Dziękuję za dodanie mojej historii do śledzonych i ulubionych. Nie jestem specjalistą od średniowiecznej historii i jeśli ktoś z was zna materiały mogące poszerzyć moją wiedzę, poprawić błędy chętnie z takowych skorzystam.
Rzecz jasna nie jestem JK Rowling.
Hogwart rok 1000
Hermiona czuła, że za chwilę zemdleje o ile wcześniej nie potknie o poły swej sukni. Rzadko nosiła buty na obcasach, a jeśli już to do znacznie krótszych sukienek. Wieki temu, w innym życiu, założyła czerwone pantofelki do czerwonej sukni na ślub Billa i Fleur. Teraz miała na sobie równie wysokie buty, sukienkę sięgającą do kostek i ten piekielny wynalazek, gorset. Araminta wydłużyła magicznie suknię, bowiem wedle Lady Gryffindor to obraza dla moralności by czarownica pokazywała kostki. Teraz zaś obie szły bardzo szybko, co dla Hermiony stanowiło problem, bowiem gorset przeszkadzał w oddychaniu. Gryfonka zupełnie nie rozumiała starszej czarownicy i jej systemu wartości, jakże bowiem uznać za moralne używanie czarnej magii, ale nie noszenie spodni i sukienek przed kolana? Hermiona zdążyła już znienawidzić gorsety i okropnie niewygodną, średniowieczną bieliznę, coś o czym jakiś nigdy nie myślała.
W końcu doszły do komnaty, która przypominała Hermionie Wielką Salę. To pomieszczenie jednak odbiegało do tego znanej z jej czasów. Stół prezydialny, przy którym siedzieli nauczyciele, był nieco większy zaś w tamtej chwili nakryty dla siedmiu osób. Hermiona dostrzegła czwórkę Założycieli oraz Helenę Ravenclaw siedzącą między matką a Salazarem Slytherinem. O tym, że dwie czarownice są spokrewnione jasnym było dla każdego kto na nie spojrzał: obie miały ten sam, chłodny typ urody i piękne, kruczoczarne włosy. Rowena miała na sobie szafirową suknię i tiarę na głowie, z kolei Helena ciemnoszarą szatę i zdobne spinki. Zażyłość między córką Roweny a Salarazem była oczywista na pierwszy rzut oka, nawet bez opowieści Araminty. Młoda czarownica rozmawiała o czymś ze swoim starszym towarzyszem, wyraźnie poruszona. Hermiona myślała o nich jak mistrzu i jego uczennicy, a wedle Araminty Helena pobierała nauki eliksirów u Slytherina.
Sufit Wielkiej Sali wyglądał zwyczajnie, bowiem zaklęcie sprawiające, że zamiast kamieni widać było niebo jeszcze nie zostało rzucone. Także stoły, przy których siedzieli uczniowie kolejnych domów, stały bliżej siebie. Najwyraźniej do szkoły uczęszczało mniej uczniów, bowiem same stoły były krótsze. Hermiona jednak pamiętała, że przybyła do czasów kiedy Hogwart został niedawno co założony i zapewne mniej osób wiedziało o jego istnieniu. To Godryk Gryffindor dostrzegł ich jako pierwszy.
- Araminto, dokonałaś cudów moja pani – pochwalił żonę ciepło – męskiej części uczniów ciężko będzie teraz skoncentrować się na nauce.
- Zatem stanowią bandą durniów, których rozprasza prawie wszystko – dodała Helena, patrząc beznamiętnie na Hermionę.
- Heleno, twoja uwaga była niegrzeczna, panna Hermiona to nasz gość – powiedziała chłodno Rowena.
- I uczennica – dodał Godryk.
- Powiedziałam tylko, że durnie nie potrafią zająć pracą jak zobaczą ładną buzię – odparła Helena.
- Dołącz do nas panno Hermiono – powiedziała Rowena – usiądź tam proszę – wskazała miejsce.
- Dziękuję pani profesor, jeszcze nigdy nie siedziałam przy stole nauczycielskim – dodała Hermiona ignorując spojrzenie Heleny.
Gryfonka nie rozumiała skąd owa kąśliwość młodej Heleny Ravenclaw. Przecież ona dopiero co przybyła tutaj ze swojego czasu. Nawet ze sobą nie rozmawiały, lecz najwyraźniej Helena nie należała do osób o przyjaznym usposobieniu. Kiedy podeszły bliżej, Godryk zerwał się ze swego miejsca, by odsunąć krzesło dla swej żony, niezwykle pięknej w swej szacie i rubinowych kolczykach. Ku wielkiemu zaskoczeniu Hermiony, Salazar wstał ze swego miejsca, z gracją podszedł do drugiego wolnego krzesła i odsunął je dla niej.
- Dziękuję profesorze – odpowiedziała Hermiona.
- Musisz mieć wiele pytań – zaczęła Rowena patrząc na Hermionę – i pewnie jesteś zdezorientowana. Chociaż przybywasz z innego czasu, to jesteś uczennicą Hogwartu a naszą rolą jest przekazywać wiedzę.
- Bardzo żałuję, że nie mogłam wrócić na ostatni rok pani profesor – wyznała szczerze – czy powinnam się zwracać do pani, pani profesor czy Lady Ravenclaw? W moich czasach wśród czarodziei nie ma tytułów arystokratycznych, a nie chcę popełnić gafy.
- Jako uczennica Hogwartu masz prawo mówić do nas „pani profesor" i „panie profesorze" – wyjaśniła Rowena – jakbyś miała wątpliwości co do etykiety, Araminta chętnie wszystko wyjaśni. Prócz opieki nad uczniami, naucza także tych z rodzin mugoli o naszym świecie, by nie były zagubione.
- Na pewno spytam Lady Gryffindor, w moich czasach naucza się mugoloznastwa, ale tacy jak ja dostają jedynie krótką broszurę. Zawsze mnie zastanawiało czemu nie ma lekcji wiedzy o świecie magii! Jak dzieci z rodzin mugoli mają unikać pomyłek?!
- Na pewno nie byłaś w moim domu? – spytała Rowena z uśmiechem – a dlaczego dzieci mugoli są pozbawione podobnych informacji, to dobre pytanie dla dyrektora. Lecz to nie najbardziej paląca kwestia.
- Jak się tutaj znalazłam? – spytała – co zaszło?
- Oto zagadka – odparł Salazar – ktoś zbudował posiadłość na terenie mojego ogrodu, co ma sens gdyż jest to skupisko energii magicznej - zaczął – sądząc po swym zdumieniu panno Hermiono, w twoich czasach nie uczy się już, że wiele rodzin zakłada swe siedziby na skupiskach energii? Hogwart – kontynuował mentorskim tonem – znajduje się na tym szkockim pustkowiu, ponieważ to największe po Stonehenge skupisko energii magicznej. Takowa naturalna energia wzmacnia wszelkie tarcze oraz osłony, ale nie tłumaczy podróży w czasie o tysiąc lat – dodał.
Hermiona nienawidziła czegoś nie wiedzieć, a to była nowa informacja. Nieraz zastanawiała się czemu określone miejsca zostały wybrane jako odpowiednie by budować tam Hogwart, czy też Ministerstwo. Ale nigdy nie znalazła odpowiedzi, zaś Draco Malfoy tylko szydził z tego, że „szlamy nic nie wiedzą". Tym bardziej nie rozumiała dlaczego nie mają odpowiednika lekcji mugoloznastwa. Co chciał zrobić Dumbledore? Dyrektor promował tolerancję wobec mugoli, otwartość na ich kulturę. Oczywiście podziwiała go za to. Ale czy przypadkiem nie prowokował czarodziei z bardziej konserwatywnych rodzin? Nie wszystkim musiała odpowiadać zmiana święta Jul na Boże Narodzenie czy też Samhain na Halloween. Przypomniała sobie sąsiadkę swych rodziców, szalenie miłą i wykształconą panią Jones, którą drażniło mówienie „holidays" zamiast Boże Narodzenie, po to by nowo przybyli do Anglii czuli się lepiej. Hermiona początkowo popierała owo podejście, ale pani Jones zawsze pytała „czy chciałabyś Hermiono aby zaproszony gość zaczął krytykować meble w twoim pokoju, kazał ci przemalować ściany na różowo, kazał ci nosić wyłącznie czarne ubrania, malować na czarno ,a próbę wyjaśnienia, że to twój pokój i twoje ubrania nazywał rasizmem i nietolerancją". Hermiona mogła zrozumieć panią Jones, która tęskniła za Merry England, podobnie jak dziadkowie Hermiony. Dyrektor chciałby czarodzieje widzieli coś więcej niż swój świat, lecz może za bardzo..
