Od autorki: historii nie porzucę, choćby dla Ciebie, Francesca's, choć ostatnio miałam nieco problemów z weną. Jestem niestety bardzo nie wprawiona w pisaniu, ale mam nadzieję, że z czasem nauczę się pisać dłuższe rozdziały. I bardziej poprawne interpunkcyjnie... Pozdrawiam, Imaginary Albatross
- Zwycięstwo jest czasem jak poziomka. Z początku kwaśne, trudne do przełknięcia, dopiero po pewnym czasie dojrzewa i staje się słodkie jak na zwycięstwo przystało. Jeśli do tego czasu uda nam się go nie zdeptać.
Luna uśmiechnęła się zachęcająco do żałosnej postaci siedzącej z podciągniętymi nogami na brzegu brudnoszarego krawężnika okalającego jedyny w okolicy kawałek zieleni. Hermiona spojrzała na nią nieprzytomnym wzrokiem.
- Że co?!
- Uwierz mi, kiedyś będziesz z siebie dumna. że nie stchórzyłaś znaczy się. Nawet jeśli teraz... - Luna umilkła wytrzeszczając znacząco oczy na koleżankę.
- Luno, czasami absolutnie nie rozumiem o co ci chodzi. Ale tak, ostatecznie, mimo wszystko jestem zadowolona, że zdecydowałam się uratować tego starego, niewdzięcznego... znaczy się profesora Snape'a.
Zza śmietnika (najbliższego punktu teleportacji) nadbiegł zdyszany Ron.
- Jak leci?! Lav przesyła pozdrowienia! Nie mogła się teraz urwać z pracy, ja udawałem że idę do wc... - urwał spoglądając na skuloną dziewczynę. Wziął głęboki oddech i przeklął tak, że Hermiona drgnęła.
- Co on ci zrobił? Hermiono? Zamorduję dupka.
- Nic. - powiedziała szybko Hermiona. - Jestem trochę niewyspana.
Klaustrofobiczny pokój wgniata ją w stęchły materac, nie pozwala zasnąć. W końcu opada w nieklarowny, niekonsystentny, pozbawiony odczucia czasu i przestrzeni sen, z gatunku tych, które ma się przy gorączce. Małe, nieprzyjemne oszołomienie obudzenia się w obcym miejscu. Zaspała? Proszę, bądź jeszcze żywy, nie po to... Bieg po schodach. Przeraźliwe stęknięcie otwieranych gwałtownie drzwi. Warczy więc żywy, choć bledszy od trupa, oczy zwężone wściekłością. Odmawia transfuzji. Wynoś się, Granger.
- Byłem wczoraj u Harrego, też wygląda jakby nie spał przez tydzień. - Ron poklepał Hermionę po ramieniu. - Idź, pośpij trochę, zjedz coś porządnego zamiast siedzieć tu z nami.
- Jeszcze chwila! - jęknęła - Zaprosiłabym was do środka, ale Snape raczej nie byłby zachwycony.
Jego zimny wzrok . Paskudny grymas na pobladłej twarzy kiedy przypinała jego chłodną, kościstą rękę do swojej. Minuty pełzające, ciągnące się pomiędzy opadającymi drobinkami kurzu, jego wzrok utkwiony w ścianie, jej - w frędzlach od zasłony. Pierwszy, drugi, ... dwudziesty siódmy jest naderwany. Liczyć jako pół?... czterdzieści siedem i cztery siódme. Zegarek został na komodzie łóżka, czy głupio będzie sprawdzić godzinę zaklęciem? Miało być pół godziny ale jeśli czuje się słabszy, dłużej. Jak długo to dłużej? On powie kiedy poczuje się lepiej, prawda? Jego ręka zrobiła się niekomfortowo ciepła. Wilgoć między przyciśniętymi do siebie dłońmi. Krępująca i dziwnie intymna.
- Snape... Nie jest zbyt... komunikatywny. Trochę ciężko nam się porozumieć.
Nie powiedział nic na zastęp jej kosmetyków, które wcisnęły się na małą łazienkową półeczkę dotychczas zajętą jedynie przez kawałek mydła i piekielnie zużytą szczotkę do zębów. Zjadł w milczeniu jajecznicę, którą przygotowała na śniadanie. Odepchnął ją z furią od półki z książkami, wciśniętej między lodówkę a drzwi kuchenne, nie podając powodu. Zamykał się w pokoju, trzask drzwi przebrzmiewał w ciszy jak wystrzał armatni, jakby sama jej obecność była obraźliwa. Ale szybko nauczyła się lubić ten trzask, pogwałcający choć na chwilę ciszę, nieznośną pustkę dźwięku wypełniającą dom.
Ron szybko wyczuł nastrój dziewczyny i zaczął opowiadać o Ginny, która również najwyraźniej nie była najłatwiejszym pacjentem.
- ... i kiedy Harry wyszedł, dosłownie na pół godziny, wyciągnęła miotłę i zaczęła trenować latanie nad łóżkiem! A potem leżała półprzytomna, a Harry do końca dnia siedział i robił jej transfuzję. I, wyobraź sobie, kiedy mama spytała, co jej strzeliło do głowy, powiedziała, że nie wiedziała, że latanie na miotle to też używanie magii! - Ron poczerwieniał na twarzy. - No to Lav na to 'Czy widziałaś kiedyś mugola na miotle?!' a ona, że w sumie to tak, na rysunku! A Harry dostał takiego ataku śmiechu, że spadł z łóżka i wisiał tylko na ręce przywiązanej do Ginny, którą trzymały Lav z Luną... Cholera, muszę już iść! Trzymaj się, Hermiono! I nie pozwól Snape'owi latać na miotle!
- Myślę, że nie muszę się o to obawiać. Severus tak nie znosi transfuzji, że zrobi wszystko, żeby mieć ich jak najmniej. Spodziewałam się, że będzie to raczej trudne, ale wydaje się być absolutnie pogodzony z nieużywaniem magii.
Wchodząc z powrotem do domu, Hermiona skierowała się prosto do zamkniętego pokoju. Nie słysząc sprzeciwu, sięgnęła do kieszeni po eliksir transfuzji. Nauczyła się już, że jeśli Snape nie protestuje, trzeba szybko interweniować. Leżał na łóżku oddychając ciężko, patrząc na nią bez słowa. Drgnął gwałtownie kiedy dłoń Hermiony wsunęła się pod jego głowę. Dziewczyna uniosła delikatnie głowę Snape'a, przytykając eliksir do jego ust. Połknął go, lekko krztusząc się, nie odrywając od niej wzroku. Hermiona usiadła na brzegu łóżka, położyła rękę na bezwładnej dłoni Snape'a i machnęła różdżką. Pasy oplotły ciasno ich przedramiona pozwalając magii płynąć swobodnie. Jego cera, choć wciąż blada straciła nieco ze swojego trupiego odcienia, ale oddech wciąż miał szybki, płytki.
Mimo, że po porażce ze sprawą skrzatów domowych, próbowała unikać podobnych sytuacji, pomaganie trudnym przypadkom zdawało się być jej życiową misją. W porównaniu z oburzeniem skrzatów domowych i niechęcią centaurów, milczące przyzwolenie Snape'a było dla niej faktycznie zwycięstwem. Kiedy odzyskał trochę sił i warknął, żeby zostawić go w spokoju, nie mogła powstrzymać szerokiego, radosnego uśmiechu.
