Rozdział 3

Abu Simbel, lato 1994

Wreszcie dotarł do Księgi Umarłych. Egipcjanie nie patrzyli łaskawym okiem na jego poszukiwania, gdyż nadal bali się gniewu dawnych bogów. Musiał poruszać się jedynie dzięki domysłom, ale intuicja go nie zawiodła. Dopiero w świątyni Nefertari znalazł nie tylko menat, ale również bezpośrednią wzmiankę, iż to właśnie Pani Czerwonej Góry jest boginią magii. Musiał, wraz ze swoim zepołem od Gringotta przenieść się do Dendery, gdzie liczył na znalezienie skarbu, po który przyjechał do tej nieprzyjaznej krainy; potrzebował Księgi nad Księgami. Wiedział, że właśnie do tej misji był szkolony przez Snapea. Doceniał zaufanie, które w nim pokładali, zarówno Mistrz Eliksirów, jak i dyrektor. Rodzina i znajomi mogli uznawać, że jego praca dla Grinotta nie wybiega poza standardowe zatrudnienie łamacza klątw, prawdę o ekipie i zadaniu, jakie zostało im wszystkim postawione znali tylko oni i sponsorzy z ramienia banku. Chcieli oni poznać tajniki pradawnej magii, by skuteczniej bronić własności swoich klientów, gdyż bardzo zmartwiło ich, że w ich systemie ochrony wychodzi coraz więcej luk, dzięki którym potencjalny włamywacz mógłby zagrozić ich reputacji.

Pracując w ten sposób, Bill czuł się spełniony. Nagle talizman na jego szyi zrobił się gorący i pojawiła się na nim wiadomość.

„Wracaj do domu"

„Co się stało?" wysłał w odpowiedzi.

„Jeszcze nic, idioto"

Bill wiedział, że nie może ignorować takich wiadomości, szczególnie iż to pierwszy raz, odkąd zaczął pracę. Postanowił poinformować Snapea o swoich odkryciach już na miejscu, a nie w cotygodniowym sprawozdaniu dotyczącym postępów misji. Ich relacje były dosyć specyficzne, zaopatrzone sporą ilością wyzwisk ze strony Severusa, ale Bill nauczył się rozumieć, co starszy z mężczyzn ma na myśli. Mimo różnicy wieku wykształciło się między nimi coś w rodzaju przyjaźni, chociaż daleko im było od ploteczek i osobistych zwierzeń przy szklaneczce Ognistej, za co rudzielec był wdzięczny. Czasami lepiej nie wiedzieć, co komuś siedzi w głowie, zwłaszcza że pracuje w szkole, gdzie przewija się tyle młodych dziewcząt. I chłopców. W Hogwarcie mroczny Mistrz Eliksirów robił furorę, szczególnie jeśli chodzi o płeć żeńską, był przecież taki „tajemniczy". Nie, zdecydowanie nie chciał zostać na ten temat uświadomiony.


Nie minął tydzień, kiedy Bill stał przed drzwiami Nory. Nie uprzedził nikogo, że wraca do domu. Gdy tylko otworzył drzwi, dobiegły go charakterystyczne dla tego miejsca odgłosy krzątaniny oznaczające, iż Molly przygotowała posiłek a na samą myśl o jedzeniu rudzielcowi zaburczało w brzuchu. Miał właśnie wchodzić do kuchni, gdy usłyszał:

- Ronaldzie! Czy Ty naprawdę nie możesz opanować się chociaż raz z jedzeniem? ANI MI SIĘ WAŻ MÓWIĆ Z PEŁNYMI USTAMI!

Wtedy właśnie ujrzał drobną, brązowowłosą nastolatkę, która stała nad jego nierozgarniętym braciszkiem.

- Ile razy mam Cię prosić, żebyś zachował chociaż ODROBINĘ KULTURY, masz już prawie PIĘTNAŚCIE LAT, a nie PIĘĆ! Czy nic do Ciebie nie dociera?

- Oh madame, nie liczyłbym na poprawę zachowania tej istoty, którą nazywam mym bratem.

Ujął dłoń małej złośnicy, którą ucałował. Była zaskakująco delikatna, jak na charakterek właścicielki, która uroczo się zarumieniła.

-Bill! Co Ty tu robisz? Synku, co za niespodzianka!

Matka przytuliła go do swej pulchnej postaci z radością.

- Droga rodzicielko, czy mógłbym ominąć najważniejsze sportowe wydarzenie tego sezonu?

- Mężczyźni! A już zaczynałam się martwić, że coś się stało!

- Molly? Czyżbym słyszał głos naszego pierworodnego?

- Jest w kuchni, Arturze!

Ojciec i syn serdecznie poklepali się po plecach.

- Czyżbyś wrócił na Mistrzostwa synu? Dobrze słyszałem?

- Przecież wiesz tato, że to jak święto narodowe.

- Moja krew! Ale, ale. Pozwól, że poznam Cię z naszymi gośćmi. Obok Ronalda siedzi Harry Potter. Jest troszeczkę zbyt szczupły, ale Twoja matka nad nim pracuje. A ta urocza młoda dama to Hermiona Granger. Moi drodzy, to mój najstarszy syn, William.

- Bardzo mi miło Słyszałem o Was wiele dobrego.