- Lecz nie trać nadziei na powrót – wtrąciła Helga – zbadamy sprawę Hermiono.
- Jeśli mamy odsyłać dziecko na wojnę, to równie dobrze Godryk może ją przebić mieczem – odparł Salazar – to zwykłe morderstwo.
- Salazarze! – zaprotestował Godryk.
- Mówię prawdę, bo jak inaczej nazwać wysłanie niegotowego dziecka przeciw czarnoksiężnikom? Nikt za nas nie wziął ze sobą do walki nikogo, kto nie opanował chociaż materiału piątego roku z magii bojowej i czarnej magii, nie mówiąc o znajomości trucizn! Najskuteczniejsze tarcze są czarnomagiczne, zaś zaklęcie takie jak drętwota czy galaretowane nóżki to dziecięce igraszki – odparł Salazar.
- Zatem ucz Hermionę – zaproponowała Rowena.
- Nie wezmę niechętnej uczennicy – parsknął Salazar – zaś panna Hermiona Granger uważa czarną magię za złą, zaś trucizny za niegodne.
Hermiona przygryza wargę czując na sobie spojrzenia wszystkich zgromadzonych. Od zawsze nauczyciele stanowili w jej oczach kogoś bardzo ważnego, zaś teraz miała przed sobą nie jakiś zwyczajnych nauczycieli, lecz Założycieli Hogwartu, legendę świata czarodziei. Odczuwała jeszcze większe zdenerwowanie niż zwykle, przez co zagryzła wargę prawie do krwi. Co też mogła odpowiedzieć tak ważnym osobom.
- W czasach z których pochodzę, czarna magia uchodzi za złą zaś praktykowanie takowej jest nielegalne – zaczęła ostrożnie – za rzucanie klątw można mieć proces karny, zaś za użycie Cruciatusa lub Imperio grozi dożywocie. Samo kupowanie przedmiotów związanych z czarną magię grozi aresztowaniem. Tak jest od wielu lat, zaś na pewno odkąd Albus Dumbledore został dyrektorem Hogwartu. On wyjątkowo gardził czarną magię, zaś po pokonaniu Grindelwalda, najgroźniejszego czarownika przez Sami-Wiecie-Kim zyskał wielkie wpływy.
Szóstka ludzi wymieniła spojrzenia. Wyglądali na poruszonych, a wręcz zaszokowanych rewelacjami, zaś Helena skrzywiła usta w bliżej nieokreślonym grymasie. Hermiona nie miała wątpliwości, że zdecydowanie jej nie polubi. Nie znosiła owej wyniosłej maniery wręcz krzyczącej „jestem lepsza" z którą zmagała się przez te wszystkie lata nauki w Hogwarcie. Rzecz jasna Malfoyowi brakowało wyniosłości Heleny, blondyn potrafił wyłącznie odmawiać słowo szlama przez przypadki i straszyć ojcem, ale Hermiona nie miała cierpliwości do podobnego zachowania. „Pewne rzeczy pozostają niezmienne".
- Sami widzicie przyjaciele – odezwał się Salazar splatając długie palce – jak nisko upadli czarodzieje w przyszłości, upadli tak dalece, że nie mają odwagi wymówić imienia złoczyńcy!
- Na imię Voldemorta nałożono tabu profesorze – przypomniała Hermiona.
- Lecz strach był wcześniej czyż nie? – odparł z uśmiechem Salazar – rozumiem przestraszone dzieci, ach rozumiem strachliwe niewiasty – zakpił – lecz czyż czarodzieje rządzący Anglią nie drżeli przed samym imieniem złoczyńcy, którego należało osądzić i skazać na śmierć w ten czy inny sposób, zaś z jego zwolennikami zrobić to samo? Trzeba było uciąć mu plugawy łeb, wrzucić za Zasłonę Śmierci lub zabić w dowolny inny sposób, ale na pewno nie bać się go. Przegraliście wojnę zanim się zaczęła, bo brakowało wam odwagi. Garstka desperatów nie ocali bandy tchórzy.
- Nie jestem tchórzem, byłam nazywana panną mądralińską, szlamą, łopatozębą lecz nikt nigdy nie nazwał mnie tchórzem – syknęła – może i moja walka to szalona, przegrana sprawa i nie osiągniemy nic. Nie wiem tego, lecz nie zamierzam się poddać i będę szukać sposobu pomocy chłopakom, bo to moi przyjaciele, a Harry jest mi jak brat. Nie ma dla mnie znaczenia, że nie mamy kropli wspólnej krwi, ale i tak jedno za drugim skoczy w ogień. Nigdy nie zamierzałam czekać biernie na kolejne obelgi czy na to, aż banda fanatyków mnie zabije.
- I to się nazywa duch walki – powiedział Godryk z uśmiechem – już wiem czemu trafiłaś do mojego domu panno Hermiono, chociaż pokazałaś właśnie lojalność godną domu Helgi. Trafiłaś do Hogwartu, a my nauczamy tutaj młodych czarodziei i czarownice.
- Rozumiem, że zostałaś nauczona by nie ufać czarnej magii panno Hermiono– wtrąciła Rowena – być może twój dyrektor chciał zapobiec nadużywaniu tej gałęzi sztuk przez zakazanie takowej, lecz niestety ludzie nie przestaną nadużywać czy magii czy władzy tylko dlatego, że ktoś tego zakaże. Zakazy czynią bezbronnymi uczciwych czarodziei i czarownice, którym zabrano środki obrony przed niebezpieczeństwem. Czarnej magii można użyć do obrony bezbronnych, lub torturowania oponentów, i jak z każdego narzędzia należy z takowej korzystać rozważnie. Niektórzy mają podobne opory co ty panno Hermiono – dodała miękko – a i ja nie przepadam za tą dziedziną magii, lecz dostrzegam jej zastosowania. Jesteś wojowniczką, a wojownik zna wiele rodzajów broni i korzysta z nich by inni nie musieli walczyć. Rozumiesz?
- Tak pani profesor – odparła – rozumiem, co pani chce powiedzieć. Ktoś kiedyś mi powiedział, że nie możemy bronić się przed nieznanym. Mugole mawiają, że strach ma wielkie oczy, ale jednocześnie wszelkie strachy wyciągnięte na światło dzienne karleją. Ale czarna magia…
- Ciężko zmienić wpojone przekonania – powiedziała łagodnie Helga – spotykamy się z tym regularnie. Salazar jest najlepszym z nas w dziedzinie czarnej magii, powinnaś pobierać u niego nauki.
Gdyby usłyszała podobne zdanie od kogokolwiek innego, zapewne zaprotestowała by z oburzeniem. Lecz nie mogła zacząć krzyczeć na Założycieli Hogwartu. Wszelkie znane jej książki historyczne, przedstawiały Helgę jako uosobienie łagodności i wyrozumiałości, Rowenę jako wielką badaczkę zaś Godryk stanowił czarodziejski ideał rycerza bez skazy walczącego ze złem i niesprawiedliwością. Dorastała w cieniu legendy tych ludzi, a portrety Założycieli wisiały w gabinecie dyrektora Hogwartu. Stanowili dla magicznej Anglii postacie niezwykle ważne, znacznie ważniejsze niż król Artur i Rycerze Okrągłego Stołu dla mugoli. Hermiona po prostu nie mogła by podnieść na nich głosu.
A do czarnej magii nie miała przekonania. Mimowolnie dotykała blizn pozostawionych przez przeklęty sztylet Bellatriks. Rana nie bolała, ale nie znikła mająca już na zawsze przypominać jej o tym o co toczyli wojnę i podziałach w świecie magii. Nie mogła zapomnieć o tym dlaczego ten koszmar trwał i kto, wedle historii rozpoczął to szaleństwo. Przyczyna siedziała obok niej, jako wyniosły czarodziej w szmaragdowej szacie.
