Dziękuję za dodanie mojej historii do śledzonych.

Oczywiście nie jestem JK Rowling


Hermiona nie wróciła do świata żywych przez najbliższe dni. Leżała bez zmysłów w łóżku w komnacie, w której Helga przyjmowała pacjentów. Teraz złotowłosa rzuciła zaklęcie monitorujące na swoją pacjentkę. Przebrała ją także w koszulę nocną oceniając, że dziewczyna zapewne będzie potrzebować dłuższego czasu na zebranie sił. Nigdy nie widzieli by ktoś aż tak źle zareagował na próbę odczytania umysłu, lecz jednocześnie nie mieli u siebie nigdy podróżnika w czasie. W tym czasie zajęła się nią także Araminta, spokojna żona Godryka Gryffindora, pomagająca zwykle w opiece nad pozostającymi w szkole młodszymi uczniami oraz dziećmi z rodzin nauczycieli. Ta nieco pulchna, piękna czarownica o kasztanowych włosach miała wielkie serce dla praktycznie każdego, zaś teraz zajęła zagubioną Hermioną. Nie tylko dbała o to by czarownica nie zmarzła, ale dodatkowo jeszcze przebrała ją w koszulę nocną, tak by mogła odpocząć. Pozostali także sprawdzali co u niej, lecz wedle Helgi nie odzyska przytomność przez najbliższe godziny, a może i dnie. Ale i tak przychodzili, bowiem nawet dla nich obecność uczennicy z przyszłości stanowiła nie lada ciekawostkę.

Brązowowłosa nie wiedziała kogo oczekiwała zobaczyć po przebudzeniu, lecz na pewno nie jego! Kiedy nareszcie zmysły nawiązały kontakt ze świadomością, potrzebowała dłuższej chwili by w pełni przypomnieć sobie ostatnie wydarzenia. Zostali porwani przez szmalcowników i uwięzieni w Dworze Malfoyów. Coś dziwnego sprawiło, że została przeniesiona bardzo, bardzo daleko od domu. Zamiast w namiocie leży w miękkim, ciepłym łóżku. Nie odczuwa ni głodu ni bólu. Westchnęła i właśnie w tamtej sekundzie dostrzegła jego.

Czarodziej w długiej, szmaragdowej szacie stał kilka kroków od niej. Nie potrafiła określić jego wieku, bowiem potężni magowie potrafili zachować młodość naprawdę długo, zaś stojący naprzeciwko sprawiał wrażenie kogoś w wieku mniej czterdziestu lat. Nosił sięgające do ramion, elegancko zaczesane, ciemne włosy układające się idealnie. Jego jasna, porcelanowa twarz mogła uchodzić za przystojną, gdyby nie ironiczny grymas na ustach. Rozpoznała go po medalionie noszonym na szyi, a chociaż nie przypominał siebie z portretów znanych z czekoladowych żab, to Hermiona poznała Salazara Slytherina. Miał idealnie wypielęgnowane dłonie zakończone długimi palcami z bardzo długimi paznokciami, które elegancko zaciskał na różdżce. Dostrzegła też pierścienie wskazujące na rangę czarodzieja z znamienitej rodziny czystej krwi. "Nawet tysiąc lat od domu trafiam na arystokratów czystej krwi, po prostu wspaniale". Podchwycił jej wzrok, to z jakim zaciekawieniem obserwowała całą jego postać lecz nic nie powiedział. Niedbane poprawiał pierścienie na swoich palcach, wyraźnie bawiąc jej zmieszaniem.

- Profesor Slytherin? - spytała nie chcąc wyjść na zupełnie przerażoną - nie oczekiwałam spotkania z panem.

- Jesteś niezwykłym gościem panno Hermiono - odparł - nieczęsto wpadają do nas goście z aż tak daleko i to jeszcze równie interesujący.

- Nie jestem jakimś okazem w zoo - odparła nieco zezłoszczona tym tonem - ni dziwadłem do pokazywania.

- Ależ czy ja coś podobnego sugeruję dziewczynko? - odparł patrząc na swoje wypielęgnowane dłonie.

- Dlaczego zatem jestem interesująca profesorze? - spytała jadowicie.

- Razem ze swoimi kolegami jakimś cudem przeżyliście kilka miesięcy wojny, nie mając do takowej żadnego przygotowania - wyjaśnił tonem, jakby tłumaczył oczywistości - wasz dyrektor kazał wam znajdować i niszczyć horksuksy, nie dając wskazówek jak tego dokonać. Jak mniemam wasz plan to polewać horksusy wodą, licząc, że miecz Godryka w cudowny sposób wyląduje na dnie stawu? Wspaniała strategia, pamiętam co widziałem i zastanawia mnie jakim niekompetentnym durniem musi być mój rzekomy dziedzic, że jeszcze nie wygrał wojny.

Hermiona natychmiast zapomniała o zmęczeniu słysząc słowa mężczyzny. Złość by nie pozwoliła ot tak zapomnieć. On wyraźnie z niej kpił, bawił zmieszaniem i zaskoczeniem powodowanym przez wypowiedziane słowa. Widział ile wycierpieli, jakie piętno odcisnęła na nich wojna i bawiło go to. Kpił ze wszystkiego, co ich spotkało.

- Bo wówczas szlamy poznają swoje miejsce czyż nie profesorze? - syknęła - i nastanie porządek.

- Nie wypowiadaj się o sprawach, o których nie masz pojęcia dziecko - odparł Salazar z ironicznym uśmieszkiem.

- Nie jestem dzieckiem!

- To się zachowuj jak dorosła - odparł Slytherin podchodząc bliżej - tylko w bajkach dla dzieci źli po prostu znikają, a cni rycerze bez skaz zdobywają księżniczki. Macie wojnę do wygrania, to zacznijcie walczyć, lub uciekajcie gdzie pieprz rośnie jak wam brakuje umiejętności! Nie jesteście odważni, odwaga to stawanie przeciw wrogowi, śmierć z różdżką w ręku nie na kolanach. Stawanie na polu bitwy z procą to samobójstwa.

Ku zaskoczeniu Hermiony, szybkimi krokami pokonał dzielącą ich przestrzeń. Usiadł na brzegu łóżka tak blisko, że mogła spojrzeć mu w oczy, poczuć zapach który go otaczał. Na szczęście czarodzieje w średniowieczu mieli odmienne podejście do higieny niż mugole i korzystali z kąpieli. Nazywali mugoli pogardliwie brudnymi, a ci byli dosłownie brudni. Usiadł obok niej i złapał za rękę. Jednym szybkim, zwinnym ruchem odsłonił wciąż czerwony i świeży ślad z napisem "szlama", ranę zadaną przeklętym ostrzem i która nigdy nie zejdzie.

