Prolog
Padał śnieg, a uczniowie Hogwartu wyglądali zafascynowani przez okna, wyczekując końca zajęć, by nareszcie wybiec na zewnątrz i rozpętać wielką bitwę na śnieżki. Nawet zazwyczaj poważni Ślizgoni nie mogli doczekać się, aż nawcierają Gryfoną śnieg w twarz. Wyjątkiem od tego był Tom Riddle, uczeń szóstego roku, spokojnie przemierzający korytarze placówki. Błyszcząca odznaka prefekta była dopięta do idealnie wyprasowanego zaklęciem mundurka, a włosy misternie ułożone za pomocą żelu "Ślizgon poleca". Niebieskie oczy błyskały złowrogo, a tańczyły w nich iskierki złości. Wszystko szło nie tak jak trzeba.
Wprawdzie poszukiwania Komnaty Tajemnic szły coraz lepiej, a jego ideologia przyciągała coraz więcej wyznawców, to jego parszywy humor miał uzasadnienie.
A problemem jest jedna sytuacja. A właściwiej jedna osoba. Jeszcze właściwiej: jedna osoba, która wywołała pewną sytuację.
Lizzy Armstrong, siedemnastoletnia puchonka, która jest szefową jego fanklubu. Upierdliwa, irytująca i cholernie zakochana w nim. Wrzód na jego idealnej dupie.
Skręcił w prawo, w lewo i znowu w prawo, po czym przystanął przed pozornie nie wyróżniającą się ścianą i wypowiedział hasło:
— Druzgotki.
Rzucił okiem na pokój wspólny, nie zauważając tam niczego ciekawego, gdy przed nim pojawiła się młodsza ślizgonka. Była afroamerykanką, a czarne lokowane włosy spieła w kucyka. Czekoladowe oczy patrzyły dumnie w jego twarz, duże usta miała pomalowane czerwoną szminką. Była pulchna, ale tylko dodawało jej to uroku.
— Tom Riddle? Profesor Slughorn woła cię do siebie. Podobno zachowałeś się skandalicznie i teraz chce o tym z tobą porozmawiać — wyrzuciła z siebie po czym uciekła spłoszona jego spojrzeniem i aurą wyższości. Chłopak spodziewał się, że ta jędza nakabluje. Była świetna z eliksirów, a Horacy bardzo ją lubił.
Czas na zemstę Riddla.