- Wątpię czy profesor Salazar Slytherin zechce nauczać szlamę, wedle książek tacy jak ja nie są godni magicznej wiedzy – odparła usiłując zapanować nad emocjami – zawsze będę nosić przypomnienie mego miejsca!
- Nie możesz winić Salazara za grzechy tego, co się nazwał jego dziedzicem panno Hermiono – powiedział Godryk surowo – nikomu nie pozwolę tak źle osądzać mego przyjaciela. I co masz na myśli mówiąc, że „tacy jak ja nie są godni magicznej wiedzy"?
- Wedle książek historycznych, jakiś czas po założeniu Hogwartu wybuchł spór między tobą profesorze Gryffindor a profesorem Slytherinem, na temat czarodziei z rodzin mugoli. Wszystkie źródła twierdzą, cytuję, że „Salazar Slytherin domagał się większej selekcji uczniów przyjmowanych do Hogwartu, uważając jakoby wiedza magiczna należała się wyłącznie dzieciom z rodzin czarodziei. Doszło na tym gruncie do sporu z Godrykiem Gryffindorem, zakończonego pojedynkiem po którym Slytherin opuścił szkołę".
- Co dowodzi, że czarodzieje to banda plotkujących bab – parsknął Salazar – Toczymy z Godrykiem regularne, przyjacielskie pojedynki, a każdy kto ma kroplę oleju w głowie rozumie jakie zagrożenie stanowią mugole.
- Mugole to nie jakieś potwory! – zaprotestowała Hermiona.
Miała ochotę kopnąć się za ów wybuch. Jakże mogła podnieść głos w tak doborowym towarzystwie? Czy naprawdę zmęczenie działa na nią aż tak źle, że zapomina o dobrych manierach? Nienawidziła jak ktoś kpił z mugoli. Jej rodzice takowymi byli i nie mogła prosić o wspanialszych. Nie rozumieli magii, ale wspierali ją jak tylko mogli. Inni, jak Justyn Finch–Fletchley, także pochodzili z światłych, dobrych rodzin. Harry miał prawdziwego pecha mieszkając z Dursleyami, ale przecież można znaleźć złych ludzi wszędzie, to tak jakby uważać, że wszyscy czarodzieje są źli patrząc na Lorda Voldemorta i Bellatriks Lestrange, a wszyscy Ślizgoni to banda pompatycznych durniów jak Draco Malfoy czy Pansy Parkinson. A przecież do Domu Węża chodzili także Theodor Nott i Daphne Greengrass, których znała z zajęć z Numerologii i Starożytnych Run. Nie byli przyjaciółmi rzecz jasna, ale rozmawiali w sposób cywilizowany i nieraz pracowali w grupach.
Tym razem to Helena odpowiedziała, a Hermiona mogła przysiąc, że ich niechęć jest wzajemna. Młoda czarownica od samego początku obserwowała Gryfonkę uważnie, zaś jej uwagi wyraźnie miały jej dopiec. Teraz jednak zaatakowała wprost wyraźnie dysząc ze wściekłości. Hermiona miała ochotę uderzyć się mentalnie w głowę za swój niewyparzony język, najwyraźniej przebywanie tak długo sama na sam z Harrym i Ronem nie pomogło na jej subtelność, a cóż Ronald ma wiele zalet ale na pewno nie subtelność!
- Nie masz pojęcia ani o wujku Salazarze ani o nikim z nas – wysyczała Helena, a Hermiona pojęła, że młoda panna Ravenclaw traktuje wszelką krytykę ukochanego wujka jako atak na siebie – wujek chciał by czarodzieje z rodzin mugoli możliwie wcześnie przenosić do Hogwartu lub chętnych do adopcji rodzin magicznych, tak by odciąć wszelkie połączenie między naszym światem, a ich. Wciąż pamiętam jak uratowaliśmy rodzeństwo małych czarodziei, przez ich krewnymi uważającymi, że dzieci opętały demony. Dziewczynka została przygarnięta przez sąsiadów wujka Salazara, ale chłopiec ściągnął nam na głowę mugoli i musieliśmy uciekać!
- Relacje między nami a mugolami są napięte – powiedziała Rowena piorunując córkę wzrokiem – miałaś wspierającą rodzinę Hermiono, zaś być może w twoich czasach relacje z mugolami są lepsze, ale teraz mugole uważają magię za dzieło złych sił zaś czarodziei za sługi diabła ze swej religii. Prześladują każdego podejrzewanego o posiadanie magii i widzieliśmy jak najbliżsi krewni poddawali młodych czarodziei brutalnemu traktowaniu by oczyścić ich ze zła jak mawiali. Widzieliśmy też czarodziei z rodzin mugoli, którzy narażali swoich kolegów przez przedstawianie ich mugolom. Nie wszyscy mają tyle szczęścia co ty!
- Nie powinnam tak wybuchać pani profesor – odpowiedziała Hermiona – ale ja … przez sześć lat nauki w Hogwarcie niektórzy prześladowali mnie ze względu na pochodzenie z rodziny mugoli jako kogoś gorszego. I chociaż poprzysięgłam sobie mieć dobre oceny by udowodnić swoją wartość to nic nie dało! Dla wielu byłam i pozostałam kimś gorszym, kimś brudnej krwi, szlamowatej krwi – dodała – oto dowód – wskazała na rękę – byłam torturowana ze względu na to kim jestem i kim są moi rodzice. Dlatego nie mam wiele miłości dla purystów krwi.
- Przemoc rodzi przemoc – wtrąciła Helga – niechęć ze strony mugoli zaowocowała niechęcią czarodziei z rodzin magicznych do tych z rodzin mugoli. Nie sposób powiedzieć kto zaczął, czy mugole niechętni magii, czy może czarodzieje, którzy używali magii przeciw mugolom przez co ci kojarzą magię z czymś złym. To nie ma znaczenia kto zaczął, ale ważne byśmy my, czarodzieje, trzymali się razem i wspierali a nie walczyli ze sobą. Hermiono – dodała łagodnie – mugole jak twoi rodzice istnieją, ale niestety w naszych czasach większość jest inna.
- Salazar zawsze traktował bezpieczeństwo uczniów bardzo poważnie – dodał Godryk – bywał paranoiczny, a jego słowa zostały wypaczone.
- Co niestety nie powinno dziwić biorąc pod uwagę dystans czasowy – dodała Rowena – a także to, że powołanie się na postać historyczną to stara sztuczka złoczyńców. Zawsze ceniłeś ambicję, charyzmę i nietuzinkowe pomysły Salazarze, a widzę w jaki sposób ambicję można pomylić z żądzą władzy, charyzmy użyć do manipulacji. Damy ci nieco czasu byś ochłonęła Hermiono, rozejrzała po zamku, a my tym czasie postaramy dowiedzieć czegoś więcej o tym w jaki sposób do nas trafiłaś.
Hermiona grzecznie podziękowała. Ma wiele do przemyślenia, choćby kolejne kroki. Utknęła w przeszłości nie wiadomo na jak długo, być może na zawsze. Musi pomyśleć co dalej, tak ze sobą jak i chłopcami. Nie ma zupełnie dokąd pójść, a Hogwart to jedyne miejsce w którym może przebywać. Ale co ma tutaj robić? Chciałaby zakończyć naukę, ale co potem? Co jeśli naprawdę nie wróci do swych czasów? Prędzej czy później ktoś zada owe pytania. Na razie jest gościem Założycieli, lecz nie może być gościem w nieskończoność.
Posiadłość Rodowa Nottów, rok 1998
Posiadłość rodowa Nottów znajdowała się wśród wrzosowisk Yorkshire, ukrywa zarówno przez mugolami jak i czarodziejami. Przestronne, wiekowe domostwo zapewniało swoim mieszkańcom prywatność i dystans od całego świata. Otoczona zadbanym ogrodem posiadłość przypominała nieco stare, angielskie zamki lecz była mniejsza od nich i mniejsza od Dworu Malfoyów. Nottowie nigdy nie uważali kłucia w oczy bogactwem za coś właściwego.