Siedzący obok czarodziej dotknął blizny swoimi długimi, białymi palcami. Pomimo złości nie widziała w jego spojrzeniu pogardy ni satysfakcji, drażnił ją swoją postawą ale nie wyzywał co naraz do niej dotarło. Pozostawał spokojny i przemawiał swoim jedwabistym, kuszącym głosem. Czytała, że w Domu Węża cechy jak charyzma są cenione zaś Salazar Slytherin z pewnością takowe posiadał.

- To przypomnienie tego kim jestem - powiedziała mimowolnie drżąc - szlamą, kimś brudnym bez względu na moje osiągnięcia.

- Ty tak powiedziałaś - odparł przesuwając palcami po bliźnie - tę ranę zadano przeklętym sztyletem, ktoś zadał sobie wiele trudu z nakładaniem klątw i znał się na rzeczy.

- Bellatriks - szepnęła.

- Obłąkana dziwka w służbie mojego rzekomego dziedzica, to - wskazał na bliznę - powinno pokazać, że to wojna, a nie szkolny klub pojedynków, że wasi wrogowie używają zaklęć by was okaleczać i zabijać. Nie mają skrupułów ,a wy traktujecie ich zaklęciami oszałamiającymi. Przegracie i przepadniecie, a ty Hermiono Granger możesz się wściekać na słowa prawdy, lub osobę co wysłała was wszystkich niczym owce na rzeź.

Po tych słowach wstał i wyszedł z komnaty. Hermiona patrzyła na niego zaskoczona i zupełnie zdezorientowana. Chciała na niego nakrzyczeć, ale głos jej uwiązł w gardle. Słowa Slytherina bolały, lecz nie dlatego, że stanowiły bolesną ironię lecz okrutną prawdę. Przegrywali wojnę. Zostali wysłani przeciw ludziom, nie mającym oporów przed zabijaniem dzieci, którzy uwielbiali zadawać innym ból. Śmierciożercy to banda żądnych krwi fanatyków, a Hermiona znała dość mugolską historię by wiedzieć, że takie grupy nie mają hamulców moralnych za to dobre uzbrojenie. Nie mieli planu jak zniszczyć horksuksy, dyrektor Dumbledore nic im nie powiedział. To ona "pożyczyła" książki leżące teraz w jej torebce, która podróżowała z nią przez czas i przestrzeń. Gdyby nie decyzja o "pożyczce" nie mieli by pojęcia, że jad bazyliszka niszczy horksuksy. Ale nie mieli ni zapasu kłów i żadne z nich nie umiałoby rzucić zaklęcia szatańskiej pożogi. Nie mieli pojęcia o czarnej magii i mieli stanąć przeciw mistrzom takowej.

Ongi podziwiała Zakon Feniksa za czystą walkę, za to jak unikali mrocznych sztuk. Ale do czego ich to doprowadziło? Nie pozostawało ich za wiele, a resztki uciekały przerażone. Ona sama była torturowana przez Bellatriks i nie wiadomo ilu innych nieszczęśników przed nią. Czy naprawdę jedynym sposobem na wygranie wojny jest używanie czarnej magii. "Drugą wojnę na Pacyfiku skończyło zrzucenie bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki. Dywanowe naloty na Drezno i Berlin rzuciły na kolana III Rzeszę" - przypomniała sobie widziany niedawno dokument historyczny - "Grindelwald nigdy nie zdołał zająć terenów wschodniej Europy, bowiem trafił na zaciekły opór na ziemiach Rzeczpospolitej Magicznej gdzie przeciw niemu ramię w ramię stanęli przedstawiciele wielkich rodów, prości czarodzieje, wilkołaki i magiczne stworzenia. Ponieważ na wschodzie brutalne prawa pozwalają praktykować czarną magię każdemu, a nawet uczniowie mogą rzucać Cruciatusa i Avadę w obronie własnej. Grindelwald przegrał". Hermiona westchnęła. Dumbledore nazywał wschodnich czarodziei barbarzyńcami, ponieważ otwarcie praktykowali czarną magię: lecz oni wpierw przegnali Grindelwalda zaś nawet "Prorok Codzienny" pisał o tym jak śmierciożercy na drodze dyplomacji chcą zawrzeć pakt o nieagresji.

Schowała twarz w dłoniach i załkała. Opłakiwała własny strach i rozłąkę z przyjaciółmi. Opłakiwała strach i niepewność ich losu, bowiem nie wiadomo co wyprawia Bellatriks. Czy naprawdę czeka ich wszystkich okrutny koniec z rąk wrogów? Czy naprawdę już przegrali? A ona naprawdę już nie nie poradzi, może tylko biernie rozważać co i jak?

- Coś ty zrobił tej biednej dziewczynie? - spytała Helga mrużąc oczy - jest słaba, potrzebuje opieki, a nie dogryzania.

- Uświadomiłem tylko dziecku, że czas dorosnąć.

- Powinna wpierw porozmawiać z Roweną i Gordykiem.

- Ależ im powiem złotowłosa królowo, jak tylko rozkażesz.

- Nie potrzeby robienie podobnego przedstawienia - syknęła czarownica z kasztanowymi włosami.

- Powinnaś czasem się uśmiechnąć Araminto.

O tych słowach Salazar wyszedł z komnaty, zostawiając trzy kobiety same. Relacje między Salazarem a Aramintą, żoną jego przyjaciela od samego początku należały do napiętych. Oboje próbowali zapanować nad sobą ze względu na Gordyka, lecz szło im średnio. Teraz zaś Araminta, spokojna, ładna czarownica o kasztanowych włosach patrzyła z niechęcią na wychodzącego mężczzynę. Zamierzała już coś powiedzieć, lecz płacz Hermiony przykuł jej uwagę.

