Od autorki: Nie porzucone!! Jedynie zaniedbane, za co przepraszam. Dziękuję za słowa wsparcia ninienno, kelpie i NB13. Pozdrawiam wszystkich czytających!


Październik, 2004

Październikowe słońce oświetlało opadające liście, migotało radośnie w czerwono żółtym deszczu, wdzierało się mozolnie przez brudne okna do niewielkiego domu na Spinners End. Dotarło do bladej twarzy mężczyzny i zginęło w czerni jego włosów. Mężczyzna leżał w bezruchu na łóżku, wpatrując się w ścianę. Na jego ramieniu kłębiła się burza brązowych loków, których właścicielka leżała wtulona w jego rękę. W głowie zaś kłębił mu się swoisty armagedon myśli i odczuć atakujący latami wykutą, nienaruszalną wizję siebie.

Nikt mnie nie dotyka z własnej woli. Snivellus, obrzydliwy kujon

Ona leży, dotyka, tak spokojnie, jakby moje ramię było zupełnie normalnym miejscem do spania. To nierealne

Nikt nie czuje się bezpiecznie w moim towarzystwie. Zadbałem o to. Jej głowa na moim ramieniu. Jej zaschnięte łzy na rękawie.

Nierealność jego sytuacji dopełniało Ciepło. Ciepło płynące z jej dotyku wypełniało go, pochłaniało, a logiczny umysł Severusa wiedział, że eliksir transfuzji przestał działać kilka godzin temu. Bronił się przed konkluzją, która musiała pojawić się nieuchronnie.

Nie! Nie znowu, nie mogę. To nie jest to. Longbottom maczał palce w tym eliksirze! To nie to, to eliksir! Przecież nienawidzę dotyku!

A jednak, jej dotyk nie tylko nie przeszkadzał. Wzbudzał pewnego rodzaju głód. Nie tylko seksualny, głód kontaktu fizycznego, którego dotychczas unikał.

Więcej, dotknij więcej!

Severus zacisnął zęby w ataku wściekłości na samego siebie. Takie myśli, takie upokarzające myśli... Zwłaszcza, kiedy ona wczoraj odkryła...


Hermiona obudziła się spokojnie, przeciągając się i zrzucając tym samym kołdrę na podłogę. Uniosła się na łokciu i rozejrzała się dookoła. Severus był żywy, wyglądał mało blado, jak na Snapowe standardy przynajmniej. Milczał. Przechyliła głowę, żeby zobaczyć, co jest nie tak. Ach, łóżko. Spali razem, w dosyć kompromitujący sposób. Odetchnęła z ulgą. Jeśli to jest problemem, oznacza, że musi czuć się przynajmniej znośnie.

- Zrobię śniadanie. - Zapowiedziała, żeby przerwać ciszę, i wyszła szybkim krokiem.

Severus podniósł z podłogi kołdrę i zamknął za nią drzwi. Desperacko potrzebował być sam.


Hermiona siadła, by przeanalizować swoją sytuację. Przemyślawszy swoje odczucia i zachowania z ostatnich tygodni, wyekstrahowała wszystkie oznaki zauroczenia. Tak, zauroczenie jest obecne, ale to jeszcze nic groźnego. Nic zaskakującego, również. To logiczne, że go lubię. Nie nudzi go, to co mówię. Nie nudzi mnie, to co mówi. Robi mi herbatę, taką jak lubię. Rozmawia ze mną o tym, co czytam. Jego umysł działa absolutnie fascynująco, mam ochotę obserwować każdą jego reakcję, chłonąć każde słowo. To absolutnie logiczne. To, czego należy się obawiać, to dotyk. Dotyk wyzwala oksytocynę, która namiesza mi w mózgu. Nie mogę pozwolić sobie na takie namieszanie. Wiem, kim on jest. Wiem, kogo kocha. Jestem na dobrej drodze, żeby zaprzyjaźnić się z nim. Już teraz, jak pomyślę, nie ma chyba nikogo, komu pozwalałby na tyle co mnie? Tak, mam niebywałą szansę zaprzyjaźnić się z Severusem Snape'm. Nie wolno mi schrzanić tego głupią oksytocyną.

Rozważania przerwane zostały gwałtownym wtargqnięciem Snape'a do kuchni.

- GRANGER! GDZIE JEST PAZUR HIPOGRYFA?!

- Nie wiem, może go zużyłam? - rzuciła od niechcenia Hermiona - I tak nie będzie ci potrzebny przez najbliższy czas.

