadł na niego, rozsypując się jak miniaturowy zamek z piasku.
— Bitwę? — Draco zmarszczył mocno brwi i zerknął na niego kątem oka. — Mieliśmy ogromne poparcie. Takie, którego nawet bym nie podejrzewał, że otrzymamy. — Pochylił się, szukając wzroku Harry'ego, ale ten odwrócił głowę w przeciwną stronę. — Nie widzisz, czego dokonałeś? Zjednoczyłeś ludzi, Harry. Dałeś im siłę do walki, dałeś im...
— Nie o bitwę mi chodziło — przerwał mu cichym głosem, Harry i wypuścił ciężko powietrze z płuc; wygiął gorzko wargi — cóż, niezupełnie o nią.
Draco zmarszczył brwi; Harry skupił mętny wzrok na jego odbiciu w szybie, dostrzegając, że ten błądzi spojrzeniem po jego twarzy, jakby próbował się w niej doszukać jakiejś prawdy, która wyryłaby się w zmarszczkach jak czarne na białym, która byłaby widoczna w głębokich cieniach pod oczami, w opuchniętych powiekach.
— Niezupełnie o bitwę? — powtórzył miękkim głosem; brzmiał, jakby uspokajał dziecko wyrwane z okrutnego koszmaru, a Harry poczuł, jak coś ciężkiego opada na dno jego żołądka.
Przełknął ślinę i spuścił wzrok; jego powieki ciążyły mu na oczach niczym grube, zamszowe kotary.
— Sądziłem — powtórzył Harry, mając wrażenie, że jego wargi i język są nienaturalnie opuchnięte — że dementorzy odwrócą się przeciwko nam, że skażę nas wszystkich na los... — urwał, gdy jego głos drgnął i zaciągnął się głęboko powietrzem jak oparami eliksiru na uspokojenie.
— Przecież — przypomniał cicho Draco, przechylając głowę, żeby spojrzeć na zapadnięte, suche oczy Harry'ego — twój patronus...
— Mój patronus — prychnął gorzko Harry, przerywając mu i strzepnął chaotycznym gestem papierosa, nieomal łamiąc go przy tym na pół. Odwrócił głowę od tafli szyby, która zaczęła powoli i stopniowo parować pod ich słowami. — Mój patronus, Draco, przebijał się przez nich jak przez gęstą smołę i omal w niej nie utonął. Zareagowałem za późno, jakbyś nie zauważył i...
— Nikomu nic się nie stało — wyszeptał Draco ciężkim tonem — nie ucierpiał na tym żaden z naszych...
— To cud — przerwał Harry i zamknął oczy, i oparł czoło o chłodną taflę szkła; próbował powstrzymać drżenie palców trzymających papierosa, ale nie był w stanie dłużej z tym walczyć. — Nie rozumiesz? — Chłodny ucisk zapętlał się na jego żołądku, a Harry oddychał głęboko, aby zapanować nad własnym ciałem, ale to, bezczelne, wymykało się spod jego kontroli. — Nie panowałem nad nimi, a powinienem, ja nie... — zachłysnął się dymem papierosowym i odkaszlnął ciężko, odrywając twarz od szyby.
— Harry — Draco wyrzucił z płuc jego imię jak westchnienie — jak ty niczego nie rozumiesz...
Harry poczuł jego palce zaciskające się mocno na jego ramieniu. Podniósł głowę i spojrzał ze zmęczeniem w jego twarz.
— Wygrałeś dla nas tę bitwę, Harry, czy to do ciebie jeszcze nie dotarło? — pokręcił głową Draco, patrząc na niego z czymś tak czystym i tak trzeźwym, że Harry miał ochotę uciec spojrzeniem - ale tego nie zrobił. — Nie wygrałem jej ja, nie wygrała jej dyrektor McGonagall ani nawet Aberforth Dumbledore — mówił Draco, kręcąc z niedowierzaniem głową — czy Sophie Fisher, czy ktokolwiek inny, kto mógłby ci przyjść na myśl. Ty to zrobiłeś, nikt inny.
Serce Harry'ego dudniło głucho pod mostkiem, a jego uderzenia niemal piekły.
— Straciliśmy czternaścioro świetnych, wybitnych czarodziejów i wspaniałych, wartościowych ludzi — powiedział płytko; jego język zdawał się spuchnięty, jakby wypełniał całą przestrzeń w jego ustach, zostawiając mu niewielkie pole na zaczerpnięcie wdechu.
— Nie skończono jeszcze podliczać zmarłych — zauważył Draco, patrząc na niego z politowaniem.
— Ja skończyłem — wzruszył ramionami Harry, wpatrując się pusto w wysoczyzny szkockich wzgórz.
Draco wyglądał na mocno zaniepokojonego tym wyznaniem, ale nic nie powiedział. Harry pokiwał głową, zaciągając się głęboko papierosem, pragnąc, żeby ten dym objął całe jego ciało, żeby go oczyścił, wyzbył z poczucia winy stojącego mu w gardle jak kołek.
— Czternaścioro teraz, przy magazynach i siedmiu przy tamtym pamiętnym, mugolskim zakładzie karnym. — Harry musiał odchrząknąć, aby oczyścić gardło, bo jego słowa zaczęły brzmieć chrapliwie. — Czy mam ci to zsumować, czy sobie poradzisz sam? — zakpił, choć w jego słowach więcej było goryczy.
Draco zacisnął zęby i milczał przez chwilę, obserwując, jak Harry zaciąga się nieco chwiejnie końcówką papierosa.
— W porównaniu do tysiąca czarodziejów żyjących na ziemi — zauważył przyciszonym głosem, rozluźniając szczękę, gdy poczuł w niej ostry przebłysk kłującego bólu — to raczej niewielkie straty.
Harry otworzył usta, aby się zapytać, czy śmierć swojej matki też uważa za niewielką stratę, ale zamknął je i pokręcił głową. Niektóre słowa nie były przeznaczone do wypowiadania ich na głos.
Ostatni raz zaciągnął się papierosem i zdusił niedopałek na okiennym parapecie. Podniósł wzrok na szare oczy przyglądającego mu się z jakąś miękką troską, niepasującą do tej szczupłej twarzy tak często wyginanej przez cynizm, Dracona.