Hermiona poczuła jak ktoś, czyjaś delikatna ręka przytula ją. Niewiele myśląc przylgnęła do nieznajomej osoby, wdychając zapach różanej wody. Odetchnęła z ulgą rozumiejąc jak odmienne pojęcie o higienie mieli mugole i czarodzieje epoki. Mugole wierzyli, że mycie szkodzi i zapewne by zemdlała czując woń któregoś z nich. Czarodzieje najwyraźniej hołdowali starożytnym zwyczajom regularnych kąpieli. Pomimo całej dziwaczności sytuacji w której się znalazła, nie potrafiła nie obserwować wszystkiego, porównywać tych czasów ze swoimi. Nie wiedziała któż ją przytulił, lecz odczuwała wdzięczność do swej osoby. Potrzebowała podobnego gestu, na Merlina jakże potrzebowała. Czuła czyjeś palce przeczesujące włosy, cichy kobiecy głos zapewniający, że nie ma powodów do takiej rozpaczy, że przecież żyje i dojdzie do siebie. I że nie wszystko stracone. Hermiona nie miała podobnej pewności, ale na pewno nie może rozpaczać. Musi pomyśleć co dalej, bowiem na pewno nie może spędzać czasu płacząc w łóżku.


Wiltshire rok 1998

Lucjusz i Bellatriks wstali z podłogi mierząc się nieprzyjemnymi spojrzeniami. Ich sprzeczka miała nieoczekiwany skutek. Żadne nie zamierzało pozwolić drugiemu zabrać sobie chwały w oczach Lorda Voldemorta, uważając za tego bardziej godnego. Godni czy nie, teraz padli na posadzkę w mało wzniosłych pozach, lecz coś takiego jak obity zadek to przecież nic co by miało stanąć im na drodze do chwały.

- Gdzie szlama?! - wrzasnęła Bellatriks - pomogłeś jej uciec!

- Zamilcz Bella - wycedził Lucjusz - może jakbyś nie machała różdżkę gdzie popadnie, to nie doszło by do wybuchu. Musiałaś aktywować mechanizm obronny osłon mego domu. To na pewno wina Pottera, że szlama znikła!

Nie tylko oni patrzyli na siebie zaskoczeni. Glizdogon i inni mieli jeszcze bardziej głupie miny, bowiem nawet w świecie magii podobne rzeczy należały do rzadkości. Dwoje śmierciożerców walczyło, to akurat żadna nowość, kiedy nagle połowę pomieszczenia spowiła mgła gęsta niczym mleko. We mgle znikło wszystko, na czele z Hermioną. Pozostali ledwo widzieli koniec własnej różdżki, nie mówiąc o sąsiadach, czy więźniarce torturowanej w salonie.

Nagle cały budynek zadrżał, jakby od trzęsienia ziemi. Nie, wstrząsy nie były jakieś szczególnie groźne lecz tak fakt, że wystąpiły w Wiltshire stanowił zagadkę. Na skutek dwóch wstrząsów parę przedmiotów spadło z półek, kilka waz zakończyło swój żywot na podłodze. Portrety przodków Lucjusza patrzyły na siebie zaskoczone, lecz żaden z nich nie spadł ze swej ramy. Dziwne zjawisko po chwili ustało równie prędko co się zaczęło pozostawiając co najmniej zdumionych czarodziei samym sobie. Lucjusz i Bellatriks wstali jako pierwsi, zaś zaraz po nich pozostali obecni.

- Idź po Pottera i zdrajcę krwi - nakazała Bellatriks Glizdogonowi.

Tymczasem Draco właśnie dotknął świstoklika, kiedy cały dom zadrżał. Młody Ślizgon niczego nie poczuł, lecz Narcyza, podobnie jak inni nie zdążyła nawet pomyśleć co się dzieje, kiedy wstrząs sprawił, że upadła jak długa na podłogę. Wstrząs nie był silny, lecz pani Malfoy nigdy nie doświadczyła w Anglii trzęsienia ziemi. I stała stanowczo za daleko od kominka by za brzeg takowego złapać. "Coś ty zrobił Lucjuszu? Już my sobie porozmawiamy" - zaklęła pod nosem, kiedy wstała z podłogi ocierając obolałe kolana.

Narcyza nie była zła. Była wściekła jak wszyscy diabli i to od dłuższego czasu. Zawsze dbała o elegancję swego domu, tak została wychowana by pewnego dnia zostać panią w zamku czarodzieja czystej krwi. Miała urządzać przyjęcia i z kobiecym wdziękiem dbać o pozycję męża. Zapraszając odpowiednie osoby, czarując je miała zdobywać dla niego popleczników, zaś wino i aksamitny głos pomagały w wydobyciu cennych informacji. Zamiana domu w Kwaterę Główną jednej z frakcji na wojnie z pewnością nie należało do przewidzianych powinności, co Narcyza nieraz podkreślała. Narcyza okazywała cierpliwość, ale teraz klęła bowiem nawet ona miała dość. Salon ma służyć jako miejsce spotkań odpowiedniego towarzystwa, nie zaś sala tortur. W piwnicy trzyma się wino, a nie więźniów.

Harry i Ron także poczuli wstrząsy. Odwróciło to ich uwagę od krzyków Hermiony, które przerażały ich. Zwłaszcza Ron był blady jak ściana, bowiem cierpienie przyjaciółki uderzało go mocniej. Krzyczał by wzięto jego zamiast niej, że ona przecież nic nie wie lecz krzyki słyszały wyłącznie ściany piwnicy w której zostali zamknięci. Prócz nich więźniami byli pan Ollivander oraz Luna.

- Stąd nie ma ucieczki – powiedziała Luna – próbowaliśmy już wszystkiego. Nic nie działa, nasza magia jest bezsilna – dodała.

I wtedy całym domostwem zatrzęsło. Więźniowie także upadli na kamienną posadzkę, boleśnie obijając sobie kolana. Kiedy wstali patrzyli na siebie zaskoczeni, rozmaite teorie przychodziły im do głowy lecz żadne z nich nie miało pojęcia co zaszło. Luna wspominała coś o gniewie magii, lecz Ron i Harry tylko wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Czarownica była ich przyjaciółką, ale wierzyła w tak dziwne rzeczy, że niespecjalnie brali na poważnie jej słowa.

- Za mną – Harry aż zacisnął pięści widząc Glizdogona, człowieka który zabił mu rodziców, ukradł dzieciństwo i pomagał odzyskać ciało Voldemortowi. Lecz nic nie mogli zrobić.

Niechlujny czarodziej złapał jego i Rona, brutalnie popychając w kierunku salonu. Chłopcy spojrzeli na siebie z rozpaczą. Zostaną przyprowadzeni do ludzi, którzy nie mają wobec nich dobrych zamiarów, dla których morderstwa oraz tortury to chleb codzienny. Spuścili głowy bowiem żaden nie chciał pogarszać samopoczucia drugiego własnym strachem.

