Od tłumaczki: Opowiadanie jest tłumaczeniem „Kinship" autorstwa Botosphere, które istnieje w oryginale w serwisie (s/5464237/1/Kinship). Wszelkie prawa autorskie należą do niej, oczywiście prócz tych do całokształtu „Transformers" należącego do Hasbro.


From translator: This is the translation of 'Kinship' by Botosphere, which can be found in English on this website (s/5464237/1/Kinship). She has all copyrights for this story, with the exception of the world of 'Transformers', which belongs to Hasbro.


Od tłumaczki: Czy ktoś tu jeszcze zagląda? Jak tak, zapraszam na nowy rozdział :)


Rozdział 6: Przyjaciel

Mikaela znów obudziła się przede mną, ale przynajmniej tym razem zegar wskazywał 8.30, a nie 10.

- Dzień dobry, piękna.

Podniosła głowę znad jakiegoś czytadła.

- Cześć, sławny.

- Wiesz – powiedziałem, podnosząc się – mógłbym się do tego przyzwyczaić. Ty tutaj za każdym razem, kiedy otwieram oczy.

- Ja też – odparła miękko.

Wstałem i rozciągnąłem się, a ona ostrożnie oplotła ramionami moje potłuczone żebra i położyła głowę na klatce piersiowej.

- Już nigdy nie będę brać za pewnik bicia twojego serca.

Pocałowałem ją w czoło.

- Kocham cię.

- Ja ciebie też kocham – uśmiechnęła się. – I nieważne jak bardzo chciałabym ci to okazywać przez kolejną godzinę, ktoś już czeka na ciebie za drzwiami.

Pocałowałem ją – jeden, powolny pocałunek.

- Jeżeli znów będę musiał odmaszerować do Departamentu Komunikacji, zamierzam spędzić później z tobą trochę czasu.

Z uśmiechem pogładziła mnie po w dalszym ciągu gojącym się draśnięciu na mojej twarzy.

- Brzmi dobrze – wzdychając, odsunęła się o krok. – Lepiej sprawdź, kto to.

- Jasne – po tym, jak wybrałem kilka czystych ubrań – umundurowanie dostarczone przez Marynarkę – złapałem za torbę z kosmetykami i skierowałem kroki do pryszniców. W rzeczy samej pod drzwiami znajdował się pewien stojący na baczność mężczyzna. Lekko się zdziwiłem, ponieważ skądś go kojarzyłem. Biorąc pod uwagę liczbę twarzy, która przewinęła mi się w przeciągu ostatnich kilku dni, byłem pod sporym wrażeniem, że w ogóle zdołałem kogoś spamiętać.

- Hej – przywitałem go. Chwilę mi to zajęło, ale w końcu przypomniałem sobie, że to człowiek, który wczoraj towarzyszył mi do hali Autobotów. Jeśli pomyśleć o tym, to również ta sama osoba, która zabrała mnie do ludzi w Departamencie Komunikacji.

- Proszę pana – zarzucił rześko – Kapitan Wilder wyznaczył mnie pana osobistą prawą ręką. Poprosił mnie również, bym przekazał, że wisi mu pan obiad.

Zaśmiałem się.

- O ile Mikaela Banes mogłaby do nas dołączyć, może to być i dzisiaj. Ale powiedz ludziom w Komunikacji, że w dalszym ciągu mam prawo do zwyczajnego posiłku z rodziną i przyjaciółmi.

- Tak, proszę pana! Jakieś preferencje co do pory?

- Najlepiej, by był to obiad. Kiedy odbędzie się dziś pierwsze spotkanie?

- O 9.30. Kilku chińskich przywódców chce się z panem spotkać.

Westchnąłem. Oczywiście, że Lennox miał jak zwykle rację.

- W porządku. A teraz, jeżeli mi wybaczysz, to jedzie ode mnie. Wrócę za około dziesięć minut.


Dwadzieścia minut później – i krótkiej wycieczce po kantynie w celu zdobycia paru batoników musli – byliśmy w drodze do windy, która prowadziła do hali Autobotów. Chciałem zobaczyć się z Bumblebee, a także przyjąć porcję tabletek od Ratcheta tak, by nie kusić losu i znów nie zastać go w postaci holoforma.

- Przepraszam – odezwałem się do stojącego tuż obok mężczyzny – ale nie złapałem twojego imienia.