— Pamiętasz jeszcze o tej małej siostrze Hermiony? — zapytał Harry, marszcząc czoło i szukając odpowiedzi w rysach twarzy jasnowłosego mężczyzny. Zaciągnął się głęboko powietrzem pachnącym papierosowym dymem. — Zamierzam spróbować ponownie — oznajmił, kiwając głową, bardziej przed samym sobą, niż przed Draconem — tym razem nie prosząc nikogo o przyzwolenie. Wiem gdzie mieszka — wzruszył ramionami, czując jakąś nadnaturalną bezradność, która przykleiła się do nich jak rzep do psiego ogona — to mi wystarczy.
Draco błądził spojrzeniem po jego twarzy, jakby czegoś w niej szukał.
— Pytanie tylko — odezwał się przyciszonym głosem — czy ona chce być ratowana, Harry...
Harry spojrzał na wysokie ściany Hogwartu, czując się tak, jakby ktoś ściskał go pomiędzy nimi jak łupinę pod dziadkiem do orzechów; wzruszył bezradnie ramionami.
— Jeśli nie będzie chciała wracać — powiedział, uśmiechając się bez rozbawienia — to oczywiście uszanuję jej decyzję.
Ruszył powoli w dół korytarza, mając wrażenie, że powietrze wokół niego jest gęste jak syrop klonowy i przykleja mu się warg, do języka, do podniebienia nie docierając w pełni do głębi jego płuc zniszczonych nikotyną. Słońce mozolnie wspinało się na szczyt niebieskiego nieba, coraz bardziej stanowczo przeganiając zimę z zamarzniętej, pozostałej w chłodnym letargu ziemi.
-VVV-
Wally Anderson przechadzał się znajomymi alejkami cichego parku, po którym niegdyś spacerował z Amelią. Zdawało mu się, że było to lata temu, jakby zapadł w jakiś niespokojny, zimowy sen i ocknął się z niego teraz, niedawno, ujrzawszy, że wszystko wokół straciło kształty, które zapamiętał, a przyodziało nowe konfiguracje, niby podobne, ale jednak tak różne, tak odmienne.
Wszędzie, gdzie spojrzał, było pełno Amelii. Na zniszczonej przez wandali ławce okrytej brzydkimi graffiti, na której niegdyś siadywali, trzymając się za ręce, na zawiłych ścieżkach, po których niegdyś przechadzali się pod ramię, a po których brodził teraz jak w błocie, jak w bagnie lawirując w rozmiękłych grudkach i kałużach topniejącej warstwy śniegu, w trelach ptaków powracających do kraju, które nie śpiewały zimą, kiedy spacerowali tędy godzinami, kilkakrotnie mijając to ogromne drzewo o grubym pniu, z wydrążoną w nim, szeroką dziuplą, które teraz zdawało się jakieś inne, z tymi pąkami puszczanymi z gałązek, z tymi zalążkami liści pojawiającymi się to tu, to tam (Amelia pewnie uśmiechnęłaby się na ten widok i zabroniłaby mu zrywać choćby i pojedynczego źdźbła trawy, walczącego o przebicie się przez topniejące śniegi).
Czuł się jak stary człowiek, wspominający życie, które przeciekło mu przez palce, nie zamierzając wracać. Jakby znajdował się u schyłku życia i wszystko, co szczęśliwe, piękne i przyjemne było już dawno za nim.
Nigdy nie sądził, że któreś z nich może nie przeżyć tej wojny - oczywiście, ludzie umierali codziennie, ale nigdy mu do głowy nie przyszło, że któreś z nich może wliczyć się w ten wielki, rozległy korowód śmierci. Dlaczego o tym nie pomyślał? Wydawało mu się, że śmierć, to jest coś, co zawsze się znajduje obok niego, co niby jest, istnieje - gdzieś tam, na świecie - ale nigdy nie dotyczy konkretnie jego, jej, ich, coś co - owszem - wydarza się ludziom, ale co ich dwoje przecież nie dotknie, nie teraz, jeszcze nie. Oni mieli silne ciała, wyćwiczone mięśnie i trening aurorski za plecami. Oni znali całe studnie zaklęć i uroków, z których mogli czerpać jak z nieograniczonych źródeł. Oni - w końcu - wciąż byli młodzi, a śmierć nie jest wcale domeną młodych - wcale nie, wcale nie - śmierć nie klei się do ich palców, do ich dłoni, nie czyha na nich tuż za rogiem, bo są silni, bo są uzdolnieni, bo są tak pełni życia.
Tak, cóż, nie wiedział, co sobie wyobrażał.
Zatrzymał się przy polu białego puchu rozciągającego się jak pusty, niezagospodarowany teren. Wiosną i latem sadzą tu rabatki. Układają równe grządki kwiatów, niekiedy tworząc z różnokolorowych odmian ciekawe wzory. Teraz nic tu nie było - zupełnie jak w jego sercu, przyglądającym się temu z obojętnością kamienia. Kiedyś lubił chodzić tędy na przełaj, skracając sobie drogę między ścieżkami. Amelię to strasznie irytowało, bo twierdziła, że depcze przyrodę, a on śmiał się - głośno i mocno - czując, jak z rozbawienia drżą mu ramiona i boli brzuch.
Wally przełknął zalegającą mu gulę w gardle i powolnym, posuwistym krokiem ruszył zawiłą, dłuższą ścieżką, starając się nie patrzeć na wydeptane ślady czyichś stóp błądzących w śniegu, biegnących przez ten sam skrót, który niegdyś aprobował, a teraz - patrząc na niego - czuł tylko silny ucisk gdzieś w środku żołądka i nic więcej. Nic więcej.
-VVV-
Przebrał się w mugolski ubiór i ruszył asfaltową drogą, która w swej obcości, krzyczała do niego czymś dziwnie znajomym, jakby cieszyła się z jego powrotu. Zaciągnął mocno rękawy przykrótkiej, cienkiej kurtki, którą wygrzebał spod sterty starych, dawno nieużywanych ubrań i starał się ukryć swoją nerwowość, kiedy stąpał po przykrytej cienką warstwą śniegu kostce chodnikowej o barwie gumy balonowej, wdychając spaliny, przejeżdżającego właśnie obok samochodu.
