Od tłumaczki: Opowiadanie jest tłumaczeniem „Kinship" autorstwa Botosphere, które istnieje w oryginale w serwisie (s/5464237/1/Kinship). Wszelkie prawa autorskie należą do niej, oczywiście prócz tych do całokształtu „Transformers" należącego do Hasbro.
From translator: This is the translation of 'Kinship' by Botosphere, which can be found in English on this website (s/5464237/1/Kinship). She has all copyrights for this story, with the exception of the world of 'Transformers', which belongs to Hasbro.
Od tłumaczki: Wesołych Świąt i zapraszam na nowy rozdział :)
Rozdział 3: Człowiek
Kiedy znaleźliśmy się przy najbliższej windzie, Lennox wręczył mi zwitek papieru.
- Nazwiska i twarze członków Rady Bezpieczeństwa ONZ, z którymi będziesz się widział tego popołudnia. Szybko się ich naucz.
Huh. Aż do dzisiaj nawet nie słyszałem o tej organizacji.
- Więc… kim dokładnie są ci ludzie?
Will przewrócił oczami na moją ignorancję.
- Reprezentanci najpotężniejszych światowych nacji. Do niezmiennych członków należy Ameryka, Anglia, Francja, Chiny oraz Rosja i…
- Francja?
Wzruszył ramionami.
- Nie mam pojęcia. Tak czy inaczej mamy pięć stałych nacji oraz kolejnych dziesięć, wybieranych regionalnie. Dostali skrót informacji na temat Transformerów, Upadłego oraz Gizy. Nie powinni zadawać ci żadnych pytań dotyczących bitwy – od tego ja jestem. Twoim głównym zadaniem jest reprezentacja Autobotów.
Taa, to jest to, na co – nie tak naprawdę – się pisałem. Ale wtedy dotarło do mnie, co powiedział.
- Głównym?
- Będą zainteresowani również tobą.
Ciężko westchnąłem, na co Lennox szturchnął mnie lekko łokciem.
- Przeżyłeś, by móc o tym opowiedzieć, dzieciaku. Dziękuj za to niebiosom.
- Jasne.
Nie miałem jeszcze żadnego doświadczenia w sprawach międzynarodowych. Pierwszy dzień po bitwie - nie licząc kilku godzin, podczas których podzieliłem się ze znajdującymi na statku skrótem najważniejszych informacji – spędziłem głównie na dochodzeniu do siebie. Większość drugiego dnia także zleciało mi na tym samym – rano odbyłem wideokonferencję z osobistościami rezydującymi w Pentagonie, a po południu i wieczorem robiłem to samo lokalnie. To może być interesujące – pomyślałem, gdy wkroczyliśmy do pokoju.
I to było interesujące, na smutno znajomy sposób. Po wymianie kilku uprzejmości spotkanie szybko przerodziło się w odzwierciedlenie corocznej rodzinnej kłótni przy stole w trakcie Święta Dziękczynienia, poza tym, że ci ludzie przenieśli ją prawie na poziom dzieła sztuki. Wszyscy usiłowali udowodnić swoją rację, nie za bardzo przejmując się wysłuchaniem opinii pozostałych – czyli tak, jak w rodzinie Witwickych, ale w zwolnionym tempie, ponieważ musieliśmy czekać na tłumaczy. Zadano mi parę pytań, głównie w stylu „czy przebywanie w pobliżu maszyn nie przyprawia mnie o dreszcze?". Nie miało znaczenia, ile razy im powtarzałem, że uważam Autoboty za swoich przyjaciół - słowa te i tak padły we wszystkich możliwych językach. Gdybym tej nocy nie wziął swojej porcji leków, prawdopodobnie miałbym koszmary o dręczeniu mnie pytaniami, na które nie znałem odpowiedzi. Definitywnie nie zapomnę o pigułkach.
Spotkanie z Kolegium Połączonych Szefów Sztabów – KPSS, Lennox mnie ciągle poprawiał – było trudniejsze, i to wcale nie dlatego, że przez drugą jego połowę musiałem sobie radzić sam. Zamiast traktowania mnie jako ciekawostkę, chodziło im o szczegóły, zwłaszcza w związku z Alice. Autoboty powiedziały im, że prawdopodobnie należała do Pretenderów – określenie to było dla mnie czymś nowym – a KPSS chcieli wiedzieć o wszystkim, co tylko zdołałem zapamiętać. Gdzie się spotkaliśmy, co mi powiedziała, jak wyglądała po transformacji. Ani jedno przyjemne wspomnienie. Nieważne, z jakiej perspektywy.
W końcu jeden z generałów – w tamtej chwili już poddałem się w kwestii tłumaczenia, kto jest kim – podniósł kartkę papieru.