Bellatriks, o ile to możliwe, sprawiała wrażenie bardziej szalonej niż zwykle. Ciskała klątwami dosłownie w kogo popadnie nie dbając czy trafia sojusznika czy wroga. Krzyczała dziko, zaś chłopcy dostrzegli, że Hermiona gdzieś znikła. Nie wiedzieli czy to dobry czy zły omen, bowiem szalona czarownica wyszczerzyła do nich swoje popsute zęby w maniakalnym uśmiechu rekina.

- Gdzie szlama? Co planujecie?

Rzuciła się w kierunku Rona, mając w jednej dłoni nóż a w drugiej różdżkę. Zamierzała zabić, niespecjalnie zastanawiając nad narzędziem zbrodni. Nie miało to wówczas wielkiego znaczenia. Nie dla niej w każdym razie. I właśnie wtedy, kiedy wydawało się, że to już koniec i ich szalona, niebezpieczna misja właśnie ma mieć swój smętny koniec usłyszeli trzask aportacji. Natychmiast się odwrócili, lecz oto nie dostrzegli ni Voldemorta ni innego wroga. Nie przybył do nich nawet człowiek, co czyniło sytuację dziwniejszą. Oto bowiem parę kroków dalej stała domowa skrzatka.

Harry nie znał wielu domowych skrzatów, lecz ta sprawiała wrażenie jeszcze bardziej dziwnego niż Zgredek czy Stworek. Po pierwsze nie miała na sobie szmat, lecz elegancką, czystą togę z czegoś co mogło być serwetką. Nie sprawiała wrażenia przestraszonej, chociaż owe wrażenie pochodziło zapewne od długiego noża trzymanego przez stworzenie.

- Zwinka nie pozwoli skrzywdzić panów Pottera i Weasleya – odezwała się skrzatka.

- Ty potworze, jak śmiesz przerywać czarownicy! – wrzasnęła Bellatriks.

- Zwinka nie boi się złej wiedźmy – odparła skrzatka. Pstryknęła palcami, po czym wytrąciła z ręki Bellatriks różdżkę i nóż – Panowie Potter i Weasley idą ze mną.

Ni Harry ni Ron nie mieli szans choćby cokolwiek powiedzieć. Zwinka, co sugerowało jej imię, była szybka i zwinna a oni oszołomieni. Zanim chłopcy zdążyli chociaż pomyśleć, skrzatka złapała ich i rzuciła bez trudu zaklęcie teleportacji. Harry i Ron dostatecznie wiele razy korzystali z tego środku podróży by mieć pewność co się dzieje. Poczuli znajome wrażenie i mogli jedynie odczuwać ulgę z powodu nieoczekiwanego ratunku.

Żaden z nich nie wiedział dokąd zostali przeniesieni. Nie mieli kiedy spytać o to Zwinki, zaś sama skrzatka sprawiała wrażenie zdeterminowanej. Podróż trwała jedynie chwilę, a jeśli chłopcy rozważali dokąd mogli zostać przeniesieni, to niewiele mogło ich przygotować naprawdę. Wylądowali na twardej, kamiennej posadzce. Pomieszczenie oświetlał jedynie blask pochodni, bowiem wyraźnie nie docierało tutaj światło słoneczne. Harry jako pierwszy podniósł głowę i zamarł: zostali przeniesieni do korytarza wiodącego do Komnaty Tajemnic.

- Zwinko – zaczął Ron – nasza przyjaciółka znikła, musimy ją znaleźć.

- Pani Hermiona jest bezpieczna i daleko stąd panie Weasley – wyjaśniła Zwinka – Zwinka miała uratować panów z Dworu Malfoyów, po tym jak dwór spowiła mgła nie wcześniej ni nie później. Zwinka zabrała panów w bezpieczne miejsce.

- Do Komnaty Tajemnic? – spytał zaskoczony Harry.

- Niezupełnie panie Harry – wyjaśniła Zwinka – Zwinka otworzy pokój, gdzie na panów czekają kąpiel i łóżka. Tutaj panowie odpoczną i nabiorą sił – zapewniła wykonując dziwny gest przy ścianie – nikt nie zejdzie by przeszkadzać, bowiem wejście zostało zapieczętowane.

- Tylko znający mowę węży mogą tu wejść – powiedział Harry – faktycznie! Ale ty Zwinko możesz tu wejść, ponieważ magia skrzatów nie podlega podobnym ograniczeniom.

- Pan Harry jest mądrym przyjacielem skrzatów – odparła Zwinka – niewielu czarodziei docenia skrzaty. Na tym polegał plan, dlatego Zwinka mogła uratować panów Pottera i Weasleya i przenieść do przygotowanych dla nich komnat.

- Zwinko w piwnicy została nasza przyjaciółka i niewinny człowiek – zaczął Harry – czy mogłabyś?

- Nie takie zadanie dostała Zwinka – odparła skrzatka – Zwinka miała uratować panów i przenieść tutaj, ogłuszyć lub zabić każdego, kto by próbował przeszkodzić. Zwince nic nie wiadomo o innych więźniach, Zwinka ma inne zadania do wykonania.

Po tych słowach w ścianie pojawiły się drzwi, których wcześniej nie widzieli. Obaj z ciekawością zerknęli przez drzwi. Nie wiedzieli czego oczekiwać, ale owo miejsce nijak nie przypominało Komnaty Tajemnic jaką zapamiętał Harry. To była dość spora komnata z trzema łóżkami. Łóżka przypominały te z dormitorium chłopców i każde z nich stało w pewnej odległości od drugiego. Mniej więcej pośrodku stał stół z trzema wygodnymi, obitymi ciemnozieloną tkaniną, krzesłami oraz nakrycia dla dwóch osób. Na ścianach pokoju dostrzegli półki z jakimiś książkami, lecz najmilszy widok stanowił kominek z wesoło płonącym ogniem.

Co najdziwniejsze, dostrzegli okna w pokoju. Dokładnie naprzeciw wejścia umieszczono spore okno. Pomieszczenie znajdowało się rzecz jasna pod ziemią, lecz okno zostało zaklęte tak, by pokazywało błonia Hogwartu. Obecnie tereny były puste, bowiem pogoda nie pozwalała korzystać z uroków wolnego powietrza. Zobaczyli też parę drzwi prowadzące do jakiś innych pomieszczeń.

