"Uczyniwszy na wieki wybór, w każdej chwili wybierać muszę".
J.Liebert

Prolog

Przeszliśmy nad tym do porządku dziennego. Nauczyliśmy się z tym żyć. Być może tobie było łatwiej, lata oddalenia, lata samotności na którą Cie skazano. A przecież mogłam się kurczowo trzymać swego. Wiary w białe i czarne, w to, że jest jasność i jej przeciwieństwo, że jest tylko jedna droga, jedna opcja, jedno życie. Teraz tylko w to ostatnie wierzę do końca.

Wierzę tak bardzo, jak bardzo czuję zdzierającą się od czakry skórę, kiedy próbuję - dokładnie: „próbuję" przechytrzyć śmierć.

A przecież kiedyś wiara w to wszystko była moją drugą naturą. Ale dziś…to kiedyś wydaje się tak nieprawdopodobnie odległe.

Te bajki o dwuwymiarowym świecie, w którym wszystko jest proste i jakby odrysowane grubą kredką mogłam wierzyć, kiedy czułam się dzieckiem i kiedy faktycznie nim byłam. Wtedy, w wiosce wszyscy byliśmy dziećmi, niezależnie od tego, jak bardzo staraliśmy się udowadniać, że jest inaczej. Dziecinne myśli wypełniały głowy, zbyt miałkie i zbyt infantylne. Myśleliśmy, że świat należy do nas. Że możemy go dostosować do siebie. Jak glinę intensywnie miąć w dłoniach, by dopasować go do temperatury naszych ciał, koloru skóry, wszystkich linii papilarnych, które stanowią o naszej unikalności. Myśleliśmy, że stworzymy świat na swoje podobieństwo - unikalny.

Nim spostrzegliśmy, to on pochwycił nas i zamknął w mocnym uścisku. I nagle okazało się, że zamiast kształtować i kreować sami podlegamy siłom, których działania nie rozumiemy. Szczyciliśmy swoim idealizmem i pysznie trzymaliśmy głowy w górze, wpatrzeni w niebo. Nie zauważyliśmy kompletnie, jak tuż za naszymi plecami, w rzucanym przez nas cieniu ktoś cicho zbliża się, by zadać cios tam, gdzie najmniej się go spodziewaliśmy.

A gdy dotarło do nas to, co się stało, rozpierzchliśmy się łkając żałośnie. Jak dzieci, którymi przecież byliśmy.

Kiedy mówię: "wybieram" patrzysz na mnie najbardziej uważnym wzrokiem. Niezależnie od tego, co jest przedmiotem wyboru - to, gdzie będę spać, co będę jeść, co powiem i czy w ogóle zabiorę głos, leczyć czy zostawić, zapomnieć czy powtarzać do upadłego, by wryło się w kości czaszki. Czy wybieram ciebie. Czy wybieram jego. Ich. Te spalone wioski, które zostawiliśmy za sobą udając, że ogień nie wyszedł z naszych rąk czy kolejne, do których dopiero przyjdziemy. Czasem gdy o tym wszystkim myślę płaczę, chociaż momentami naprawdę nie wiem, za którą z tych utrat najbardziej.

Mówiłeś, że najważniejsze, to być wewnętrznie wolnym.
To utopia, tego się nie da zrobić.

Bo zawsze jest jakaś decyzja, która spowija cię swoim ciężarem i przykuwa do swych konsekwencji. Bo zawsze trzeba podjąć jakiś wybór.