Spłata

On

Przez kilka tygodni po jej odejściu, Snape czuł się dziwnie pusty ‒ dziwnie nawet jak dla niego. Przyzwyczaił się już do tej odwiecznej, bolesnej, niegojącej się rany, którą zostawiła po sobie Lily w dniu, w którym z jego winy zginęła. Opanował obchodzenie się z tym dyskomfortem istnienia do takiej perfekcji, że traktował go jako nieodłączną część swojego jestestwa, część definicji samego siebie. Teraz ta emocja była świeża, czysta, nie naznaczona latami przemyśleń i walk z samym sobą.

Tęsknił.

Za jej obecnością, denerwującym tonem głosu. Za dodatkowym znaczeniem, które nadała starej, twardej kanapie. Troska. Severus Snape już dawno o nikogo się nie troszczył, o nikogo nie dbał. O nikogo, poza samym sobą. Przyjrzał się swojemu odbiciu w lustrze, krytycznym wzrokiem omiatając podkrążone oczy, bladą cerę i zaniedbaną odzież. Musiał przyznać, że nawet ta opieka niezbyt dobrze mu wychodziła…

Hermiona Granger przyniosła ze sobą życie w tę okropną noc, gdy prawie straciła własne, nieświadomie tchnęła w starą ruderę stającą na Spinner's End nowe życie. Snape'owi niełatwo przyszło się do tego przyznać, ale rzeczywiście jej gryfońska wola przetrwania, samozaparcie i upartość zostawiły po sobie niewidoczny ślad, widmo niedawnej obecności drugiego człowieka.

Był nawet taki moment, w którym chciał odwiedzić ją w Norze. Wyjść, teleportować się pod dom Weasley'ów i… I co dalej? Czekać tam na nią w ukryciu, w nadziei, że będzie sama, że będzie w ogóle chciała z nim rozmawiać? Nie łudził się. To, co między nimi zaszło tamtego dnia było dokładnie takim, jakim miało być: instrumentalnym aktem odkupienia. Ani on, ani ona nie odczuli spełnienia. Nie było czego wspominać, a jednak Snape, całkowicie wbrew sobie, wciąż czuł jej zapach, gładką fakturę jej skóry i obraz, który zapamiętał z tych dziwnych chwil, mieszał się mu pod powiekami ze wspomnieniem jej skatowanego ciała. To była zdecydowanie dziwaczna mozaika uczuć i obrazów, nawet jak na niego.

Oczywiście nigdy nie spełnił tej fantazji ‒ nie był już młodym, narwanym chłopakiem, który dla kobiety zrobiłby absolutnie wszystko. Nie. Tym, co mu pozostało, były strzępki poczucia godności i nie miał zamiaru pozbyć się ich dla szumnego „być może". Czekał więc, w nadziei, że Granger znów pojawi się pod jego drzwiami. Ale to się nigdy nie stało.

Potem było mu wstyd, przed samym sobą oczywiście ‒ nigdy nie zwierzał się nikomu że swoich problemów. Wstydził się swojej naiwności, swoich pragnień, wszystkich tych uczuć już zapomnianych i z dawna odrzuconych przez niego po śmierci Lily. Był to czas, w którym wydawało mu się jeszcze, że zadurzył się w tej młodej dziewczynie.

Potem jednak zrozumiał. Pewnego ranka obudził się z jasna i klarowną świadomością, że brak, który czuje, nie ma zupełnie związku ani z nią, ani z Lily Potter. Pierwszy raz w swoim życiu zapragnął być Z KIMŚ, żyć Z KIMŚ, dzielić Z KIMŚ pozostałe mu dni na tym padole. Można by powiedzieć, że na stare lata dojrzał wreszcie do tego, by pozostawić za sobą swoja krwawą, ponurą przeszłość, a powitać choćby i cień szczęścia w towarzystwie kogoś podobnego sobie.

