Słowem wstępu: pomysł na to opowiadanie przyszedł mi pod wpływem lektury znakomitych ficków "Strange Visitors from another century" autorstwa Izzyaro oraz "Hermione Granger and the Serpent's Renaissance" epsi10n. Wiem, że motyw z podróżami w czasie do czasów Założycieli czy też innych był już nieraz przerabiany na wiele sposobów, lecz urok uniwersum HP jest taki, że można się bawić kliszami do upadłego! Ponieważ absolutnie podoba mi się pomysł z przedstawieniem Salazara Slytherina w powyższych fikach, postanowiłam napisać coś od siebie.
W skrócie: AU od Insygniów Śmierci. Kiedy Hermiona jest torturowana przez Bellariks Lestrange, dochodzi do przedziwnego zjawiska. Wybuch dzikiej magii powala wszystkich w pomieszczeniu, zaś Hermiona zostaje przeniesiona w czasie o prawie tysiąc lat w przeszłość, do czasów Założycieli Hogwartu. Czy to już koniec wojny, a może mózg Złotego Tria znajdzie sposób by pomóc przyjaciołom przez granice czasu i przestrzeni? Czy podda się rozpaczy na skutek rozdzielenia z przyjaciółmi, czy może w nowym miejscu znajdzie nowych przyjaciół i miłość?
Mam nadzieję nie wpaść w pułapkę Dumbedore!bashing. Owszem, co już pisałam w innych historiach, jego podejście do wojny było naiwne, ale naiwność to jeszcze nie zbrodnia. Wiem, że książki HP miały być dla dzieci, ale na pewno nie ostatnie części. I jakoś nigdy do mnie nie trafiało dlaczego walczący z Voldemortem nie używali czarnej magii do obrony, no cóż zdanie na ten temat wyrazi u mnie sam Salazar Slytherin.
Pairingi: słodka niespodzianka
Rozdział niebetowany.
Oczywiście nie jestem JK Rowling, jedynie bawię się stworzonym przez nią uniwersum.
Dwór Malfoyów, Wiltshire, rok 1998
Hermiona przeklinała ich nieuwagę. Zostali złapani po tylu miesiącach ucieczki, tylu długich tygodniach uważania na każdym kroku, rzucaniu osłon za każdym razem, kiedy zmieniali miejsce zamieszkania. Nigdy nie zostawali w jednym miejscu dłużej niż kilka nocy, w obawie przed złapaniem. Straciła już rachubę w tym od jak dawna uciekali, ile czasu przeżyli umykając przed pościgiem niczym przestępcy. Chociaż magiczny namiot ciężko uznać za wygodne mieszkanie, zaś magiczne podgrzane grzyby za smaczny posiłek, to właśnie zdążyła za takowymi zatęsknić. Bo chociaż miała serdecznie dość stylu życia skautów, to przynajmniej zimno ich nie torturowało.
- Pogadamy sobie jak to dziewczyny – powiedziała Bellatriks Lestrange z maniakalnym uśmiechem.
To nie mogło oznaczać nic dobrego. I nie oznaczało. Dokładnie zaś mieszaninę klątwy Cruciatus i cięcia przeklętym sztyletem. Hermiona zamierzała zacisnąć zęby by nie dać satysfakcji porywaczce, nie pokazać bólu i słabości. Wytrwała w owym postanowieniu całe dziesięć sekund po tym jak szalona czarownica przyszpiliła ją do podłogi i zaczęła ciąć. Łzy płynęły ciurkiem po jej policzkach. Płakała z bólu i bezsilności, nie mogąc opanować słabości ciała. A chociaż owa reakcja tylko rozsierdziła prześladowczynię, Hermiona nie mogła przestać.
- Kiedy włamaliście się do Gringotta?! Mów prawdę szlamo, Crucio- krzyczała obłąkana wiedźma.
Hermiona próbowała przekonać Bellatriks, że nie włamali się do Banku ale próba przemówienia do rozumu największej zwolenniczce Lorda Voldemorta miała tyle sensu, co próba rozmowy z kamieniem. Panna Granger nie miała bladego pojęcia dlaczego Lestrange wbiła sobie do głowy, że coś jej ukradli. Bellatriks nie należała do osób o zdrowych zmysłach już od dawna, przynajmniej wedle Profesora Lupina, zaś lata spędzone w Azkabanie nie pomogły. Czarownica była z pewnością szalona niczym marcowy zając, ale niestety należała też do wyjątkowo potężnych magicznie.
- Draco! – krzyknęła na stojącego obok, jasnowłosego czarodzieja – przyprowadź tu Pottera!
Brązowłosa spojrzała na znienawidzonego Ślizgona. W niczym nie przypominał rozpieszczonego księcia, którego znała z Hogwartu. Wyraźnie schudł, zbladł, zaś podkrążone oczy nadawały mu niezdrowy wygląd. Nie patrzył na Hermionę, unikał jej wzroku, zaś zawołany przez ciotkę sprawiał wrażenie jakby miał za chwilę zwymiotować. Słysząc jak go woła podskoczył, a do Hermiony naraz dotarło, że najwyraźniej jest przerażony. „Mądrze"- pomyślała, zaś przerwa od klątwy Cruciatus pozwoliła zebrać myśli.
Draco Malfoy ich nie wydał. Udawał, że ich nie poznał chociaż widziała w jego oczach zrozumienie. Wyglądał jak z krzyża zdjęty, wyraźnie chory z przerażenia za sprawą tego co wyprawiał mieszkający w rodzinnym domu Lord Voldemort i szalona Bellatriks Lestrange. I wówczas Hermiona pojęła, że go nie nienawidzi. Owszem rozkwasiła mu nos w trzeciej klasie, owszem dogryzali sobie, ale istniała wielka różnica między przezywaniem kogoś, a pragnieniem skrzywdzenia, między zwykłym szkolnym prześladowcą, a złoczyńcą. Draco Malfoy był rozpuszczonym bachorem, zepsutym przez bogatych rodziców, ale nie miał w sobie prawdziwego zła.