- Ensign Mohammed al-Sharif.

Spojrzałem na niego kątem oka. Teraz, kiedy o tym wspomniał, zauważyłem, że faktycznie ma śródziemnomorską urodę, ale w życiu nie zgadłbym, bez podania imienia, że jest muzułmaninem. Zero akcentu, tylko ciemne włosy oraz oczy. Huh.

- I nie wystraszyliśmy cię do cna wczoraj?

- Czy mogę mówić otwarcie? – zapytał, kiedy wyciągnął rękę, by przytrzymać dla mnie drzwi od windy.

- Zawsze.

Wkroczył za mną do urządzenia, wcisnął przycisk kierujący do hali, po czym stanął swobodnie.

- Autoboty są bardzo onieśmielające, nie można temu zaprzeczyć. Ale meczet, któremu oddaję cześć został zniszczony przez wandali, co było pokłosiem zamachów z 11. września. Tak jak twoje Autoboty, wiem, jak to jest być źle zrozumianym, być uważanym za winnego przez powiązanie z tym, kim jestem.

Wow. To było… nieoczekiwane. Po prostu się na niego patrzyłem, a on dodał:

- Zgłosiłem się na tę pozycję, ponieważ już wcześniej walczyłem z uprzedzeniami i chcę pomóc.

To zwaliło mnie z nóg. Aż do teraz myślałem, że toczę jednoosobową wojnę dla Autobotów. W mojej głowie odezwały się echem słowa Optimusa z zeszłej nocy „doprowadzisz do przyjaźni z nami każdego, kto będzie skłonny pójść za tobą". WOW!

Poczułem, że powinienem cokolwiek odpowiedzieć.

- Dziękuję.

Pokiwał z uznaniem głową, po czym jeszcze bardziej się wyprostował.

- Przyjemność leży po mojej stronie, proszę pana.

Winda się zatrzymała, a mój doradca wyciągnął dłoń, by ponownie przytrzymać dla mnie drzwi. Lekko oszołomiony, wkroczyłem do hali Autobotów, a al-Sharif podążył za mną.

Bumblebee stał w drzwiach bloku medycznego, a wszystko w jego posturze znów mówiło o… smutku. Mimo to, kiedy nas usłyszał, obrócił głowę i wyraźnie odzyskał animusz. Pospiesznie się do nas zbliżył, po czym ukląkł i, częściowo uleczonym głosem, radośnie wyszczebiotał:

- Dzień dobry!

- Dobry, Bee. Tak jak mi kazano, jestem tu po moje lekarstwa. A, i Bumblebee, to Ensign Mohammed al-Sharif. Ensign, poznaj Bumblebee. Bee od przeszło dwóch lat jest moim osobistym ochroniarzem. No i Bee, Mohammed jest teraz moim osobistym doradcą, więc jeżeli chcielibyście mnie znaleźć, a mój telefon komórkowy byłby wyłączony czy coś w tym stylu, zwróćcie się do niego.

- Najwyższy czas, by twój gatunek zdał sobie sprawę z tego, że potrzebujesz trochę pomocy – wymamrotał Ratchet ze swojego miejsca. – A teraz rusz tutaj swój tyłek.

Wyszczerzyłem się, po czym skierowałem ku niemu swoje kroki, al-Sharif tuż za mną. Medyk Autobotów podrzucił brezent, by ponownie przykryć stojący tuż obok stół oraz schował narzędzie, którym przed chwilą operował. Moje tabletki na dzień zostały już przygotowane i spakowane. Ulżyło mi, gdy okazało się, że to tylko ibuprofen.

- Jeżeli nie zjawisz się tu przed nocą, przekażę twój Lortab Optimusowi.

- Dzięki. Och, i Ratchet, to Ensign al-Sharif.

- Tak, słyszałem – odrzekł, po czym ukląkł, by spojrzeć mojemu doradcy w oczy. – A od ciebie oczekuję, byś przypominał mu o lekach oraz o regularnym jedzeniu. To niedorzeczne, w jaki sposób twoi ludzie go traktują.

Blady ale gotów do działania, al-Sharif pokiwał głową i odparł:

- Tak, proszę pana.

- W porządku. A teraz idź. Mam trochę pracy.

- Ciepły i serdeczny jak zwykle – zachichotałem zaraz po tym, jak opuściliśmy blok medyczny.