- Pan Spitz powiedział, cytuję „… ta Alice wylizała mu migdałki. Absolutnie zgwałciła mu usta." Czy mógłbyś się rozwinąć?
Aa!
- Nie za bardzo. Przedstawiłem Mikaeli dość zbliżony opis.
- Wyraził niepokój… - znów przeczytał znajdujący się przed nim tekst – "obrzydliwym, rozwijającym się w jego brzuchu kosmitą albo coś w tym stylu."
Znów zwalczyłem odruch wymiotny. Tak bardzo zamierzałem zabić Leo. Moglibyśmy to tak upozorować, by wyglądało na robotę Decepticona…
- A teraz, synu – kontynuował wojskowy. – Rozumiem, że to dla ciebie trudne, ale porozmawiajmy o mechanice. Jak głęboka BYŁA ta penetracja przełyku?
- Ratchet wykonał pełen skan diagnostyczny, proszę pana. To jego proszę pytać. Brutalne wepchnięcie sondo-bota do mojego nosa było już wystarczająco paskudne – nie istnieje żadna opcja, by jeden z nich przyszedł na świat w ten sposób. Koniec historii.
- Zatem – rzekł z uśmieszkiem kolejny generał – myślę, że to ostatnie nasze pytanie na ten moment. Jutro jednak znów będziemy chcieli się z tobą spotkać.
Tym pozytywnym akcentem zakończyliśmy spotkanie i wyrwaliśmy się na obiad. Oczywiście.
Kapitan Wilder i kilkoro jego doradców zahaczyli mnie po drodze.
- Zapraszam ze mną. Dołączymy do moich oficerów oraz Admirała Blacka w stołówce kapitana.
- Nie – po dotychczasowych kilku spotkaniach, ponowne znalezienie się w pobliżu tego człowieka będzie za bardzo testowało moją samokontrolę.
Kapitan obdarował mnie zaskoczonym spojrzeniem.
- Słucham?
Nie miałem zamiaru powiedzieć tego tak ostro. Spróbowałem raz jeszcze.
- Jeżeli nie masz nic przeciwko, wolałbym zjeść razem z moimi przyjaciółmi.
Wilder nagle się uśmiechnął.
- Nie mam nic przeciwko, aby do nas dołączyli.
- Bardzo dziękuję za zaproszenie, ale marzę o zwykłym posiłku. Przez ostatnie trzy dni nie robiłem nic innego, prócz znajdowania się na widoku, bycia ciągle zaczepianym i przesłuchiwanym. Chcę tylko być dzieciakiem, który zje obiad wspólnie z jego dziewczyną i współlokatorem. Bez urazy.
Mężczyzna lekko przytaknął.
- Zawodzisz mnie, synu, ale rozumiem.
- Dziękuję, proszę pana. Może następnym razem.
- Jak tylko będziesz miał sekretarza, od razu rezerwuję z tobą posiłek – odpowiedział z udawaną powagą.
- Zdobędziesz mi sekretarza, to z radością to zrobię.
- Umowa stoi. Smacznego.
- Dzięki. Tobie też.
Kierując się w stronę stołówki, odblokowałem telefon tylko po to, by zaraz zdać sobie sprawę, że komórka Mikaeli także nie przeżyła tunelu czasoprzestrzennego, a ja osobiście rozwaliłem tą należącą do Leo. Nie mogłem sobie przypomnieć, czy Simmons coś takiego posiadał, zaś Decepticony pozbyły się telefonów moich rodziców. Cholera!
Obracając się na pięcie, pobiegłem z powrotem do Wildera.
- Kapitanie? Proszę pana?
Odwrócił się, najwyraźniej już mając nadzieję.
- Zmieniłeś zdanie?
Zawstydzony, lekko spuściłem głowę.
- Po prostu się zorientowałem, że nie mam jak kogokolwiek odnaleźć. Czy moglibyśmy… sam nie wiem… wezwać ich albo coś w tym stylu?
- Ludzie w Departamencie Komunikacji są tymi, kogo potrzebujesz – zwracając się do jednego z towarzyszy, rzekł: - Zaprowadź go tam.
- Tak, proszę pana.
Podążyłem za nim wzdłuż korytarza. Więc. Nareszcie. Szansa, by spotkać złych ludzi, którzy rujnowali moje życie. Miałem im coś do powiedzenia.
Wprowadzając mnie do pokoju pełnego paneli z przełącznikami oraz komputerowymi konsolami, mój przewodnik zawołał:
- Ensign Park!
Park podniósł wzrok i, po tym, jak mnie zauważył, ochoczo do nas dołączył.
- Pan Witwicky.
- Czy to ty odpowiadasz za mój plan? – upomniałem się.
- Tak, proszę pana. Nadzoruję go.