- Panowie idą za Zwinką, zaś Zwinka powie skrzatom by podały panom obiad – mówiła Zwinka.

- Obiad dla nas?

- Z deserem, Zgredek osobiście upiekł tort – wyjaśniła Zwinka.

- Czy mogę porozmawiać ze Zgredkiem? – poprosił Harry.

- Oczywiście panie Potter, Zgredek zawsze chętnie przybędzie na wezwanie pana. Powinien kończyć dekorować tort – powiedziała Zwinka znikając.

Ron i Harry spojrzeli na siebie zaskoczeni. Nie, nie zaskoczeni lecz zupełnie skołowani. Właśnie przeżyli jeden z najdziwniejszych dni w swoim życiu. Zostali porwani przez szmalcowników, zabrani do kwatery wroga by być uratowanym przez skrzata domowego i przeniesieni do Hogwartu, miejsca, którego unikali od początku roku. Komnata Tajemnic mogła stanowić kryjówkę, ale o wygodnych komnatach nie mieli pojęcia.

- Harry, co powinniśmy zrobić? – spytał Ron – ta komnata, wiedziałeś o niej?

- Nie – pokręcił głową Harry – i nie mam pojęcia o co w tym chodzi. Chciałbym odpocząć, ale czy możemy ufać tej Zwince? Nie wiemy kto ją przesłał i…. – nie dokończył bowiem usłyszeli trzask aportacji. Tym razem jednak dostrzegli znajomą postać Zgredka.

- Zgredek! Tak się cieszę że cię widzę – odparł Harry – dla kogo ten tort? – spytał wskazując na wielki, czekoladowy tort w ręce skrzata.

- Oczywiście dla wielkich panów Pottera i Weasleya, Zgredek osobiście piekł – wyjaśnił skrzat z uśmiechem – Stworek przygotował dla panów obiad i zaraz będzie podane. Dlaczego pan Harry nie wchodzi?

- Nie wiedzieliśmy co zrobić – wyznał Harry – Zwinka nas uratowała, ale nie znamy jej i…

- Zwinka ma pomóc panom – zapewniał Zgredek – lecz Zwince nie wolno było z panami rozmawiać wcześniej, Zwinka ma ważne zadanie. Niech panowie wejdą i zjedzą, potem wszystko będzie jasne. I niech panowie się nie martwią o panią Hermionę.

Obecność Zgredka rozwiała ich wątpliwości. Kiedy po chwili zobaczyli jak Stworek teleportował się z obiadem zupełnie przestali się bać. Stary skrzat Blacków naprawdę ich polubił odkąd obiecali dokończyć misję Regulusa i wyśmienicie gotował. Teraz zaś czekał na nich obiad z dwóch dań i wielki tort.

- Zgredku – zaczął Harry – w lochu twego dawnego domu są zamknięci niewinni ludzie: Luna moja przyjaciółka oraz pan Ollivander. Czy wiesz jak można ich uratować?

- Zgredek może zabrać przyjaciół pana Pottera – zapewniał skrzat – ale dokąd? Tutaj nie mogą przebywać.

- Zabierz ich do Muszelki – wyjaśnił Ron – to dom Billa, mego brata – dodał podając lokalizację – ale czy to bezpieczne być się tam teleportował? Piwnica jest zabezpieczona przez teleportacją.

- Zgredek jest skrzatem – wyjaśnił Zgredek po czym znikł.

- Zatem chodźmy Ron – powiedział Harry – naprawdę nic z tego nie rozumiem, ale skoro są tu Stworek i Zgredek chyba nic nam nie grozi.


Hogwart rok 1000

Hermiona w końcu zapanowała nad płaczem. Nie wiedziała ile czasu dokładnie minęło, lecz nie może po prostu płakać jak bóbr. Dlaczego właśnie teraz? W każdym razie zdołała opanować się na tyle, by spojrzeć dokładnie na swoją towarzyszkę. Dojrzała ładną, nieco pulchną czarownicę o długich, kasztanowych włosach. Kobieta miała na sobie wąską, ciemnoszarą suknię i rubinowe kolczyki, zaś cały zestaw czynił ją elegancką acz nie chłodną.

- Dziękuję pani… - zaczęła – przepraszam, ale nie znam pani.

- Książki o mnie nie mówiły? Jestem Araminta Gryffindor, żona Godryka Gryffindora rycerza, obrońcy i jednego z Założycieli Hogwartu. Uczniowie mówią do mnie Lady Gryffindor.

- Rozumiem Lady Gryffindor – zaczęła Hermiona – za moich czasów czarodzieje nie używali tytułów, ale wiele uległo zmianie jak widzę. Dziękuję za pocieszenie.

- Rolą moją jak i każdej czarownicy jest otaczać młodych opieką – wyjaśniła Araminta - że też akurat Salazar był tym, z którym rozmawiałaś na początku! Teraz musimy cię przygotować na spotkanie z innymi. Mój mąż oraz inni chcą cię poznać bliżej i porozmawiać, rzecz jasna musisz wyglądać jak na zacną czarownicę przystało. To okropne, że niewiasty muszą walczyć nie do tego zostałyśmy stworzone!

Hermiona miała swoje zdanie, ale zamilkła. Cóż była gościem w tych czasach, toteż nie powinna krytykować. Rodzice zawsze uczyli, że jeśli przebywa w obcym miejscu winna szanować zdanie i przyzwyczajenie gospodarzy. Dlatego nic nie powiedziała na słowa Araminty jakoby jedynym właściwym zadaniem dla czarownicy był dom, dzieci i wszystko co z tym związane. Oczywiście przebywała w roku 1000 lub jakoś yak, toteż musi wziąć pod uwagę, że wówczas społeczeństwo wyglądało inaczej. Nie może wywoływać rewolucji! Araminta zaczęła załamywać ręce nad stanem jej włosów, cery i ubolewać nad fatalnym ubraniem. Przypominała tym Lavender i Parvati, co naraz sprawiło, że Hermionę zaczęło na nowo drapać w gardle.