Optimus stał na środku hali, czekając na nas.

- Właśnie dotarły do mnie wieści, że reprezentanci NATO chcą się ze mną spotkać po południu. Mają kilka pytań na temat Żniwiarza Słońc. Dziękuję, Sam.

- Nic nie zrobiłem.

- Otworzyłeś ich umysły – poprawił mnie. – To pierwszy raz, gdy ludzcy przywódcy poza łańcuchem rozkazów NEST chcą się z nami bezpośrednio skontaktować. Rozumiem, że i ty będziesz na tym spotkaniu, więc w takim razie do zobaczenia.

W odpowiedzi mu przytaknąłem i rzuciłem okiem na Bumblebee, który kręcił się w pobliżu. Zapytałem al-Sharifa:

- Ile zostało do spotkania?

Nerwowo poszurał stopami, po czym odparł:

- Możemy tu spędzić kolejnych pięć minut.

- Okej. W takim razie poczekaj na mnie chwilę. Niedługo wracam.

Zbliżyłem się do Bee.

- Możemy pogadać?

Przetransformował się i otworzył drzwi od strony kierowcy, a ja chętnie wskoczyłem. Przyciemniając szyby, zawiózł nas do nierzucającego się w oczy kąta i wyłączył silnik.

- Powiedz, co musisz – zaśpiewało radio.

Wziąłem głęboki wdech. Mimo że znałem odpowiedź, to musiałem zapytać.

- Sądzisz, że jestem Primem?

- Jestem świadkiem, Hallelujah! – tym razem z głośnika wybrzmiał donośny głos kaznodziei.

Oparłem głowę o kierownicę.

- Jak to w ogóle jest możliwe? – wymamrotałem.

Na to nie dostałem odpowiedzi, prawdopodobnie dlatego, że i on nie miał pojęcia.

- Nawet jeżeli masz rację – rzekłem miękko – nawet jeśli posiadanie w mojej krwi cząsteczek cybertroniańskiego metalu czyni ze mnie Prime'a, nie mogę tego zrobić. Ja nie jestem… - mój głos zanikł, kiedy próbowałem dobrać odpowiednie słowa.

- Jestem tylko człowiekiem w śmiesznej czerwonej pelerynie, poszukującym w sobie niebywałych rzeczy.

Westchnąłem z ulgą. On to rozumiał. Zawsze wiedział, jak spojrzeć mi w serce. Wiedział, co czuję.

- W rzeczy samej. Nie jestem Supermanem.

Kobiecy głos rozkazał:

- Sądzisz, że tego nie wiem?

Zmarszczyłem czoło.

- To gorsze, niż myślenie, że jestem Supermanem. Myślisz, że jestem Primem.

Kaznodzieja powtórzył:

- Jestem świadkiem! Hallelujah! – po czym pewien mężczyzna dodał: - Nie ma żadnego znaczenia, co ja myślę.

Ponieważ dowody mówiły same za siebie – Optimus żył, ponieważ użyłem Matrycy, do której miał prawa tylko Prime. To jest to, do czego ciągle wracałem. Czułem się tak, jakbym odbijał się od murowanej ściany. Nie istniał żaden sposób, bym mógł przez nią przejść, nawet by po prostu odkryć, co za przyszłość za nią na mnie czekała. W końcu odezwałem się:

- Nie wiem, w jaki sposób mam zrobić to, czego ode mnie wymagacie.

Tym razem zawtórował mi jakiś popularny lektor:

- Musisz spróbować, abyś w to uwierzył.

Nie chciałem wierzyć, w tym problem. Znów siadając, powiedziałem:

- Przed tym wszystkim chciałem spróbować normalnego życia. I dalej chcę.

- Nawet bohaterowie mają prawo do tego, by marzyć – zaśpiewało radio.

Lekko się uśmiechnąłem.

- Ale to tylko marzenie, Bumblebee, ponieważ jeżeli mam być Ambasadorem Autobotów w taki sposób, o jakim mówi Optimus, będzie to praca na pełen etat.

Wokalista country zanucił:

- Nie będzie tak zawsze – po czym wybrzmiał głos jakiejś prezenterki z reklamy: - … nowa kariera z elastycznym planem i świetnymi świadczeniami.

Tym razem wybuchnąłem śmiechem.

- Jak nowe, lśniące, żółte Camaro co rok?