Na jednym z przydomowych podwórek jakieś roześmiane dzieci lepiły niesfornego bałwana, którego uśmiech ułożony z kamyków zdawał się spływać w towarzystwie pieszczących go, słonecznych promieni, wyglądających zza białych obłoków na jasnym niebie. Marchewka imitująca nos sterczała krzywo z białej, uklepanej, okrągłej twarzy, ułamana na końcu chropowatym zakończeniem.
Harry przeszedł na drugą stronę ulicy, słysząc śmiech dzieci bawiących się gdzieś w pobliżu, oddychając głęboko rześkim powietrzem, tak różnym od wojennego pyłu, od zapachu prochu, od przenikającej przez ubrania i dłonie woni rozlanej krwi.
Spacerował długą, spokojną ulicą o numeracji cechującej się własnymi prawami, nieznającej zasad logiki i porządku i czuł dziwny spokój, którego nie miał w sobie od czasu powrotu na te szare, mętne ulice Grimmauld Place, na którym, wśród znienawidzonych przez siebie ścian, na krótką, doraźną chwilę, odnalazł spokój.
Dom pod numerem sześćdziesiąt cztery piętrzył się do nieba spadzistym dachem, na którego czubku siedziało kilka gołębi, gruchając jeden przez drugiego. Harry uniósł głowę na wciąż zasłonięte okna, przeciągając wzrokiem po grubych szybach, w których odbijało się słońce, rażąc go w oczy. Westchnął ciężko i rozejrzał się po pustej ulicy, zerkając w okna milczących, pobliskich domów.
Zdaje się, że wczesna, leniwa godzina skutecznie odwodziła tutejszych mieszkańców od wejścia w zawirowania codziennych spraw.
Harry pokiwał głową, czując głęboką wdzięczność do opaczności, że choć raz, w kluczowym momencie ofiarowała mu spokój. Wyciągnął dyskretnie różdżkę i położył sobie na dłoni, pochylając się nad nią i szepcząc:
— Wskaż mi pokój Demetrii Granger.
Różdżka drgnęła i obróciła się drżąco jak namagnesowana wskazówka kompasu. Harry podniósł wzrok na jedno z okien na piętrze po stronie, którą wskazało zaklęcie.
Siedziała w oknie, ale zdawała się go nie dostrzegać. Przycupnięta na parapecie jak ptak, z nogami podkurczonymi ku klatce piersiowej i ramionami obejmującymi leniwie kolana. Wpatrywała się niemo w grudki śniegu spoczywające na zewnętrznym parapecie za szybą.
Harry dałby wiele, aby jej wzrok przesunął się i na niego spojrzał, aby ona go zobaczyła, że jest, że nie zostawił jej, że na nią czeka. Chciał unieść ramię i pomachać do niej, ale nie zrobił tego, bo bał się, że ktoś go zauważy i uzna to za podejrzane - dwudziestokilkuletni mężczyzna stojący pod jednym z domów i machający do kilkuletniej dziewczynki siedzącej leniwie w oknie. Zagryzł dolną wargę i zmarszczył brwi, przesuwając wzrok na rynnę, zastanawiając się, czy ta nie runie pod jego ciężarem.
Kiedy ponownie spojrzał na okno, zamarł w bezruchu. Demetria patrzyła prosto na niego, jej oczy były szeroko otwarte, jej naznaczone pośpiechem dłonie lawirowały przy klamce od okna, by otworzyć je na oścież jednym, szybkim ruchem.
Harry uśmiechnął się, czując ciepło rozlewające się po jego piersi i prychnął nie bez rozbawienia. Podniósł dłoń do twarzy i przyłożył sobie palec do ust, kiedy Demetria zaczerpnęła tchu, jakby chciała coś do niego zawołać. Jego oczy musiały migotać nie mniej niż jej własne.
Oderwał spojrzenie od sylwetki w oknie drżącej z wyczekiwania i podszedł do metalowej rynny, błagając, żeby ta nie zapadła się pod jego ciężarem. Pokiwał głową, chcąc sobie dodać otuchy i przyłożył dłonie do metalu, zaczynając się po niej wspinać jak po linie. Metal wygiął się nieznacznie pod jego ciężarem (Harry na moment zesztywniał, oczekując na dźwięk wyrywanych śrub), ale nie odpadł od ściany.
Wspinał się powoli i metodycznie, czując, jak jego ręce stają się śliskie, ale nie pozwalając im zsunąć się z grubego metalu rynny. Oddychał głęboko, mając wrażenie, że jego własne serce bije gdzieś w okolicach gardła, ani myśląc opaść na swoje właściwe miejsce. Czuł duże oczy Demetrii przyklejone do jego karku jak plaster na otarcia, kiedy podciągał się chudymi jak patyki dłońmi w górę, czując, jak mięśnie drżą mu z wysiłku pod skórą. Chyba nie zregenerował się jeszcze dostatecznie po bitwie - wszystkie mięśnie protestowały głośno przed podejmowaniem takiego wysiłku, ale Harry odrzucał te głosy od siebie i brnął dalej w górę niczym wąż drzewny, wspinający się po chropowatej, szorstkiej korze.
Kiedy dotarł na poziom okna, jego kark był wilgotny od przemęczenia, a powietrze, które mimo powolnych ociepleń przed nadejściem wiosny, wciąż łaskotało chłodem, drażniło jego skórę, jakby celowo wdmuchiwało mu w szyję ziąb i szczękanie zębów. Sięgnął dłonią w stronę parapetu i pochwycił mocno jego krawędź, czując, jak ta wbija się mu w linie papilarne. Trzymając się jedną ręką parapetu, a drugą rynny, podciągnął się na okno i usiadł w nim, oddychając głęboko jak po męczącym, kilometrowym biegu.
Nigdy, Merlinie, więcej wspinania się po ścianach budynków — pomyślał drętwo Harry, przecierając wierzchem dłoni czoło, odgarniając tym samym klejące się do niego kosmyki. — Nigdy więcej.
Spojrzał zmęczonym, zrezygnowanym wzrokiem w stronę Demetrii - jej duże oczy patrzyły na niego z nadzieją promieniejącą na jej twarzy jak światło słońca, zerkała to na niego, to na zamknięte drzwi, jakby obawiała się, że lada chwila pojawi się w nich ktoś, kto zdoła ją zatrzymać, kto wciągnie ją w głąb domu jak wilk do swojej pieczary, kto ją powstrzyma przed ucieczką. Harry uśmiechnął się blado, starając się dawać pozory radosnego jak skowronek na wiosnę, ale coś w jego twarzy nie układało się tak, jakby tego od niej wymagał. Westchnął ciężko i raz jeszcze przyłożył sobie palec do ust, a potem wyciągnął dłoń w niemym zaproszeniu.