- W takim razie ty i ja musimy porozmawiać. Wiem, że jesteś zalewany wiadomościami z całego świata od ludzi pragnących upolować dla siebie fragment mojego czasu, ale potrzebuję przynajmniej jeden posiłek dziennie z moimi przyjaciółmi i rodzicami. Mikaela Banes i Leo Spitz i Simmons. I Lennox i Epps, jeżeli możesz to jakoś ustawić. Pragnę odrobiny normalności. Jestem tylko człowiekiem, a nie mam nawet chwili wytchnienia.
Prostując się, posłusznie odpowiedział:
- Tak, proszę pana.
Wow. Czy to aż tak proste? Powinienem to już dawno zrobić.
- Chcę również, byś wpisał do stałego harmonogramu wieczorne spotkania z Optimusem Primem. Najlepiej na pasie startowym lotniskowca.
- Optimus Prime, proszę pana?
Och, na litość boską!
- Tak. Optimus Prime. Duży, niebiesko-czerwony Autobot. No wiesz, ten, który ocalił planetę?
- Och. Nie zdawałem sobie sprawy, że to mogłoby chcieć… tak, proszę pana.
Prawdopodobnie to nie było dla niego fair, ale miałem już serdecznie dosyć tych całych „maszyn".
- On – straciłem nad sobą panowanie. – Optimus Prime jest osobą. Mężczyzną – albo, przynajmniej, używał męskiego zaimka. – On. Jego. Jemu. Nie „to". NIGDY „to". Zrozumiano?
- Tak, proszę pana!
- I mówię to poważnie. Chcę, byś zawsze używał prawidłowego zaimka, a nie tylko, gdy jestem w pobliżu czy bezpośrednio się do niego zwracasz. Chcę, byś w każdej dziejącej się w Departamencie wymianie zdań mówił o nim, jak o osobie, a nie rzeczy. Jeżeli tylko usłyszę, że jest inaczej… więc… po prostu powiedzmy, że wiesz, z kim się zadaję i ktoś cię dorwie. Czy wszystko jasne?
- Jak słońce, proszę pana.
Skinąłem głową, usatysfakcjonowany, że przynajmniej ktoś zacznie traktować Optimusa chociaż z częścią szacunku, na który zasługiwał. Biorąc głęboki wdech, znów się odezwałem:
- A teraz – powodem, dla którego się tutaj znalazłem, jest to, że chcę spotkać się z moimi przyjaciółmi na obiad i nie mam zielonego pojęcia, gdzie się właśnie znajdują.
Żwawo przytakując, Park zaprowadził mnie do urzędniczki od spraw komunikacji. Albo może pracownicy? Coś takiego.
- Jefferson, pan Witwicky prosi jego najbliższych ludzi o natychmiastowe spotkanie.
Włączyła na swoim komputerze organizer.
- Pan i pani Witwicky i panna Banes przechadzają się po powierzchni lotniskowca – wymieniła, w międzyczasie notując coś na leżącej przed nią kartce. Wyciągając inny harmonogram, dodała: - Zarówno pan Spitz, jak i pan Simmons biorą udział w oddzielnych, uzupełniających poprzednie wypowiedzi sprawozdaniach.
- A co z Lennoxem i Eppsem? – zapytałem.
- Są na odprawie z ich jednostką.
- Okej. Chcę, by wszyscy prócz Lennoxa i Eppsa spotkali się ze mną na stołówce tak szybko, jak tylko będą mogli. Będę w pobliżu automatu z napojami.
- Tak, proszę pana.
Współpracownik Wildera już poszedł, tak więc już sam udałem się na miejsce spotkania. Zanim zdołałem zapełnić swoją tacę, usłyszałem wołanie mamy:
- Sammie? Sammie!
Byłem Samuelem Primem dla Autobotów i panem Witwicky dla KPSS, więc dlaczego nie mogła po prostu zawołać mnie „Sam", pomagając mi zachować choć odrobinkę godności? Odkładając jedzenie, odwzajemniłem jej niedźwiedzi uścisk.
- Hej, mamo.
- Już myślałam, że nie zobaczymy cię przez cały dzień – paplała. – Oni tylko ciągle nas porywają, by pokazywać nudne pistolety i tym podobne.
- Ha – zadrwił tata. – Podobało ci się, kiedy pozwolili ci usiąść w kokpicie tego wojskowego odrzutowca.
Zachłysnąłem się na mentalny obraz mamy jako pilota bojowca.
Na widok wyrazu mojej twarzy Mikaela wyszczerzyła się. Kiedy ją dostrzegłem, wszystkie moje problemy nagle gdzieś wyparowały.
- Hej, piękna.
- Hej, sławny – odparła. – Już zdążyliśmy zjeść, ale chcieliśmy choć chwilę z tobą posiedzieć.
- Dzięki – powiedziałem, znów podnosząc tacę. – Leo i Simmons także dołączą, o ile będą mogli.
