Od tłumaczki: Opowiadanie jest tłumaczeniem „Kinship" autorstwa Botosphere, które istnieje w oryginale w serwisie (s/5464237/1/Kinship). Wszelkie prawa autorskie należą do niej, oczywiście prócz tych do całokształtu „Transformers" należącego do Hasbro.


From translator: This is the translation of 'Kinship' by Botosphere, which can be found in English on this website (s/5464237/1/Kinship). She has all copyrights for this story, with the exception of the world of 'Transformers', which belongs to Hasbro.


Od tłumaczki: Ho, ho, ho! Niespodzianka! Jako że mamy jeszcze Święta i chciałam w jakiś sposób wynagrodzić Wam opóźnienie w tłumaczeniach, zapraszam na jeszcze jeden rozdział tej znanej w anglojęzycznym fandomie historii. Jak zwykle mile widziane Wasze opinie :) Wesołych!


Rozdział 4: Przywódca

Kiedy szliśmy w kierunku wyjścia z hali, wysłannik zaskoczył mnie wręczeniem zapieczętowanej koperty. Od razu ją otworzyłem i wziąłem się za czytanie zawartego w środku pisma.

„Autoboty, chyba że znajdą się w towarzystwie Pana Sama Witwicky'ego, mają pozostać w obrębie wyznaczonej im przestrzeni. Mogą zachować w niej pełnię ruchu, jednak, NIEZALEŻNIE OD OKOLICZNOŚCI, zabrania im się używania holoformów. Pierwsze naruszenie tego warunku zaskutkuje całkowitą izolacją WSZYSTKICH na czas całej podróży." Podpisano przez Admirała Blacka.

Dobre wieści! Z usatysfakcjonowanym uśmiechem zwróciłem się do towarzysza.

- Jak wiele czasu pozostało do spotkania?

- Reprezentant Wielkiej Brytanii się spóźni, więc najszybciej rozpoczniemy o 15.30.

Uniosłem brew.

- W takim razie dlaczego tak szybko po mnie przyszedłeś?

- Nie przyszedłem. Admirał Black chciał, bym wręczył ci ten dokument.

Tęsknie rzuciłem okiem w kierunku stołówki, gdzie wszyscy w dalszym ciągu ze sobą rozmawiali, ale zdecydowałem, że to Autoboty powinny dowiedzieć się o tym jako pierwsze.

- W takim razie muszę się udać do hali Autobotów.

Mężczyzna skinął głową.

- Tędy, proszę pana.


Bumblebee czym prędzej podjechał do mnie w swoim alt-modzie, śpiewając zdecydowanie-zbyt-radośnie:

- „Good morning, good morning, the best to you each morning!"*

- Mamy popołudnie, Bee – zwróciłem uwagę, śmiejąc się z jego entuzjazmu, gdy z piskiem zatrzymał się zaledwie kilka centymetrów od moich stóp. – Dobre wieści, ludzie! – podniosłem kartkę. – Macie znów pozwolenie na transformację.

W mgnieniu oka znajdujące się wokół nas Transformery zaczęły zmieniać postać i się rozciągać. Wysłannik wycofał się o krok, ale nie zwróciłem na to uwagi. Zobaczenie tego widowiska po raz pierwszy na oczy było onieśmielające… a przez kolejnych dziesięć tysięcy po prostu niesamowite.

Optimus uklęknął tuż przede mną.

- Dziękuję, Sam.

- Przynajmniej tyle mogłem zrobić, a i tak to niewiele. Tylko kłóciłem się z admirałem. I przepraszam, że nie dotarłem tutaj tego ranka. Zwariowany dzień.

- Skądś to znam – odparł Prime z nutą rozbawienia w głosie.

Taa, założę się.

- A, tak. Tylko w ogóle nie używajcie swoich holoformów i nie wychodźcie beze mnie z hali i wszystko będzie dobrze. Pierwsze naruszenie tych zasad skończy się na waszym ponownym, kompletnym uziemieniu – lekko unosząc brew, dodałem: - Przepraszam, że w dalszym ciągu jesteście tak ograniczeni. Naprawdę nie powinniście być tak traktowani.

