Jak zauważyłam, komentatorzy głównie rozważali jak to ja nie znam się na historii i gonili mnie do książek. Skoro już idzie tak ostro, to przypominam, że powyższa historia to tzw. fanfiction, czyli fanowska twórczość. Oznacza to, że opisuję wymyślone przeze mnie przygody ulubionych bohaterów w fikcyjnym uniwersum. Tak, fikcyjnym bowiem piszemy tutaj o czarodziejach czy skrzatach domowych a nie prawdziwym życiu prawdziwych ludziach żyjących w Anglii wieku XI!

Oczywiście chętnie poszerzę swoją wiedzę z historii, tak samo jak i każdej innej dziedziny. Ale powyższa historia to NIE JEST powieść historyczna a już na pewno esej historyczny, czy książka historyczn,a gdzie wytykanie merytorycznych nieścisłości czy też braku cytowań jest jak najbardziej na miejscu.


Hogwart, rok 1000

Hermiona stała przed wejściem do kwater Salazara Slytherina. Znajdowały się w innym skrzydle zamku niż pokoje pozostałych, zaś zamiłowanie do przebywania w samotności z pewnością prowokowało plotki na temat tego co też Slytherin wyprawiał w swych pokojach. Hermiona długo zbierała w sobie całą swoją gryfońską odwagę by zastukać do drzwi. Układała w głowie argumenty, a miała na to czas kiedy skrzaty domowe układały jej włosy. Wciąż nie zapomniała o stowarzyszeniu WESZ, lecz ma teraz na głowie ważniejsze sprawy niż walka o prawa magicznych istot. Wpierw muszą wygrać wojnę. Zacisnęła palce na pożyczonej różdżce i wzięła głęboki oddech.

- Panna Hermiona – powiedział Salazar witając ją z kąśliwym uśmiechem – co taka grzeczna uczennica robi przed komnatami wielkiego, złego Salazara Slytherina?

- Przyszłam prosić o pomoc profesorze – wyjaśniła – prosić o naukę czarnej magii.

- Ty dziewczynko? – spytał splatając swoje wypielęgnowane dłonie – dlaczego mam cię uczyć? I nie zaczynaj coś o powinnościach, bo mój rzekomy dziedzic to naprawdę nie mój kłopot.

- Ale dla mnie to kłopot profesorze – powiedziała – chcę znać czarną magię by mieć szanse w walce. Chcę znać klątwy by ukarać skurwysynów, którzy zabili dyrektora Dumbledore'a, aurora Moddye'ego, torturowali rodziców Neville'a, a z mojego życia czynili koszmar. Chcę walczyć by inne dzieci nie musiały i by wsobne snoby poznały ból cięcia przeklętym nożem – zakończyła bez strachu patrząc w przenikliwe oczy Salazara Slytherina.

Naprawdę długo przygotowywała przemowę, a niestety nie dała rady wykrzesać z siebie nic lepszego niż te parę słów, ze starannie przygotowanych argumentów za i przeciw używaniu czarnej magii. Lecz kiedy jej czekoladowe oczy spotkały stalowe spojrzenie przenikliwych, szarych oczy Salazara na nowo była początkującą uczennicą Hogwartu, chcącą udowodnić nauczycielom swą wartość. Podobnie miała też w mugolskiej szkole, lecz tam musiała co najwyżej znosić docinki ze względu na zamiłowania do nauki, nie zaś za pochodzenie. Jako córka lekarzy należała do zamożniejszych dzieci w szkole, nie cierpiała podobnie jak nieślubny syn pewnej kelnerki i bogatego klienta. Nie, uchodziła wówczas za dziwaczną, lecz nic gorszego niż słowne docinki nie spotkało.

A potem trafiła do Hogwartu gdzie tak miłość do książek jak i pochodzenie stanowiło problem. Chciała się przypodobać nauczycielom, zaś teraz stała przed żywą legendą, czując tak samo jak w pierwszej klasie. Salazar Slytherin był legendą, może niekoniecznie przyjemną i lubianą, ale z pewnością legendą. A ona miała prosić go u nauki, gdyby Harry i Ron wiedzieli. Nie sądziła by zrozumieli jej sposób myślenia, by poparli w jej zamiarach.

- Słuszny gniew to niezły początek – odparł po chwili – ale złość to jeszcze nie chęć rzucenia klątwy, ale skoro tak grzecznie prosisz dziewczynko? Dobrze zatem, to może być zabawne. Od tej pory jestem twoim mistrzem a ty uczennicą i masz słuchać mnie bez gadania, zrozumiano?

- Tak.

- Tak mistrzu – poprawił ją.