Ona

Buty na obcasie budziły echa w ogromnym, kamiennym hallu Ministerstwa Magii. Hermiona przystanęła, rozejrzała się po tak dobrze znanym jej miejscu. Zdążyła już zapamiętać każdy szczegół pomieszczenia podczas swoich licznych wizyt na przesłuchaniach. Shacklebolt obiecał jej pełną dyskrecję i wsparcie. I rzeczywiście nie było tak źle, jak to sobie wyobrażała. Wprawdzie wciąż i wciąż musiała opowiadać o zdarzeniach z tej feralnej nocy, cały czas odpowiadać na te same pytania, zadawane przez co raz to inne osoby.

Jak znalazła się pani w takim miejscu o tak późnej porze?

Załatwiałam sprawy zawodowe. Jestem Mistrzynią Eliksirów. Poszukiwałam pewnego rzadkiego składnika...

Czy nie sądzi pani, że było to wyjątkowo nieodpowiedzialne zachowanie?

Sądzę, że jestem pełnoprawną obywatelką i mam prawo przebywać poza domem o dowolnej porze.

Co miała pani na sobie w chwili napaści?

Ubranie. Nie, nie posiadam go już. Tak, zostało skradzione. Nie, nie chcę zgłosić kradzieży.

Czy istnieje możliwość, że mogła pani nieświadomie sprowokować sprawców?

Czy wie pan kim są Bracia Czyści? Właśnie. Tak, znam procedury. Sam fakt bycia czarownicą był dla nich wystarczającym powodem do ataku na mnie. Nie, nie posiadam zdjęcia swoich pleców z napisem. Jakoś nie pomyślałam, żeby pstryknąć sobie fotkę. Tak, wiem czym jest obdukcja. Z krwiakiem podpajęczynówkowym to byłby kiepski pomysł… Nie, leczyłam się prywatnie. Gdzie? Jak mówiłam, prywatnie.

Wypytywali ją czarodzieje, przesłuchiwali mugolscy śledczy. Spotkała się zarówno z Ministrem Magii, jak i przedstawicielami rządu Wielkiej Brytanii. Odebrała listowne kondolencje od wielu znanych osób. Ktoś nawet zapytał raz, czy o to jej chodziło: o rozgłos. Powiadomiła o tym Shacklebolta, jeszcze tego dnia wysłała mu oficjalną sowę z oficjalnym zażaleniem. Minister usunął impertynenta. Podejrzewała, że wpływy Severusa Snape'a zaprocentowały w tym konkretnym przypadku.

Severus Snape… Uśmiechnęła się do swoich myśli. Czy gdyby kilka miesięcy temu ktoś powiedział jej, że będzie wspominać tego człowieka nie tylko z sympatią, ale też z ogromną wdzięcznością i pewną dozą… czułości, uwierzyłaby? To, przez co przeszła w jego towarzystwie ‒ to jak bardzo jej pomógł, jakim zaufaniem i zrozumieniem obdarzył ją, pozwalając zostać w swoim domu, opiekując się nią i chroniąc przed niechcianym zainteresowaniem ludzi ‒ zapewniło mu status kogoś bliskiego sercu kobiety.

Starała się więc uszanować jego prywatność i robiła wszystko, by jego nazwisko nie wypłynęło w trakcie przesłuchań. Nazywała go „prywatną opieką medyczną". W głębi duszy miała wrażenie, że ta konkretna uwaga rozbawiłaby go.

Zdarzało jej się o nim śnić raz, a może dwa razy w tygodniu. Zawsze biegła wtedy, uciekając przed pogonią i wpadała finalnie w jego wielkie, czarne szaty. Hermionie śnił się jego zapach i tembr głosu, ale nie były to w żadnym wypadku sny erotyczne. Ten ich jeden jedyny raz był dla niej tylko terapią, nawet nie postrzegała go w charakterze zdrady.