Theodor Nott, zwany przez przyjaciół Theo, stukał różdżką w radio. Miał w swoim pokoju odbiornik, lecz teraz szukał audycji, która bardzo, ale to bardzo nie pasowała do dziedzica czystej krwi. Słuchał Potterwarty, rzecz jasna bardzo ostrożnie i uważnie, nie chcąc wpaść w kłopoty. Nikt go nie podejrzewał o podobne sympatie, lecz Theo był znany z tego, że potrafił ukryć naprawdę wiele i nie rzucać w oczy.
Ten spokojny, cichy chłopiec o ciemnych włosach i bladej cerze w niczym nie przypominał rozpieszczonego księcia jak Draco Malfoy. Rodzina Nottów nie była aż tak bogata jak Malfoyowie, lecz starsza i w wielu kręgach bardziej szanowana. Tristan Nott, ojciec Theo i głowa rodu, gardził tak ostentacyjnym szpanowaniem bogactwem jak Lucjusz, uznając owe działania za mało subtelne. Te wartości przekazał synowi, mawiając raz po raz „prawdziwy Ślizgon nie pcha się na afisz, nie miele językiem jak plotkara i nie chwali świecidełkami, lecz obserwuje i wyciąga wnioski, nie bojąc samodzielnego myślenia". Dlatego pewnie Theo szybko doszedł do wniosku, że Crabble i Goyle to idioci, o zdolnościach magicznych niewiele większych niż charłaki. Zachował uprzejmy dystans wobec Zabiniego, syna czarownicy o której wszyscy wiedzieli, że zamordowała siedmiu mężów, w każdym razie wszyscy odpowiedni. W podobny sposób odnosił się do Draco, syna znamienitej rodziny, co Draco pomylił z przyjaźnią.
Teraz, w czasie przerwy wielkanocnej, siedział w swoim pokoju stukając nerwowo różdżką w radio. Miał w swoim pokoju zebrane książki, Theo zawsze kochał książki i szanował wiedzę, zaś teraz musiał dowiedzieć się czegoś więcej. Zwykle czujnym pozwolił sobie na chwilę nieuwagi i nie usłyszał jak mężczyzna w ciemnozielonej, kosztownej szacie stanął w progu pokoju. Tristan Nott mieszkał w przestronnej, rodowej posiadłości razem z synem i paroma domowymi skrzatami, z rzadka zapraszając krewnych lub znajomych. Ten wysoki mężczyzna o włosach przyprószonych siwizną nawet w swym zaawansowanym wieku nie stracił swego specyficznego uroku i szyku: nosił szyte na zamówienie szaty, rodowe pierścienie z szafirami i diamentami oraz nienagannie ułożone włosy. Jego żona zmarła wiele lat temu, kiedy jedyny syn Theo był mały, lecz chociaż stanowił jedną z najlepszych partii w magicznej Anglii nigdy nie ożenił się ponowie, zaś portret zmarłej pani Nott wciąż wisiał w jego gabinecie.
- Straciłeś czujność Theo – powiedział swym cichym, przejmującym głosem – kto inny nie będzie wyrozumiały.
- Ojcze – zaczął Theo aż podskakując – szukam informacji przez radio, sam mnie uczyłeś bym zbierał informacje ze wszystkich stron i samodzielnie wyciągał wniosek.
- Zaiste – uśmiechnął się Tristan – samodzielne myślenie to rzadka cnota, lecz nie myśl, że nie wiem czemu tak bardzo chcesz poznać losy Pottera, złotego chłopca Dumbledore'a.
- Potter to ważny symbol – zauważył Theo.
- Oczywiście, ale nie sądź, że nie wiem o twoim zainteresowaniu Hermioną Granger – odparł z uśmiechem Tristan siadając na krześle w pokoju syna – uważaj, bowiem inni nie będą równie wyrozumiali, zwłaszcza w obecnych, szalonych czasach. Naprawdę sądziłeś, że nie wiem o twoich listach?
- Omawialiśmy prace domowe z Numerologii i Run – bronił się Theo – pracowaliśmy w grupach.
- Możesz i powinieneś oszukiwać innych, ale nie mnie. Mam swoje lata i dlatego odróżnię gorliwość prymusa od młodzieńczego uczucia – prychnął Tristan – nie wypieraj mi się tutaj prawdy. Ta dziewczyna ci się podoba, a sądząc o tym ile Dracon o niej mówi, wywarła na nim wrażenie, co mogę zrozumieć biorąc pod uwagę, że Parkinson i jej banda chodzą za nim jak cienie. Dracon nie jest głupi, co niewątpliwie stanowi zasługę Narcyzy, ale w jaki sposób znosi Goyle'a nie pojmę.
- Nie zamierzasz na mnie krzyczeć? – spytał zaskoczony Theo.
- Nakrzyczałbym jakbyś się zainteresował Parkinson, ale masz świadomość, że młoda Daphne to właściwszy wybór? Ma wszelkie zalety, a status jej krwi nie stanowi problemu – kontynuował Tristan – trójka dzieciaków ucieka przez tyle miesięcy, co się z nami stało?
Theo patrzył na ojca zdumiony. To prawda, że znał Hermionę z zajęć z Numerologii i Starożytnych Run, na które także uczęszczała Daphne. Młody Nott znał pannę Greengrass praktycznie od najwcześniejszego dzieciństwa, bowiem jego zmarła matka przyjaźniła się z panią Greengrass, zaś po tym jak zginęła pani Greengrass często zapraszała go do siebie by bawił się z Daphne i Astorią. Theo i Daphne łączyły bratnio-siostrzane relacje, zaś blondynka jako jedna z nielicznych wiedziała całkiem sporo o Theo. Oboje trzymali się nieco na uboczu, wypowiadając bardzo ostrożnie i unikając tak Malfoya jak i Parkinson. Mieli opinię kujonów i dziwaków, ponieważ pochodzili ze starych, szanowanych rodzin zostawiono ich w spokoju.
Rodzina Greengrass nigdy nie popierała Voldemorta. Owszem pragnęli zachować tradycje czarodziejskiego świata, ale na pewno nie metodą wojen i morderstw. Nazwisko Nott kojarzono ze śmierciożercami, lecz niewielu wiedziało co naprawdę myśli tajemniczy i skryty Tristan Nott i w jakim duchu wychowuje jedynego syna. Fakt, że ożenił się późno, z dużo młodszą kobietą, spowodowało falę plotek. Jeszcze większą falę spowodowała tragiczna śmierć pani Nott zaledwie kilka lat po ślubie. Niektórzy wprost podejrzewali Tristana o zamordowanie żony, na dowód podając jej pochodzenie z rodziny Prewett, znanej ze swej tolerancji i otwartości, chociaż nikt nigdy nie powiedział mu tego wprost.
- Co masz na myśli? – spytał Theo.
- Polowanie na uczniów rzecz jasna – parsknął Tristan – my czarodzieje upadliśmy nisko polując na dzieci, ale ten bezsensowny przelew magicznej krwi musiał w końcu do tego prowadzić. Pośpiesz się Theo, ale nie łudź się: wszyscy przegramy tę wojnę.
- Ponieważ wielu czarodziei zginie – dokończył Theo.
- I strat nie da się nadrobić – powiedział smutno Tristan – wszyscy przegramy jeśli Tom wygra i nie mam na myśli mugolaków. Czystki nas zdziesiątkują, a jeśli wymordujemy mugolaków, politycznych oponentów i czarodziei półkrwi zostanie nas garstka. A patrząc na zdolności magiczne Crabble'a..
- Ostatni będą charłakami – dodał Theo posępnie – ale przecież popierałeś Lorda Vol..- zaczął.
