Kredyt zaufania
On
Wypił znacznie więcej, niż powinien. To samo mógł powiedzieć o niej, o ile jego osąd po sześciu kolejkach znaczył jeszcze cokolwiek. Nie zamierzał z nią pić. Miał nadzieję, że dziewczyna wzniesie toast, wychyli swojego drinka i odejdzie w siną dal zostawiając go jego własnym myślom. Tym czasem czuł się w tym pubie spalony. Po kilku godzinach jej tekstów, z których każdy okraszony był przaśnym tytułem „panie profesorze", barman z pewnością nie da mu spokoju, dopóki nie wyjaśni kim była ta piękna niewiasta i dlaczego zwracała się do niego w tak oficjalny sposób. Spróbował się skrzywić, ale średnio to wyszło, bo mięśnie twarzy miał mocno rozluźnione przez alkohol.
Srał to pies.
Granger patrzyła na niego z ukosa, spod przymkniętych powiek kołysała się lekko. Miał podstawy przypuszczać, że nie da rady wyjść stąd o własnych siłach, o aportacji nie mówiąc.
Nie miał zamiaru z nią pić, a jednak pił. Nie wiedział właściwie, co go podkusiło. Może poczucie obowiązku? Jakoś wydawało mu się to właściwe, żeby siedzieć tu i pilnować tej lekkomyślnej dziewuchy. Nie lubił, by ktoś marnował jego wysiłki. A ona właśnie to robiła. Nie mogła odreagować w domowym zaciszu, bezpieczna, otoczona bandą rudzielców? Przecież trzymała się blisko Weasley'ów przez te wszystkie lata. Zerknął na nią.
Cholera.
Zaraz spadnie z krzesła. Najszybciej i najsprawniej, jak zdołał, wstał i przytrzymał kobietę. Oparła się bezwładnie na jego ramieniu, jej głowa opadła mu na tors. Zmęł w ustach przekleństwo.
‒ Gdzie mieszkasz? ‒ mruknął jej we włosy modląc się w duchu by nie uznała tego za jakąś pokręconą propozycję. Nie to, żeby wzgardzał wdziękami każdej młodej kobiety, ale stwierdził, że za pijaną, zgwałconą byłą uczennicę jednak podziękuje.
‒ Fisher Street ‒ wymamrotała. Odbiło jej się burbonem i sokiem pomarańczowym. Zmarszczył nos. Ohyda.
‒ Chodź ‒ mruknął. ‒ Skorzystasz z mojego kominka.
Nie odpowiedziała, więc wyprowadził, a właściwie wywlókł ją na zewnątrz. Granger na odchodnym, zdążyła jeszcze podnieść głowę z jego obojczyka i wykrzyczeć bełkotliwie coś, co brzmiało jak: On jest bohaterem! Cholernym bohaterem! A wy mugole chuja wiecie!
Nie mógł zaprzeczyć, zdziwił go ten ostatni występ kobiety, może nawet trochę rozbawił. On bohaterem? Dobre sobie. Spróbował zarzucić sobie jej rękę na ramiona, ale Granger już zupełnie przestała współpracować. Stał więc bezradnie z nosem Gryfonki wciśniętym w mostek i słuchał jej chrapliwego oddechu.
‒ Granger… ‒ potrząsnął nią lekko. Nie zareagowała. Głowa przechyliła jej się do tyłu. Przyjrzał się jej nieprzytomnej twarzy. Była ładna. Nawet w tej okropnej fryzurze, nawet pijana. Wpadł na pewien pomysł. Wciąż trzymając ja jedna ręką, druga sięgnął do kieszeni spodni. Upewnił się że nikt ich nie widzi.
‒ Aquamenti ‒ wyszeptał celując różdżką w jej czoło.
Dziewczyna odskoczyła, z cichym piskiem zaczęła się otrząsać z wody, która lała się na jej twarz wartkim strumieniem.
‒ Lepiej? ‒ zapytał krzywiąc się najwredniej, jak w tym momencie potrafił.