- Ciotko, ja naprawdę nie jestem pewny czy to Potter- odparł Draco.
- Nieprawda! To Potter, zdrajca krwi i szlama! Nie kłam – wrzeszczała Bellatriks, wyraźnie zamierzając zaatakować siostrzeńca.
- Bella, jak śmiesz tak mówić do mego syna w moim domu – wycedziła Narcyza Malfoy, patrząc ze złością na siostrę.
- To dom Czarnego Pana Cyziu – zaśmiała się maniakalnie Bellatriks – nie chcesz by nasz Pan zwątpił w oddanie twej rodziny!
- Nie będziesz grozić ni mnie, ni mojemu synowi. Jestem Black, nie zapominaj o tym – syknęła – jak chcesz przesłuchać więźniów, to z łaski swojej nie brudź podłogi w salonie.
Hermiona cicho parsknęła. Wielka Narcyza Malfoy nie miała nic przeciwko torturowaniu więźniów pod swoim dachem, o ile nie brudzili podłogi w salonie. Przebyty ból i strach wyostrzyły zmysły czarownicy. Widziała wyraźnie przerażenie na twarzy Draco i coś jakby irytację jego matki. Lucjusz Malfoy wyglądał jak dziecko w sklepie ze słodyczami mogąc ich przekazać w łapska Voldemorta, ale wyraźnie nie wszyscy podzielali ów entuzjazm.
- Wszyscy służymy Czarnemu Panu Cyziu, ale masz rację. Powiadomię go, że Potter tu jest!
- To mój dom i ja zawiadomię Czarnego Pana Bella – wycedził Lucjusz – to nas nagrodzi za oddanie mu Pottera.
- Nie zasłużyłeś, to ja jestem najwierniejszą…. – zaczęła Bellatriks.
- Chodź Draco – przerwała Narcyza – sprawdzę twoje zadanie domowe z Transmutacji, wojna wojną, ale nauka nie może zostać zaniedbana.
Draco spojrzał na Hermionę przepraszającym wzrokiem, po czym ruszył za matką. Hermiona mogła przysiąc, że czuje się źle z tym wszystkim. Przezywał ją szlamą, dokuczał przez wszystkie lata nauki w Hogwarcie, ale wyraźnie nie życzył źle. Z pewnością nigdy nie zostaną przyjaciółmi, ale najwyraźniej nie żywi do niej nienawiści. Ku jeszcze większemu zdumieniu panny Granger, Narcyza Malfoy zauważyła owo spojrzenie syna, lecz nic nie powiedziała. Mocniej zacisnęła palce na ramieniu Draco i nakazała by poprawił esej na Zielarstwo. Na samą Hermionę spojrzała przelotnie, z trudnym do opisania spojrzeniem. W błękitnych oczach blondwłosej czarownicy nie widać było współczucia, ale nie było w nim też nienawiści, a raczej jakaś ponura determinacja.
I wówczas Hermiona coś zrozumiała. Narcyzie Malfoy nie odpowiadało zmienienie jej domu w Kwaterę Główną śmierciożerców. Potomkini Blacków nie kochała mugoli i ich dzieci, uważała czarodziei czystej krwi za kogoś lepszego, ale Hermiona szybko dorosła w tym roku. Wojna zmusza ludzi by dorośli, zaś brązowłosa wiedziała jedno: poczucie wyższości, niechęć to jeszcze nie zgoda na czystki etniczne i masowe morderstwa. To Bellatriks i Lucjusz w pełni popierali Voldemorta.
- Nie pozwolę ci odebrać chwały Malfoyom! – powiedział Lucjusz sięgając po różdżkę – to mój dom.
- Nie zgadzam się!
Hermiona pojęła, że to koniec. Chociaż Bellatriks i Lucjusz zaczęli walkę to nie ma szans na ucieczkę. Nie kiedy szmalcownicy wciąż stoją w rogu pokoju, a oni są pozbawionymi różdżek, poszukiwanymi przestępcami. To koniec, lecz wątpiła by czekała ją szybka, bezbolesna śmierć. Zostanie przykładnie ukarana i mogła tylko modlić się o szybką śmierć.
Lucjusz i Bellatriks zaczęli tymczasem pojedynek. Żadne z nich nie zamierzało oddać drugiemu chwały, ale Hermiona nie miała nadziei by to cokolwiek zmieniło, czy też dało choćby cień szansy na ucieczkę. Wciąż leżała unieruchomiona zaklęciem, zaś ciałem wstrząsały drgawki, wedle ksiąg stanowiącym fizyczny objaw potraktowaniem klątwą Cruciatus. I wedle tych samych tekstów najgorsze miało dopiero nadejść. Hermiona nie mogła nic zrobić, nawet kiedy jedno z zaklęć poleciało prosto na nią. Nie rozpoznała klątwy, zresztą wszystko to przestało mieć znaczenie. Cokolwiek w nią trafiło, spowodowało wielki ból. Nie tak ogromny jak spowodowany klątwą Cruciatus, ale niewiele mniejszy. Ale tym razem los, czy jakikolwiek bóg słuchający jej modlitw, postanowili okazać litość.
Świat spowiła mgła. Na chwilę wszystko jakby znikło za mleczną, włóknistą kotarą. Nie widziała już wielkiego salonu, ni porywaczy. Nie czuła już twardej, drewnianej podłogi pod swoimi plecami, ni nawet swych więzów. Wszystko znikło, jakby zdmuchnięte jakimś nieziemskim, potężnym powiewem wiatru. Została otoczona przez mgłę, lecz nie zwyczajną, lecz namacalną przypominającą w dotyku miękką kołdrę. Po miesiącach życia w ukryciu, ucieczek, przerażenia na dźwięk najmniejszego szelestu wspomnienie ciepłego, miękkiego łóżko stanowiło wspomnienie raju.