- Sza! Mówiłem ci o tabu – przerwał Tristan – i tak, popierałem Toma, w szkole był czarującym i charyzmatycznym chłopcem mówiącym o tym, że powinniśmy walczyć o świetność świata czarodziei. Popierałem tę postawę – powiedział ostro – tak samo jak to, że my czarodzieje stoimy ponad mugolami z racji naszej magii. Oni zawsze stanowili dla nas zagrożenie i powinniśmy ich zdominować, lub się od nich odciąć. Ale umiem liczyć i wiem kto ma przewagę liczebną – dodał posępnie – ich jest więcej i powinniśmy dbać o to by nas było więcej, a nie mordować się bez sensu, adaptować mugolaków możliwie najwcześniej do nas, tak by zapewnić rozdzielenie światów. Rzecz w tym, że Tom postradał resztki rozumu na skutek eksperymentów z czarną magią, podobnie jak inni nie pojmujący zagrożenia. Chodźmy na śniadanie- zakończył.
- Rozumiem, ale Hermiona ... – kontynuował Theo.
- Jestem konserwatywny i nie będę udawać, że cieszy mnie ową sympatia, ale zachowaj ostrożność. Rozsądek to rzadki towar, zwłaszcza w czasie wojny, którą obłąkani toczą z nieudacznikami – dodał – Zakon Feniksa, który chce pokonać czarnoksiężnika nie używając czarnej magii. Tom by dawno wygrał wojnę gdyby nie miał w swoim otoczeniu durniów jak Crabble czy nadętego pawia jak Malfoy. Jakim cudem ci dwaj trafili do domu Slytherina jest dla mnie zagadką, skoro jeden ma rozum trolla, a drugi charyzmę trolla. Salazar Slytherin musi przewracać się w grobie, ale koniec świata to nie powód Theo byś nie zjadł śniadania.
- Wiesz ojcze jak uczynić dzień wesołym – zaśmiał się Theo.
- Nie na tym polega moja rola – odparł Tristan – ale jakbyś wcześniej powiedział mi o tej dziewczynie, moglibyśmy coś zrobić, ot choćby zamknąć w skrzydle gościnnym, gdzie by była bardziej bezpieczna niż z tym durniem Weasleyem i cielakiem Potterów. Świat zasługuje na koniec, skoro wierzy, że potomek tego cudaka Fleamonta może nas wszystkich ocalić siłą miłości. Zajmij się teraz nauką Theo, Dromeda przyjdzie do nas óźniej.
Theo skinął głową nic nie mówiąc. Andromeda Tonks nieraz ich odwiedzała, zaś ojciec wyraźnie lubił czarownicę, lecz nie przepadał za córką pani Tonks. Nieraz flirtował z nią w staromodny sposób podobnie jak z Narcyzą Malfoy. Tristan Nott nie ukrywał swego podziwu dla szyku i elegancji Narcyzy, podzielanego zresztą przez wielu, oraz niechęci wobec Bellatriks. Nott senior tolerował Bellę ze względu na panią Malfoy, lecz ledwie tolerował zachowując pełną chłodu postawę. Bella próbowała z nim flirtować, nie widząc, że Tristan wycierał ręce w jedwabne chusteczki ilekroć go dotknęła.
Po tych słowach Tristan wyszedł, zostawiając syna jego własnym myślom. Theo rzecz jasna wiedział, że twarz ojca znana światu oraz przyjaciołom to dwie różne twarze. Ale jego słowa na temat Hermiony co najmniej go zastanowiły. Nie nakrzyczał z powodu owej sympatii, owszem nie okazał entuzjazmu, lecz nie nakrzyczał. Zaskoczony Theo już dalej nie szukał Potterwarty, zamiast tego zaczął przeglądać swoje szaty. Musi właściwie wyglądać, skoro na śniadanie przychodzi gość. A chociaż Andromeda odwiedzała ich naprawdę często ojciec zawsze wymagał by prezentował się przed nią nienagannie.
Niewielu wiedziało, że Andromeda Tonks regularnie odwiedzała dom Tristana Notta. Jedną z wtajemniczonych była Narcyza Malfoy, która absolutnie nie powiedziała nic nikomu, nawet Lucjuszowi, wszak oficjalnie przecież pokłóciła się z siostrą i nie utrzymują kontaktów. Nie żeby Narcyza zamierzała krytykować siostrę za spędzanie długich godzin w domu szanowanego czarodzieja czystej krwi, nie wnikając w detale co dokładnie tam robią. Theo rzecz jasna o tym wiedział, tak samo jak wiedział, że Andromeda miała u nich swój pokój. O nie, Ślizgon nie robił scen ojcu z tego powodu, nie skoro Tristan Nott był wdowcem od wielu lat i nawet portret matki mówił by w końcu sobie ułożył życie. Nie powiedział nic nawet wtedy kiedy zastał ich kilka razy pogrążonych w rozmowie na kanapie, szepcących sobie coś do ucha a ojciec trzymał dłoń na kolanie pani Tonks. Innym razem widział ich jak spacerowali po ogrodzie trzymając się za ręce, co sugerowało wiele, ale Theo nie chciał wiedzieć nic o intymnym pożyciu ojca.
- Ciekawe czy Draco to taki kretyn, że nie wie nic o swej matce czy tylko udaje? – spytał na głos, idąc w kierunku jadalni.
Hogwart rok 1000
Hermiona siedziała w przydzielonej dla siebie komnacie, patrząc dość bezmyślnie w ścianę. Wszystkie rewelacje zupełnie ją ogłupiły. Nie dość, że została przeniesiona, Merlin wie w jaki sposób, o tysiąc lat w przeszłość, to jeszcze dowiedziała jak dalece książki historyczne mijały się z prawdą. Salazar Slytherin nie chciał zamknąć Hogwartu przed uczniami z rodzin mugoli, zaś Rowena Ravenclaw i Godryk Gryffindor popierali używanie czarnej magii w walce. Co więcej, co usłyszała potem, sama Rowena nauczała uczniów zaklęć, w tym podstaw czarnej magii zaś Salazar prowadził zajęcia zaawansowane.
Brązowłosa aż przysiadła zaskoczona, że najwyraźniej od dawien dawna głowa domy Gryffindora naucza transmutacji, chociaż wyraźnie Gordyk woli pojedynki, domy Ravenclaw zaklęć, a Slytherina eliksirów, które jednak teraz nazywane są alchemią. Dodatkowo Rowena naucza starszych uczniów starożytnych run, Salazar zaawansowanej czarnej magii, Godryk pojedynków zaś Helga zielarstwa i leczenia. Araminta Gryffindor opiekuje się młodszymi uczniami, naucza manier i zasad magicznego świata. Wróżbiarstwo nie należało do szkolnego curriculum, zaś historii magii nauczał daleki kuzyn Helgi. Hermiona miała wiele do przemyślenia, bowiem nielekko przejść do porządku nad kompletnym wywróceniem do góry nogami znanego porządku świata.
Rzecz jasna zdawała sobie sprawę, że Założyciele mogą być innymi ludźmi niż to przedstawiały książki. Ludzie mają tendencje do przekręcania słów i faktów, a przez tysiąc lat powtarzane słowa przypominały zabawę w głuchy telefon. Nie zapomniała bzdur jakie na temat jej i Harry'ego wypisywała Rita Skeeter, zaś ludzie we wszystko wierzyli. O tak, już w wieku lat czternastu poznała co znaczą pomówienia. Lecz rezerwowała takie dla plotkar, a tymczasem wszyscy, ale to wszyscy źle oceniali Salazara Slytherina. Owszem czarodziej był kąśliwy i sarkastyczny, lecz sarkazm to jeszcze nie mordercze zamiary, zaś pozostali także nie ufają mugolom.
Kiedy ochłonęła mogła pojąć dlaczego. Nie jeden Harry cierpiał jako dziecko z powodu magii. Czytała o obskurusach czy procesach czarownic. Bez względu jak bardzo by chciała wierzyć zmarłego dyrektorowi, że to czarodzieje czystej krwi są winni, to fakty pokazywały, ze obie strony mają swoje za uszami. Wbrew pozorom nie wierzyła bezmyślnie w słowo pisane, rodzice nauczyli ją krytycznej oceny wszystkiego co słyszy i czyta. Już od wczesnych lat rozmawiali z nią jak z dorosłą, a nawet kiedy czytali bajki, kazali rozważać jakie racje mogła mieć Diabolina, czy jaki los mógł czekać orków po zniszczeniu Pierścienia przez Froda. Państwo Granger zawsze oczekiwali by córka poznała racje więcej niż jednej strony, by zadawała pytanie. „Świat nie jest czarno-biały" – mawiali, o czym zapomniała ostatnimi czasy. Albus Dumbledore był charyzmatycznym człowiekiem, czempionem walki ze złem i bohaterem. Niezwykle potężny magicznie, mający niezwykle szeroką wiedzę w oczach ludzi stanowił nowego Merlina, ale nawet Merlin był człowiekiem.