Jej życie z Ronaldem wróciło do względnej normy. Przez „względność" miała na myśli początkową konieczność wyobrażania sobie w sytuacjach intymnych, że zamiast Rona ma przed sobą Severusa Snape'a. Nie podniecało jej to, ale pozwalało się uspokoić, skoncentrować na sytuacji i zaangażować w bliskość. Nie wiedziała, czemu tak się dzieje, ale mocno ją to krępowało czuła się nie w porządku wobec Ronalda. Nie miała jednak zamiaru rozmawiać z nim o tym, ani o napaści. To była jej tajemnica, jej kawałek życia, który chciała zostawić poza sobą. Bała się, że gdyby mu o wszystkim opowiedziała, całe zdarzenie nabrałoby więcej prawdziwości. A tak prawdziwym stawało się tylko w sądzie, prawdą było w domu Severusa Snape'a. Poza tymi dwoma miejscami, napad wydawał jej się jedynie wyjątkowo koszmarnym snem, którego nie potrafiła zapomnieć. I wolała, żeby tak pozostało.

Życie parło do przodu, proces Braci Czystych toczył się powoli ale nieubłaganie ku końcowi. Wraz z kolejnymi dniami, Hermiona na nowo odzyskiwała chęci do życia i energię do walki.

On

Sam zgłosił się na przesłuchanie. Zapytany skąd wie o napaści wyznał, że po wszystkim zajął się poszkodowaną. W zamian otrzymał mnóstwo pytań o swoje kwalifikacje, które zbył milczeniem oraz jedną uwagę, która szczerze go ubawiła. „Prywatna opieka medyczna" bez wątpienia musiała być określeniem użytym przez Granger.

Mając ogromne doświadczenie z działaniem w konspiracji, szybko przesądował umysły mugolskich śledczych. Podejrzewał, że ktoś może grać na dwa fronty. W głębokim poważaniu miał to, że stosowanie legilimencji na osobach niemagicznych było od pewnego czasu nielegalne tak samo nielegalnym było napadanie kobiet, niszczenie im życia i próby jego odbierania. Brzydził się nie tyle przemocą, co jej sprawcami.

Tak, czasem sam siebie przyprawiał o mdłości gdy rankiem oglądał swoją twarz w łazienkowym zwierciadle.
Dzięki nielegalnym praktykom udało mu się znaleźć wtykę sekty w policji. Zgłosił to. Shacklebolt przymknął oko na poczynania starego szpiega, kładł to chyba na karb dawnych, trudnych do kontrolowania przyzwyczajeń Snape'a. Swoją drogą w tym konkretnym przypadku okazały się one raczej przydatne niż szkodliwe.

Nie chcę tylko słyszeć, że latasz po Anglii jak żywa maszyna podsłuchową i sprawdzasz wszystkich podejrzanych ci ludzi zaznaczył na odchodnym Minister Magii, patrząc na Mistrza Eliksirów z góry.

Snape nie miał zamiaru tego robić. Ale nad zespołem śledczym postanowił ustanowić stałą pieczę aż do zakończenia dochodzenia. Coś mu mówiło, że mimo priorytetowego znaczenia, sprawa Braci Czystych wcale nie zostanie należycie dopilnowana, a przynajmniej nie tak, jak życzyłby tego sobie szpieg nad szpiegami. Był to winien Granger po tym, jak uświadomiła mu jego ułomność. Skoro dziewczyna zmieniła jego życie, on nie mógł dopuścić, by Ministerstwo straciło tak dobrą szansę na zakończenie koszmaru Granger. Poprosił Shacklebolta o dyskrecję i w wyniku jego działań, został wpisany do akt jako „pracownik prywatnej opieki medycznej". Chciał, żeby wiedziała, że zrobił, co mógł, ale z własnej, nieprzymuszonej woli.