Ale raj nie trwał długo. Ledwie zdążyła uznać uczucie za cudowne, poczuła jak zaczyna spadać z wielką szybkością w dół. Właściwie nie wiedziała czy leci w dół, czy w bok. Znikła jednak mgła, zastąpiona szalonym tańcem obrazów. Miała wrażenie jakby ktoś przesuwał slajdy z oszałamiającą szybkością, tak wielką, że nie widziała dokładnie kształtów, lecz kolory zlewające ze sobą w abstrakcyjny obraz. Wirowała czy też leciała w dół nie mogąc zrobić absolutnie nic, nawet zapanować nad mdłościami spowodowanymi ową karuzelą. Zamknęła oczy, zastanawiając czy to skutek klątwy czy naprawdę dzieje się coś dziwnego. Cokolwiek jednak miało miejsce było lepsze niż klątwa Cruciatus i wycinanie na skórze słowa szlama.
I po paru minutach, czy też parunastu Hermiona nie miała pewności, wszystko ustało. Nie leciała już w nieokreślonym kierunku, lecz leżała. I to nie na drewnianej podłodze dzięki Merlinowi, nie na łóżku lecz na trawie…. Otworzyła oczy i szybko je zmrużyła porażona światłem. Miała nad sobą błękitne niebo, a obok siebie trawę. Co więcej zrobiło się całkiem ciepło, zupełnie jakby nieoczekiwanie kwiecień przeszedł w czerwiec.
Powoli podniosła się, nie mając siły wstać. Nogi wciąż drżały na skutek skurczu mięśni spowodowanego przez klątwę Cruciatus, zaś owa dziwna podróż, czy cokolwiek miało miejsce przyprawiało o mdłości. Torsje były naprawdę nieznośne i po chwili biedna Hermiona zwymiotowała resztkami śniadania, przez co poczuła jeszcze bardziej osłabiona. Lecz nie mogła w nieskończoność leżeć na ziemi.
Rozejrzała się po okolicy. Znikł Dwór Malfoyów z jego ostentacyjnym bogactwem i wszystkimi mieszkańcami. Widziała wokół siebie ogromną, zieloną przestrzeń będącą zadbanym ogrodem, ale ani śladu zabudowań. Był ciepły, słoneczny dzień, a ów spokój dziwnie nie pasowa do niedawnego koszmaru.
Kiedy nogi przestały drżeć, postanowiła wstać. Miała nieco czasu na to, by się rozejrzeć. To nie był zwyczajny ogród. Rozpoznała niektóre rośliny z zajęć Zielarstwa i nie miała wątpliwości, że miejsce należy do czarodziei. Pytanie tylko po której stronie stoją właściciele, wojna bowiem wszystko pomieszała. Rozpoznała niektóre z roślin, które widziała w cieplarni w Hogwarcie, tak samo jak inne, służące jako składniki do eliksirów i trucizn. Zdecydowanie nie powinna zbliżać do krzaków belladonny i innych, nieprzyjemnych części flory. I koniecznie wymyślić jakiś plan. A chociaż nie groziła jej śmierć z rąk mrocznych czarodziejów, nie w tej chwili, to była Merlin wie gdzie i do tego bez różdżki.
- Idąc prosto z pewnością dojdę do płotu a może bramy – powiedziała na głos – ten ogród na pewno gdzieś się kończy i z pewnością ma właściciela. Nie mogę tutaj siedzieć i czekać na cud – dodała.
Z tym postanowieniem ruszyła przed siebie. Nie miała pojęcia czy właściciel, czy też właściciele, przyjmą ją dobrze ale nie mogła siedzieć w nieskończoność pośrodku tego miejsca. Musi się dowiedzieć dokąd trafiła, a przede wszystkim jak pomóc Harry'emu i Ronowi, którzy wciąż przebywają w Dworze Malfoyów. Musi też skądś zdobyć różdżkę i coś do jedzenia. Całkiem sporo rzeczy na liście do zrobienia, ale na szczęście porywacze nie zabrali jej torebki. Nie została całkiem z niczym, a co już jakiś plus. No i żyje, nie czeka ją sesja Cruciatusa z rąk Voldemorta i być może dożyje następnego poranka.
Hermiona powtarzała sobie to raz po raz, nie chcąc wpaść w panikę. Była Gryfonem, lecz w tamtej chwili nie miała w sercu odwagi. O nie, tak naprawdę to strach coraz mocniej zaciskał obręcz na sercu dziewczyny: nie miała bladego pojęcia co zaszło, dlaczego naraz jest ciepło, dokąd na Merlina trafiła i co z Harrym oraz Ronem. Wciąż miała ochotę przekląć rudzielca za to, że ich zostawił, ale wrócił i od tamtego czasu pracował nad sobą. A już całkiem zapomniała o złości, kiedy Ron prosił Bellatriks by wzięła na przesłuchanie jego zamiast jej. I chociaż szalona czarownica pozostała głucha na błagania, to liczył się gest.
- Tylko nie panikuj, idź przed siebie.
Lecz czuła się coraz słabsza, a co gorsza żadna z ksiąg nie wspominała o podobnym efekcie klątwy Cruciatus. Zanim na nowo skończyła swą litanię „żyję, żyję i znajdę różdżkę, zaś mając różdżkę dowiem co z Harrym i Ronem", upadła jak długa a wszystko spowiła ciemność. Nie mogła widzieć dwóch postaci, które z głośnym „trzask" aportowały się za jej plecami. Być może przeraziła by się?