- Tak mistrzu – dodała.

- Zadajesz pytania kiedy przyjdzie na to czas, niczego nie kwestionujesz i przede wszystkim słuchasz. Czarna magia jest niebezpieczna, wręcz zabójcza dla nowicjuszy. Czy wiesz dlaczego?- spytał przesuwając różdżkę między palcami.

- Ponieważ zaklęcia trudno kontrolować? – zaczęła niepewnie.

- Pytasz czy odpowiadasz na pytanie?

- Nie wiem za wiele o czarnej magii, ale profesor Dumbledore mówił, że czarna magia uzależnia i jest trudna do kontrolowania…. mistrzu.

- To o uzależnieniu to bzdura – wyjaśnił Salazar belferskim tonem – ale w kwestii kontroli jest ziarno prawy. Zaklęcia czarnej magii są zwykle potężniejsze niż te zaliczane do dziedziny białej magii czy też szarej, co w naturalny sposób czyni je trudniejszymi do kontrolowania. Ale każde zaklęcie nad którym nie zapanuje czarujący może sprowadzić zagrożenie.

- Nawet zaklęcia leczące? Nie rozumiem w jaki sposób mistrzu.

- Ciekawe pytanie, magia lecząca to także magia. Leczenia powiedzmy ran wymaga określonej mocy zaklęcia, w zależności od tego na ile poważne jest zranienie. Inaczej wygląda sprawa z zadrapaniem, a odmiennie z poszarpaną kończyną. Rzecz w tym, że magia oddziałuje na ciało i rdzeń czarodzieja, może być szkodliwa w nadmiernej ilości, niczym rwący strumień wody.

Słuchała go jak oczarowana. Salazar Slytherin może i miał maniery nieznośnego, czystokrwistego snoba ale i talent do nauczania. Jego słowa brzmiały naprawdę sensownie, czym przypominał nieco Snape'a. Czy to jakaś zasada by nauczyciele z Domu Węża mieli być dupkami? Nie wiedziała, ale ledwie początek lekcji z Salazarem Slyterinem uświadomił jej jak wielu rzeczy ich nie uczono. Nie, nie tyko on.. Araminta nauczała o tradycjach i zwyczajach czarodziei, o tym jak dla konserwatystów ważne są gesty jak uścisk dłoni, kolejność witania, odpowiedni strój. Dlaczego Dumbledore czynił dzieci mugoli, jak ona kompletnymi ignorantami? Rodzice nieraz zabierali ją na spotkania z innymi lekarzami, przez co Hermiona wcześnie pojęła jak ważne jest mówienie ludzi z użyciem właściwego tytułu, jak można urazić kogoś kto ma doktorat nie wspominające tytułu, jak należy rozróżniać ordynatora od szefa dajmy na to chirurgii. Mogła pojąć, że wśród czarodziei było podobnie. Profesor z Oxfordu miałby praco poczuć się urażony jakby został nazwany panem Smith, a kto wie ile błędów popełniła przez niewiedzę promowaną przez dyrektora? Araminta wyjaśniała cierpliwie. „Czarodzieje z rodzin mugoli są jakby .. przybyszami z innych krajów. Wyobraź sobie, że do twojego kraju przyjeżdżają cudzoziemcy ostentacyjnie ignorujący wasze zwyczaje, mówiący jak źle wszystko robicie".

No cóż tacy ludzie byli liczni w mugolskiej Anglii, co prowadziło do konfliktów. Wielu tak czyniło zaś tych, co chcieli bronić angielskiej tradycji wyzywano od rasistów, uprzedzonych fobów takich czy innych i tym podobne. Hermiona, wychowana w dość nowoczesnej rodzinie, była wyczulona na prześladowania innych lecz babcia zawsze uczyła, że będąc gościem należy szanować dom gospodarza. „Nie krytykujesz wystroju domu jak zostajesz zaproszona na obiad" – mawiała babcia. Grindelwald grał na antymugolskich sentymentach obecnych od dawien dawna, a mugole nie byli bez winy, zaś Dumbledore chciał koniecznie oswoić czarodziei z mugolską kulturą, pomóc dzieciom z rodzin mugoli lecz być może działał zbyt ostro, przycisnął ludzi za mocno.. niewielu uczniów rozważało meandry polityki, lecz Hermiona spędziła długie tygodnie uciekając niczym zwierzę przed pościgiem. Dorosła i w wieku niespełna lat dziewiętnastu czuła jak osoba dobre dwa razy starsza. Jak to nazywała przyjaciółka mamy, pracująca jako psycholog kliniczny? Dorosłe dzieci, które czy to z powodu nałogu rodziców czy innych powodów musiały dorosnąć wcześnie i w czasie kiedy ich rówieśnicy się bawią ono opiekuje rodziną, robi zakupy, wychowuje rodzeństwo, często zarabia na rodzinę. Ona, Harry i Ron zostali żołnierzami na wojnie mając mniej niż szesnaście lat, coś co mugole nazywają barbarzyństwem. Lecz dziecięcy żołnierze mugolskich wojen mają chociaż broń, zaś oni …. oni byli bezbronni i szukali po omacku czarnomagicznych przedmiotów! Salazar Slytherin miał rację… na Merlina miał tyle racji!