‒ Jeśli przez lepiej rozumie pan „mokrzej", to tak.
‒ Przynajmniej znowu jesteś przytomna Granger i nie wykrzykujesz inwektyw w kierunku Bogu ducha winnych mugoli.
‒ A wykrzykiwałam? ‒ zmieszała się.
‒ Przez grzeczność…
‒ Proszę nie kończyć, profesorze ‒ powiedziała cicho. Nagle coś jej się przypomniało. Zmarszczyła brwi. ‒ Czy pan…. Czy pan pytał o mój adres?
Przewrócił oczami. Zaczyna się.
‒ Oczywiście, że pytałem. Chcę się wreszcie wyspać we własnym łóżku, więc muszę cię odstawić w bezpieczne miejsce.
Uniosła brew. Chyba zupełnie wytrzeźwiała.
‒ Naprawdę pan sporo wypił, skoro uważa mój dom za bezpieczne miejsce.
Cholera. Rzeczywiście. Musiał być naprawdę pijany, skoro o tym nie pomyślał.
‒ Gdzie więc mogę cię…
‒ Podrzucić?
Zacisnął usta.
‒ Nie tego słowa szukałem, ale tak, do tego mniej więcej się to sprowadza.
‒ Do Nory.
‒ Masz to załatwione Granger.
‒ Wszystko, byleby pozbyć się mnie ze swojego łózka, czyż nie, profesorze Snape?
Parsknął.
‒ Za to mógłbym pić całą noc.
Ona
Kiedy cichcem przemykała skrzypiącymi schodami Nory, poczuła się nagle przytłoczona i samotna. Pierwszy raz w życiu miała wrażenie, że oto właśnie jej świat bezpowrotnie się skończył, wywrócił do góry nogami i wybebeszył, zostawiając ją zupełnie odkrytą i bezbronną wobec innych i samej siebie. Czuła się wystawiona na łaskę i niełaskę ludzi, których kochała. Ludzi, którzy, jak dotarło do niej w momencie, w którym przestąpiła próg domu, nie mają pojęcia przez co już przeszła i przez co dalej będzie przechodziła. Nie stało się z nią tak podczas wojny, ani gdy rodzice nie odzyskali pamięci. Na to wszystko była przygotowana, przekalkulowała za i przeciw każdej dotychczasowej sytuacji w swoim życiu, podejmując decyzje ze świadomością wszystkich konsekwencji. Jednak teraz jej wolność została pogwałcona i chociaż niewiele pamiętała z tamtej nocy, sam fakt dokonanych na niej czynów budził w niej wściekłość na sprawców i odrazę do samej siebie. Nie była przygotowana na niespodzianki, te spotykały dotąd wszystkich, poza nią. Jej dokładnie przekalkulowane, wręcz zaprogramowane życie, nie zostawiało miejsca na porażki lub zaskoczenia.
Mogła w prosty sposób zakończyć błogą nieświadomość najbliższych, mogła ‒ chociażby jutro przy śniadaniu – podnieść nos znad talerza i najzwyczajniej w świecie wyznać im prawdę. Wiedziała jednak, aż za dobrze, że to byłoby najgorsze, co mogłaby zrobić. Im i sobie samej.
Zalałaby ją zaraz fala współczucia, której nie chciała i nie potrzebowała, a która wywołałaby w niej tylko mdłości. Tym, czego pragnęła, była normalność, powrót do codziennej rutyny; teraz, gdy już czuła się znacznie lepiej, mogła powrócić do swojej pracy, nauki, spotkań ze znajomymi. Tylko, że…
Nie mogła.
Gdy wyszła z domu Snape'a, wpadła w panikę, poszła więc do najbliższego baru, by napić się, by zagłuszyć krzyk słyszalny tylko dla niej, by nabrać odwagi. A potem zjawił się on i zabawiła w barze kilka godzin.