- Chodź Draco – mówiła Narcyza zaciskając palce na ramieniu syna – nie patrz za siebie.
- Mamo, ja… - zaczął Malfoy.
- Nie patrz – powtórzyła – nie pomożesz tej dziewczynie, zaś współczuciem ściągniesz na siebie gniew cioci Belli.
- Skąd wiesz? – pytał.
- Wiem, że rozpoznałeś Pottera i jego przyjaciół i nie chciałeś ich wydać – powiedziała cicho – całe szczęście Bella uznała cię za nieuważnego, inaczej… wiesz jaka ona jest, moja siostra odeszła – jęknęła.
- Mamo – powiedział Draco.
- Do pokoju – nakazała Narcyza - spakowałeś rzeczy?
- Tak, ale – zaczął Draco.
- Nie ma „ale", za długo tolerowałam to, co śmierciożercy robili w moim domu. Udasz się do swej ciotki Andromedy, rozmawiałam już z Andy, przyjmie cię. Nikomu nie przyjdzie do głowy, że mieszkasz u niej, ja zaś powiem, że chciałeś się sprawdzić i polujesz na szlamy.
- Mamo, to niebezpieczne chodź ze mną! – prosił Draco.
- Nie – powiedziała Narcyza kręcąc głową – nie możemy budzić podejrzeń, zapomniałam co znaczy być Black ale już pamiętam!
Draco patrzył zaskoczony na matkę. Wiedział, że Narcyza Malfoy, chłodna i wyniosła pani znana wszystkim, to tylko jedna z jej twarzy. Wielu widziało jedynie porcelanową urodę pięknej blondynki, ale ona prócz tego była zdolną czarownicą i mistrzynią Oklumencji. Należała do rodu Black, a ci od pokoleń uchodzili za mających szczególne inklinacje do magii umysłu, tak samo jak rodzina Moody do magii ofensywnej, czy Potterowie do eliksirów. Harry Potter stanowił raczej wyjątek, a może raczej efekt nauczania Snape'a. Narcyza Malfoy nie miała może aż takiej mocy jak Bellatriks Lestrange, której moc stanowiła brutalną siłę, ale nadrabiała ową słabość finezją. Dlatego pewnie wszyscy wierzyli, że jest piękną żoną Lucjusza i idealną damą czystej krwi.
Tylko Draco wiedział, że matka od lat utrzymywała kontakty ze swą siostrą, Andromedą. Andromeda została wydziedziczona przez rodziców za ślub z czarodziejem mugolskiego pochodzenia, ale dla Narcyzy rodzina stanowiła świętość. A siostra to rodzina, nawet jak nie przepadała za szwagrem. Draco wiedział także, że dziadek Black przed śmiercią wybaczył swej córce mezalians, lecz zmarł nim ktokolwiek o tym usłyszał.
- Czasy są niebezpieczne, lepiej zachować as w rękawie Cyziu – mawiała Andromeda – Czarny Pan znikł, lecz nie znaleziono jego ciała, a jeśli nie zobaczę truchła drania..
- … nie mamy pewności, że nie żyje – mówiła Narcyza – Andy przepraszam, że milczałam przez pierwsze lata, ale błagam obiecaj, że przygarniesz Draco jak zajdzie taka potrzeba.
- A ty Dorę.
- Oczywiście Andy.
Draco miał spakowane rzeczy na wypadek jakby musiał uciekać. Odkąd tylko ich dom został Kwaterą Główną śmierciożerców matka planowała by znikł. Niestety Znak na jego przedramieniu wszystko komplikował, ale matka i na to znalazła sposób. Zaczęła przekonywać Lorda Voldemorta, że Draco pragnie się wyrwać z domu i popolować na szlamy, jak na księcia czystej krwi przystało. To nie była prawda, ale nikt, na czele z Voldemortem, nie podejrzewał matki o mistrzostwo Oklumencji.
- Mamo, dasz sobie radę? – spytał Draco, zbierając swoje rzeczy.
- Jestem Black – przypomniała – i za długo pozwalałam sobie o tym zapomnieć. My Blackowie jesteśmy wolni i stoimy ponad innymi, z racji naszego urodzenia. Zawsze Czyści i kierujący własnymi zasadami, nie schylamy głów przed nikim.
- Skąd owo oświecenie? – spytał zaskoczony Draco.
- Pozdrów ode mnie ciocię – odparła Narcyza dając synowi świstoklik, prywatny i należący do rodziny.
Dwie postacie patrzyły na nieprzytomną Hermionę. Mężczyzna w średnim wieku i młoda, mająca niewiele ponad siedemnaście wiosen kobieta wymienili zaskoczone spojrzenia. Oboje trzymali różdżki w pogotowiu, oczekując ataku lecz zamiast wrogów dostrzegli tylko nieprzytomną dziewczynę z niesfornymi, brązowymi włosami.
- Uważaj Heleno – odezwał się mężczyzna – rzuć zaklęcie diagnostyczne by upewnić się, że naprawdę jest nieprzytomna.
- Wygląda bezbronnie wujku, czasem jesteś wręcz paranoicznie podejrzliwy – odparła ciemnowłosa kobieta, zwana Heleną.
- Bo widziałem wiele w życiu – odparł starszy mężczyzna – a ta nieznajoma w dziwacznym stroju przebiła się przez osłony rzucone na nasz ogród. Nie wiemy w jakim celu.
- Nie ma różdżki – zauważyła Helena - ale to z pewnością czarownica, żaden mugol nie przejdzie przez osłony. Zatem gdzie ma różdżkę?
- Masz bystre oko – pochwalił ją, na co dziewczyna się uśmiechnęła – czarownica w dziwacznym przebraniu, pośrodku naszego ogrodu za to bez różdżki – podsumował – osobiście rzucałem zaklęcia ochronne i przebicie się przez nie wymaga wysiłki, a ta dziewczyna po prostu przez nie wpadła! Może stanowić zagrożenie – dodał.