- Nie pokonamy śmierciożerców nie znając ich metod działania – powiedziała po chwili – nie pokonamy ich bez czarnej magii. Profesor Dumbledore i profesor Moody próbowali, lecz zginęli. Została nas garstka i nie stać nas na szlachetność – szepnęła – muszę się nauczyć czarnej magii i znaleźć sposób by pomóc chłopakom, bo inaczej wszystkich czeka marny koniec.
Albus Dumbledore głosił hasła pokoju i tolerancji, wszystko pięknie w teorii, lecz w praktyce wszystko doprowadziło do dwóch wojen. Tak bardzo chciał utrudnić naukę czarnej magii tym, co mogli z takowej źle skorzystać, że uczynił ich bezbronnymi. Cały Zakon, a także ich trójka, liczyli na niego, że on w swej mądrości znajdzie na rozwiązanie. I tak zwykle bywało, co wzmacniało wiarę ludzi, ale Albus Dumbledore, największy czarodziej XX wieku nie był nieśmiertelny i umarł zostawiając ich bezbronnych. „Aleksander Wielki podbił sporą część ówczesnego świata, a jego imperium było niezmierne. Nie zadbał jednak o następstwo i strukturę władzy, przez co całość rozpadła się po jego śmierci" – przypomniała sobie naraz zdanie z oglądanego z mamą programu historycznego. Aleksander Wielki za życie i po śmierci miał wokół siebie aurę wielkości, lecz nie zadbał o przekazanie władzy. Albus Dumbledore, żywa legenda, pogromca Grindelwalda i jedyny człowiek, którego bał się Voldemort popełnił błąd Aleksandra i wielu innych.
Ich misja była stracona. Mieli pewne pojęcie jakie przedmioty Voldemort uczynił horkruksami, ale nie powiedział im w żaden sposób jak takowe zniszczyć. To ona sama „pożyczyła" książki z Działu Ksiąg Zakazanych, by chociaż wiedzieć od czego zacząć. Lecz gdyby nie jej przytomność umysłu nie mieliby nic, medalion Slytherina wciąż przechowywałby fragment duszy Voldemorta a oni by łamali sobie głowę co dalej. Musi się nauczyć jak rzucać i kontrolować szatańską pożogę, gdyż przyznała z bólem rację słowom Salazara nie mogą liczyć, że wpadną na miecz Godryka pośrodku lasu. Do Komnaty Tajemnic także nie wrócą by wyrywać zęby bazyliszkowi, a muszą zniszczyć horkruksy, a ona ma tyle do zrobienia!
Postanowiła poszukać biblioteki. Harry i Ron śmiali się z jej miłości do książek, ale jeśli ma cokolwiek wymyślić potrzebuje informacji. Musi wiedzieć więcej o epoce, do której trafiła, przekonać Salazara Slytherina by ją uczył czarnej magii, wymyślić co powinna robić w Hogwarcie i zaplanować jak pomóc chłopakom, jeśli nie zdoła wrócić. „Przygotuj się na najgorsze i oczekuj najlepszego" – nie zna lepszej maksymy na czasy wojny. Ale na razie jest taka zmęczona.
Zasnęła niedługo potem, lecz Hermiony nie czekał przyjemny sen. Ledwie bowiem głowa na dobre dotknęła poduszki, usłyszała w swej głowie maniakalny śmiech. Nieomal fizycznie poczuła przecinające skórę ostrze i zaczęła krzyczeć przez sen. Właśnie przyszedł pierwszy z sennych koszmarów, w którym Hermiona wracała do Dworu Malfoyów i spotykała obłąkaną Bellatriks Lestrange. Nie wiedziała ile krzyczała, ani, że usłyszał ją jeden ze skrzatów domowych. Nie wiedziała, że rzucała się przez sen, zaś Helga Hufflepuff próbowała ją obudzić.
- Jesteś bezpieczna Hermiono – zapewniała – nic ci nie grozi. Już dobrze.
- Ja….
- Prześladują cię wspomnienia tortur – zakończyła Helga – nie ciebie pierwszą Hermiono, rany ciała magia wyleczy prędzej czy później, ale rany umysłu to całkiem inna sprawa. Nie ma eliksiru czy zaklęcia, które uśmierzy ból.
- Wiem pani profesor – odparła Hermiona – w przyszłości także takowego nie ma.
- Ale możemy pomóc – dodała Helga z uśmiechem – wiesz czym jest Oklumencja? – spytała.
- Sztuka obrony umysłu przez atakami – powiedziała Hermiona – Harry, mój przyjaciel, próbował się takowej nauczyć.
- Doskonale, pasowałabyś do uczniów Roweny. Poproś Rowenę o naukę Oklumencji – radziła – to pomoże.
- Tak uczynię pani profesor i poproszę profesora Slytherina by mnie uczył czarnej magii, inaczej nie pokonam Czar…. Voldemorta – dodała – nie wiem czy zdołam wrócić do swego czasu, ale wiedza o tym jak pokonać wroga się zawsze przyda.
- Zawsze – skinęła głową Helga – a nawet jeśli nie znajdziemy sposobu byś wróciła do swego czasu, to nie znaczy, że pomożesz swoim przyjaciołom.
- Ale w jaki sposób pani profesor? – spytała Hermiona.
- Czytałaś książki mające więcej niż sto lat prawda? – odparła Helga – a nasze portrety wiszą w gabinecie dyrektora Hogwartu, znajdziemy sposób taki czy inny – zapewniała.
- Dziękuję, ale czemu?
- Ponieważ Hogwart to dzieło naszego życia, zaś wedle twoich słów coś poszło bardzo, ale to bardzo nie tak – wyjaśniła Helga – za tysiąc lat z pewnością niewielu zechce słuchać nas, lecz ty nie będziesz obca. A jeśli zdołasz wrócić, wykorzystasz wiedzę o zapomnianych zaklęciach.
- A Voldemort nigdy nie zgadnie co go uderzyło – dodała z uśmiechem Hermiona.
Usłyszała zarys planu, mglisty ale lepsze to niż nic. Teraz trzeba przekuć mglistą ideę w rzeczywistość. Nie miała bladego pojęcia w jaki sposób tego dokonać, lecz na szczęście nie była sama, lecz może liczyć na pomoc największych czarodziei czasów do których trafiła. Razem z nimi na pewno znajdzie takie czy inne rozwiązanie. I właśnie wówczas jakaś nowa, dziwna lekkość zawitała w jej sercu. Od tak dawna mogła polecać tylko na sobie, swojej wiedzy i rozumie. Nie mogła spytać nikogo, a teraz przebywa razem z legendarnymi postaciami, potężnymi czarodziejami zdolnymi i chętnymi by pomóc.
Dom Andromedy Tonks, rok 1998
Andromeda Tonks była zajętą czarownicą. Przygotowała wszystko co potrzebne na przyjęcie swego siostrzeńca, lecz z powodu omówionego spotkania z Nottem seniorem nie mogła spędzić z nim za wiele czasu. Draco rzecz jasna nie potrzebował niańczenia, ale nie trzeba wielkiej przenikliwości by zgadnąć, że przebywanie w Dworze Malfoyów, głównej siedzibie śmierciożerców nie należało do niczego przyjemnego. Przygotowała dla chłopaka doprawione eliksirem uspokajającym przekąski i zostawiła. Wyglądał na roztrzęsionego po teleportacji lecz rzecz jasna nic nie powiedział, a pani Tonks nie zamierzała nikogo ciągnąć za język.