Chwyciła ją bez chwili zawahania, jakby Harry był rycerzem wyzwalającym wyczekującą księżniczkę z okowów wysokiej wieży.
— Złap się mnie mocno, dobrze? — wyszeptał, wciągając ją na parapet, na którym siedział. — Obejmij mnie z całych sił za szyję. Może to się wydawać dziwne, ale zeskoczymy z tego okna na ziemię. Nic się nie bój, obiecuję ci, że wylądujemy gładko i bez uszczerbków na zdrowiu.
Demetria pokiwała energicznie głową, wpatrując się w jego twarz roziskrzonymi, błyszczącymi od wilgoci oczami i objęła go rękami wokół szyi z jakąś głęboką nadzieją stojącą za każdym jej ruchem.
Oto i bezgraniczna ufność dzieci - powiesz takiemu: skoczmy razem z pierwszego piętra, a to radośnie chwyta cię za rękę, jakby nawet nie brało do siebie ewentualności, że na dole może rozbić się na twardym asfalcie, łamiąc sobie obie nogi i wycierając skórę do krwi.
Harry westchnął i przyciągnął ją bliżej.
— Zabierzesz mnie do mamusi? — zapytała cienkim, cichutkim głosem, a Harry uśmiechnął się smutno i pokiwał głową.
— Tak, Demetrio — odpowiedział miękko — czeka cię ciekawa przygoda — powiedział, zastanawiając się, co mówi się dziecku w takich okolicznościach.
— I do tatusia? — Łzy zamajaczyły przy jej chudym nosie jak perły.
— Oboje na ciebie czekają — wyszeptał Harry. — Bardzo się za tobą stęsknili.
Demetria uśmiechnęła się do niego przez łzy, wyglądając tak niewinnie, jak tylko mogą wyglądać dzieci.
— Jesteś superbohaterem? — zapytała, a Harry poczuł, jak coś ciężkiego osiada na dnie jego żołądka.
Wyciągnął różdżkę, gotów w każdej chwili rzucić zaklęcie Arresto Momentum.
— Coś w ten deseń — powiedział konspiracyjnym głosem, puszczając jej perskie oko i mocniej zacisnął ramię na jej drobnym ciele.
Zeskoczyli z parapetu.
-VVV-
Zaprowadziłem ją do Grangerów. Płakali, kiedy padali sobie w ramiona, ale dobrze było patrzeć na te łzy - pierwsze od dawna, na które spoglądałem, a które były łzami radości, nie rozpaczy. Uśmiechali się przez załzawioną twarz, śmiali się zaczerwienionymi oczami, całowali ją po twarzy i nie mogli przestać. Pewnie z chęcią nie wypuszczaliby jej nigdy z objęć, ale wypuścili.
Kiedy Edward Granger podszedł do mnie ze słowami gorącego podziękowania na ustach, patrząc w jego mokre od łez oczy, napuchnięte od soli, uświadomiłem sobie, że nie zrobiłem tego dla nich, dla niego - nie zrobiłem tego dla Wilkinsów.
Zrobiłem to dla Hermiony. Zrobiłem to ze względu na naszą starą, niezapomnianą przyjaźń. Pewnie to mocno samolubny motyw z mojej strony, ale taka była prawda. Gdyby sprawa dotyczyła jakichś bezimiennych więźniów, obcych dla mnie ludzi, którzy nie przypominają mi samym spojrzeniem w moje oczy o utraconej przyjaźni, nie wiem, czy postąpiłbym tak samo - bo życie nie jest bajką, nie jest baśnią opowiadaną łagodnym głosem przez spokojnego lektora. Jest walką, którą musimy staczać dzień po dniu z przeciwnościami, którym musimy się postawić, żeby przeżyć, żeby przetrwać, żeby zasłużyć sobie na spokój.
-VVV-
Lotty, czując kotłującą się w jej ciele nerwowość, z oddechem balansującym na granicy tchórzostwa, wdrapała się na miękkich ze stresu nogach po schodach, kierując się do korytarza, gdzie masywny gargulec strzegł wejścia jak wrót do wielkiej, pokaźnej fortecy.
Lotty zmarszczyła czoło, błądząc wzrokiem po obliczu nieruchomego posągu.
— Eee, mogę wejść? — zapytała niepewnie.
— Nie bez hasła, młoda damo — odpowiedział gargulec, zwracając ku niej spojrzenie kamienia.
Lotty poczuła się mile połechtana za nazwanie jej: „młodą damą", nawet jeśli słowa wyszły z ust kamienia. Otworzyła usta, mając zamiar argumentować, ale zanim jakiekolwiek słowo wyszło przez jej gardło, zza jej pleców rozległ się surowy, niemożliwie układny głos:
— Na szczęście ja nie muszę go podawać.
Lotty obróciła się szybko, żeby natrafić spojrzeniem na lustrujące ją z góry, oceniające oczy dyrektorki, przywodzące jej na myśl migoczące chytrze oczy kota zerkającego na świat spośród ciemności.
— Dzień dobry, pani dyrektor — odezwała się Lotty, czując dziwne wiercenie wewnątrz brzucha, jakby po jej żołądku kursowało stado motyli. — Mam... mam do pani sprawę. Prośbę właściwie.
McGonagall uniosła cienkie brwi na czoło, co nadało jej niemożliwie surowej aparycji, ale bez słowa wskazała jej zapraszającym gestem dłoni przejście. Gargulec przesunął swe kamienne oczy ku dyrektorce i nic nie mówiąc, otworzył przejście do gabinetu.
— Proszę — skinęła jej głową dyrektorka, przepuszczając ją na schodach.
Lotty, nerwowo przełykając ślinę, czując się tak, jak czuła się tylko przed pierwszą nocą, jaką miała spędzić z klientem, podążyła po wysuwających się schodach, zmierzających kręto ku jakiejś wyższej kondygnacji.