- Przekonywanie świata zajmie trochę czasu – rzekł lider Autobotów. – Rozumiemy to. Część ludzi nigdy nas nie zaakceptuje. Nie pozwól, by cię martwili. Na dzień dzisiejszy jesteśmy z tego zadowoleni.

Znów poczułem, jak przepływa przeze mnie fala złości. Wszyscy, poza nim, wymagali ode mnie konkretów.

- Czy istnieje coś, co w międzyczasie mógłbym dla was zrobić? Czy czegoś potrzebujecie?

- Coś, w co można by było postrzelać? – burknął Ironhide.

- Do tego mamy Skidsa i Mudflapa – rzucił Sideswipe z miejsca, w którym właśnie szlifował swoje ostrza.

Bliźniaki zaczęły głośno i żarliwie protestować, mówiąc coś niezrozumiale, na co ja przewróciłem oczami.

- Zgoda na wyrzucenie ich za burtę? – zapytał z nadzieją Jolt, rzucając w nich batem.

- Odmowa – odpowiedziałem z udawaną powagą. – Oberwiemy za śmiecenie.

Bumblebee przewrócił się ze śmiechu, a bliźniaki zaczęły wykrzykiwać w moim kierunku bluźnierstwa. Ach, dobrze było znaleźć się wśród przyjaciół. Zwłaszcza po trwającym trzy dni osaczeniu przez śledczych i dygnitarzy.

- Skoro nie mamy pozwolenia na holoformy – zaczął Ratchet, odciągając mnie na bok – w takim razie lepiej będzie, jeżeli już teraz wydam ci twoje tabletki na resztę dnia.

Westchnąłem z rezygnacją, po czym odwróciłem się plecami do entuzjastycznie przeklinającego rodzeństwa i, z Bee na naszych tyłach, podążyłem za nim do jego prowizorycznego bloku medycznego. Znajdował się tu wysoki stół – około dwa i pół metra od ziemi – na który medyk od razu zarzucił brezent. Z zainteresowaniem rzuciłem na niego okiem, ale Transformer nie powiedział ani słowa na temat projektu, nad którym najprawdopodobniej właśnie pracował. Zamiast tego podszedł do czegoś, co wyglądało jak szafka i wyciągnął z niej dwie niewielkie torebki. Po tym, jak zanotował coś na przytwierdzonych do nich etykietkach, wręczył mi je.

- Zażyj ten Ibuprofen o 17, a Lortab przed snem. I oczekuję, abyś tu rano się zameldował, zanim weźmiesz udział w następnych spotkaniach.

- Zrobię, co tylko mogę. Ale minęły już trzy dni, Ratchet. Jestem pewny, że nic mi nie będzie, jeśli pominę którąś z dawek.

Chrząknął.

- Twoi ludzie okazują wyjątkową niedbałość o twoje zdrowie. Nie idź za ich przykładem.

- Taa, więc… ochrzaniłem tych, którzy rezerwują zdecydowanie zbyt wiele spotkań ze mną w roli głównej. W przyszłości nie powinno to już być problemem. Mam nadzieję.

Raz przytaknął, krzyżując ramiona na klatce piersiowej, ulegając mi wbrew własnym osądom. Ponieważ byłem Primem.

Co właśnie mi o czymś przypomniało.

- Czy poczyniłeś jakieś postępy w swoich badaniach?

- Moje wstępne badania nie były rozstrzygające. Potrzebuję jeszcze kilku dni, zanim będę w stanie coś polecić.

- Okej. Ale nie zamierzam pozwolić, abyś wiecznie zwlekał.

- Zrozumiano. I nie zwlekam. Byłem albo zajęty, albo miałem zakaz poruszania się.

- Zajęty – sceptycznie powtórzyłem.

- Jeżeli mi nie wierzysz, w takim razie chodź i sam zobacz – ruszył w kierunku drzwi.

Obracając się, prawie wpadłem na Bumblebee. Różnica pomiędzy tym, jak wyglądał, śmiejąc się z bliźniaków, a teraz była kolosalna. Miał opuszczone ramiona i skrzydła, płasko ustawione anteny… nawet jego oczy wyglądały na smutne, kiedy wpatrywał się w stół roboczy, unikając mojego wzroku. Czy to dlatego, że nie chciałem, by myśleli, że jestem Primem? Lepiej zawieść go teraz, niż rozczarować później, gdy oczekiwania staną się wyższe.