- Idę na zakupy, a potem mam do załatwienia kilka spraw, dasz sobie radę Draco? – spytała ostrożnie – mogę przesunąć kilka z nich.
- Nie ma potrzeby ciociu, nie nocuję u ciebie pierwszy raz – zapewnił Draco.
- Wiem, ale mam tyle na głowie! – westchnęła – mam nadzieję, że Dora da się namówić by zamieszkać ze mną, nie ze swoim mężem.
- Idziesz z nią porozmawiać? Powodzenia ciociu!
Po tych słowach Andromeda teleportowała się do niewielkiego mieszkania, zajmowanego przez Remusa Lupina i jego żonę, Nimfadorę. Chociaż początkowo wilkołak uciekł na wieść o ciąży żony, to na skutek słów Harry'ego i ich kłótni na Grimmauld Place na jesieni wrócił do żony i wyjaśniwszy powody ubłagał jej wybaczenie. Andromeda jednak regularnie odwiedzała córkę, przekonując by zamieszkała z nią.
- Możesz urodzić każdego dnia – mówiła wskazując na ciążowy brzuch córki – w moim domu będzie ci wygodniej i bezpieczniej – zapewniała Andromeda – pomyśl o dziecku, razem będzie nam łatwiej. Przygotowałam pokój gościnny dla mego wnuka, bo na pewno będziesz nas odwiedzać, możesz zostać ile chcesz.
- Mamo – powiedziała spokojnie metamorfomag – będę cię odwiedzać ale to mój dom i moja rodzina, chcę wychowywać syna z mężem. To nasze dziecko i obiecuję ci nie ryzykować. Chciałabym byście wrócili do siebie z tatą.
- Nie – ucięła rozmowę Andromeda – tylko żyjąc oddzielnie nie znienawidzimy się. Ale oboje pomożemy w opiece nad wnukiem – zapewniła.
Po tych słowach teleportowała się przed bramy posiadłości Nottów. Ponieważ był kwiecień, nikogo nie dziwiło założenie długiego płaszcza oraz kapelusza. Mająca czterdzieści trzy lata Andromeda Tonks uchodziła za atrakcyjną ze swoimi brązowymi włosami i starannie wyuczonym szykiem córki domu Black. Po ślubie z Tedem nieco zmieniła swój styl, na nieco bardziej nowoczesny lecz wróciła do dawnych zwyczajów kilka lat temu.
Ted Tonks pochodził z zamożnej rodziny mugoli: jego rodzice byli prawnikami i zarabiali naprawdę dobrze na bronieniu klientów z grubymi portfelami. Wieść o magicznych zdolnościach syna wstrząsnęła nimi, ale wspierali go i pomagali jemu i Andromedzie po ślubie, kiedy to Andromeda została wydziedziczona przez swoją rodzinę. Kupili dla nich przyjemny dom, pomagali w opiece nad wnuczką i zasadniczo traktowali Andromedę jak córkę. Brat Teda pracował w rodzinnej kancelarii i w rodzinie panowała sielanka, w każdym razie dopóki pani Tonks nie znalazła męża na biurku z praktykantką w rodzinnej firmie. Tylko niezwykła samokontrola i wychowanie godne córki rodu Blacków sprawiły, że nie przeklęła męża, który uprawiał seks ze studentką. Nie rozstali się ze względu na córkę, lecz Andromeda nigdy mu nie wybaczyła, nawet jeśli Ted przysięgał, że to jedyny raz. Nie był jedyny, ale z czasem zaczęli żyć obok siebie jak znajomi, bez zaangażowania.
Kiedy zginął Dumbledore, jasnym było, że wojna przybierze bardzo niekorzystny przebieg. Andromeda nakazała mężowi ucieczkę jak tylko podano wieści o „emeryturze" ministra Scrimgeura. To Narcyza ostrzegła siostrę, że nowy minister to marionetka Lorda Voldemorta i by uważała.
- Uciekaj Ted – radziła – nie wiem co nastąpi kiedy Czarny Pan wygrał, ale nic dobrego.
- Czarny Pan? Zaczęłaś go tak nazywać?! Dumbledore…
- Na jego imię nałożono tabu – wyjaśniła – po prostu wiem, a każde wymówienie jego imienia ściągnie na głowę śmierciożerców. Jestem czarownicą czystej krwi, powinnam być bezpieczna o ile nie wychylę głowy, lecz ty uciekaj.
- Gdzie? – spytał.
- Wracaj do rodziców. Nie używaj magii, odłóż różdżkę, a nie powinni cię złapać. Albo wyjedź za granicę, i to prędko. We Francji wielu popiera śmierciożerców, zaś kraje im przeciwne jak Rzeczpospolita Magiczna i Rosja gotowe są zamknąć granicę jak w czasie poprzedniej wojny – radziła – tak czy siak, tutaj nie jest bezpiecznie.
- Wiem, pamiętam poprzednią wojnę lecz wówczas mieliśmy Dumbledore'a. Ale co z Dorą i jej dzieckiem?
- Prześlij mi sowę, jak już znajdziesz kryjówkę – mówiła – będę cię informować na bieżąco. Wiem, że między nami różnie było ale nie chcę by ci dranie cię zabili.
- Dziękuję Dromedo.
Ted Tonks ostatecznie wybrał ucieczkę do mugolskiej rodziny Zamieszkał w domu swego brata, który miał już żonę i dwoje dzieci. Póki co żadne z nich nie wykazywało zdolności magicznych, zaś sam Ted w zamian za mieszkanie u brata pomagał w opiece nad dziećmi. Niestety jednak Ted był czarodziejem i nie mógł ot tak zapomnieć o swej różdżce i magii. Nie mógł zwyczajnie oglądać telewizji, korzystać z kuchenki mikrofalowej czy czytać gazet bez ruszających się obrazków. Nie złamał różdżki tak jak nakazywał mu brat, a rzucone w złą godzinę zaklęcie ściągnęło mu na głowę szmalcowników przez co musiał uciekać.
Andromeda, nieświadoma, że jej mąż ucieka przed czarnoksiężnikami weszła przez bramę posiadłości Nottów. Tristan zmienił osłony tak by mogła teleportować się w salonie lub swoim pokoju, ale właśnie nadszedł pierwszy, ciepły dzień wiosny roku 1998, wprost idealny na spacer żwirowaną alejką wiodącą do wiekowej posiadłości.
- Witaj Dromedo – powiedział Tristan, ubrany w swoje eleganckie szaty.
Ten wiekowy czarodziej zawsze dbał o nienaganny wybór, zaś na kolację z nią założył długie, ciemne szaty ze srebrnymi lamówkami. Z aprobatą skinął głową na jej elegancki strój: płaszcz, zmyślmy kapelusz oraz rękawiczki, Andromeda wyglądała bowiem jak na damę przystało. Zanim czarownica zdążyła cokolwiek powiedzieć, pocałował ją namiętnie w sposób nie zostawiający wątpliwości co do ich relacji.
Scenę obserwował stojący w cieniu Theo. Młody Nott od dawna miał swoje podejrzenia, a teraz patrzył zniesmaczony jak jego stoicko spokojny ojciec całował namiętnie ciotkę Draco Malfoya, zaś ta gniotła wypielęgnowanymi palcami jego szatę. Theo widział dość zakochanych par w Hogwarcie, by odróżnić przyjacielski całus od głębokiego, namiętnego pocałunku. „Ojciec wsadza język w usta ciotki Draco, ohyda" – mruknął.
- Opanuj się Tristanie, Theo może nas zobaczyć – zaśmiała się Andromeda gładząc jego twarz.
- To duży chłopiec, a ty lubisz jak cię całuję – dodał wesoło Nott.
- To dorosły czarodziej, lecz żadne dziecko nie jest gotowe na wiadomość o tym, że pożycie intymne rodziców istnieje – odparła Andromeda poprawiając włosy – jak u niego w szkole? Na pewno jesteś dumny z jego osiągnięć.
- Byłyby lepsze jakby Tom nie rujnował nauki młodych czarodziejów i czarownic – odparł oschle – rozważam wysłanie Theo na naukę za granicę, bowiem ten rok nauki to marnowanie jego talentu. A jak twoja córka? Nadal odmawia zamieszkania z tobą i woli mieszkanie tego wilkołaka?