— Kawy, herbaty? — zapytała dyrektorka, kiedy przekroczyły próg gabinetu, wskazując jej ruchem głowy, aby usiadła.
— Eee, soku z dyni — odetchnęła głęboko Lotty — poproszę — zreflektowała się, choć McGonagall nie dała jej wcale do zrozumienia, że jej kultura osobista kuleje.
Lotty usiadła, nerwowo rozglądając się po gabinecie, na miejscu dla gości przy wielkim, dyrektorskim biurku, ledwo rejestrując wystrój pomieszczenia. Kiedy szklanka pojawiła się na blacie tuż przed nią, złapała ją i zaczęła żłopać napój, jak po długotrwałym wysiłku, ale ten wcale nie okiełznał jej niespokojnego z nerwów żołądka.
Odetchnęła głęboko, obracając pustą szklankę w dłoni. McGonagall zasiadła naprzeciw niej i wyprostowała elegancko plecy; jedynie jej wysoko uniesiona brew wskazywała na to, że wyczekuje jakiegoś wytłumaczenia tej niespodziewanej, niezapowiedzianej wizyty.
Lotty odstawiła szklankę na stół i składając dłonie na kolanach, ze zdenerwowania skubiąc palcami jednej dłoni paznokcie drugiej, spojrzała szybko w zielone oczy dyrektorki.
— Chciałabym skończyć szkołę — powiedziała cicho, jakby zdradzała jakiś wielki, wstydliwy sekret i poprawiła się niespokojnie na krześle. — Chciałam... zapytać albo... albo poprosić, czy... — zacięła się, słysząc, jak nieskładnie brzmią jej nerwowo wyrzucane z ust słowa. Spuściła wzrok na blat stołu.
— Tu, w Hogwarcie, możemy zapewnić pani stypendium socjalne, panno... — zawiesiła kulturalnie głos.
Lotty odchrząknęła i zerknęła niepewnie w jej twarz.
— Brown — powiedziała cicho. — Judith Brown.
— ...panno Brown — dokończyła McGonagall, jak gdyby nigdy nic, a Lotty pomyślała o tym, jak dziwnie to brzmi - to grzecznościowe wyrażenie. Uśmiechnęła się, choć jej uśmiech musiał bardziej przypominać krzywy grymas, bo McGonagall przechyliła głowę i zapytała: — Czyżbym źle usłyszała nazwisko?
Lotty odetchnęła chwiejnie.
— Nie — pokręciła głową i podniosła na nią wzrok. — To tylko... Nikt nigdy nie nazwał mnie: „panną Brown", to... chyba będę musiała do tego przywyknąć — uśmiechnęła się nerwowo.
McGonagall zmierzyła ją trudnym do interpretacji spojrzeniem.
— Istotnie, panno Brown — skinęła głową dyrektorka. — Jeszcze jednego soku z dyni?
— Nie, nie, dziękuję — potrząsnęła głową Lotty i odetchnęła głęboko.
Dyrektorka splotła dłonie na blacie biurka.
— Oczywiście będzie pani musiała przejść przez Ceremonię Przydziału. Proponuję, by zaczęła pani uczęszczać do nas od przyszłego semestru. Do tego czasu będę panią zapraszać na herbaty kilka razy w tygodniu w celu omówienia wszystkich formalności.
Lotty pokiwała głową i oblizała niespokojnie wargi.
— Panno Brown?
Uniosła pełen niepokoju wzrok na dyrektorkę, obawiając się, że zmieni ona zdanie, że powie, że nie mają dla niej miejsca, że przypomniała sobie o jakimś uczniu, z lepszymi dokumentami, z mniej wątpliwą przeszłością, któremu musi odstąpić miejsca, ale w oczach dyrektorki nie było wrogości - było za to jakieś dziwne, tchnięte niemą dumą ciepło, które sprawiło, że żołądek Lotty stanął w ogniu.
— Cieszę się, że zdecydowała się pani na tak poważny krok — pokiwała głową dyrektorka; w jej słowach był szacunek, którego się nie spodziewała, na który nie sądziła, że zasługuje. — Naprawdę — spojrzała jej w oczy — rada jestem, że się pani do mnie zwróciła.
Lotty uśmiechnęła się, ogarnięta nieoczekiwaną przyjemnością, czując wdzięczność wybuchającą gdzieś wewnątrz jej piersi, tłumiącą zżerający ją niepokój i ugaszający ogień niepewności.
Może jeszcze wydostanie się z toru, który sądziła, że jest jej przeznaczony na wieki. Może jeszcze wyjdzie na ludzi, otrze się o ucywilizowanie i zmieni na lepsze. Może jeszcze będzie wspaniale.
-VVV-
Sophie zamieniła głośne obcasy, którym zawsze towarzyszył dźwięczny stukot posadzki na płaskie baleriny, w których chodzenie przypominało jej dreptanie po jakimś ciężkim, twardym materiale - jej stopy nie mogły się odzwyczaić od wysokich obcasów zakładanych na codzień - i oblekła się w czarną, lnianą suknię o prostym kroju, sięgającą ziemi. Jej kroki, jak na jej rozum, zdawały się cięższe niż zazwyczaj, inne, nieporadne - jakby u nóg uwiązało jej kamienie, które wszędzie była zmuszona za sobą targać.
Weszła do szerokiej posiadłości, która zdawała jej się dziwnie cicha, bez melodyjnego, dźwięcznego głosu podśpiewującego stare, zarówno czarodziejskie, jak i te mugolskie, piosenki w akompaniamencie postukiwania czubka buta o podłogę. Odetchnęła głęboko, starając się uspokoić, ale zżerający ją od środka potwór ani myślał rozwiać się w powietrzu, zostawiając ją samej sobie. Wiedziała, że musi prezentować się dosyć marnie z pobladłą twarzą i śladami łez, których - jakkolwiek bardzo by się nie starała - nie była w stanie przykryć pod warstwą makijażu, które zdawały się zastygnąć na jej policzkach jak glina, jakby już nigdy nie miały opuścić jej twarzy. Sól zlepiała jej oczy, jakby dorobiła się zapalenia spojówek. Nie była w stanie patrzeć na siebie w lustrze - bo choć starała trzymać się prosto i robić dobrą minę do złej gry, nie mogła pozbyć się wrażenia, że wygląda na chorą i to na jakąś pasożytującą na niej, nieuleczalną chorobę.