Kiedy przeszedłem tuż obok, poklepałem go po nodze.

- Chodź, Bee.

Jego skrzydła odrobinę się uniosły, po czym westchnął i za nami podążył. Ratchet i Optimus stali przy naczepie do ciężarówki. Zatrzymałem się w biegu, kiedy ujrzałem, co takiego wymalowali na jej boku. Głośno i z niedowierzaniem to przeczytałem.

- Systemy Obronne Blackbird** - pod spodem zaś, mniejszymi literami, zostały dopisane dwa słowa: - Siejący Zniszczenie – symbol NEST-u znajdował się po lewej.

- Opcjonalny pancerz – rzekł z dumą medyk.

- W ten sposób już zawsze będzie we mnie żył – dodał Prime. – To był jego wybór, a mi nie pozostaje nic innego, jak go honorować.

Podchodząc bliżej, położyłem dłoń na metalu. Był zimny. On nie żył – powinienem się tego spodziewać, ale Autoboty były zawsze tak ciepłe w dotyku…

- Czy on… to ociepla się, kiedy go używasz? – zapytałem, spoglądając na słowa: Siejący Zniszczenie.

Mam zadanie. Nie mam czasu. Muszę siać zniszczenie. Co to za planeta? Co za głupia nazwa. Mogli ją nazwać Piach. Planeta Piach – smutno uśmiechnąłem się na to wspomnienie.

- Tak – odpowiedział Optimus. – Kiedy używam zbroi, przepływa do niej energia mojej iskry, czyniąc z niej część mnie.

Skinąłem głową. Byłem pewien, że Jetfire, gdyby tylko się dowiedział, byłby z tego zadowolony. Siejący zniszczenie przetrwał. Uśmiechnąłem się mimo woli, wyobrażając sobie, jak w następnej bitwie jego duch krnąbrnie ryczy na Decepticony, wspomagając znów używającego jego części przywódcę Autobotów.

- Okej, Ratchet, zostałeś oczyszczony z zarzutów. Ale na bieżąco mnie informuj.

- Umowa stoi.

Odwracając się do mojego wielce skonfundowanego przewodnika, zapytałem:

- Prawdopodobnie musimy iść już na spotkanie, huh?

Mężczyzna jeszcze raz rzucił okiem na przybierającego postać Peterbilta Transformera, po czym odparł:

- Tak, proszę pana.

Dopiero kiedy znaleźliśmy się cztery piętra wyżej w windzie zdałem sobie sprawę, że nie dostrzegłem pośród nich Arcee. Wszyscy mieli zakaz opuszczania hali, więc gdzie ona była? Miałem nadzieję, że nie pakowała się właśnie w kłopoty.


Spotkanie z NATO było zaskakująco produktywne. Ludzie rozmawiali o atakach – liczba ofiar śmiertelnych przekroczyła dziesięć tysięcy – i pytali mnie, jak w ogóle potrafiłem znieść towarzystwo Autobotów. Ale tym razem wydawali się mnie słuchać, kiedy tłumaczyłem, w jaki sposób Optimus uratował mi życie. Nie powiedziałem im o jego śmierci i powrocie do świata żywych, ponieważ nie byłem pewien, czy to w ogóle odnotowano w dostarczonym im skrócie informacji, opisałem za to poświęcenie Jetfire'a i oraz samodzielną walkę Prime'a z Megatronem oraz Upadłym. Ale kiedy tylko słowo „samodzielny" padło mi z ust, zdałem sobie sprawę, że to Jetfire mu wtedy pomógł. Będzie towarzyszył żyjącemu Prime'owi w każdej walce przeciwko 'conom, podczas której użyje stworzonej dzięki niemu naczepy/zbroi. Optimus już nigdy nie będzie walczył sam. Było to prawie… nie wiem, poetyckie albo po prostu piękne, a ja miałem nadzieję, że otaczający mnie ludzie zaczęli widzieć to w taki sam sposób.

Posiedzenie ciągnęło się przez trzy godziny i prawdopodobnie jeszcze by się nie skończyło, gdyby nie mój zaplanowany posiłek z Prezydentem. Choć ciągle o tym mówili, nie potrafiłem tego ogarnąć umysłem – ja i głowa państwa przy jednym stole na pogawędce. Była to jedna z tych rzeczy, które musiałem najpierw zobaczyć na własne oczy, by w nie uwierzyć i nawet wtedy prawdopodobnie wezmę to za sen.

