Od autorki: Historii nie porzucę. Dziękuję Wam, RomekL i MilaRay za słowa wsparcia. :) Co do rośliny użytej w eliksirze, cóż, kto spotkał ją na polanie, zwłaszcza będąc zmęczonym w górach, wie, że jest bez wątpienia magiczna ^^
Ach, nadchodzi coś, bez czego nie wyobrażam sobie SSHG! (Wspólne czytanie książek i picie herbaty?) Wojna!
PS. Jeśli ktoś ma zbyt dużo wolnego czasu, altruistyczną naturę i lubi pastwić się nad cudzymi błędami, może chciałby zostać moją betą? Sama mogę odwdzięczyć się betowaniem Twoich tekstów!
Październik 2004
W domu na Spinners End zaczęła ustalać się delikatna równowaga, coś, co dla jego mieszkańców stało się tą tymczasową "normalnością". Snape, oswojony nieco z obecnością innej istoty ludzkiej w swoim domu, przestał zamykać się w pokoju.
Wstawali późno, jedli śniadania przyrządzane czasami przez nią, czasami przez niego, rzadko razem. W tym czasie cisza w domu nie była przerywana słowami. Szelest skrzydeł sowy przynoszącej pocztę, dźwięk sztućców i gotującej się wody na herbatę. I to wystarczało. Wspólna poranna cisza stała się całkowicie znośna, jeśli nie... przyjemna?
Severus Snape w kuchni był fascynującym okazem zmarnowanej perfekcji. Ewidentnie nieprzykładający uwagi do tego, co akurat je, wrzucał na patelnię kilka prostych składników. Składników przygotowanych w bezmyślnej perfekcji ruchów i rzuconych z zirytowaną miną. Najwyraźniej ich niemagiczność i brak potencjału poza wypełnianiem żołądka były obrazą dla procesu gotowania. Blada smuga jego dłoni siekająca cebulę w małe, idealne sześciany, by potem utopić je niedbale w jajecznej masie. Ot i śniadanie gotowe. Obok Hermiona, z otwartym zeszytem z przepisami skopiowanym od Molly Weasley, z nożem w prawej ręce i różdżką w lewej, starannie wykonująca opisane czynności. Wymyślny ruch różdżki obierający pomidora ze skórki, krótkie machnięcie dłonią w kierunku sałaty. Podczas gdy ta się myje, można kroić pomidora w talarki. Albo podrzucić Severusowi, zrobi to bezmyślnie w parę sekund.
Po śniadaniu następowała pierwsza transfuzja. Snape wciąż się krzywił i odwracał wzrok, ale wyraźnie przyzwyczajał się już do jej dotyku, bo wydawał się dosyć odprężony. Hermiona nauczyła się rozpoznawać po tempie jego oddechu i napięciu mięśni, kiedy czuł się na tyle dobrze, że można było zakończyć transfuzję. Bywały dni, kiedy krótki przepływ magii był wszystkim, czego potrzebował. Te dni następowały zazwyczaj po wielokrotnych nocnych transfuzjach. Po spokojnych nocach, poranna transfuzja przeciągała się czasem nawet do kilku godzin. Siedzieli wtedy razem, w złączonych oparciami fotelach, w małym, zakurzonym saloniku, z książkami na kolanach, ze spiętymi ciasno przedramionami, oboje zdziwieni, jak bardzo im to nie przeszkadza.
Od Ginny napływały wieści o poprawie (zwłaszcza odkąd została uświadomiona, że latanie na miotle wymaga używania magii). W najnowszym liście Harry opisywał dwanaście godzin bez transfuzji magii, co było dotychczasowym rekordem. Snape nie wykazywał oznak poprawy. Przeciwnie, coraz częściej zjawiał się w nocy pokoju Hermiony, blady i słaniający się na nogach, budząc ją zimną, drżącą dłonią. Dzienne transfuzje trwały na tyle długo, że zdarzało im się robić razem posiłki, używając jedynie dwóch rąk (zazwyczaj jego lewej, jej prawej). Hermiona nie mogła nie martwić się o Severusa. Severus nie mógł znieść martwiącej się o niego Hermiony. Tak właśnie wybuchła wojna.