Hermiona może i nigdy nie nawiązała przyjaźni ze współlokatorkami, ale wciąż pamiętała jak dziewczyny, wraz z Ginny, pomagały przygotować na Bal Bożonarodzeniowy. Wywarła wówczas piorunujące wrażenie na Wiktorze, a Ron…. Cóż był Ronem. Lavender i Parvati pocieszały ją, że Ron to niedojrzały dupek jak większość chłopaków, za co była wdzięczna. I potem przystąpiły do DA i ogólnie okazały naprawdę w porządku, nawet jak za bardzo lubiły plotki, gadki o chłopakach i strojach jak na jej gust. To Parvati poradziła by odegrała się na Ronie zapraszając na spotkanie u Slughorna tego dupka McLaggena. Cóż zrobiła sobie na złość, ale do Rona z czasem coś dotarło. Teraz oni wszyscy znikli, a ona musiała przymierzać kolejne sukienki.

Araminta zmusiła ją do założenia gorsetu, nie słuchając protestów. Hermiona uznała tę część garderoby za narzędzie tortur zaskoczona skąd pozująca na filigramową Araminta ma siłę tak ściskać gorset. Zawiązała nici tak mocno, że Hermiona bała się czy nie pękną jej żebra, lecz żona Godryka pozostała niewzruszona na błagania. Rzucała na włosy Gryfonki liczne zaklęcia, narzekając na ich stan i ogólne zaniedbanie. Hermiona pamiętała jak Lavender i Ginny z godzinę układały jej włosy na Bal, zużywając przy tym całą tubkę Ulizanny. Ten specyfik nie zostanie wynaleziony przez jakieś dziewięćset pięćdziesiąt lat, przez co całość trwała dłużej. Araminta zawołała dwa skrzaty do pomocy a Hermiona mogła już tylko jęczeć jak była ściskana gorsetem, a jej włosy wykręcane na wszystkie strony.

- Czy to prawda, że zostaliście posłani na wojnę przeciw czarnoksiężnikom nie wiedząc nic o magii obronnej, znając jedynie dziecinne uroki? – pytała oburzona Araminta – skoro nie znaliście żadnej klątwy, równie dobrze mogliście iść do walki uzbrojeni w procę!

- Ale klątwy to czarna magia Lady Gryffindor! – zauważyła oburzona Hermiona.

- Jak niby zamierzaliście walczyć z waszym czarnym panem, jak nie z użyciem najbardziej skutecznych zaklęć? – spytała Araminta – Czarny pan też coś, nawet po tysiącu lat złoczyńcy nie mogą wymyślić nowego tytułu!

- Nowego? – spytała Hermiona.

- Czego oni was uczą w tej przyszłości? – spytała Araminta – toż co epokę jeden z drugim nazywa się czarnym panem i marzy o dominacji nad światem. Godryk z Salazem pokonali dwóch głośnych, a mój ojciec walczył z innym. I niewiasty na wojnie, niewiasty zajmujące się męskimi sprawami. Wiedziałam, że z nauk Salazara wynikną kłopoty, po co uczy Helenę tyle o eliskirach? Ale nie czas na to, musimy iść na spotkanie.

Gryfonka z trudem opanowała chęć by zadać całą masę pytań. Zatem Salazar Slytherin nauczał Helenę, z tego co usłyszała córkę Roweny Ravenclaw, sztuki ważenia eliksirów. I to całkiem zaawansowanych a nie tylko takich, które Araminta uważała za właściwe. Nigdy, przenigdy by nie zgadła, że Salazar Slytherin zachęcał czarownice by szukały dla siebie dróg poza tradycyjnymi rolami żon i matek, lecz wspierał ich ambicje. Nie wiedziała czy te słowa, czy może sugestia jakoby należało używać czarnej magii zaszokowały młodą czarownicę najbardziej. Każda książka, wszystko co też miała okazję przeczytać i usłyszeć przekonywały Hermionę, że czarna magia to samo zło i nigdy, ale to przenigdy nie należy takowej stosować. Tak mawiał dyrektor Dumbledore, a także Alastor Moody, legendarny auror dumny z tego, że nigdy się nie zniżył do poziomu przeciwników. Hermiona podziwiała ich przez długi czas i podziwiała nadal. Lecz jakiś głosik w głowie, brzmiący podejrzanie jak głos Salazara Slytherina przypominał o tym gdzie znajdują się idole: w zaświatach.

Hermiona aż pisnęła widząc efekt pracy Araminty. Jej włosy zostały wyprostowane i opadały elegancko. Zawiązane w pozornie niedbały warkocz spoczywały na ramieniu. Pozostałe, luźne pasma opadały swobodnie nadając jej zarówno świeżości jak i elegancji. Miała na sobie długą, ciemnobrązową suknię z szerokimi, kremowymi rękawami. Przypominała bardzo postacie z widzianych w czasie bytności w Hogwarcie portretów. Elegancki, zdobiony perełkami pas podkreślał wyszczuploną talię a Hermiona musiała przyznać, że wygląda naprawdę pięknie. Długie rękawy sukni zasłaniały okropne blizny, blizny które będzie nosić prawdopodobnie już na zawsze bowiem napis „szlama" został wycięty na skórze przeklętym sztyletem. Wspomnienie bólu i bezradności uderzało nawet teraz, w tak dalekim miejscu. To, że jeszcze żyje i nie wpadła w ręce wrogów to cud, prawdziwy cud i niewyjaśnione zjawisko. Ale troska o przyjaciół nie pozwalała w pełni cieszyć z ratunku. Ona tutaj siedzi, słucha paplaniny Araminty, narzeka na te przeklęte narzędzie tortur jakim jest gorset a kto wie co wyprawia z nimi ta szalona dziwka, Bellatriks?

- Dziękuję Lady Gryffindor – odparła po chwili – ta suknia, fryzura – zaczęła.

- To właściwy strój dla młodej czarownicy – dodała Araminta – moja siostrzenica wyrosła z tej sukienki, możesz ją zatrzymać. Powinna przestać jeść tyle słodkości, jej kibić straci smukłość.

Hermiona szła za Aramintą przyswajając wszystkie nowe informacje. W tych czasach czarodzieje najwyraźniej używali tytułów szlacheckich, podobnie jak to miało miejsce w mugolskim świecie. Do tego jeszcze najwyraźniej owe czasy zupełnie inaczej postrzegały czarną magię, która nie stanowiła aż takiego tabu. To rzecz jasna miało sens: przecież duch domu Slytherina nazywał się krwawym baronem zaś jej własnego był sir Nicolas. Hermiona pamiętała, że świat magii zarzucił używanie tytułów z czasem, jako nazbyt mugolskich, coś co znalazła w jednej z książek. Niestety niczego takiego nie omawiali na historii magii. Nie znalazła także niczego na temat rodziny Założycieli Hogwartu, a przecież fakt, że Voldemort istniał sugerował, że Salazar Slytherin miał żonę i dzieci, zaś rodzina Smith jawnie chwaliła swoim pochodzeniem od Helgi Hufflepuff.