Dopóki alkohol zaburzał jej zdolności do przetwarzania informacji, czuła się nieźle. Kiedy jednak wytrzeźwiała, świat ponownie stanął na głowie. Cicho wślizgnęła się do gościnnej sypialni, zamknęła za sobą drzwi i wyciszywszy pokój, zaczęła wyć.
On
Minęło kilka tygodni od ich spotkania w pubie. Trudno było mu powiedzieć ile dokładnie czasu upłynęło. Dni płynęły mu jednostajnie, rodziły się i umierały wciąż takie same. Nie brakowało mu jej towarzystwa, ale co raz częściej łapał się na tym, że zastanawia się, co się z nią dzieje. Gdy rankiem otwierał nowego Proroka, za każdym razem sprawdzał kronikę kryminalną. Za każdym razem ze zdumieniem odkrywał u siebie ulgę, gdy po raz kolejny gazeta pozbawiona była jakichkolwiek doniesień o młodej Gryfonce. W miarę upływu czasu przestał się dziwić.
Długo nie odważył się odwiedzić ulubionego pubu, a gdy tam przyszedł, rozmowa z barmanem jakoś się nie kleiła. Tak, jak przypuszczał, mężczyzna koniecznie chciał wiedzieć, czemu ta młoda kobieta nazywała go profesorem i skąd znał tę śliczną młódkę. Snape uparcie milczał, zarówno w tych kwestiach, jak i w sprawie swojego nazwiska. Whiskey nagle straciła smak. Był wściekły. Granger nawijała o wdzięczności. Tak naprawdę aż dotąd nie była mu nic winna. Nie prosiła o ratunek. Był dorosłym człowiekiem i sam zdecydował, że jej pomoże. Tak naprawdę dopiero teraz zaciągnęła u niego dług, pozbawiając go ulubionej rozrywki. Miał ochotę nawrzeszczeć na nią, wytknąć jej jak samolubnie postąpiła. Szybko zdał sobie jednak sprawę, że jego złość jest czcza. Dziewczyna nie działała przecież z premedytacją, nie była nawet zdolna do podejmowania racjonalnych decyzji. Uspokoił się jeszcze zanim dotarł z powrotem do domu. Musiał znaleźć inny pub, innego barmana. Niska cena, jak za uratowanie komuś życia. Był już przy drzwiach, gdy trzy domy dalej dostrzegł jakiś ruch. Instynktownie odwrócił się w tamtą stronę. Od razu ją rozpoznał, a gniew powrócił. Czego, u diabła, tu szukała? Czy nie wyraził się dostatecznie jasno? Odwrócił wzrok, chcąc udawać, że wcale jej nie zauważył. Wiedział, że to naiwne myśleć, że dziewczyna się na to nabierze. Walczył. Z pokusa szybkiej ucieczki do wnętrza domu. Wiedział jednak, że to nie byłoby niepoważne. Z żalem odwrócił się tyłem do widzialnych tylko jemu drzwi i stawił czoła kobiecie.
‒ Czego tu szukasz? ‒ powiedział zamiast dzień dobry.
‒ Pana również miło widzieć, profesorze ‒ przywołała na usta wymuszony uśmiech.
‒ Więc?
‒ Więc co?
‒ Czego ode mnie chcesz, panno Granger?
Patrzyła na niego w skupieniu, jakby coś rozważała.
‒ Możemy się przejść?
‒ W jakim celu do cholery?
‒ Chciałabym porozmawiać.
‒ Zaklął w myślach.
‒ Wejdź ‒ polecił dziewczynie.
Pokręciła głową.
‒ Nie. Musi pan ze mną wyjść.
‒ Ja nic nie muszę ‒ warknął gderliwie.
‒ A jednak nalegam.
‒ Nie odpuścisz, Granger?
‒ Nie, dopóki wiem, gdzie pan mieszka.
‒ Wiesz, że nie mam już czego szukać w tamtym pubie?
‒ Jak on się nazywał?
‒ Nijak. Pub.
‒ Nie mówi pan poważnie, profesorze.
‒ A wyglądam, jakbym żartował?