- Co chcesz zrobić? – spytała Helena.
- Zabieramy ją – powiedział mężczyzna – muszę ją przesłuchać, nie patrz tak na mnie to konieczne!
- Ona krwawi – zauważyła Helena wskazując na plamę krwi na bluzce Hermiony – czy to możliwe, że ktoś ją zaatakował i magia ją tutaj przeniosła?
- Być może, nie możemy niczego wykluczyć – zgodził się.
- Ciocia Helga powie więcej o jej stanie, jest strasznie wychudzona być może ktoś ją głodził?
- Wiesz jak wzruszyć starego wujka.
Po tych słowach mężczyzna rzucił zaklęcie lewitacji na ciało Hermiony i złapał jej rękę. Stojąca obok niego Helena złapała go za drugą rękę, a czarodziej rzucił zaklęcie Teleportacji Łącznej. Hermiona pozostawała nieprzytomna podczas podróży, tak samo jak wtedy, kiedy cała trójka wylądowała w dość sporej komnacie, z wielkimi oknami wychodzącymi na jezioro. Pewnie by ją uradował skądinąd znajomy widok, ale jednocześnie całkiem odmienny.
Wysoka, jasnowłosa czarownica aż pisnęła na ich widok. Wyglądała na zaskoczoną, ale widząc nieoczekiwanych gości, lecz jej spojrzenie złagodniało kiedy dojrzała nieprzytomną Hermionę. Odrzuciła swe długie, falowane włosy i złapała mocniej za różdżkę. W parę kroków pokonała dzielącą ją odległość i rzuciła mężczyźnie karcące spojrzenie.
- Co to za dziwacznie ubrana dziewka? I dlaczego jest nieprzytomna? Masz z tym coś wspólnego Salazarze? – spytała podejrzliwie.
- Ja? Ranisz me serce tymi podejrzeniami droga Helgo – odparł Salazar – a na twoje pytanie nie znam odpowiedzi. Znaleźliśmy ją z Heleną w tym stanie w naszym ogrodzie. Wspominałem, że ktoś przebił się przez nasze osłony.
- Tak, sugerujesz, że ta dziewczyna przeszła przez osłony – spytała Helga wyraźnie zaskoczona – jesteś najlepszym z nas w sztuce stawiania osłon, jakim sposobem ta dziwacznie ubrana dziewka – mówiła.
- Sam chciałbym wiedzieć co zaszło – wyjaśnił Salazar – nie wiemy kto to, ale na pewno krwawi a zanim zadamy pytania – zawiesił głos.
- Rozumiem – skinęła głową Helga – ale zamierzam być przy tym jak zadasz swoje pytania. Rowena i Godryk także powinni być obecni, jeśli ktoś tak młody przebił się przez osłony.
- Wiem i naprawdę nic z tego nie rozumiem.
Czarodzieje wymienili spojrzenia, po czym złotowłosa zaczęła rzucać w pośpiechu zaklęcia diagnostyczne. W pewnym momencie aż podskoczyła, zaś przez jej piękną, porcelanową twarz przebiegł wyraz niedowierzania i wściekłości. Ostrożnie podwinęła rękaw bluzki Hermiony. Zakrzepła krew przykleiła się do materiały, co zmusiło czarownicę by szarpnąć mocniej, odrywając strup. Na swoje szczęście Hermiona pozostała nieprzytomna, nie czując bólu otwieranych ran. Nie widziała też zniesmaczenia nieznajomej na widok wyciętego w skórze słowa „szlama". Pewnie by odetchnęła z ulgą widząc ową reakcję.
Nieprzytomna została położona na szerokim, miękkim łóżku i przykrywa futrzanym nakryciem. Helga patrzyła z niesmakiem tak na nacięcia na skórze jak i na ubranie, ale na razie niczego więcej nie zrobiła.
- Ta dziewczyna była torturowana z użyciem plugawej magii i przeklętego ostrza – powiedziała drżącym głosem – ktokolwiek jej to zrobił, miał wielką moc. Jesteś pewien, że nikt za nią nie przybył?
- Tak – powiedział Salazar – sugerujesz, że ofiara tortur teleportowała się i przebiła przez osłony?
- Nie wiem, mamy przed sobą zagadkę z krwi i kości. Rowena będzie zachwycona.
- Wolę by zagadki nie wpadały znikąd przez osłony!
Niedługo potem, dosłownie chwilę potem do komnaty weszły jeszcze dwie osoby: wysoka, piękna czarownica o sięgających do pasa, kruczoczarnych włosach oraz rudowłosy mężczyzna w bordowej szacie. Patrzyli z zaskoczeniem na nieprzytomną Hermionę, wyraźnie oczekując odpowiedzi.
Powrót Hermiony do świadomości trwał nieco dłużej niż zwykle. Dziewczyna zwykle nie miała problemów ze wstawaniem, zaś długie tygodnie ucieczki sprawiły, że prędko budziła się w pełni gotowa by uciekać w razie potrzeby. Tylko dlatego zdołali przeżyć tak długo, nie wpaść z ręce śmierciożerców i Ministerstwa, co zresztą teraz stanowiło jedno. Teraz jednak potrzebowała więcej czasu. Po pierwsze musiała poskładać w całość wszystko co też miało miejsce, lecz uczucie ciepła i miękkości zupełni ją rozleniwiło. Od czasu ucieczki z domu Blacków nie spała w normalnym łóżku. Nie mogli wrócić i przez długi czas to namiot stanowił miejsce spania. Ze względu na zimno spała z Harrym na jednym posłaniu, bowiem musieli jakoś radzić sobie z przejmującym chłodem zimowych miesięcy i Horkruksa. Tylko ciepło ciała drugiego człowieka pozwalało im zapanować nad rozpaczą. Jak mieli zniszczyć coś praktycznie niezniszczalnego? I Ron odszedł, do tego odczuwając zazdrość! Ostatnie o czym myśleli to romanse. A teraz leżała na miękkim, ciepłym łóżku przykryta czymś dziwnym i puchatym. „Tak musi wyglądać niebo" – mruknęła – „umarłam poszłam do nieba, o Boże Harry!".