- Niestety, co gorsza nie mogę zostać dzisiaj na noc – dodała smutno.
- Coś się stało? – spytał obejmując ją ramieniem – wiesz, że możesz mi powiedzieć o wszystkim i pomogę na ile zdołam.
- To nic złego, ale Cyzia wysłała do mnie Draco – wyjaśniła – nie wiem co zaszło w Dworze Malfoyów, lecz to musi być miejsce rodem z koszmarów pod rządzami Riddle'a i mojej obłąkanej siostry. Dolałam mu eliksiru uspokajającego do przekąski, bo wyglądał okropnie ale on mi nic nie powie ot tak. Muszę być przy nim jakby miał senne koszmary.
- Rozumiem, chodźmy Dromedo Theo powinien zaraz do nas dołączyć. Wiesz, że możesz zamieszkać ze mną, tutaj będziesz bezpieczniejsza zaś Draco jest oczywiście mile widziany w moim domu. Theo na pewno się ucieszy z towarzystwa przyjaciela, nie ma ich wielu.
- To skryty chłopiec wiem – odparła Andromeda – ale nie zapominaj, że mam córkę. Nie zostawię Dory.
- Wiem i wiem, że nosi dziecko tego wilkołaka – dodał – nie zamierzam udawać, że popieram to wszystko ale moja rodzina posiada nie tylko tę posiadłość, domek nad morzem…
- Dziękuję – odparła Andromeda i pocałowała go, na co Theo skrzywił się – ale Dora nie chce nawet mojej pomocy, jest uparta i zawzięta.
- Wiem po kim to ma.
- Kobiety Blacków są znane z charakteru od czasów Kallisto, znasz moje siostry, znałeś ciotkę Walpurgę?
Theo odczekał aż ojciec i ciotka Draco pójdą do jadalni, by samemu dołączyć do nich za kilka minut. Nieraz ich obserwował: gorące powitanie i późniejsze, bardziej oficjalne zachowanie, ale cóż nawet poważny, zamyślony Theo Nott miewał czasem momenty podobnej przekory. Kiedy wszedł do jadali, Andromeda siedziała na miejscu dla gościa w swej długiej, śliwkowej sukni i perłach. Obok niej zaś siedział Tristan Nott w eleganckiej szacie, wyraźnie młodszy i bardziej rozluźniony niż zwykle.
Niewielu wiedziało jak dobre relacje miał Theo Nott ze swoim ojcem. Obaj mieli dość sztywne maniery i bywali w chłodni w obejściu, ale w domu bywali kimś całkiem innym. Dlatego pewnie Theo powiedział co powiedział zajmując swoje miejsce przy stole.
- Dobry wieczór pani Tonks – zaczął z uśmiechem.
- Dobry wieczór Theodore, wyrastasz na prawdziwego dżentelmena.
- Dziękuję – odparł – ojcze – powiedział patrząc uważnie na starszego Notta – wiem co się łączy z panią Tonks i nie musicie się ukrywać z mojego powodu. Jestem Ślizgonem, zgadłem co i jak – zapewnił – ciesz mnie, że ludzie żyją czymś więcej niż wojną.
- Widzisz Dromedo – odparł Tristan patrząc na syna z dumą – Theo to dojrzały chłopiec i zrozumiał. Powinniśmy wypić za to toast.
- Czerwonym winem, pasującym do sukni pani Tonks – dodał Theo.
- Nie masz już żadnych wymówek Dromedo.
Kolacja przebiegła w radosnej, wręcz rodzinnej atmosferze. Theo wyszedł jakoś po godzinie wymawiając chęcią poczytania dodatkowej książki by uzupełnić esej z transmutacji. Tristan Nott chwycił rękę i Andromedy i wyszli z jadalni do sąsiadującego z nią niedużego pokoju. Właściciel posiadłości rzucił bezróżdżkowo zaklęcie zamykające drzwi i wyciszające, po czym dosłownie wpił w usta swej kochanki.
Andromeda zamierzała coś powiedzieć, lecz zamknął jej usta pocałunkiem. Ledwie zabezpieczył pokój, przycisnął ją mocno do ściany, jednocześnie podciągając poły jej sukienki. Pani Tonks próbowała wyjaśnić konieczność powrotu, lecz Tristan doskonal wiedział w jaki sposób sprawić by zapomniała o całym świecie. Długimi, zręcznymi palcami wodził po jej brzuchu i niżej nie ukrywając bynajmniej do czego zmierza.
- Nie mogę zostać na noc – zdołała w końcu wydusić z siebie – Tristanie, ja…
- Nie potrzebujemy całej nocy – przerwał po czym wziął ją tak stała, przy ścianie nawet nie bawiąc w czułości.
Zwykle był czułym kochankiem, który działał powoli. Lecz tamtego dnia brał ją w szybki zdecydowany sposób, nie tracąc ani chwili na ceregiele. Oboje byli w wieku kiedy cenili bardziej powolne działanie, lecz szybkie, gwałtowne zbliżenie w pokoju obok jadalni miało swoje uroki. Dzięki zaklęciu ciszy nikt nie usłyszał co tam zaszło, zaś Andromeda Tonks, mająca czterdzieści trzy lata żona i matka, wkrótce babcia, ledwie mogła trać na drżących nogach. Jej wyjściowa suknia była wygnieciona i poplamiona, toteż zaczęła nerwowo usuwać różdżką ślady swego zapomnienia.
- Draco nie może zobaczyć swej ciotki w stanie, jakby właśnie wyszła ze schowka w Hogwarcie – powiedziała – zobacz co zrobiłeś z moją suknią szalony człowieku – dodała wskazując na plamy.
- Nie słyszałem protestu, a raczej wyraźnie nalegania bym kontynuował – dodał.
Andromeda tylko się uśmiechnęła. Inna czarownica pewnie by rozpaczała z powodu zdrady męża, lecz ona była Black z domu. Została wydziedziczona, lecz kto się Blackiem urodzi ten Blackiem zostanie. Dlatego pozwoliła siostrze przedstawić sobie Tristana Notta i nie opierała mu specjalnie. Pożegnała go i teleportowała do swego domu.
- Na Merlina zapomniałam eliksiru antykoncepcyjnego! – zaklęła pod nosem zdejmując płaszcz.
Pośpiesznie pobiegła do swego pokoju, nie zwracając uwagi na Zwinkę, która właśnie teleportowała się z zupełnie zaszokowanym Draco. Draco zaś pobiegł do swego pokoju i rzucił na łóżko z pierwszą lepszą książką w ręce dziękując pod nosem Merlinowi za spóźnienie ciotki. Pokój w domu Andromedy, przyjemnym domu na przedmieściach jednego miast w Yorkshire w żaden sposób nie przypominał luksusem Dworu Malfoyów, lecz Draco nie narzekał.
- Odpocząłeś Draco? – spytała troskliwie.
- Tak, ale wciąż chce mi się spać, ciociu ja..
- Ci…. śpij – szepnęła łagodnie – jesteś bezpieczny Draconie, nie ma tutaj śmierciożerców, nikt nikogo nie torturuje w salonie ni nie więzi w piwnicy.
- Jak możesz patrzeć na mnie spokojnie wiedzą co ma miejsce w moim domu? – spytał.
- To nie twoja wina Draco, twój ojciec pogubił się w ambicjach. Chciał zapewnić wszystko twej matce i tobie, lecz pomylił środki – szepnęła łagodnie – cokolwiek widziałeś w domu swego ojca, tego tu nie ma.
Po tych słowach wyszła rozstawiając Draco samego. Draco, który właśnie wrócił z Komnaty Tajemnic po długiej rozmowie. Młody Malfoy nie mógł się uspokoić, ale bynajmniej nie z powodu koszmaru swego rodzinnego domu.
A/N. No cóż postanowiłam opisać zdrady Teda, bo miałam dość tego, że w którymś momencie konserwatywni czarodzieje byli źli a mugolacy dobrzy. I wiem,że seria HP miała być dla dzieci ale tomu od piątego do siódmego to już nie bajki dla dzieci.