Wiedziała, że wrócił z Hogwartu - wysłał jej sową lakoniczną wiadomość wyrażającą szczerą chęć spotkania, brzmiącą drętwo i oklepanie jak jakaś nudnawa formułka aktu prawnego. Kiedy ją czytała po raz pierwszy, nie dobrnęła nawet do końca, gdy wstała od stołu, przeszła wyprostowana, z wysoko uniesioną głową do łazienki i pochylając się nad muszlą, wyrzuciła z siebie wszystko, czego jej żołądek nie potrafił dłużej utrzymać w środku.
Kiedy weszła do pokoju, on już tam był. Stał przy oknie, plecami do niej, wpatrując się w szybę, a choć nie widziała jego twarzy, zdawał jej się starszy i bardziej mizerny niż kiedykolwiek wcześniej.
— Severusie — odezwała się cicho, nie pamiętając, kiedy ostatnio zwróciła się do niego pełnym imieniem.
Drgnął jak wyrwany z letargu i odwrócił się do niej. Coś ciężkiego o ostrych i wąskich jak szkło krawędziach stanęło jej w gardle i przesunęło się w dół przełyku.
Jego twarz była szara. Na brodzie utrzymywał się kilkudniowy zarost, a oczy były zaczerwienione i podkrążone, jakby nie spał od długiego czasu.
Tchnięta dziwnym odruchem podeszła do niego i objęła go mocno w pasie, kładąc otwartą dłoń gdzieś pomiędzy jego chudymi łopatkami. Czuła każdy jego oddech, poruszający jego klatką piersiową, nienaturalnie płytki, nienaznaczony zwyczajową siłą i pewnością siebie.
Kiedy ją wreszcie puścił, odwrócił głowę tak, że nie widziała jego oczu i wskazał jej dłonią szeroką kanapę.
— Co teraz — odchrząknęła, gdy jej głos zabrzmiał nienaturalnie chropowato; jej głowa pulsowała tępym bólem. — Co teraz zrobisz? — zapytała, nie patrząc mu w oczy.
Severus spojrzał na nią; wyraźnie czuła ciężar jego czarnych oczu przyklejonych do jej kości policzkowej. To było spojrzenie, w którym kiedyś utonęła, to było spojrzenie, na które dreszcz maszerował po jej odsłoniętym karku, w dół jej nienaturalnie sztywnego kręgosłupa.
— Odchodzę od stanowiska rządzącego. Wczoraj...
— Tak, wiem — przerwała mu, zmuszając się do tego, aby spojrzeć mu w twarz. — Słyszałam. Trąbią o tym w każdej gazecie w kraju — westchnęła ciężko — ale nie o to mi chodziło. Pytam, co zamierzasz dalej. Pytam...
— Nic nie zamierzam dalej — przerwał jej, wzruszając ramionami, odwracając wzrok ku ścianie. — Jestem za stary na to, żeby: „chcieć coś dalej", Soph. — Wzruszył ramionami, jakby pustka i bezład były najzwyklejszą rzeczą na świecie.
Sophie przełknęła ciężko ślinę i potarła palcami nasadę nosa.
— Życie będzie toczyło się dalej, wiesz, Sev? — wyszeptała, kręcąc głową. — I nie zatrzyma się w miejscu. Nawet dla ciebie.
Przycisnął chude, blade palce do czoła, jakby to promieniało bólem i odwrócił się do niej plecami.
— Wiec co zrobisz ty? — zapytał dziwnym głosem, niemożliwie płytkim, niemożliwie zapowietrzonym, niepasującym do jego zwyczajowego, głębokiego tonu.
Sophie ponownie odchrząknęła, aby przeczyścić sobie gardło - podejrzewała, że bez tego z jej zmarnowanego ciała (zmarnowanego życia) nie wydostałby się nawet najlżejszy dźwięk.
— Przejmuję bar — pokiwała głową — po Aberforthcie. Spotkałam się już w tej sprawie z odpowiednimi ludźmi. Planujemy remont. Całkowitą modernizację. — Odetchnęła ciężko. — A potem zobaczę, co los przyniesie.
— Przejmujesz bar — powtórzył płytkim głosem, a słowa zawisły między nimi w powietrzu jak duszności.
— Tak, ja... — zamilkła i spuściła wzrok na posadzkę. — To chyba jedyne, na czym się znam — zaśmiała się głucho — nalewanie mężczyznom alkoholu do przezroczystych szklanek. Doprawianie lodem i cytryną. Serwowanie drinków z sokiem pomiędzy zakąską a seksem. Lloyd przykładowo uwielbiał Piña Coladę z rumem. To taki mugolski, ananasowy...
— Wiem, co to jest Piña Colada — przerwał jej Severus; na moment zapadła między nimi głucha cisza, przerywana jedynie ich niespokojnymi oddechami. — Będziesz z tą robotą szczęśliwa? — zapytał, a Sophie nie powstrzymała gorzkiego śmiechu, jaki wylał jej się przez usta.
— My, Severusie, nie musimy pałać dumą do rzeczy, w których się trudnimy — powiedziała na jednym wydechu. — Przecież jesteśmy tylko marionetkami w rękach przypadku. Przecież kształtują nas zdarzenia, które nie należą już do teraźniejszości. Nie muszę być szczęśliwa, Severusie, ale muszę na siebie zarobić. — Wzruszyła ramionami.
Oboje doszczętnie omijali kwestię, dla której naprawdę dane im się było dzisiaj spotkać - pogrzeb ich jedynej, piętnastoletniej córki, zakopanie jej w ciemnej, zimnej ziemi, pozostawienie robakom na pożarcie, opływowi czasu na starcie łagodnych rys z twarzy, wysuszenie gładkiej skóry, bakteriom na rozłożenie niewybrakowanego ciała na składniki proste.
„Poległa, szukając dnia wczorajszego" — wyrycie na marmurze i zagryzienie warg aż do krwi.
-VVV-
Cmentarz był cichy, niewielki i pełen granitu. Przy drodze wijącej się jak wąż pomiędzy nagrobkami z wątłych resztek bieli wystawały zlewające się kolorytem z podłożem przebiśniegi.
Kilka marmurowych nagrobków wyróżniało się spośród lasu granitowych płyt.