‒ Wtedy pewnie wzywałabym pogotowie ‒ roześmiała się szczerze.
Skrzywił się.
‒ Dobrze więc ‒ powiedział niechętnie po chwili pełnej napięcia ciszy. ‒ Nie mam zamiaru skazywać się na twoje przesiadywanie przy moim domu lub przeprowadzkę.
‒ Mądra decyzja profesorze Snape.
Spojrzał na nią ponuro.
‒ Tam jest park. Czy mogę liczyć, że w zamian za czas, który Ci poświęcę dasz mi wreszcie spokój?
Skinęła głową.
Ruszyli w stronę zieleni. Snape szedł szybko, jakby chciał mieć to już za sobą.
Stali przez chwilę naprzeciwko siebie w milczeniu, a między nimi rosło dziwne napięcie. Wreszcie, zanim Snape zdążył się odsunąć, Hermiona stanęła na palcach i pocałowała mężczyznę w usta. Mistrz Eliksirów skamieniał zaskoczony, nie wiedział, co napełniało go większym zdumieniem: zachowanie Gryfonki, czy jego własna reakcja. Spostrzegł bowiem, że dotyk delikatnych, miękkich ust dziewczyny wcale nie jest dla niego dziwny, ani obcy. Od dawna żył sam, rzadko przyprowadzał kogoś do domu, ale w młodości nie stronił od rozrywek tego typu; próbując zapełnić pustkę po Lily, spotykał się z wieloma łatwymi kobietami w bardzo ściśle określonym celu. Jednak inaczej niż wtedy, teraz nie czuł mieszanki podniecenia, obcości i wstrętu do samego siebie. Nie szukał w niej śladów podobieństwa do zmarłej kobiety. Nie drgnął, ale też jej nie odepchnął.
Pocałunek trwał krótko, nie był też niczym wiele więcej niż zetknięciem się nieruchomych ust. Nie rozumiał go tak, jak
nie potrafił pojąć swojej reakcji, ani zachowania dziewczyny.
‒ Dlaczego? ‒ zapytał.
Uśmiechnęła się smutno.
‒ Bo od tamtej nocy nie potrafię... ‒ urwała na moment.
Bogowie, tylko nie mówcie, że ta smarkula zadurzyła się w nim po tym wszystkim, co ją spotkało. Był najmniej odpowiednią osobą i wcale nie uważał się za obiekt godny adoracji. Może i by mu to schlebiało, ale miał wrażenie, że byłaby to z jej strony jakaś chora fascynacja, nie prawdziwe uczucia.
‒ Nie potrafię z nikim być ‒ dokończyła wreszcie cicho. ‒ Gdy tylko ktoś mnie dotyka, czuję lęk, mam ochotę uciekać i... Boję się, że Ron... Że go stracę.
Prychnął. Więc martwiła się o tego żałosnego głupka. Nawet nie o siebie, a o tego rudego idiotę. Cudownie.
‒ I wybrałaś mnie jako remedium dla swoich małżeńskich problemów? ‒ zapytał jadowitym tonem. Musiał przyznać, że go zawiodła, spodziewał się po niej czegoś więcej. Tym czasem ona znów nie potrafiła obiektywnie ocenić sytuacji. To ona była tu ofiara, nie ten palant. Zapomniał już jaka potrafiła być naiwna i zaabsorbowana uczuciami innych.
‒ I jaki ma to związek ze mną? Porozmawiaj z Weasley em, wyjaśnij mu wszy... ‒ zamilkł wpół słowa widząc spojrzenie,
jakie mu posłała.
‒ Nie powiedziałaś mu?
Pokręciła głową.
‒ A powiedziałaś komukolwiek?
‒ Nikt poza panem i śledczymi nic nie wie. Tak jest lepiej.
Skrzywił się.
‒ Jak widać na załączonym obrazku.
Patrzyła na niego z twarzą pozbawiona wyrazu.