Ostatnie słowa wykrzyczała i gwałtownie otworzyła oczy. Musi znaleźć chłopaków. Musi.. nie dokończyła myśli. Nie wiedziała czego oczekiwała, co spodziewała się zobaczyć, ale nic nie przygotowało jej na widok. Leżała na łóżku w komnacie o kamiennych ścianach. Przez spore okno wpadało światło wiosennego dnia, zaś widok zielonej trawy wyglądał wręcz nienaturalnie spokojnie. Lecz nie z powodu widoku za oknem serce zamarło. Nie była sama. Miejsce wyglądało znajomo, ale jeśli już gdzieś widziała komnatę, nie potrafiła sobie przypomnieć kiedy i gdzie. Lecz nie zastanawiała ni nad komnatą, ni łóżkiem lecz patrzyła na czwórkę ludzi stojącą kilka kroków od łóżka. Ci ludzie także wyglądali znajomo, ale nie potrafiła sobie przypomnieć kim mogli być. Z pewnością jednak byli czarodziejami, trzymali bowiem w dłoniach różdżki zaś jeden z mężczyzn miał dodatkowo przy sobie miecz.
W oczach Hermiony wyglądali jakby wyszli z festynu średniowiecznego lub innej zabawy, w której ludzie przebierali się w stroje z innych epok lub postacie z powieści fantasty. Lecz nigdy nie słyszała o podobnych zabawach czarodziei. Ci ludzie zaś wyglądali jakby z innej epoki. Najbliżej stała ładna, niezbyt wysoka czarownica o złotych lokach, opadających swobodnie na ramiona. Miała na sobie jasnobrązową, sięgającą do ziemi suknię z jasnymi, szerokimi rękawami. U jej boku stał mężczyzna o kruczoczarnych włosach w szmaragdowej szacie z szarymi lamówkami. Patrzył na Hermionę nieufnie, zaciskając długie, blade palce na różdżce. Obok niego stała druga z kobiet, wysoka, surowo wyglądająca dama w granatowej sukni. Jej kruczoczarne włosy były proste i prawie tak samo długie jak u blondynki, lecz o ile pierwsza z czarownic miała ciepłą, przywodzącą na myśl wiosnę urodę, ta druga zdecydowanie stanowiła typ zimy z porcelanową cerą, czarnymi włosami i czymś na kształt tiary we włosach. Stojący obok niej mężczyzna, ten z mieczem, był z kolei rudowłosy i nosił bordową szatę. Hermiona chciała przyjrzeć się bliżej mieczowi, lecz mężczyzna w zieleni odezwał się pierwszy.
- Kim jesteś i w jaki sposób przeszłaś przez osłony? – spytał ostrym, nieprzyjaznym tonem – nie kłam, zawsze rozpoznam kłamcę.
- Jakie osłony? Co to za miejsce? – odpowiedziała pytaniem – nie poznajcie mnie? Ministerstwo wyznaczyło za moją głowę sto tysięcy galeonów, jestem Hermiona Granger, szlama zajmująca zaszczytne trzecie miejsce na liście Niepożądanych.
- Udawanie szaleństwa i kłamstwo nie przystają niewieście – powiedział rudowłosy czarodziej, stanowczym głosem.
- Kłamstwo? – spytała – nie kłamię i naprawdę nie mam pojęcia co się dzieje. Szmalcownicy porwali mnie, Harrego i Rona do Dworu Malfoyów, gdzie ta szalona dziwka Bellatriks zrobiła ze mnie osełkę do swego noża.
- Szmalcownicy? – spytała ciemnowłosa czarownica – Dwór Malfoyów, co to ma znaczyć? I ten strój, niewieście nie przystoi nosić stroju parobka!
Hermiona nie miała pojęcia czy ci ludzie naprawdę nie wiedzą o czym mówi, czy udają. A może to wszystko sen, zaś ona padła ofiarą jakiejś dziwacznej klątwy. Albo może po prostu oszalała na skutek długiego przebywania pod Cruciatusem. Być może jej bezwładne ciało leży na podłodze w Dworze Malfoyów, zaś ta dziwka torturuje Rona? Czy rodzice Neville'a także przebywają w dziwnym świecie swych schorowanych umysłów? Ciekawe co też widzą w swych umysłach. Być może piękne rzeczy, być może straszne. Wedle Hermiony wizja Hogwartu sprzed lat nie wyglądała źle.
- To pewnie Francuzka – powiedział mężczyzna w szmaragdowej szacie – nie ma sensu pytać o tych szmalowników czy Dwór Malfoyów, nieznajoma konfabuluje. Zapewne uznała, że udawanie szaleństwa pozwoli uniknąć pytań.
- Nie jestem z Francji, jakim cudem nie słyszeliście o szmalcownikach? Przecież odkąd Voldemort przejął Ministerstwo oni polują na szlamy i zdrajców krwi! Gdzie ja jestem? Jakim cudem nie słyszeliście o wojnie?
- Nie ma żadnej wojny – wycedził ciemnowłosy mężczyzna – nie wiem czym jest Ministerstwo, kogo nazywasz szmalcownikiem, Voldemortem ale skoro nie chcesz powiedzieć w jaki sposób ominęłaś nasze osłony, poznam prawdę w inny sposób.