Miała w głowie wiele pytań, lecz na razie musi się dowiedzieć co właściwie zaszło w Dworze Malfoyów. Rowena Ravenclaw z pewnością znajdzie rozwiązanie, ale Hermiona nie miała nadziei, że to nastąpi prędko. I kto wie czy wróci, przypadek Eloise Mintumble nie napawa optymizmem. Ale jak inaczej pomoże przyjaciołom? Przecież nie dadzą sobie rady! Jeśli wygra Voldemort czeka ich naprawdę ciężki okres, sama nie wie czy bardziej należy bać się możliwości zagranicznej interwencji, czy też tego, że mugole się w końcu o nich dowiedzą. Odkąd powrót Volemorta stał się faktem, słyszała powtarzane z trwogą słowa jakoby najsilniejsi gracze kontynentalnej Europy zamierzali wprowadzić porządek w magicznej Anglii. Tylko brak zgody na termin i formę takowej przeciągał sprawę, lecz zarówno rządzona przez carską rodzinę Rosja jak i Polska Rzeczpospolita Magiczna mogły w każdej chwili wystawić armię i przerzucić naprawdę prędko na angielskie granice. Te kraje stawiły czoła Grindelwaldowi w zenicie jego chwały i przegnały ze swych granic. Ministerstwo Magii nie miałoby z nimi szans. Lord Voldemort w coraz większym zacięciem atakował mugoli i jeśli będzie kontynuował swoje działanie, ci w końcu zorientują się co i jak. Nieraz rozważali z Harrym ten scenariusz, kiedy zostali sami po ucieczce Rona. A wnioski nie napawały optymizmem.

Czarodzieje czystej krwi nie mieli pojęcia o osiągnięciach mugolskiej nauki i techniki, lecz oni mieli. Mugole nie mieli teleportacji, ale za to samoloty latające szybciej niż dźwięk. Nie znali zaklęć rzecz jasna, za to dysponowali arsenałem broni zdolnej kilka razy wysadzić świat w powietrze. Broń chemiczna, biologiczna czy atomowa stanowiła śmiercionośny potencjał i naprawdę nie chcieli oglądać tego, czy magiczne osłony wytrzymają użycie którejkolwiek z nich. Harry opowiedział o swoim dzieciństwie w domu ciotki, co przypomniało Hermionie jak wiele ludzi wciąż uważa magię za wynaturzenie. Wojna z mugolami mogła mieć katastrofalne skutki, biorąc pod uwagę przewagę liczebną tych pierwszych oraz arsenały zabójczej broni. Rozdzielenie światów stanowiło najlepszą opcję. I nawet bardziej otwarte na dialog kraje, jak te ze wschodniej Europy czy Chin zgodnie uznawały konieczność oddzielenia światów czarodziei i mugoli. Zagrożenie ujawnienia świata czarodziei, jakie sprowadzały brutalne ataki Voldemorta, stanowiło przyczynę dlaczego niektóre kraje próbowały przepchać przez Międzynarodową Konferencję Czarodziei zgodę na zbrojną interwencję w Anglii. Teraz zaś nawet nie ma Albusa Dumbledore'a, który sprytnie grając na animozjach między ważnymi graczami kontynentalnej Europy przeciągał sprawę przez długie miesiące.


Hogwart rok 1998

Pomimo obaw Harry i Ron weszli do nieznanej sobie komnaty. Nigdy wcześniej nie wiedzieli tego miejsca, nie mieli pojęcia o jego istnieniu, ni nawet takowego nie podejrzewali. Sama Komnata Tajemnic stanowiła mit, legendę do straszenia dzieci, a nikt nie wspominał o istnieniu innych pomieszczeń w okolicy. Lecz skrzaty domowe wyraźnie o takowej wiedziały, a nikomu nigdy nie przyszło do głowy by pytać o coś podobnego.

- Panicz Harry i panicz Ronald – powiedział Stworek prawie płacząc na ich widok – Stworek ugotował dla paniczów obiad.

Na słowo obiad uśmiechnęli się szeroko. Zapach potraw uświadomił im jak bardzo byli głodni. Usiedli na dwóch krzesłach i zaczęli po prostu pożerać obiad, nie dbając o zasady dobrego wychowania, czy kulturę. Nie potrafili powiedzieć ile dokładnie zjedli, nim zgodnie uznali, że mają dość. Harry musiał nawet rozpiąć guzik od dżinsów głośno narzekając na to jaki jest pełny. Ron także wyglądał na przejedzonego, ale szczęśliwego.

Z pewnym trudem zwlekli się w kierunku łóżek. Ledwo mieli siłę siedzieć, zaś na łóżka po prostu padli. Długie tygodnie ucieczki, głodowania i strachu odcisnęły na nich piętno, zaś teraz, kiedy mogli odpocząć napięcie po prostu z nich uciekało, pozostawiając zmęczenie.

- Harry, ale co z Hermioną? Dlaczego wszyscy mówią, że mamy się nie martwić? – zaczął Ron – co właściwie zaszło?

- Pojęcia nie mam, ale chyba coś związanego z trzęsieniem ziemi w Dworze Malfoyów. Zwinka coś wie!

- Wspominała, że Hermiona jest gdzieś daleko – wyjaśnił Ron – i byśmy się nie martwili. Może deportowała się?

- Bez różdżki i przez osłony? Nie sądzę – zauważył Harry – według mnie…

Harry nie miał okazji dokończyć zdania. Miał właśnie powiedzieć na głos swoją teorię, kiedy usłyszeli jakże dobrze znany głos teleportacji. Pomimo uśpienia i przejedzenia wstali sprawie z łóżek, bowiem ostatnimi tygodniami instynkty oznaczały różnicę między życiem a śmiercią. Teraz jednak nikt ich nie atakował, nie wprost w każdym razie.

Wróciła Zwinka, w jednej rączce trzymając nóż, zaś w drugiej zaszokowaną, znajomą postać. To był Draco Malfoy, jeszcze bledszy niż w rodzinnym Dworze. Blondyn był dość zielony na twarzy, co się zdarzało osobom korzystającym z teleportacji. Zaciskał palce na różdżce, rozglądając nerwowo po okolicy. Ledwie dostrzegł nielubianych kolegów ze szkoły, to grymas złości przemknął przez arystokratyczną twarz.

