.

Epilog

Tulę Ciebie do serca

.

Napisałem Ci, Katrino, list, ale potem go wyrzuciłem, bo wydał mi się strasznie monotonny, więc teraz piszę drugi, bez tych oklepanych zwrotów i koniecznych sformułowań, bo wiesz, tego pierwszego nie wiedziałem nawet jak zacząć, wyrażenie: „Droga Katrino!" wydało mi się jakieś nie na miejscu, a kiedy napisałem: „Kochana!" to aż ścisnęło mnie w żołądku i wreszcie przestraszyłem się, wyobraź sobie, że nigdy tego listu nie napiszę; ale musiałem go napisać, Katrino, nie tyle: dla Ciebie, ile: dla nas. Widzisz, nawet nie potrafię jasno i krótko opisać tego, co chciałbym Ci powiedzieć, a te moje zdania są rozwlekłe jak jakieś węże, uśmiałabyś się, gdybyś to zobaczyła, naprawdę. W tym pierwszym liście napisałem, jak bardzo wdzięczny jestem, że mogłem Cię poznać, ale potem na to spojrzałem i pomyślałem, że brzmi to jeszcze bardziej oklepanie, niż: „Droga Katrino!" i - nie uwierzyłabyś - ale bliski byłem kapitulacji, ja, który w dwóch wielkich wojnach walczyłem tak wytrwale, aż do końca. Jednak listy to nie jest moja domena, jakiś zlepek słów i - śmiechu warte! - piszę je ciągiem, jak analfabeta i jest mi strasznie przykro, bo nie mogę Ci powiedzieć, jak bardzo Cię kochałem w pięknych, kwiecistych zdaniach - jak chciałbym to zrobić. Kochałem - napisałem, ale to, jak mi się zdaje, jedynie nędzna próba akceptacji wszystkiego, co się stało, bo ja, Katrino, nie potrafię przestać Cię kochać, bez względu na to, jak mocno się staram. Choć może te moje listy to jakaś forma wstawania do życia, bo gdyby nie one leżałbym tylko w łóżku, w niesamowitym barłogu i liczył muchy na suficie, i nie przeżywał niczego, nie tak naprawdę, tylko przechodził przez życie, jakby to było jakimś nadmorskim deptakiem, o który dziennie przytupuje tysiące stóp, nie zważając nawet na to, na czym tak właściwie stają. Chciałbym Ci jakoś pięknie, poetycko napisać, jak kochałem, kiedy tańczyłaś w starym salonie Blacków do tych dawno zapomnianych przez resztę świata kawałków, które wypluwał chwiejnie tamten przestarzały gramofon, kiedy śmiałaś się tak absurdalnie głośno, pokazując przy tym wszystkie zęby, kiedy się malowałaś tą czerwoną szminką, którą zabrałaś swojej mamie, kiedy żyłaś, tak bardzo po swojemu, a tak mało przejmując się tym, co myśli o Tobie cały, wielki świat i w końcu - jak dzielnie walczyłaś w tej ostatniej bitwie, której się całkowicie oddałaś, ale - widzisz - nie potrafię tego ubrać w żadne kwieciste słowa. Nie wiesz nawet, jak puste stało się to moje życie - teraz, kiedy nagle Cię zabrakło. To tak, jakby pozbawiono mnie czegoś, co je wypełnia, co nadaje mu barw albo znaczenia i nie wiesz nawet, ile razy zabierałem się do napisania Ci tego wszystkiego, ile razy podnosiłem i odkładałem pióro, ile razy maczałem je w kałamarzu. Jutro położę Ci ten list (albo raczej - chaotyczny zlepek słów) tam, na marmurze, pod wrzosami i mam nadzieję, że gdziekolwiek jesteś, dotrze to do Ciebie jakoś przez ten marmur, przez ziemię albo przez gwiazdy. I proszę, wybacz mi ten analfabetyzm - to strasznie trudne, pisać o miłości, kiedy umierasz przez nią. Wiesz, Katrino, to moje powojenne, spokojne, wymarzone życie ma wielką, ogromną wadę, obok której nie można przejść obojętnie - nie ma Cię w nim ze mną.

Tęsknię strasznie za Tobą, tak strasznie, jak nawet nie podejrzewałem, że potrafię, choć to pewnie tylko puste słowa.

Zawsze Twój,

Harry.

.

Chciałbym coś wreszcie poczuć

Do skóry, do kości, do kosteczek

Do ości, do osteczek, do chrząstek

Chciałbym poczuć Ciebie

Katrina, Katrina, Katrina, Katrina

Ja ciągle wołam Cię pod wiatr

Katrina, Katrina, Katrina, Katrina

Jutro się kończy świat*


*Piotr Rogucki