Ona

Ulica Pokątna była wyjątkowo zatłoczona, nawet jak na sierpniowy weekend. Tłumy ludzi przeciskały się wzdłuż witryn sklepowych, co chwila ktoś wpadał na kogoś, szturchał, albo popychał mniej uważnego przechodnia. Wszędzie słychać było pohukiwania i piski sów, miauczenie kotów, wysokie głosy dzieci i wszechobecny, buczący niczym rój pszczół, chór setek osób: szepczących, mówiących, pokrzykujących i nawołujących. Hermione Granger od tego wszystkiego rozbolała szybko głowa, więc zażyła swoje mugolskie proszki na ból głowy. Z jakiegoś powodu wolała to od eliksiru przeciwbólowego. Może były bardziej poręczne, a może kwestia leżała w jej przywiązaniu do swoich niemagicznych korzeni… Z biegiem lat nauczyła się być dumną ze swojego pochodzenia. Musiała, chociażby przez wzgląd na dzieci. Popatrzyła teraz na rude główki trójki ich maluchów ‒ jedno z nich, Rose Jane, właśnie kompletowało wyprawkę do Hogwartu. Mieli już sowę (Kup mi taką, koniecznie taką jak miał wujek Harry!), podręczniki (A ten? Czemu nie weźmiemy od razu wszystkich siedmiu części o Transmutacji?), szaty (Maaamo, tata mnie straszy, że jak będę tak marudzić, każe mi chodzić w używanych po wujku Billu!) i wszystkie składniki i instrumenty alchemiczne (Prze pani, moja mama jest Mistrzem Eliksirów! Tak. I podobno uczył ją ten, straszny Sęp. Sejp. Snape! Prawa ręka Voldemorta! Czemu jest pani słabo pani aptekarko?) Zaliczyli lodziarnię, Sklep z Psikusami Weasleyów, Wytwórnię Magicznych Zabawek i szli właśnie w kierunku maleńkiego, niepozornego stoiska Ollivandera, gdy nagle Ron stanął, jak wryty, złapał ją za ramię, pokazując coś palcem. Na jego twarzy malowało się bezbrzeżne zdumienie, nie był w stanie wykrztusić ani słowa, więc Hermiona po prostu podążyła wzrokiem w kierunku, który wskazywała jego ręka.

Nie coś, tylko KTOŚ. Czarna peleryna powiewała wokół szczupłej sylwetki. Źródłem wzburzenia jej męża był nie kto inny, lecz sam Severus Snape, stojący nieopodal i zatopiony w uprzejmej konwersacji z podobną mu wiekiem czarownicą. Uśmiechnęła się mimowolnie. Złapała Rose za rękę i pociągnęła rodzinę w stronę rozmawiającej pary.

Gdy byli już dość blisko, zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, Snape odwrócił w ich stronę głowę i obdarzywszy całą piątkę jednym ze swoich osobliwych spojrzeń rzekł:

‒ To właśnie, moja droga, jest owa młoda dama, o której ci ostatnio opowiadałem. Za czasów szkolnych okaz niezwykłej wręcz arogancji i odpychającej pewności siebie.

Hermiona zaśmiała się cicho.

‒ Mnie również miło pana widzieć, profesorze Snape.

Rose pociągnęła ją za rękaw.

‒ Snape? ‒ to miał być szept, ale piskliwy głosik córki przebijał się nawet przez gwar zatłoczonej ulicy. ‒ Ale on miał nie żyć! Mówiliście, że umarł...

‒ A to ci niespodzianka ‒ zarechotał Mistrz Eliksirów.

Przypatrzył się Rose, potem oblepiającej głowę Rona Lizzy (jego nie zaszczycił nawet przelotnym spojrzeniem), na końcu skierował swój wzrok na małego Remusa, który trzymał ojca za palec lewej dłoni. W tym roku kończył dwa lata.

‒ To ci się poszczęściło, Granger… ‒ skwitował z przekąsem.

‒ Nie przedstawił nas pan sobie ‒ zmieniła temat Hermiona, jego osobiste wycieczki zupełnie jej nie ruszały. Cieszyła się, że widzi go żywego, w dobrym zdrowiu i, jak podejrzewała, całkiem zadowolonego.