Siedzenie pode mną lekko się poruszyło, niczym wzruszenie ramionami, a deska rozdzielcza również zawibrowała ze śmiechem. Położyłem na nią rękę, pocieszając się faktem, że w dalszym ciągu mogliśmy się razem śmiać. Świat aż tak bardzo się nie zmienił.

Aczkolwiek, kiedy się uspokoiłem, musiałem zapytać:

- A co jeśli zawiodę? Nawet nie jestem pewien, co dokładnie chcecie, żebym zrobił – tak w sumie to nie miałem zamiaru powiedzieć tego na głos, ale kiedy słowa padły, zdałem sobie sprawę, że w tym leżał prawdziwy problem.

Bee musiał użyć trzech odrębnych klipów, by połączyć je w jedną odpowiedź.

- Tylko niespróbowanie może nas zawieść.

Dłuższą chwilę zajęło mi przyswojenie sobie tej prawdy. Jeszcze na cmentarzu Optimus poprosił mnie nie o to, by zmienić czyjekolwiek zdanie, tylko żeby im przypomnieć, że przynajmniej ja ufałem Autobotom.

- Ale nie mogę być ambasadorem bez bycia Primem?

- Nie rozumiem ciebie – odśpiewał Transformer.

- Ja również, 'Bee. Ja również siebie nie rozumiem.

Otrzymałem wiadomość od mojego doradcy. Dał mi jednominutowe ostrzeżenie.

- Muszę lecieć. Ale dziękuję, że mogłem z tobą porozmawiać.

Bee śmignął do miejsca, gdzie właśnie al-Sharif gawędził z Ironhidem, po czym otworzył dla mnie drzwi, cytując:

- Kocham cię, stary.

Poklepałem go po dachu.

- Ja ciebie też.

Westchnąłem na Ironhide'a, podczas gdy stojące za mną Camaro się przetransformowało.

- Czy jest dla ciebie minimalnie prawdopodobne, byś się przedstawiał bez włączania w to twoich dział?

Wielki czarny Autobot chrząknął na mnie, troskliwie rzucając okiem na położoną na jego lewym ramieniu broń.

- Straciłem jedno z nich w tej bitwie. Mam pełne prawo, by pokazywać światu imponującą renowację wykonaną przez Ratcheta.

- Uch-huh. A teraz, kiedy sterroryzowałeś już mojego doradcę, będziemy już szli. Do zobaczenia wieczorem.

Nieważne, jak bardzo bym wolał zostać tu z nimi i spędzić trochę czasu… westchnąłem, kierując kroki do windy. Al-Sharif westchnął z ulgą, kiedy drzwi za nami się zamknęły, przesłaniając widok na halę Autobotów. Z ciekawością na niego spojrzałem.

- Czy mogę mówić otwarcie?

Odparł mi z lekkim uśmiechem.

- Zawsze.

- Co o nich sądzisz? To znaczy… wiem, że już byłeś po ich stronie, ale co o nich myślisz… osobiście?

Przez moment się zawahał.

- Czy jest pan człowiekiem uduchowionym, Panie Witwicky?

- Aż do niedawna nie – odpowiedziałem. Aczkolwiek nie było to tym, co nazywamy tradycyjną religią – pomyślałem z grymasem.

- Będąc perfekcyjnie szczerym, przypominają mi trochę djinny – potężne kreatury, które ukrywają się przed ludzkością i same w sobie, każda z nich, są unikalnymi tworami.

- Djinny?

Obdarował mnie deprecjonującym uśmiechem.

- Po angielsku dżiny, mimo że słowo to nie przekazuje prawidłowego znaczenia.

W mojej głowie pojawił się mentalny obraz Dżina z Alladyna.

- Nie za bardzo za tobą nadążam.

Westchnął na tę moją ignorancję.

- W umysłach wielu ludzi są zwykłymi legendami. W każdym razie tradycyjnie dżiny są potężnymi, przerażającymi stworzeniami. Mają wolną wolę tak jak ludzie czy anioły. Niektóre używają swoich nadnaturalnych zdolności, by pomagać ludzkości, podczas gdy inne są diabłami. Dla ludzkich oczu jednak każde z nich są straszne. Zwłaszcza Ironhide i Optimus przypominają mi djinna.

Zaśmiałem się.

- Okej, taa, mogę to zrozumieć.

- Nie wiem, jak możesz tak swobodnie się przy nich poruszać – dodał.