- Czyli jakby ktoś użył zbyt mocnego zaklęcia leczącego, mógłby zrobić drugiej osobie krzywdę mistrzu? – zaczęła zaciekawiona po chwili zamyślenia– zadać ból?

- Istnieją bardziej skuteczne metody tortur, ale zasadniczo słuszna uwaga – powiedział z lekkim uśmiechem – zatem zgodnie z logiką twego dyrektora i polityków należy zakazać zaklęć leczących ponieważ ktoś może nimi zadać ból drugiej osobie.

- Ale czy nie chodzi o zamiar mistrzu? Lecząc zwykle chce się komuś pomóc, nie zaś zrobić krzywdę!

- A jednak sama podałaś w jaki sposób torturować kogoś zaklęciami leczącymi – dodał Salazar – dodatkowe pomysły?

- Leczyć ofiarę tortur tak by wciąż czuła ból, ale wzmocnić na tyle by nie zemdlała i nie osłabła?

- Tak dzie.. Hermiono, dokładnie tak. Czas na pokaz praktycznych umiejętności!

Po raz pierwszy nazwał ją Hermioną, nie zaś dziewczynką. To miłe z jego strony, lecz radość dziewczyny trwała chwilę. Zmusił ją do pojedynku, by ocenić umiejętności bojowe, a całość trwała ledwie chwilę. Może i znała zaklęcia z innych czasów, lecz on magię bezróżdżkową i niewerbalną, tarcze o których nie miała pojęcia. Mężczyzna cisnął w jej kierunku oszałamiaczem, zaś ona odpowiedziała tym samym. „No dalej, możesz więcej dziewczynko" - mówił z kpiącym uśmiechem.

Cisnęła mocniejszym zaklęciem, a nawet klątwą tnącą. Miała pewne opory przed zaatakowaniem bądź co bądź nauczyciela. Salazar zorientował się i kpił bez litości z podejścia Hermiony. Widząc złość dziewczyny, rzucił na nią niewerbalne zaklęcie rozbrajające i pozbawił różdżki. Dokończył dzieła bezróżdżkowym zaklęciem przywołania winorośli, które oplotły Hermionę silnymi splotami, unieruchamiając i zmuszając by uklękła. Uścisk rośliny nie był na silny by spowodować ból, zaś upadek na ziemię nie bolał. O wiele bardziej bolało upokorzenie.

Znalazła się na kolanach przed starszym od siebie czarodziejem w eleganckiej szacie o tak ciemnym odcieniu szmaragdu, że nieomal czarnym. Swoje długie, wypielęgnowane palce elegancko zaciskał na różdżce i patrzył na nią z góry. Widziała na jego palcach rodowe pierścienie. On zaś dostrzegł owo spojrzenia, na co zareagował kpiącym uśmieszkiem, który już zaczął ją irytować. Jakże nie znosiła zarozumiałych, zadufanych w sobie arystokratów! Ale co najgorsze, naprawdę najgorsze w całej tej sytuacji to to, że wyglądał elegancko w swym stroju. Od całej postaci, od nienagannie zaczesanych włosów po poły szaty bił szyk i aura potęgi. Wyglądał znacznie bardziej kusząco niż Snape w swych czarnych szatach, a Hermiona za nic by się nie przyznała do swego zauroczenia nietoperzem z lochów.