- GDZIE ON JEST?! - warknął Severus trzęsąc się ze złości.

Hermiona wzruszyła ramionami.

- Myślę, że to bardzo dobrze, że go nie ma. Gdybyś przypadkiem wpadł na idiotyczny pomysł uwarzenia jakiegoś eliksiru, CZEGO NIE WOLNO CI ROBIĆ.

- Nie będziesz. Mi. Mówić. Kiedy. Mogę. WARZYĆ. ELIKSIRY! - ryknął Snape zbliżając się do siedzącej na kuchennym krześle dziewczyny. Pochylił się i chwycił ją za ramię.

Hermiona skrzywiła się z bólu. Ku jej zdziwieniu, Snape natychmiast poluzował chwyt. Dziewczyna zebrała całą swoją odwagę i spojrzała na jego wykrzywioną grymasem twarz.

- Severus, posłuchaj... - powiedziała cicho - Cały zapas eliksiru aseksualności wylałam do zlewu. Pazur hipogryfa wysłałam Ronowi na przechowanie, ten w niepodpisanej buteleczce też, nie napisałam dlaczego, a on się nie domyśli. Pazur chimery też wysłałam, więc nie masz co szukać zamienników. - Wzięła głęboki oddech, patrząc w czarne, rozognione oczy. - Jesteś tu tylko ze mną, a ja... To wszystko jest i tak krępujące, czy bierzesz eliksir czy nie. - Tu odważyła się uśmiechnąć - Być może będziesz mieć mnie z głowy szybciej.

- Będę miał cię z głowy, Granger, kiedy ta banda niekompetentnych idiotów weźmie się do roboty i złamie klątwę. - wycedził Severus przez zęby - Co nie zdarzy się zbyt szybko.

- Pracują nad tym najlepsi aurorzy i uzdrowiciele. Codziennie. Dla Ginny i DLA CIEBIE. - syknęła Hermiona gwałtownie wstając z krzesła.

- Och, czymże jest klątwa Czarnego Pana wobec największych specjalistów od czarnej magii, jakimi niepodważalnie są nasi aurorzy? - rzucił Snape uśmiechając się krzywo i wyszedł z pokoju.


Dzień był pogodny, choć zimny. Harry i Ginny czekali już na ławce, którą Harry przetransfigurował z metalowego kosza na śmieci. Ławka, nieco przekrzywiona, z pozdzieraną farbą wpisywała się idealnie w krajobraz Spinners End. Mugolscy przechodnie nie zwracali uwagi na nagłe pojawienie się ławki, ale raczej na nagłe pojawienie się pary nieco zbyt dobrze ubranych, nieznajomych ludzi. Hermiona podeszła z uśmiechem, ubrana w absolutnie mugolską zieloną kurtkę i niebieską, wełnianą czapkę. Godzina (dziesiąta rano) sprzyjała spotkaniu, ulice były puste, nie licząc kilku ludzi wracających z zakupów i kilkuletniego chłopca próbującego wkopać piłkę do 'bramki' zrobionej z dwóch patyków.

Ginny patrzyła na chłopca ze zmarszczonymi brwiami.

- Czy ktoś zauważy jeśli zrobię mu z tego prawdziwą bramkę?

- Tak! - krzyknęli naraz Harry i Hermiona.

- Ja przypuszczam, że on się właściwie świetnie bawi w ten sposób. - mruknął Harry.

- W dodatku nie powinnaś absolutnie używać magii, Ginny. - dodała Hermiona, jej głos zahaczał już o apodyktyczne tony - Klątwy słabnące z czasem zdarzają się, według Twardowskiego, w trzech na czterdzieści przypadków, i są zazwyczaj wynikiem zbyt niewyraźnego wypowiadania sylab przy rzucaniu klątwy. Wasza poprawa może być tylko zewnętrzna, tymczasem klątwa może rosnąć w siłę w środku i atakować nowe tkanki. Poza tym, były też przypadki...

- Dobrze, droga Hermiono, czuję się dostatecznie wystraszona. - przerwała jej wesołym tonem Ginny. - nie ruszać różdżki, nie latać, nie transfigurować patyków. Co to, do diabła, za życie?!

- I nie czytać magicznych książek! Severus dostaje szału z tego powodu. Nie dziwię mu się właściwie.

Ginny zachichotała.

- Jak odważnie!

Hermiona spojrzała na nią nie rozumiejąc.

- Nazywać go po imieniu - wyjaśniła Ginny - ZWŁASZCZA kiedy dostaje szału. Zawsze wyglądał mi na takiego, co to i bez magii cię zdekapituje.