‒ Powinnaś pójść do jakiegoś mugolskiego specjalisty od…
‒ Od głowy, tak, wiem. Shacklebolt też mi to doradził. Tylko on użył słowa wsykjatra.
Snape uśmiechnął się krzywo.
‒ Czego więc ode mnie oczekujesz?
Spojrzała mu prosto w oczy, z jej twarzy biła determinacja. Wziął głęboki oddech. Odpowiedź miała wypisana na gryfońskiej twarzy. Chyba była tego świadoma, bo nie odezwała się ani słowem.
‒ Czy ty wiesz, o co mnie prosisz?
Skinęła głową.
‒ Może pan też na tym skorzysta profesorze.
Spojrzał na nią ostro. Aż tak nisko go oceniała? Że mógłby chcieć, po tym wszystkim...
‒ Niby jak?
‒ Mam pewną teorię.
‒ Teorię? ‒ uniósł brwi.
Nie odpowiedziała.
Przymknął oczy i otworzył drzwi, wpuszczając ja do środka.
‒ Czy to znaczy tak? ‒ zapytała cicho.
Tym razem to on zmilczał. Nie wiedział, dlaczego się na to godził. Może w pewnym sensie ją rozumiał. Może uwierzył w jej słowa, że on też coś z tego będzie miał. Być może kierowały nim zwykła ciekawość i popęd.
‒ Może chcesz czegoś się napić...
Był w widoczny sposób zażenowany, ale jego oczy ani na moment nie opuściły twarzy kobiety.
Uśmiechnęła się nerwowo.
‒ Nie, Severusie. Naprawdę nie trzeba.
SEVERUSIE? Czy ona naprawdę użyła jego imienia? Chciał jej to wytknąć, lecz zdał sobie sprawę, jak głupim było w ich sytuacji trzymanie się konwenansów. Przecież nie mogła zwracać się do niego per profesorze, gdy…
‒ Granger. Dlaczego myślisz, że ze mną będzie inaczej? ‒ zapyta powoli.
Przez chwile nic nie mówiła.
‒ Bo ty już wszystko wiesz ‒ wyznała, ostrożnie dobierając słowa. ‒ Nie muszę ci niczego mówić, a ty wszystko wiesz. Więcej niż ja, więcej niż ktokolwiek. To ty… To ty mnie poskładałeś.
Znów zamilkła. Widział, że bije się z myślami.
‒ Nie ma między nami bariery, a przynajmniej ja jej nie czuję. A ja naprawdę nie wiem… Boję się, jak to będzie.
Prawdę mówiąc on też się tego wszystkiego obawiał: jej reakcji, braku własnej przydatności w tym konkretnym względzie. Przecież ilekroć myślał o niej, widział ją w stanie z tej ponurej nocy, gdy znalazł ją w lesie na granicy życia i śmierci. Widział ją całą: jej sińce, złamania, krew…
Nie chciał dłużej tego drążyć, więc pochylił się i złożył na jej ustach delikatny pocałunek.
Ona
Przyjęła to z ulgą. Dokładnie tak określiłaby uczucie, które podążyło za delikatnym muśnięciem ust Snape'a. Oddała pocałunek, robiła to jednak machinalnie, w wyuczony, automatyczny sposób. Nie czuła pożądania, podniecenia, sentymentu. W jej pocałunku było wielkie, głuche NIC.
Tego się bała. Bała się, że gdyby to Ron pierwszy jej dotknął, pierwszy ja pocałował, pierwszy ją przeleciał, czułaby jedynie pustkę, albo co gorsza strach i obrzydzenie. Obawiała się, że skamieniałaby, zesztywniała ‒ zimna i nieczuła. Zraniłaby tym i siebie i jego. A potem nadeszłoby nieuniknione: rozstanie albo szczera rozmowa. Mimo długich przemyśleń, wciąż nie miała pewności na co bardziej nie była gotowa.
