Nie jestem JKR, nie mam z tego fanfiction dochodu
SSHPSSHPSSHP
Chłopak kierował się do Wielkiej Sali na śniadanie. Był ubrany w zieloną, ciemną koszulę a zamiast guzików, miał małe świecące się damenciki, następnie czarne spodnie ze smoczej skóry - opinające się na jego biodrach i udach, uwydatniających jego mięśnie i wysportowaną sylwetkę poprzez grę w Quiddich'a. Zamiast szkolnych botków, miał czarne, trochę powyżej kostki, świecące się glany. Na koszulę, miał przewieszoną przez plecy rozpiętą czarną, wierzchną szatę - zapinaną na jego szyi, klamrą z jego własnymi inicjałymi. Na jego prawym, serdecznym palcu, pobłyskiwał, rodowy pierścień Potter'ów, przekazywany, z pokolenia na pokolenie, pierworodnemu synowi. Jego włosy były ułożone w jak zwykle artystycznym nieładzie, zaś na wardze po lewej stronie miał świecący srebrny percing, pamiątka z wakacji w trakcie pobytu u Dursley'ów. Zamiast okularów miał szkła kontaktowe a zaś na jego szyj błyszczał naszyjnik z niewielkim krzyżem.
Stoły gdzie zasiadał każdy uczeń w trakcie trwania posiłków w roku szkolnym, usunięto, zaś na ich miejsce na środku Wielkiej Sali - stał powiększony stół prezydialny.
Chłopak szedł powolnym krokiem do wspomnianego wcześniej powiększonego stołu prezydialnego, gdzie uczniowie, którzy zostali w Hogwarcie, mogli się "zintegrować", oraz dla tych nauczycieli, co nie wyjechali w rodzinne strony i zostali w zamku.
Gdy Dumbledore Go zobaczył, jego oczy zrobiły się wielkie jak spodki od herbaty i przez jakiś czas nie mógł wykrztusić z siebie słowa.
Zaś McGonagall, siedziała jak wryta, zamykała i otwierała usta jak ryba i teraz nikomu nie przypominała tej wrednej i surowej nauczycielki transmutacji.
Sytuacja dla Złotego Chłopca Griffindoru wydawała się całkiem zabawna, szczególnie reakcja Snape'a, który, otworzywszy usta nie mógł, poraz pierwszy wypowiedzieć żadnej kąśliwej uwagi na jego temat i omal nie upluł się trzymaną w ręku kawą.
Zaś reszta osób które były na Sali poprostu gapiła się na niego bez żadnego skrępowania i dyskrecji.
Harry uśmiechając się diabolicznie usiadł na miejscu naprzeciwko dyrektora, wprawiając go w jeszcze większe zakłopotanie. Chłopak jak gdyby nie zauważał tych spojrzeń, skierowanych na niego z jeszcze większą natarczywością - zaczął spokojnie spożywać swoje śniadanie, oczywiście nie można było nie zauważyć iskierek w niebieskich oczach Dumbledore'a.
Gdy Harry dopijał do końca swoją herbatę, dyrektor zapytał, jak na niego, z niezwykłą poufałością:
- Ah, Harry mój drogi chłopcze, masz może ochotę wstąpić do mojego gabinetu po śniadaniu? Harry, zaś więdząc, że dyrektor oczekuję od niego całkowitego posłuszeństwa, odparł z wyczuwalnym sarkazmem w głosie:
- Z całym szacunkiem, dyrektorze, mój napięty harmonogram nie pozwala mi odwiedzić, jakże uroczy Pański gabinet, mam do załatwienia, przed przyjazdem uczniów do szkoły, jedną ważną sprawę w Hogsmeade, Pan wybaczy - i skłaniając się lekko przed oniemiałym dyrektorem, który nie oczekiwał od swojego Złotego Chłopca odmowy - wyszedł z Wielkiej Sali, powiewając szatami i budząc respekt wśród kadry nauczycielskiej.
Wsakże, poraz pierwszy od wielu, wielu lat, odmówiono dyrektorowi Hogwartu.
Jego kroki zaś, było słychać na zamkowych korytarzach jeszcze przez długi, długi czas...