Sophie zmierzała powoli przy ramieniu Severusa ku jednemu z nich; jasnoszare linie przecinały biel jak mróz klejący się do szyby, malujący na niej zmyślne wzory. W rękach ściskała rozłożysty bukiet wrzośców, których dzbanuszkowate, fioletoworóżowe kwiaty łaskotały ją w nos. Lekki wiatr poruszał kwiatami, które drżały jak trącane niewidocznym gołym okiem zaklęciem. Ich subtelny, delikatny zapach koił nieznacznie jej rozkołatane serce piekące jak świeża rana.
Przed grobem ich córki, na wąskiej, metalowo-drewnianej ławce, siedział młody człowiek owinięty szczelnie ciemną, cienką peleryną. Nie zważał na to, że wiatr rozrzuca jego kołnierz, odsłaniając długą szyję, że wciąż dość chłodnawe powiewy rozdmuchują jego znów przydługie włosy, a te wpadają mu za okulary, łaskoczą nos i kleją się do warg.
Severus zatrzymał się, wpatrując się w samotną postać siedzącą bokiem w ich stronę, zdającą się ich jeszcze nie zauważyć. Sophie patrzyła na tego młodego człowieka, który - opierając łokcie na kolanach - siedział zgarbiony nad marmurową płytą. Jego usta poruszały się, jakby coś mówił, ale wiatr zagłuszał jego słowa z bezwzględną precyzją.
Odetchnęła głęboko, zaciągając się wiatrem wiejącym jej w twarz, pachnącym wrzosami.
— Daj nam chwilę, Severusie — powiedziała cicho, nie patrząc na czarnookiego i nie czekając na odpowiedź, ruszyła w stronę samotnego młodzieńca oddychającego pod wiatr.
Nie zauważył jej, póki nie położyła z delikatnością dłoni na jego chudym, zgarbionym ramieniu. Drgnął, jak człowiek wyrwany z niespokojnego snu i obrócił głowę, by na nią spojrzeć.
Sophie - spoglądając w jego bladą twarz - pomyślała, że żaden młody człowiek nie zasługuje na to, żeby spustoszeć od środka, jakby jego życie nie miało żadnego celu, żadnej przyszłości. Patrzył na nią przez chwilę tymi zielonymi, nieobecnymi oczami, jakby jej nie rozpoznawał; a potem - jak tchnięty jakąś nagłą myślą - wstał pospiesznie jak człowiek przyłapany na niemoralnym postępku. Jego twarz była twarzą kamienia.
Skłonił się przed nią z niesamowitą elegancją, a jego ruchy były tak płynne i tak swobodne, jakby czynił to na co dzień, zamiatając wytwornie własną peleryną. Jego oczy były tak puste, kiedy unosił na nią wzrok, że Sophie poczuła, jak coś silnego ściska ją za gardło. Odetchnęła głęboko jedynie po to, by sprawdzić, czy wciąż jest w stanie oddychać.
Harry wykonał taki ruch, jakby chciał odejść, ale Sophie wstrzymała go, chwytając za łokieć.
— Nie, zostań — poprosiła cicho, kładąc sobie kwiaty na ramieniu. — Usiądź ze mną.
Uśmiechnęła się, choć w jej uśmiechu więcej było smutku, niż czegokolwiek innego i podeszła do grobu, składając bukiet wrzośców na chłodnym marmurze.
Harry nie usiadł pierwszy, czekał, aż ona to zrobi.
Sophie zaśmiała się pusto i zajęła miejsce po lewej stronie ławki, składając lekko zziębnięte dłonie na podołku.
— Jesteś prawdziwym dżentelmenem, Harry — odezwała się, patrząc, jak przysiada po przeciwnej stronie ławki, obserwując ją tym drętwym spojrzeniem posągu z kamienia — takim, jakich niewielu w tych smutnych czasach. — Oblizała wargi, nie dbając o to, że wiatr wysuszy je najpewniej na wiór. — Nie jestem zaskoczona tym, że Katrina oszalała na twoim punkcie.
Zamknął oczy, jakby go zraniła i odwrócił głowę. Wiatr wwiał mu włosy w oczy, na moment przysłaniając jego nieruchomą dotychczas twarz, przez którą przemknął przebłysk dziwnej trwogi zmieszanej z chłodną udręką.
Odetchnęła głęboko, spoglądając na wyryte w płycie nagrobnej epitafium.
— To nie była twoja wina, Harry — powiedziała cicho — chciałam, żebyś to ode mnie usłyszał. Chciałam, żebyś to zrozumiał... tak, to przede wszystkim — pokiwała głową nie bez zastanowienia, czując jak ta ciąży jej w kierunku ziemi, jakby na karku trzymała tonowy ciężar. — Chcę, żebyś zrozumiał, że to nie była twoja wina. — Miała zamiar powiedzieć coś więcej, ale nie zdołała, bo coś ciężkiego zatamowało wylot jej gardła.
Harry nie odpowiedział, wciąż zwrócony w tę samą stronę, nie siląc się, by zerknąć w jej kierunku, a Sophie odebrała wreszcie lekcję o tym, że kamienie nie przemawiają.
Patrzyła na niego długo, spodziewając się, że może cisza zmusi go do wypowiedzenia na głos własnych myśli, ale on nawet nie drgnął, nawet na nią nie spojrzał, milcząc jak zaklęty.
Poruszył się dopiero wówczas, gdy zbliżył się do nich Severus; gula w gardle Sophie urosła do pokaźnych rozmiarów. Wciąż nic nie powiedział, ale podniósł się z ławki i uniósł na niego wzrok, bez mrugnięcia patrząc mu w oczy, a do Sophie nagle dotarło, że ta dwójka nie potrzebuje najmniejszych słów, aby się nawzajem zrozumieć. Poczuła gorące łzy sunące nieprzerwanymi strugami po jej wychłodzonych policzkach, dusząc się zapachem wrzośców unoszącym się w powietrzu jak kadzidłowe dymy, kiedy spoglądała na tych dwóch ludzi wyciosanych z kamienia - Harry'ego i Severusa - stojących naprzeciw siebie jak lustrzane odbicia, noszących w sobie niedokładnie, licho zabliźnione rany, które wyrządziły im dwie, wielkie wojny, a których nie sposób dostrzec, patrząc jedynie powierzchownie.