- Potter, co to za sztuczka! – syknął – ty nasłałeś na mnie skrzata?

- Zwinka miała za zadanie znaleźć pana Malfoya i przyprowadzić w bezpieczne miejsce – odparła skrzatka – a pan był daleko.

- I dlatego porwałaś mnie z domu ciotki? – pytał Draco – o co w tym na Merlina chodzi?!

- Panowie zaraz poznają prawdę, pani Hermiona wszystko wyjaśni – zapewniał Zwinka.

- To pomylony pomysł Granger? – parsknął Draco.

- Panowie pójdą za Zwinką – mówiła skrzatka idąc w kierunku drzwi – pani Hermiona wszystko wyjaśni panom, zaś obecność pana w domu ciotki dodatkowo ułatwi zadanie.

- Ciotki? Jakim cudem mieszkanie z Bellatriks miałoby cokolwiek ułatwić? – zdumiał się Ron – chyba, że wszyscy poszaleliśmy.

- Narcyza Malfoy ma dwie starsze siostry – wtrącił Harry – Bellatriks i Andromedę, ale wedle Syriusza zerwała kontakt z tą drugą, po tym jak wyszła za Teda Tonka.

Draco faktycznie przeniósł się świstoklikiem do domu Andromedy Tonks. Już kilka razy ukrywał się w jej domu kiedy chciał uniknąć spotkania ze śmierciożercami i Lordem Voldemortem. Miał nawet swój pokój, gdzie zostawił parę potrzebnych rzeczy takich jak eliksir wielosokowy oraz mugolskie ubrania. Niewielu wiedziało, że Andromeda bardzo dobrze radziło sobie ze sztuką warzenia eliksirów i zapewne została by Mistrzynią Eliksirów gdyby po ukończeniu Hogwartu nie musiała radzić sobie z wydziedziczeniem i nowym życiem u boku męża. Niedługo potem urodziła córkę, Dorę i musiała zapomnieć o akademickiej karierze.

Teraz zaś warzyła eliksir wielosokowy i parę innych dla całej rodziny. Używała włosów przypadkowych mugoli, przekonując wszystkich łącznie z siostrzeńcem, że w razie konieczności ulotnienia się najlepiej uciec do świata mugoli. „Nikt was tak nie znajdzie, w Londynie czy Paryżu żyją miliony ludzi, znikniecie w tłumie". Andromeda i Narcyza długo rozważały czy nie wysłać Draco do Paryża albo i nawet dalej, lecz nie miały pewności czy Mroczny Znak ba pewno przestanie tam działać. Mimo to Draco miał w razie konieczności miesięczny zapas eliksiru, fałszywe dokumenty i mugolskie pieniądze.

Tamtego dnia jednak nie zdążył nawet zmienić szat, pomyśleć o obierzie, bowiem ni stąd ni zowąd w salonie zjawiła się Zwinka. Draco lubił kuchnię ciotki Andromedy może dlatego, że nie bał, że ta ciotka go spróbuje otruć. Przy ciotce Belli nikt nie mógł być bezpieczny, a poza tym, za co pewnie ojciec wpadłby w szał, uwielbiał niektóre mugolskie dania. Zwinka złapała go za rękę i znikli, nim Draco o cokolwiek zapytał.

- Syriusz Black tak ślepo nienawidził swej rodziny, że nic o niej nie wiedział. I zapomniał co znaczy być Blackiem.

- A co znaczy? Wywyższać się nad innych? – parsknął Ron.

- „My Blackowie jesteśmy wolni i stoimy ponad innymi, z racji naszego urodzenia. Zawsze Czyści i kierujący własnymi zasadami, nie schylamy głów przed nikim" – zacytował słowa matki – a rodzina to świętość.

- Byłeś u pani Tonks, prawda? – wypalił Harry – twoja matka i pani Tonks wcale nie zerwały kontaktów, prawda? Ale dlaczego nigdy?

- To siostrami Black przede wszystkim Potter, coś czego nie rozumiesz ni ty ni śmierciożercy– wyjaśnił Draco - co to na Merlina!

Cała trójka przeszła przez drzwi i stanęła jak wryta. Za komnatą z łóżkami znajdował się inny, większy pokój. I chociaż chłopcy podejrzewali, że zapewne pierwszy pokój nie był jedyni i znaleźli ciąg nieznanych, nieodkrytych pomieszczeń nijak nie mogli przewidzieć co zobaczą w kolejnym. Stali przez chwilę jak wryci, nie potrafią wydusić z siebie ani słowa. Oczekiwali wielu rzeczy, ale na pewno nie tego.

- Granger obyś miała cholernie dobre wyjaśnienia dlaczego pomylony skrzat porwał mnie z domu ciotki! – krzyknął – i co ty tutaj robisz?!

- Hermiono co to znaczy? Jakim cudem znalazłaś się tutaj?! – krzyknęli Harry i Ron.

- Obiad mam nadzieję smakował, Harry byłeś okropnie chudy a i tobie Ron przyda się nabrać nieco ciała. Wszystko wam wyjaśnię, ale zachowajcie otwarty umysł.

- A Malfoy? Po co tu Malfoy?

- Właśnie Granger!

- Harry, Ronaldzie przestańcie krzyczeć, Draco jest tutaj nie bez przyczyny, a jak już przy tym jesteśmy to tak dbający o etykietę, czystokrwisty arystokrata jak dziedzic Malfoyów powinien do mnie mówić….


A/N Co zobaczył Draco stanie się jasne za jakiś czas. Rzecz jasna możemy zgadywać w jaki sposób średniowieczni czarodzieje podchodzili do kwestii higieny, ale na potrzebę tego ficka założę, że inaczej niż mugole by biedna Hermiona nie zemdlała. W jaki sposób Hermiona rozmawia z czarodziejami żyjącymi tysiąc lat wcześniej? No cóż ... magia, ale jak zostało wspomniane w ficku "Strange visitors from another century", skoro w czwartej części uczniowie Hogwartu bez trudu rozmawiali z uczniami szkół uczestniczących w Turnieju Trójmagicznym, to widocznie magia zamku na coś takiego pozwalała.

Inspiracja do tego jak mógł wyglądać Salazar stanowił obrazek na stronie harrypotterfandom, ale oczywiście kwestię rodziny Slytherina i powodów takiego a nie innego podejścia do mugoli wyjaśnię z czasem.