- Wiesz, mieszkamy razem już trzy miesiące. Kilka razy nieźle mnie zdenerwował, niewygodnie by było krzyczeć na niego 'proszę pana'.

Chłopiec kopnął piłkę w ich kierunku.

Promienie słońca prześwitujące przez szpary pomiędzy ciasno upakowanymi budynkami przygasły, jakby zasłonięte grubą bibułą. Granatowa ciemność rozlała się na zniszczonym bruku, poprzecinana prostokątami ciepłego, słabego blasku z okien domów. Piłka zawisła przed nimi w powietrzu, szarobiała kula z odstającymi strzępami materiału, jak tania atrapa księżyca na szkolnym przedstawieniu. Chłopiec zniknął. Lodowata cisza wypełniła alejkę.

Szew na piłce pękł i pojawiła się szpara, najpierw niewielka, potem wielkości ust, by rozrosnąć się do metra szerokości, przenicowując niemal samą piłkę. Odchłań, pełna poruszających się w oddali kształtów pojawiła się w szparze.

Ginny wytrzeszczyła oczy, Harry pobladł, a Hermiona cofnęła się pół kroku.

Cała trójka wyciągnęła różdżki nie odrywając wzroku od tego, co przed chwilą było piłką, a teraz przypominało raczej magiczną torebkę Hermiony. Zimno, przed którym nie były w stanie ich ochronić nawet wełniane czapki, przeniknęło ich ciała. Oślizgły palec pojawił się w szparze, pośród powiewających strzępów materiału.

- EXPECTO... - zaczął krzyczeć Harry, lecz nagle jakby stracił dech. W szparze, za wyłaniającą się ręką dementora, zamigotały w słabym, stłumionym świetle, znajome łuski. Rzucił się na Ginny, zwalając ją z nóg. - NIE PATRZ! - wycharczał.

Słysząc to, Hermiona gwałtownie odwróciła się i rzuciła zaklęcie patronusa za plecy. W głowie wirowały jej setki pytań, należało jak najszybciej wyodrębnić najważniejsze. Teleportacja nie działa. To oznacza przemyślany atak. Co oznacza "nie patrz"? Nie patrzeć, a więc...

- Bazyliszek - wyszeptał Harry z niedowierzaniem w głosie. - Plan S.U., Gin. Na lewo za róg. - zanim Hermiona zdążyła spytać o co chodzi, skierował różdżkę w stronę Ginny, krzycząc - Ad breve tempus!

- Viribus! - krzyknęła naraz Ginny odwracając różdżkę w swoim kierunku.

Hermiona poczuła silne szarpnięcie i utratę podłoża pod nogami. Potem mogła już tylko z fascynacją patrzeć jak poruszająca się z nadludzką prędkością Ginny chwyta ją i Harrego i praktycznie zaniosi za róg budynku.

- Ugh - jęknęła Ginny, rozcierając kostki.

Na pytające spojrzenie Hermiony wysapała - 'S.U. czyli szybka ucieczka. Kombinujesz zaklęcie super-siły z super-szybkością.

- Pierwszy zestaw zaklęć jakiego uczą aurorów. - dorzucił Harry jednocześnie rzucając patronusy i zaklęcia ogłuszające na ślepo, za róg budynku. - Jest diabelnie niebezpieczny bo musisz wiedzieć idealnie kiedy się skończy, wiesz żeby nie wylądować z stukilogramowym...

- Co udało ci się zobaczyć?- przerwała mu Hermiona. - Ten bazyliszek, to nie był dorosły, prawda?

- Chyba nie, w porównaniu z tym z Komnaty Tajemnic bardzo mały. - odpowiedział Harry, marszcząc brwi. Wyciągnął z kieszeni telefon komórkowy i magiczny zwój i zajął się wysyłaniem wiadomości do biura aurorów, prawą ręką bazgrząc na magicznym pergaminie, a lewą wystukując wiadomość w telefonie.

- To jest... to jest... genialne! - jęknęła Hermiona pomiędzy gwałtownymi oddechami. - Dementor przykuwa uwagę, młody bazyliszek nie zabija jeszcze, ale unieruchamia wzrokiem, wtedy dementor, którego nie można zabić, może spokojnie dokończyć robotę, nawet jeśli uda się jakoś zabić bazyliszka.

- Crowd control ze stun-em i nieśmiertelny ap carry... - mruknęła Ginny. Na widok min Harrego i Hermiony, dodała - Grałam z Georgem w takie mugolskie...