A potem, powoli - jakby na palcach - Severus zbliżył się do Harry'ego jak przesuwający się wierzchołek lodowej góry i nic nie mówiąc, ścisnął obiema dłońmi jego chudą, nienaturalnie pobladłą dłoń.
Kamień przykrywający twarz Harry'ego pękł na drzazgi i Sophie - dusząc się w sobie - pomyślała, jakie to strasznie dziwne - spoglądać na łzy posągu.
-VVV-
Zawsze był silnym człowiekiem. Przenikliwym. Odważnym. Przebiegłym. Zasiadł u szczytu władzy tuż po wielkiej, czarodziejskiej wojnie. Och, oczywiście, przecież to nie on sam zagarnął sobie to stanowisko. Nie, jego wybrała Magiczna Anglia. Dḗmos Krátos. Rządy ludu. Od demokracji do dyktatury niedaleka droga. Dlaczego ludzie go wybrali? Bo dawał złudne wrażenie ofiarowania azylu nam - czarodziejom z wojennymi przeżyciami. Bo zapewniał, że bezpieczeństwo społeczeństwa jest dla niego najważniejsze, pierwszorzędne. Dawał nadzieje na dostatnie życie powojennemu państwu, które jedną nogą było już u progu kolejnej wojny, zobowiązywał się do niedopuszczenia nas - wszystkich czarodziejów, bez względu na status krwi - do kolejnego, wielkiego chaosu.
Co w obrazie Snape'a, który widział się nam - czarodziejom Magicznej Anglii - było najgorsze?
To, że po Drugiej Wojnie Czarodziejów to ja byłem tym, który krzyczał najgłośniej, że Snape zasługuje na wszelkie honory. Snape - bohater. Snape - heros. Snape - najodważniejszy człowiek, jakiego znałem. Zapewniłem mu solidny grunt pod jego rządy na długo przed tym, jak zaczął tego ode mnie wymagać.
Prawdziwy zakres jego władzy wyłonił się spośród mgieł na samym końcu - kiedy mugolska broń biologiczna została przez nas zabezpieczona, kiedy pokazaliśmy, na co stać zjednoczonych czarodziejów. Kiedy zginęła Katrina.
Najpierw wyciekły dokumenty.
Mówił mi, że nie przyczynił się do zamknięcia czarodziejskich obywateli w mugolskich więzieniach, ale owszem - zrobił to. Kiedy zamykam oczy i tonę w ciemności pamiętam to wszystko jak dzisiaj - zapewniał mnie, zapewniał, że nie położył ręki na aresztowaniu przez władze mugolskie Molly Weasley. I nie kłamał - to aresztowanie, jako jedno z nielicznych, wyszło z inicjatywy mugoli. Z ich własnych motywów. Z rzetelnego działania ich siatki szpiegowskiej. Tak, jak kilka innych aresztowań - przede wszystkim tego, dokonanego na Narcyzie Malfoy. Naczelnik tamtego mugolskiego więzienia chciał mieć najmocniejszego haka na czarodziejski system, jakiego tylko zdołałby chwycić. Nie wystarczyła mu Sophie Fisher - nie dlatego, że podejrzewał ją o szpiegostwo, o nie, zwyczajnie uważał ją za niegroźną, kusą kretynkę, widział ją tak, jak chciała, aby ją widział. Jej wizerunek w jego oczach był taki, jaki ona sama starała się przed nim kreować, jaki starała się utrzymać. Nie uważał Sophie Fisher za nader kompetentną, lecz przekazała mu ona tyle - na pozór nieistotnych - pomniejszych informacji (musiała w jakiś sposób utwierdzić się na swojej pozycji wiernej kochanki), że aresztowanie Narcyzy Malfoy samo nasunęło mu się pod nos. A Lucjusz Malfoy był grubą rybą - grubą rybą dyndającą na haczyku wędki Lloyda, trzymaną za pośrednictwem pani Malfoy na bardzo krótkiej smyczy.
Z tych aresztowań zaśmiewała się Fortuna, nie szczędząc sobie szyderstwa.
Inne porwania czarodziejów i osadzenia ich w mugolskim więzieniu - jak ujawniły dokumenty, które wyłoniły się z nicości po tym, jak Snape poddał się do dymisji, miały w sobie mniej przypadkowości, niż mogło nam się wydawać.
Nie wiem, czy tego żałował, czy nie, nie wiem, czy zrobił to z własnej pychy, czy były ku temu jakieś inne powody.
Wiem za to, że kochał swoją córkę, mocno, najmocniej na świecie i w chwili, w której ją stracił, nie obchodziło go dłużej to, co pomyśli o nim świat, jakie brudy wyciągną o nim z szafy czarodziejscy obywatele Anglii, co wypłynie spod morza zapomnienia, spod morza tajemnicy, spod morza zagłuszonych spraw i przekrętów. Chciał władzy i dostał władzę - władzę, która go pokonała, którą nie potrafił sterować, która bardzo szybko zawróciła mu w głowie i być może to do niego dotarło, nie wiem, być może w momencie, w którym nowy Minister Magii - a może nie: „nowy", a: „przywrócony" - Kingsley Shacklebolt, otworzył procesy mające skazać dyktatorów i ludzi, którzy przyczynili się do ich zakresu władzy - a siatka ta okazała się wcale nie taka mała i nieznaczna - zrozumiał, że samemu sobie wykopał ten grób, że otrzymał berło, które zhańbił, które zanurzył w błocie - bo mógł, bo nikt nie śmiał go zatrzymać.
Nie skazali go na Azkaban - choć chcieli - nie pozwoliłem na to, ja - głupiec, który wciąż pamiętał szpiega kłamiącego w żywe oczy Lordowi Voldemortowi, który pamiętał mężczyznę klęczącego na kolanach przed Albusem Dumbledorem i błagającego: „chroń ją". Dostał areszt domowy pod nadzorem aurorów - i to ja ich wybrałem, wybrałem tych, którzy nie nadużyją swojego stanowiska, a sam odsunąłem się daleko, choć obserwowałem z oddali, czy w stosunku do Severusa Snape'a nie łamią żadnej etykiety, gotów zareagować na każde odstępstwo od normy.
W ten sposób upadła - jak domek z kart - powojenna dyktatura Severusa Snape'a.