- Zamierzasz mnie torturować jak ta dziwka, bo szlamie się należy?! Chętnie wezmę Veritaserum. Co to za miejsce? Przypomina Hogwart, ale wy nie przypominacie nauczycieli?
- Znasz Hogwart? – spytała blondynka – próbowałaś do nas dotrzeć i zostałaś zaatakowana po drodze, zaś porywacze zmusili cię do założenia tego przebrania?
- Byłam uczennicą Hogwartu przez sześć lat – wyjaśniła Hermiona – nie wróciłam na siódmy rok, nie odkąd Snape został dyrektorem po zamordowaniu Profesora Dumbledore'a. To byłby wyrok śmierci. Dlaczego jest tak ciepło, marzec był chłodny w tym roku a kwiecień także nie rozpieszczał ciepłem.
- Kwiecień? – spytała blondynka – sądzisz, że mamy kwiecień? Jest końcówka czerwca. Jak myślisz młoda damo, który mamy dzisiaj dzień?
- Piętnasty, albo szesnasty kwietnia – wyjaśniła – nie wiem dokładnie, uciekałam przez ostatnie miesiące.
- Rozumiem – kontynuowała – wydajesz się zdezorientowana, jak sądzisz który mamy rok?
- Rok? Jak to który, oczywiście tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty ósmy – wyjaśniła – czemu tak na mnie patrzycie?
- Mamy uwierzyć, że przybywasz z przyszłości odległej o prawie tysiąc lat? – parsknął mężczyzna w szmaragdowej szacie – to wierutne kłamstwo!
- Kłamstwo? Mam uwierzyć, że mamy rok tysięczny a wy jesteście Założycielami Hogwartu? – odparła ze złością Hermiona.
- Ta rozmowa do niczego nie prowadzi – odparł mężczyzna w zieleni – skoro odmawiasz powiedzenia prawdy, dojrzę takową w twym umyśle bezczelna dziewko!
- Być może naprawdę.. – zaczęła jasnowłosa czarownica.
- Daj spokój Helgo, mam uwierzyć, że mamy przed sobą podróżniczkę w czasie, która postanowiła wpaść do mojego ogródka ze składnikami do eliksirów? Nie wszystkim podoba się projekt szkoły magii, co jest bardziej prawdopodobne? Sabotażysta udający obłąkanego czy podróżnik w czasie?
- Zrób co musisz Salazarze, jesteś mistrzem Legilemencji.
Hermiona nawet nie próbowała tłumaczyć, że użycie na kimś Legilemencji jest nielegalne. No cóż, rządy Voldemorta zmieniły postrzeganie prawa i uczyniły legalnymi polowanie na ludzi. Nie zamierzała ot tak uwierzyć w to, że widzi przed sobą Założycieli Hogwartu, tak samo jak nie wierzyła w istnienie Insygniów Śmierci. Nawet magia ma swoje granice. Owszem, istniały Zmieniacze Czasu, sama z takowych korzystała, lecz jakim cudem miałaby się znaleźć o prawie tysiąc lat w przeszłości. Czytała o Eloise Mintumble i o katastrofie spowodowanej przez jej podróż o pięćset lat w przeszłość. Ale ona nie miała przy sobie Zmieniacza Czasu, nie mogła trafić do przeszłości!
Zanim zdążyła cokolwiek pomyśleć, mężczyzna w szmaragdowej szacie podszedł bliżej i zmusił by spojrzała mu w oczy. Rzucił zaklęcie bezróżdżkowo i niewerbalnie. Hermiona słyszała rzecz jasna o sztuce Legilemencji i Oklumencji. Sama nigdy nie miała możliwości nauki ochrony umysłu przed atakami, zaś lekcje Harry'ego zakończyły się katastrofą. Lecz nawet jakby ćwiczyła, niewiele by poradziła. Poczuła napór silnej świadomości na swój umysł i nawet nie próbowała się bronić. Nie miała na to siły. Pokaże nieznajomemu obrazy wojny, skoro tego chce.
Lata nauki w Hogwarcie przeleciały jej przed oczami. Widziała siebie samą, głęboko poruszoną faktem bycia czarownicą. Swoją pierwszą podróż pociągiem, przydział do domu Lwa. To jak Ron z niej szydził i jak nie wszystkim podobało się jej pochodzenie z rodziny mugoli. Puszek i Kamień Filozoficzny, Bazyliszek i duch Voldemorta. Dementorzy na trzecim roku, oraz to jak rozkwasiła nos Malfoya. Turniej Trójmagiczny oraz Wiktor. Powrót Voldemorta i Umbridge, wszystko wracało a ona drżała coraz bardziej na swoim ciele. Przypomniała sobie ich szaloną akcję w Ministerstwie i ucieczkę. Ból po tym jak Ron ich zostawił oraz ciężar Horkruksa, a wreszcie porwanie i przesłuchanie w Dworze Malfoyów. Potem zaś wszystko spowiła ciemność.
Nie wiedziała tego, lecz zemdlała. W normalnej sytuacji, użycie Legilemencji było niewyczuwalne, chociaż bardziej ostre ataki powodowały bóle głowy na co narzekał Harry. Ona jednak, osłabiona wszystkimi wydarzeniami padła bez zmysłów na poduszki. Nie widziała szoku na twarzy czarodzieja, który przeglądał jej umysł.
- Salazarze jesteś blady jak ściana, co się stało? – spytała jasnowłosa czarownica – czy natrafiłeś na pułapkę umysłu?