- Twój ojciec też siedział w kokpicie – zaczęła mama, gdy zasiedliśmy przy pustym stole. – Zarówno w odrzutowcu, jak i helikopterze do celów medycznych. Szkoda, że nie mieliśmy ze sobą naszego aparatu!
W czasie, gdy oni opowiadali o swojej wycieczce, ja wchłonąłem swój stek z ziemniakami. Mikaela siedziała tuż obok, trzymając dłoń na moim kolanie. Takie zwyczajne przebywanie razem było miłą dawką normalności… no może poza gestem 'kaeli – to było wspaniałe. Przez chwilę zacząłem się zastanawiać, czy przed spotkaniem z reprezentantami NATO dalibyśmy radę wymknąć się w dwójkę do naszej kajuty. Zdecydowałem, że prawdopodobnie nie. Ten dzień był do bani. I wyglądało na to, że jutro czeka mnie powtórka z rozrywki, ale po chińsku.
- A jak twój dzień? – mama w końcu zapytała.
Kiedy odsunąłem od siebie tacę i skrzyżowałem ramiona na klatce piersiowej, spuściłem wzrok.
- Rano nie zjawiłem się na spotkaniu z Prezydentem, później zostałem potraktowany jak jakieś dziwactwo w cyrku przez Radę Bezpieczeństwa, a Kolegium Połączonych Szefów Sztabów dało mi prawdziwy wycisk. W tym tempie Autoboty szybko zwolnią mnie z funkcji ich ambasadora.
- Sam – powiedziała z powagą i stanowczością Mikaela. – Zrywam z tobą.
Parsknąłem, po czym wybuchnąłem śmiechem. Co za kobieta. Przypomniała mi, że przynajmniej ktoś uważał moją zdolność perswazji za wcale nie najgorszą. Unosząc głowę, zauważyłem, że szeroko się uśmiecha. Twarze moich rodziców przybrały identyczny wyraz przerażenia i niedowierzania, a Mikaela, kiedy też to dostrzegła, również się roześmiała. To tylko jeszcze bardziej mnie rozśmieszyło.
Kiedy w końcu byłem w stanie złapać oddech, lekko ją pocałowałem.
- Kocham cię, Mikaela Banes.
- Ja ciebie też kocham – odwzajemniła sentyment, po czym miękko dodała: - Robisz wszystko, co możesz i nikt nie oczekuje niczego więcej. I to nie są tylko puste słowa. Tego ranka wszyscy zeszliśmy do garażu Autobotów. Optimus i inni nie czują nic innego, oprócz wdzięczności.
Oczywiście, że tak było. W tej kwestii czasami mnie denerwowali.
Leo i Simmons dołączyli do nas, kiedy zabierałem się za swój deser – ciasteczka brownie.
- A ty nic nie dostaniesz! – zaczepiłem moją mamę. Przyrzekła, że nie ma pojęcia, o co mi właśnie chodzi, a my mieliśmy spory ubaw jej kosztem, kiedy opowiedzieliśmy Mikaeli o tamtych pamiętnych ciastkach z marihuaną. Czy to naprawdę wydarzyło się zaledwie tydzień temu? Mama najwyraźniej nic nie pamiętała i stwierdziła, że sobie to wymyśliliśmy. Leo, zdrajca, stanął po jej stronie. Odegram się na nim jeszcze zanim zejdziemy z tego statku. Już nawet wiedziałem, kto mi pomoże – o ile tylko uda mi się w końcu zejść do tymczasowego lokum Autobotów, by zamienić słówko z bliźniakami-terrorystami.
Simmons tylko potrząsnął głową, mamrocząc:
- Matki…
Zdecydowanie zbyt wcześnie zauważyłem jednego ze współpracowników Wildera, który właśnie zmierzał w naszym kierunku. Sprawdziłem czas na komórce Lennoxa. Za piętnaście trzecia. Koniec przerwy.
- Pora wrócić do sieczki – powiedziałem, po czym cmoknąłem mamę w policzek, a Mikaelę w usta, poświęcając jej ostatnie sekundy wolności. – Myślę, że tym razem spotkam się z jakimiś szychami z NATO. I jakoś wieczorem czeka mnie kolacja z Prezydentem Obamą. Nie wiem, kiedy znowu się zobaczymy.
- Och! – westchnęła mama. – Czy możemy wpaść?
- Judy – zbeształ ją tata, podczas gdy ja pospiesznie odparłem:
- Wątpię, mamo. Ale się zapytam.
- Wezmę twoją tacę – zaczęła mnie wyganiać. – I powodzenia.
- Dzięki. Przyda się – biorąc głęboki wdech, wstałem i skierowałem kroki do wyjścia, spotykając się w pół drogi z wysłannikiem.