Wojnę rozpoczął nocny, krępujący incydent. Ze snu obudził Hermionę lodowatozimny dotyk na dłoni. Zerwała się natychmiast, chwytając różdżkę i przywołując eliksiry transfuzji. Wypiła potężny łyk swojego, po czym wręczyła Snape-owi jego. Nie był w stanie samodzielnie podnieść go do ust, co samo w sobie było alarmujące. Magia płynęła łagodnie między ich rękami, ale Snape robił się coraz bledszy. Spanikowana Hermiona sięgnęła po więcej eliksiru, ale zatrzymała się w pół gestu. Większa ilość eliksiru nie przyspieszy przepływu magii, może jedynie wywołać problemy żołądkowe, co w tym konkretnym momencie byłoby raczej niefortunne. W tym momencie Severus stracił przytomność i osunął się bezwładnie na łóżko. Hermiona, nie tracąc ani chwili położyła się obok i podwinęła rękaw jego drugiej ręki. Rzucenie zaklęcia w tej pozycji nie było najłatwiejsze, ale za trzecim podejściem udało jej się związać ich ręce aż po ramiona. Po chwili poczuła, że przepływ magii w istocie wzrósł poprzez zwiększenie kontaktu. Nie miała jednak wiele czasu cieszyć się poprawnością swojej teorii, bo oczy Severusa Snape'a, znajdujące się kilka centymetrów od jej własnych, otworzyły się.
Snape złapał gwałtownie oddech i szarpnął całym ciałem w panicznej próbie odsunięcia się od leżącej niebezpiecznie blisko kobiety. Niestety będąc połączony z ową kobietą związanymi rękami, zdołał jedynie wciągnąć Hermionę częściowo na siebie. Hermiona pisnęła i mimo niesprzyjającej pozycji zdołała uwolnić ich ręce pierwszym machnięciem różdżki. Czerwona na twarzy zerwała się gwałtownie i przynaglana morderczym spojrzeniem Snape'a, zaczęła wyrzucać z siebie szybkie wyjaśnienia.
— Byłeś-nieprzytomny-transfer-był-zbyt-powolny-musiałam-przyspieszyć... — tu wzięła głęboki oddech — Przypuszczałam, jak widać słusznie, że ze względu na zawartość nasięźrzału w eliksirze, przez zwiększenie, hm, kontaktu fizycznego, natężenie przepływającej magii wzrośnie...
—Eksponencjalnie. — mruknął Snape.
Jego wykrzywiona twarz nie emanowała już tak złością, ale raczej... paniką? Hermionie jakoś mocno kojarzył się ten wyraz twarzy... Tak... Widziała go już gdzieś... Dumbledore... Dumbledore ze wspomnień Harrego proszący o śmierć...
Hermiona odchrząknęła i odwróciła wzrok od leżącego obok mężczyzny.
— Obawiam się, że niespodziewanie przerwaliśmy transfer...
— Któż by się spodziewał? — skrzywił się Snape.
— ... Więc prosiłabym cię o podanie ręki. — zirytowana Hermiona sięgnęła i chwyciła sama jego rękę — Świetnie, dziękuję. Jesteś przytomny, więc możemy ustalić optymalną powierzchnię kontaktu. Tak dobrze? Lepiej? Czujesz przepływ? Może jeszcze...
— WYSTARCZY!
Choć poprawa nie następowała, wojna rozgorzała na dobre. Nieocenione, zdawałoby się, odkrycie sposobu na zwiększenie transferu magii, choć przypuszczalnie uratowało życie Snape'a, stało się dla niego źródłem dodatkowej frustracji.
— Jeśli użyjemy dwóch rąk, będziesz miał spokój ode mnie na dłużej! — fuknęła Hermiona, wymachując ręką nad bladym Snape'm.
Severus siedział na sąsiednim fotelu, jedną rękę mając połączoną więzami na podłokietniku z Hermioną, drugą kurczowo ściskając książkę ("Pojawne Klątwy Słowiańskie" Twardowskiego). Książka, i tak już mocno zniszczona, wyginała się niebezpiecznie w jego ręce, sypiąc kurzem na podłogę.