Zauroczenie uczennicy nauczycielem stanowiło wręcz klasykę romansu, a sama Hermiona w drugiej klasie przeżyła zauroczenie Lockhartem (podobnie jak wiele dziewczyn) z czego Harry i Ron kpili bezlitośnie, w czwartej i piątek klasie Severusen Snapem za co by ją znienawidzili. Przez długie tygodnie ucieczki nieraz wspominała silny uścisk ramion Kingsleya kiedy lecieli na testralu, rozważając jakby wyglądała ich wyprawa w poszukiwaniu horksurksów jakby dołączył do nich ciemnoskóry auror. Rzecz jasna nigdy nie wyszła poza niewinne zauroczenie młodej dziewczyny starszym mężczyzną. Nawet znajoma rodziny, psycholog kliniczny zapewniała, że każda ale to każda nastolatka przeżywa kilka niegroźnych zakochań czy to w nauczycielu, czy gwiazdorze filmowym czy sportowcu, a i nawet starszym kobietom się to zdarza. Sama pani psycholog i mama uwielbiały Hugh Granta, z czego ojciec i sąsiad kpili bezlitośnie. Zauroczenie Salazarem Slytherinem nie było niczym dziwnym, ale jak on się dowie z pewnością zacznie ją dręczyć. Dlaczego nie mogła uznać za przystojnego choćby Godryka Gryffinodra?

- Gdybym był przeciwnikiem, byłoby po tobie – powiedział surowo Salazar nie odrywając od niej oczu - dlaczego przegrałaś?

- Ponieważ rzuciłeś nieznane mi zaklęcia mistrzu? – zaczęła ostrożnie.

- Rzuciłem znane zaklęcie – odparł – zła odpowiedź. Nawet doświadczonego czarodzieja można osłabić a i pokonać prostym czarem, jeśli zostanie on rzucony niewerbalnie lub bezróżdżkowo a najlepiej oboma sposobami na raz. Oczywiście wymaga to znacznego nakładu mocy. Dlaczego przebiłem się przez twoje tarcze?

- Zapewne nie dlatego, że jesteś potężniejszym czarodziejem mistrzu? To oczywista odpowiedź, lecz niekoniecznie właściwa.

- To co oczywista bywa mylące – odparł uwalniając Hermionę – użyłaś zwykłej tarczy, a tę można łatwo zniszczyć. Ten rodzaj tarczy pochłania energię rzucanego zaklęcia, lecz pochłonięta energia osłabia tarczę i wymaga to stałej podtrzymywania tarczy. Dlatego bombardując tarczę szybkimi zaklęciami można ją łatwo zniszczyć.

- Nalot dywanowy – zaczęła – mugolska metoda zrzucania ładunków wybuchowych, małych płonących przedmiotów na cele przeciwnika – dodała szybko.

- Tak, to dobra analogia – pochwalił ją - istnieją skuteczniejsze tarcze, ale twój Dumbledore usunął o nich informacje gdyż są o wiele bardziej zabójcze, czarnomagiczne – zakpił Salazar - istnieją tarcze, które można dostosować do rzucanego przez wroga zaklęcia przez co zostaną całkowicie odbite w kierunku atakującego, lub też tarcze w rodzaju protego diabolica tak do ochrony jak i ataku. Najskuteczniejsze sposoby obrony przed czarną magią należą do czarnej magii jak protego diabolica, tworząca krąg magicznego ognia wokół rzucającego. Lecz znane ci Hermiono zaklęcie tarczy, poprzez pochłaniania zaklęć ma swoje zalety. Czy wiesz jakie?

- Bo nie wymaga dostosowania do rzucanego czaru?

- Dokładnie, kiedy nie znasz zaklęcia rzucanego przez przeciwnika, nie możesz użyć bardziej zaawansowanej tarczy bowiem nie znasz zagrożenia. Dlatego tak ogólne tarcze są przydatne w przypadku magii niewerbalnej, kiedy inkantacja jest nieznana. Magia niewerbalna jednak, pomimo swej oczywistej przewagi wymaga większych nakładów mocy dlatego w przypadku walki większość przeciwników będzie korzystać z tradycyjnej magii werbalnej i różdżkowej. Jakieś pytania?

- Jeżeli czarnomagiczne zaklęcia ochronne są tak skuteczne, czemu ich nas nie uczono mistrzu? – wypaliła.

- A o to winnaś spytać Albusa Dumbledore – odparł z uśmiechem – chociaż zapewne dlatego, że nie sposób zrozumieć jak działają zaklęcia obronne czarnej magii bez zrozumienia innych zaklęć tej kategorii. Dlatego zapewne wyrzucił całą dziedzinę wiedzy – dodał Salazar.

- Ale to brzmi jakby zaklęcia czarnej magii po prostu były lepsze – powiedziała Hermiona wstrząśnięta.

- Silniejsze – poprawił ją – silniejsze to niekoniecznie lepsze, ale często. Jak wspominałem na początku, zaklęcia czarnej magii są mocniejsze i w tym tkwi całe niebezpieczeństwo. Zaklęcia czarnej magii wywołają większy efekt we wszystkim poza leczeniem i transmutacją, gdzie całą sztuka polega na finezji nie sile – dodał – lecz wszędzie gdzie trzeba siły czarna magia to lepszy wybór.