‒ Ależ oczywiście, nadrabiajmy towarzyskie zaległości! ‒ skinął głowa z przesadną kurtuazją. ‒ Moja droga ‒ zwrócił się do stojącej przy nim czarownicy ‒ to jest Hermiona Granger, znasz ją z wielu moich anegdot. Ten tu rudy kawaler to nie kto iny, jak Ronald Weasley, jak przypuszczam, mąż ‒ teraz skierował swój wzrok na Hermionę i Rona. ‒ Weasley'owie, poznajcie moją małżonkę, Agathę Lakeside ‒ Snape.

Hermiona uścisnęła kobiecie rękę, a jej oczy na chwile spotkały się z oczami Mistrza Eliksirów. Ledwie dostrzegalny uśmiech: prywatny, przeznaczony tylko dla jej oczu, zagościł na jego wąskich wargach. Postarzał się.

Ron wybąkał gratulacje, zamienili jeszcze kilka zdań (ze strony Snape'a były to głównie złośliwostki rożnego typu) i rozeszli się, każdy w swoja stronę.

Ron spojrzał na Hermionę spod byka.

‒ Nie wyglądałaś na nazbyt zdziwioną ‒ mruknął.

‒ Czym, Ronaldzie? ‒ zapytała z roztargnieniem.

‒ Snapem. Tym, że żyje.

‒ Och…

Zmieszała się. Przecież Ron nic nie wiedział. Nagle wszystkie wspomnienia tamtych dni powróciły do niej lawiną, która prawie zwaliła ją z nóg.

‒ Widzisz…

‒ Wiedziałaś? ‒ w jego głosie słychać było żal i urazę.

‒ Ron ‒ powiedziała łagodnie. ‒ Ja naprawdę nie mogłam ci powiedzieć. Snape się ukrywał. Nie chciał niczyjej uwagi. Wpadliśmy na siebie kiedyś przypadkiem… On… Bardzo mi pomógł. Jestem jego dłużniczką. Mogłam zrobić chociaż tyle i nie mówić nikomu o tym, ze przeżył.

‒ Nawet mi?

Przewróciła oczami.

‒ Sam pomyśl, Ron. Severus Snape. Czy myślisz, że chciałby, żeby którekolwiek z nas wiedziało?

‒ Nie ‒ wybąkał rudzielec.

Stali pośrodku ulicy.

‒ Ale on ci pomógł, tak?

‒ Tak. Nawet nie wiesz, jak bardzo.

‒ No… OK.

‒ Kocham cię, wiesz? ‒ wyszeptała mu do ucha.

‒ Co mówisz do taty, mamusiu? ‒ ciekawska Lizzy zastrzygła uszami.

‒ Że bardzo was wszystkich kocham ‒ powiedziała już głośno Hermiona, czując, że robi jej się jakoś cieplej. Rozejrzała się jeszcze, szukając czarnej peleryny byłego nauczyciela, ale i on i jego żona już dawno zniknęli w tłumie.

‒ Chodźmy ‒ zakomenderowała raźno.

I poszli ‒ ramię w ramię, trzymając się za ręce.

On

Gdy ją zobaczył, siedziała na małej kamiennej ławce, sama pośród wszechobecnej ciszy. Zmierzchało. Cienie wydłużały się co raz bardziej i niknęły w gęstniejącym mroku.

Na cmentarzu pachniało topionym woskiem, chryzantemami i dusznym smutkiem. Nawet z daleka mógł dostrzec, że płacze.

Powoli podszedł do niej i usiadł na ławce. Niemal podskoczyła, zaskoczona tą nagłą inwazją.

‒ Snape?

Miała podkrążone, czerwone od łez oczy i bladą twarz. Zaniedbane paznokcie zapewne padły ofiarą jej niegdyś przydługich przednich zębów.

Uśmiechnął się blado, bez cienia złośliwości.

‒ Trzy lata temu pochowałem Agathę w zachodniej części cmentarza ‒ wyjaśnił.