W wąskiej uliczce rozległ się głos, choć będący szeptem, roznoszący się echem pomiędzy starymi ścianami, wibrujący w nienaturalnej ciszy.

...deprimo...

Hermiona poczuła absolutną obojętność, dezorientującą pustkę. Nie było już przytłaczającego oddementorowego przygnębienia, nie było strachu, nie czuła absolutnie nic. Nadeszła pomoc, czy ktoś przyszedł dokończyć robotę osobiście?Jest tylko jeden powód, dla którego ktoś rzuciłby takie zaklęcie. Jesteśmy teraz niewidoczni dla dementorów!, pomyślała szybko.

Potem, jak ciemność w ciemności, wyłonił się mężczyzna w czarnym płaszczu, idący przed siebie z wyciągniętą ręką z różdżką. Oczy Severusa były zamknięte, mimo to nie zwalniał kroku. W mroku pojawiło się światło, zaraz po nim suchy dźwięk wybuchu.

Hermiona rzuciła się biegiem w stronę dźwięku. Na środku alejki stanęła jak wryta patrząc na krwawe szczątki bazyliszka, które pokrywały okoliczne budynki i płaszcz Snape'a czerwoną mozaiką. Z tyłu, z punktu teleportacji dobiegały głosy aurorów, Harry i Ginny mówili coś, chyba do niej, ale nie słyszała ich. Snape chwycił ją niecierpliwym ruchem za rękę i pociągnął w stronę domu.

- Na chwilę wypuszczam cię z domu... - mruknął - No tak, Potter, czego mogłem się spodziewać? - warknął w stronę Harrego i wciągnął osłupiałą Hermionę przez drzwi.


- Wiesz, naprawdę myślę, że trochę przesadziłeś. To nie było legalne zaklęcie, prawda? - powiedziała Hermiona przypinając ramię Snape'a do swojego. Popchnęła go na łóżko, po czym sama ułożyła się obok.

Severus sięgnął wolną ręką do szafki i wcisnął Hermionie do ust kilkucentymetrowy sześcian czekolady.

- Jedz.

- Cała noc ładowania, a Ty zużywasz to na jedno zaklęcie. - mruknęła do jego ramienia.

- Trzy.

- Naprawdę nie mogłeś rzucić czegoś unieruchamiającego? Musiałeś przemalować całą ulicę?

- Jaka szkoda, taka... piękna ulica.

- Skąd wiedziałeś, że w alejce nie ma ludzi?

- Nie wiedziałem.

- Hmm. - Hermiona uniosła głowę i spojrzała na Severusa unosząc brew. - Widzisz, zastanawia mnie kilka rzeczy. Na przykład, czy to twój zwyczaj, chodzić z zamkniętymi oczami na dementora?

Twarz Snape'a nie drgnęła nawet.

- Widzę, że panna Granger wciąż musi WSZYSTKO wiedzieć. Szkoda, że...

- Och, czyżbyś miał mapę Spinners End pokazującą bazyliszki? - wykrzywiła wargi - Dlaczego w ogóle wyszedłeś nam na ratunek, ryzykując dosyć poważnie swoim strzałem na ślepo, że twoje zaklęcie zamiast bazyliszka, trafi nas?

- Może to nie wam próbowałem pomóc?

Hermiona uśmiechnęła się kładąc głowę z powrotem na ramieniu Severusa. Zamknęła oczy i skupiła się na myśli, na tej jednej myśli, wobec której wiedziała, że nie będzie w stanie być obojętny. Snape drgnął i gwałtownie wypuścił powietrze z płuc. Spojrzał na nią z szeroko otwartymi oczami. Hermiona zaśmiała się cicho.

- Jak często czytasz moje myśli?

- Myślisz, że robię to specjalnie? Ach, przecież myśli sławnej Hermiony Granger są aż tak nieodparcie interesujące. - syknął wpatrując się w nią intensywnie - Co myślisz, że dzieje się, kiedy dajesz legimencie swoją magię?

- Jak często, Severus?

- Gwałtowne emocje wyzwalają połączenie.

Ku jego zdziwieniu, Hermiona tylko skinęła głową. Jej czoło musnęło skórę na jego szyi i Severus przeklął w duchu brak eliksiru aseksualności. Tłumiony przez lata eliksirami głód rozlał się po jego ciele z gwałtowną siłą, wzmacniając się z każdym, najdrobniejszym dotykiem Hermiony. Zacisnął zęby. Klątwa musi zostać złamana. Szybko.