— Jeśli mnie pamięć nie myli, wczoraj w nocy pozwoliłaś sobie postąpić ze mną w ten sposób i JAKOŚ NIE WIDZĘ, ŻEBYM MIAŁ OD CIEBIE SPOKÓJ. — syknął. Książka w jego dłoniach wypadła z okładki i rozsypała się po podłodze pośród syku błękitnych iskier. Hermiona, uwolniła ich ręce i rzuciła się, by ją pozbierać.
—Severus! Nie powinieneś czytać magicznych książek! — krzyknęła.
— Czyżby moc magiczna Hermiony Granger, którą mam ZASZCZYT otrzymywać, nie radziła sobie z książką, która... iskrzy? — wycedził.
Hermiona westchnęła i przygryzła wargę. Nie podobało jej się to coraz bardziej. Zwiększenie natężenia magii nie zmniejszyło częstotliwości potrzebnych transferów tak bardzo, jak przewidywała. Odłożyła książkę na półkę, ignorując ciążące na niej, zirytowane spojrzenie Snape'a. Książka była faktycznie w znikomym stopniu magiczna, ale nie miała zamiaru sprzeciwiać się zaleceniom uzdrowiciela. Zwłaszcza kiedy czuła, że coś jest zdecydowanie nie tak. Z klątwą, z transferem, a może ze samym Snape'm? Wróciła na fotel, mechanicznym, niemal bezwiednym ruchem wplotła swoją rękę w czekającą nań rękę Snape'a. Jego dłoń ułożyła się wygodnie w jej dłoni, długie twarde palce tak bardzo już znajome, jak gdyby tam było ich miejsce.
Minął tydzień, tydzień ciszy przedburzowej, zirytowanych spojrzeń i wzburzonych oddechów. Pewnego wieczoru Hermiona wtargnęła do pokoju Severusa, otwierając z rozmachem drzwi. Wojna osiągnęła swe apogeum.
— Co to jest?! — warknęła, potrząsając erlenmayerką połowicznie wypełnioną gęstym, brunatnoczerwonym płynem.
Snape zacisnął wargi. Jego oczy błysnęły złowieszczo.
- Myślałem, że sławny mózg Hermiony Granger, ma choć tyle wiedzy o eliksirach, by rozumieć, że nie wskazane jest wstrząsanie nieznanych sobie substancji.
— Daruj sobie, Snape. Doskonale wiem, że tym konkretnym eliksirem mogę potrząsać, ile chcę.
— Ach, więc twoje pytanie nie ma sensu. — wycedził Snape, wykrzywiając drwiąco wargi.
Oczy Hermiony zabłysły gniewem, podeszła do niego oddychając gwałtownie.
—Severusie Snape. Nie potrafię wyobrazić sobie przyczyny. — warknęła — Dlaczego miałbyś psuć. Wszystko. Co. Dla Ciebie. Robię.
— TWOJA OGRANICZONA ZDOLNOŚĆ DO...
Snape był przyzwyczajony do kłótni, niesubordynowanych uczniów i psychopatycznych czarodziejów. Nic w jego życiu nie przygotowało go na atak płaczącej kobiety. Płaczącej na jego ramieniu. Spróbował się wyszarpnąć. Nie pozwoliła. Wycieńczony utratą magii nie był w stanie jej odepchnąć.
— Czy ten eliksir... Czy to... — Hermiona nie wiedziała, czy będzie w stanie zadać to pytanie. Zwłaszcza z twarzą wciśniętą w ramię Snape'a.
— Nie będziemy o tym rozmawiać. — syknął. Grymas wykrzywiający jego twarz nie mógł zakryć mocno zaczerwienionych policzków.
—Czytoprzezemnie? — wypaliła w końcu Hermiona.
— Granger. — warknął, trzęsąc się ze wściekłości — jeśli sugerujesz... Biorę ten eliksir od dwudziestu lat... — ostatnie słowa zostały bardziej wysyczane niż wypowiedziane.
W innym wypadku widok Severusa Snape'a z błyszczącymi groźnie oczami i zaciśniętymi pięściami przeraziłby każdego czarodzieja i mugola niepozbawionego instynktu samozachowawczego. Hermiona nie zdążyła się jednak przerazić, bo obiekt jej potencjalnego przerażenia stracił przytomność.