- To nie tak, że na mnie nadepną, czy coś w tym stylu.

Na twarzy mojego rozmówcy pojawił się lekki uśmiech.

- Są inni, są kosmitami. Nieważne czy maszyny, czy djinny, nie są ludźmi. Rozumiem, że te Autoboty są przyjaciółmi ludzkości, ale nigdy nie spędzę nawet minuty przy nich bez poczucia podziwu czy trwogi.

Zamrugałem, zaskoczony, próbując sobie przypomnieć czas, kiedy się ich bałem. Bumblebee… nazywałem go Szatańskim Camaro. Tego jednego dnia się bałem, głównie dlatego, że tak oczywiście miał mnie wtedy na celowniku. Ale kiedy ujrzałem, jak walczy dla nas z Barricadem, kiedy przekonałem się, co mógłby mi zrobić, a czego nie zrobił… widząc go w akcji spowodowało tylko, że poczułem się bezpieczny. To samo z Optimusem i innymi. Przerażający dla oka, przynoszący komfort, gdy poznało się ich bliżej.

- Zgaduję, że się do nich przyzwyczaiłem – rzekłem.

Al-Sharif potrząsnął z niedowierzaniem głową.

- Masz niezwykłe życie.

Drzwi od windy się otworzyły, a ja się zaśmiałem, kiedy z niej wyszedłem.

- To, Ensign, jest niedopowiedzeniem.


Chińscy przywódcy militarni zadali wiele takich samych pytań, jak Rada Bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych oraz NATO – kim są ci kosmici w hali, w jaki sposób komunikowali się z obcymi, którzy zaatakowali, jakie są ich umiejętności militarne. I, rzecz jasna, jak mogłem znosić ich bliską obecność. Odpowiedziałem na pytanie tak dobrze, jak tylko potrafiłem, usiłując wytłumaczyć, jak mogłem widzieć w nich swoich przyjaciół.

Jeden zgryźliwy generał zapytał Majora Lennoxa, czy byli to ci sami kosmici, którzy walczyli w Szanghaju, a on potwierdził.

- Jest tu wypisanych dwóch nowych – rzekł wojskowy poprzez translator. – I jeden, który został pominięty. Czy zostało to wyjaśnione?

- W czasie operacji w Szanghaju Bumblebee był gdzie indziej, wykonując swoje zadanie – wyjaśnił Will – a Jolt niedawno przybył na Ziemię. Brakującym Transformerem jest Arcee, a ona… ona zginęła w Gizie.

CO?! Rzuciłem okiem na Lennoxa, ale on w dalszym ciągu wpatrywał się w ekran.

Nie mogłem się skupić na reszcie spotkania. Dlaczego nikt mi nie powiedział? Wiedziałem, że była botem trójdzielnym – znaczy każda z jej trzech części była kontrolowana przez jeden umysł. Jej dwa komponenty zostały zniszczone, ale jak przez mgłę pamiętałem, że trzeci dalej żył, gdy uciekaliśmy. W jaki sposób zginęła?

Przed pierwszą udaliśmy się na lunch. Wziąłem Lennoxa na bok.

- Co się stało z Arcee? Jej niebieska komponenta dalej żyła.

Zmarszczył czoło.

- Nie udało się jej wyjść cało z nalotu dywanowego.

Serce mi zamarło. Spojrzałem w sufit.

- Nic mi nie powiedzieli.

- Nie chcieli, byś teraz się o tym dowiedział. Optimus chciał przekazać ci to osobiście, ale uważał, że jeszcze nie nadszedł właściwy moment. Nie powiedziałem o tym jeszcze ani mojej żonie, ani Mikaeli, a Sarah była prawie tak blisko z Arcee, jak ja z Ironhidem. Wielu z moich przełożonych nie wie, ale Optimus dał mi pozwolenie na powiedzenie prawdy, gdy ktoś bezpośrednio o to zapyta. Nie chciał, bym za niego kłamał.

To dlatego nie było jej z resztą Autobotów. Waleczna femme, która wskoczyła dla mnie w sam środek walki, femme, która ruszyła na Decepticona, który dopiero co wysadził głowę jednej z jej części – nie żyła. Ironhide odzyskał z powrotem swoje działo, Jetfire już na zawsze będzie żył w Optimusie, ale Arcee… odeszła na zawsze.