Salazar Slytherin szczycił się swoim opanowaniem i chłodną logiką. Był uważny i zawsze kalkulował co i jak, w przeciwieństwie do swego przyjaciela, Godryka, który działał bardziej spontanicznie. Cenił ową cechę u swoich uczniów, na równi z brawurą tak lubianą przez Gryffidora zaś jedni i drudzy stanowili zgrany duet. Jego Legilementa często zaglądał w umysły innych, ale nawet doświadczenie nie przygotowało go na rewelacje przedstawione przez Hermionę. Kto by potrafił spokojnie reagować na fakt, że zostało się zapamiętanym przez historię jako pełen niechęci bigot, zaś imię zostało skojarzone z szalonym mordercą?
- Nie Helgo - pokręcił głową – ta dziewczyna nie ma pojęcia o sztuce Oklumencji. Ona… nie oszalała ni nie kłamie – powiedział blado – naprawdę przybyła z przyszłości.
- Jak wygląda przyszłość? Jakich odkryć dokonano? Co z naszą szkołą? – pytała ciemnowłosa czarownica, Rowena Ravenclaw.
- Hogwart stał się niebezpieczny dla uczniów, zaś my, czarodzieje upadliśmy tak nisko, że mordujemy dzieci! – powiedział drżąc od furii.
- O czym ty mówisz? – spytał po chwili Godryk – Hogwart niebezpieczny? W jakim sensie?
- W sensie Cerberów na korytarzu, trolli w podziemiach, smoków w drewnianej chatce, kolonii gigantycznych, mięsożernych pająków w lesie, wysysających dusze demonów na błoniach na przykład – wycedził Salazar.
- Na przykład? – spytała Rowena unosząc brew – to nie wszystko? Ile lat minęło między tymi potwornościami?
- Och, nie wspomniałem o opętanych nauczycielach próbujących zabić uczniów, nauczycielach torturujących uczniów i nauczycielu mordującym dyrektora? – prychnął – to moja droga ledwie sześć, a tak w ogóle kilkanaście lat pomiędzy wojnami.
- Wojnami? – spytała Helga – ta dziewczyna, Hermiona brała udział w wojnie?
- Tak, w przyszłości uczniowie są żołnierzami na wojnie. Wojnie, którą wywołał mój tak zwany dziedzic. Za tysiąc lat pewien czarodziej oszalał na skutek dzielenia swej duszy. Znalazł zwolenników i zaczął mordować czarodziei mugolskiego pochodzenia i wszystkich, którzy się z nim nie zgadzali. W ramach walki o czystą krew wymordował wiele rodzin i próbował zabić niemowlę – dodał drżąc.
- Rozumiem twoje wzburzenie Salazarze – powiedziała łagodnie Helga – ale to nie nasza sprawa, my nie wywołaliśmy wojny.
- Ten czarnoksiężnik, Lord Voldemort, podaje się za mojego dziedzica i w moim imieniu rozpętał dwie wojny, które pustoszą kraj. W moim imieniu morduje magiczne dzieci – syknął – nie kocham mugoli, nikt z nas ich nie kocha i nie ufam mugolakom, ale nie nawołuję to tego by ich mordować, okaleczać i prześladować za sam fakt istnienia!
Po tych słowach Salazar Slytherin wyszedł pośpiesznie z komnaty wyraźnie głęboko poruszony obrazami z przyszłości. Pozostali Założyciele Hogwartu patrzyli na siebie w milczeniu, wymieniając zaniepokojone spojrzenia. Nikt nie lubi słyszeć o tym jakim koszmarem okaże się przyszłość. A tymczasem końcówka wieku dwudziestego bynajmniej nie stanowiła czasu pokoju i rozwoju.
Dlatego Salazar wyszedł pośpiesznie z komnaty, łopocąc swoimi szmaragdowymi szatami. Zielony należał do jego ulubionych kolorów i dlatego znalazł nawet w herbie jego Domu razem z wężem. Teraz jednak ten ciemnowłosy, blady mężczyzna musiał wyjść by zebrać myśli, by spokojnie przemyśleć nowe informacje. Nie zaś tak nie pomaga w tym procesie, jak przygotowanie eliksiru. Praca nad eliksirami wymaga precyzji, skupienia nie pozwalając myślom biegać nie wiadomo gdzie. Doskonałe remedium na pobudzenie, co powtarzał swoim przyjaciołom.
- Ale w jaki sposób ta dziewczyna, Hermiona Granger, przeniosła się prawie tysiąc lat w przeszłość? – Rowena była zbyt ciekawa by zachować milczenie.
- Nie wiem i to bez znaczenia – odparła Helga – na razie mam osłabioną, niedożywioną i ranną czarownicę pod moją opieką. Całe szczęście większość uczniów wróciła do swoich domów, mamy czas do września by zaadaptować naszego gościa do nowego miejsca.
- Wygląda blado – zauważyła Rowena – źle z nią?
- Bardzo źle – wyjaśniła Helga mrucząc kolejne zaklęcia diagnostyczne – podróż w czasie, Aportacja i przesłuchanie ją osłabiło. Spędzi dłuższy czas w łóżku.
- Oby z tego wyszła, nigdy nie widziałam by ktoś zareagował równie źle na próbę odczytania umysłu – zauważyła Rowena.
- Ani ja, ale nigdy nie mieliśmy u siebie podróżnika w czasie – dodała Helga.
- Sprawdzę co u Salazara – powiedział po chwili Godryk – wyglądał na poruszonego, a zwykle stanowi ideał opanowania.
A/N: Ponieważ absolutnie nie uważam "Przeklętego Dziecka" za kanon, opieram się głównie na książkach. Draco nie zmieni się naraz w dobrego i przytulaśnego, ale książki wyraźnie sugerują, że poznał nielubianych kolegów ze szkoły lecz twierdził co innego. Co innego wyzywać kogoś w szkole, a co innego życzyć komuś bolesnej śmierci.
Dobra wiem, że motyw z użyciem Legilemencji był już w ficku Izzyaro, ale poza tym naprawdę poprowadzę akcję inaczej.