Wyskoczyłem na moment do toalety, a kiedy wróciłem, Lennox pozostał jedynym oficerem w pokoju. Jacyś ludzie od technologii audiowizualnej ustawiali laptop z prezydencką pieczęcią na monitorze i zamontowaną na szczycie kamerą. Naprzeciwko czekało już gotowe dla mnie miejsce. Major krzywił się, wpatrując w urządzenie.

- Co jest? – wyszeptałem. Przecież to Prezydent Obama.

- Głosowałem na niego, ale już nigdy więcej – jego wzrok był intensywny, kiedy na mnie spojrzał. – Jeżeli by cię wtedy odnaleźli, on… - Will skierował podbródek na pieczęć - … wydałby cię Decepticonom. Tak powiedział Galloway. Robi mi się niedobrze za każdym razem, kiedy o tym myślę.

Przełknąłem ślinę, zdając sobie sprawę, że będę jeść obiad nie tylko z najfajniejszym prezydentem, ale także kimś, kto najwyraźniej nie miał nic przeciwko rzuceniu mnie wilkom na pożarcie. To nadawało sprawie kompletnie inną perspektywę. Owszem, wiedziałem, dlaczego wszyscy mnie szukali – to dlatego w pierwszej kolejności uciekałem – ale czymś innym było spojrzeć komuś w oczy, komuś, kto mógł i spróbowałby kupić pokój moim życiem. Nie potrafiłem nie wziąć tego do siebie. Czy mnie za to przeprosi? Czy po prostu założy, że nie mam pojęcia o tym, że Lennox wie i będzie udawał, że jest jedną z ważnych osób, która spotka się na pogawędkę z przypadkowym celebrytą? Będzie udawał, że wcale nie miał zamiaru sprzedać mnie Decepticonom? To było po prostu… odrażające.

Obraz na ekranie zamigotał i rozpoczęło się sześćdziesięciosekundowe odliczanie. Ktoś wyprowadził Majora z pokoju. Czułem się tak, jakbym właśnie znajdował się na planie filmowym czy coś w tym stylu, kiedy ktoś odeskortował mnie do mojego miejsca przy stole i ustawił kamerkę tak, by i Prezydent był w stanie mnie dobrze widzieć. Z nerwów zaczęły mi się pocić dłonie, a żołądek wykonał podwójne salto. Będę miał szczęście, jeżeli przełknę choć jeden kęs. Obserwując odliczanie, przysunąłem krzesło i zacząłem bawić się serwetką.

Coś jednak przeszkadzało mi we wrogości Lennoxa. Nie potrafiłem się otrząsnąć. Szczerze mówiąc, co innego mógł zrobić w tej sytuacji Prezydent? Wysłać Decepticonom prowokującą wiadomość? To skończyłoby się śmiercią jeszcze większej ilości osób. Wezwać Autoboty? Przegraliby bez Optimusa – choć tego akurat głowa państwa nie miała skąd wiedzieć. Jakie miał opcje? To znaczy… prawie sam im się wtedy wydałem, nawet mając świadomość, co czekało mnie w szponach Megatrona. Jak więc mogłem go za to winić?

Poza tym, że to było moje życie do poświęcenia, nie jego. To różniło go od Optimusa.

Ludzie ginęli w przebiegu wojen. Optimus poświęcił własną planetę, poświęcił Wszechiskrę. Było to coś, czemu lider – wcześniej czy później – musiał stawić czoła. Nieważne, czyje życie – moje, jego – Prezydent miał obowiązek, by chronić cały świat przed Decepticonami. Tak jak ja.

Kiedy odliczanie spadło do trzynastu sekund, dłonie zamarły mi na serwetce. Czy ja naprawdę porównałem się właśnie do Prezydenta?!


Od tłumaczki:

*„Good morning, good morning, the best to you each morning!" Kellogg's Good Morning – ze starej reklamy płatków śniadaniowych ;)
**alt-modem Jetfire'a był samolot Lockheed SR-71 Blackbird; to wraz ze słowami „Siejący Zniszczenie" stanowi upamiętnienie nawróconego Decepticona