‒ Więc co…

‒ Co tutaj robię? Na po drugiej stronie tej uroczej nekropolii?

Pokiwała głową.

‒ Możesz nie wierzyć, Granger, ale lubię cmentarze.

Pokiwała obojętnie głową.

‒ Co się stało?

‒ Rak wątroby ‒ wyjaśnił krótko.

Milczała.

‒ Co ciebie przywiodło tu w tym okropnym stroju?

Czerń zdecydowanie do niej nie pasowała.

Hermiona uniosła wzrok znad swoich drżących dłoni i wskazała głową na wyrastający przed nią szary kamień nagrobny. Snape podążył za jej wzrokiem.

Ukochany mąż i ojciec, najwierniejszy przyjaciel

Auror, bohater wojenny

Ronald Billius Weasley

zginął podczas służby 15 października 2037 roku

‒ Animag ‒ wyprzedziła jego pytanie Hermiona. ‒ Pieprzony niezarejestrowany animag. Skąd mogli wiedzieć, że gnojek zamienia się w smoka?!

Snape pokiwał w milczeniu głową. Słyszał o tej sprawie, ale nie czytał artykułu na tyle wnikliwie, by dowiedzieć się o śmierci Rona Weasley'a.

‒ Przykro mi, Granger ‒ powiedział cicho. ‒ Naprawdę.

‒ Jak na ciebie to naprawdę dużo ‒ zaśmiała się gorzko. ‒ To stało się tak szybko… Tak nagle… Dzieci są już dorosłe, po pogrzebie wróciły do swoich rodzin. Mam wnuki, wiesz?

Po jej policzkach płynęły łzy.

‒ Teraz już wiem ‒ przyznał.

Zerknęła na niego z ukosa.

‒ Wiem, że się mażę, ale… to dopiero dwa miesiące.

‒ Nie odwiedzają cię?

‒ Ależ odwiedzają. Nawet zbyt często.

Obrzucił ja domyślnym spojrzeniem.

‒ A ty jak zwykle udajesz chojraczkę, prawda Granger?

Uśmiechnęła się blado.

‒ A żebyś wiedział.

Siedzieli chwilę w ciszy. Chłodny, grudniowy wiatr smagał ich twarze.

Spojrzała na niego. Merlinie, ależ się postarzał. Jego włosy prawie całkiem pokryły się siwizną. Skrócił je, gdyż stały się zbyt rzadkie i cienkie. Nos, w szczupłej, poznaczonej zmarszczkami twarzy, zdawał się być jeszcze dłuższym i potężniejszym niż zwykle. Tylko czarne szaty i ostrość spojrzenia pozostały wciąż takie same. I dłonie.

‒ Snape ‒ powiedziała cicho.

‒ Czego chcesz Granger?

‒ Nigdy nie podziękowałam ci za to wszystko, co dla mnie zrobiłeś. Za wyleczenie, dyskrecję. Za zeznania…

‒ Więc się domyśliłaś?

‒ Za kogo ty mnie masz, Severusie? ‒ zapytała miękko, nieoczekiwanie używając jego imienia.

Spojrzał na jej poprzetykane siwizną brązowe włosy, na drobną, skuloną sylwetkę. Zdał sobie sprawę, że naprawdę obchodzą go jej ból, strata i cierpienie. Zaskoczyło go to.

‒ Tak bardzo boję się samotności ‒ wyznała ledwie dosłyszalnym szeptem.

Patrzył przed siebie: na stalowoszare niebo, na cisy rosnące nieopodal grobu Weasley'a.

‒ Możemy być samotni we dwoje ‒ ze zdumieniem usłyszał wypowiadane przez siebie słowa.

Spojrzała na niego. Koniuszki jej palców dotknęły jego dłoni.

Zapadał zmrok, a cienie dwojga siedzących obok siebie ludzi wydłużały się i stopiły w jedno w gęstniejącym mroku.