Tak było lepiej. To było… jak wizyta u lekarza. Niezbyt przyjemne, ale akceptowalne. Instrumentalne. Zadrżała, gdy dotknął jej nagiej skóry. Nie miał zimnych rąk, po prostu wszystko to było takie dziwne, takie obce. Smak jego ust. Faktura jego smukłych, szorstkich palców, zapach jego szyi. Serce biło jej szybko z niepokoju. Czy Snape się odsunie, czy zmieni zdanie? Czy ona sama nie wybiegnie za chwilę na ulicę w negliżu i ze łzami w oczach?
Stwierdziła jednak, że nie znosi porażek i że nie byłaby w stanie tolerować kolejnej. Uśmiechnęła się w jego usta, krzywo, ironicznie. Ta sytuacja przypominała jej opowieści koleżanek z Hogwartu o tym, jak to nie marzyły by utracić dziewictwa z kimś starszym, doświadczonym: bez zbędnych emocji, przywiązania, lęku przed porażką.
Właśnie tak się teraz czuła stojąc pośrodku hallu w objęciach Mistrza Eliksirów. Jakby ponownie traciła dziewictwo. Jego oddech przesycony był zapachem szkockiej i czegoś jeszcze… Waniliowych papierosów?
Nie przypominała sobie, żeby Snape podczas jej krótkiego pobytu na Spinner's End wypalił chociaż jednego. Czyżby i jemu udzielił się stres ostatnich tygodni? Czyżby to wydarzenie zostawiło niewidoczny ślad także i na jego duszy?
Zaczęła rozpinać guziki jego koszuli, żałując podświadomie, że nie ma na sobie tej słynnej czarnej szaty, którą wzbudzał w nich panikę, gdy byli dziećmi. Może byłoby śmiesznie. A może dziwnie… Trudno powiedzieć.
‒ Chodźmy do sypialni ‒ powiedział.
Pokręciła głową.
‒ Nie, tam nie ‒ poprosiła. ‒ Dobrze wiesz, że…
Popatrzyła jej głęboko w oczy, nie było jednak w tym spojrzeniu nic z dawnej ostrości. Bił od niego spokój. Nie odpowiedział, ale wskazał mały salonik ze stojąca pośrodku kanapą, na której spędził kilka niesławnych nocy, użyczając swojego łóżka.
Zrozumiał.
Gdzieś głęboko, kiełkowało w Hermionie mdlące poczucie winy. Odpychała je jednak od siebie. Był dorosłym, doświadczonym mężczyzną, wiedział co robi, na co się decyduje, nie było mowy, żeby pozwolił się jej wykorzystać.
A może jednak? Może poczucie obowiązku mogło zaprowadzić go aż tak daleko wbrew jego osobistym odczuciom? Z jakiego innego powodu miałby się zgodzić na ten idiotyczny układ? Bo palnęła coś o obopólnych korzyściach?
Jak bardzo zdesperowany był ten człowiek? I jaki był powód tej desperacji?
Z Żalem zdała sobie sprawę, że nigdy się tego nie dowie, bo gdy tego wieczoru zamknie za sobą drzwi domu na Spinner's End, prawdopodobnie nigdy już Severusa Snape'a nie zobaczy. Oboje wrócą do swoich światów, swoich żyć. On do samotnego warzenia Eliksirów i wypadów do baru, ona do Ronalda, którego nareszcie będzie mogła przestać unikać.
Jeśli terapia podziała.
Zacisnęła mocno powieki, gdy pomógł jej się położyć, na wpół rozebranej, na sławetnej kanapie, nie spojrzała na niego ani razu, gdy rozpinał klamrę paska od spodni. Jego oddech był spokojny, miarowy zarówno, gdy w nią wchodził, jak i gdy znieruchomiał nad nią, łaskocząc ja w szyje długimi włosami.
‒ Dziękuję ‒ wyszeptała, zanim wstała.
Nic nie powiedział. Skinął tylko głową, siedząc tyłem do niej na brzegu sofy.
Ubrała się i wyszła, wciąż nie wiedząc, co będzie dalej i czując, jak w jej żołądku rośnie nieprzyjemna gula.