- Leczenie? – spytała zaskoczona – można leczyć z pomocą czarnej magii mistrzu?

- O tak, chociaż nie polecam tej metody: zaklęcie pijawki pomaga przenosić siły życiowe między jednym czarodziejem a drugim, zaś cały dział nekromancji polega na manipulacji energią życiową chociaż jak wspominałem istnieją skuteczniejsze metody leczenia niż nekromancja. Rzecz jasna ignoranci z twoich czasów uważają nekromancję za ożywanie zwłok. Ale dość na dzisiaj, to ledwie pierwsza lekcja. Ale idź do biblioteki i poczytaj o podstawach czarnej magii.

Hermiona słuchała Salazara z otwartymi ze zdumienia ustami. W podobny sposób o czarnej magii mówił Snape i zaczynała rozumieć skąd pochodzi owo zainteresowanie. Czarna mafia dawała tak wiele możliwości, że była interesująca. Tarcze odbijające klątwy, magiczne płomienie dawały by im wielką siłę. Śmierciożercy takich używali z zabójczą skutecznością. Jeśli czarna magia jest w połowie tak potężna jak mówi Slytherin, a widziała co nieco w wykonaniu śmierciożerców, naprawdę ciężko im będzie pokonać tych ludzi.

Nadal rzecz jasna wspominała ból Cruciatusa i walkę w Departamencie Tajemnic. Nie mogła ot tak zapomnieć lat nauki, lecz zaczęła przynajmniej podważać dogmaty, którymi ją karmiono przez lata. Wyszła poruszona z komnat Slytherina z głową pełną szalejących myśli.


Hogwart rok 1998

Ron patrzył zgorszony na Draco i Harry'ego. Słuchał oburzony niezwykłej historii, lecz zaciskał coraz mocniej pięści. Był wściekły, lecz co gorsza nikt, ale nikt nie zwracał uwagi na niego, traktując niczym powietrze. Rudzielec niezbyt dobrze znosił gwałtowne zmiany, trudne sytuacje i mieli przed sobą właśnie taką.

- Zwinko, muszę wrócić do domu ciotki ona na pewno będzie się o mnie martwić – przekonał skrzatkę Ślizgon – muszę spokojnie przemyśleć kolejne kroki.

- Skąd wiemy, że nie wydasz nas swemu Czarnemu Panu? – spytał ostro Harry.

- Bo się ukrywam Potter, nie słyszeliście nic? Ale mogę przysiąc, a teraz muszę wracać do ciotki Dromedy.

Draco złożył przysięgę czarodzieja po czym znikł dokładnie w chwili, by zobaczyć jak Andromeda wraca ze spotkania z Tristanem Nottem. Ron rzecz jasna o tym nie wiedział, nie mógł wiedzieć, lecz stał teraz z zaciśniętymi pięściami pośrodku nieznanej żadnemu z nich komnaty tak blisko zapieczętowanej Komnaty Tajemnic.

- Nie mogę zostać – powiedział Ron – stary to dla mnie za dużo, czarna magia, Malfoy nie mogę, to już nie moja walka – pokręcił głową – Zwinko musisz mnie odesłać stąd.

- Ron nie możesz odejść! – krzyknął Harry – nie teraz!

- Nie tak to miało wyglądać, nie taki miał plan profesor Dumbledore – mówił Ron – czarna magia, Ślizgnoni to dla mnie za dużo. Zdradziłaś nas, a to wszystko twoja wina!

- Zwinko wiesz co robić – usłyszeli stalowy głos Hermiony – nie zmuszę cię byś z nami został, ale wiesz za dużo, a nie masz pojęcia o oklumencji.

- Zawsze to lubiłaś co, sławę? Byłaś kobietą w czerwieni i…

Szybkie obliviate w wykonaniu Zwinki przerwało przemowę Rona. Zanim rudzielec zdążył cokolwiek powiedzieć, skrzatka złapała jego dłoń i przeniosła do rodzinnego domu, do Nory. To był naprawdę szczęśliwy dzień dla Molly Weasley, która dostrzegła swego syna całego i zdrowego, może nieco wychudzonego, ale na pewno nie rannego i nie przerażonego. Chociaż oni mieli powód do radości w tych ciężkich chwilach. Pani Weasley wyściskała syna dziękując Merlinowi, że trafił do nich cały i zdrowy. I w owej radości nie dostrzegła oszołomienia wskazującego wyraźnie na wpływ zaklęcia obliviate.

To był także dobry dzień dla Luny Lovegood oraz pana Ollivandera. Przebywali w lochach posiadłości Malfoyów nie wiedzieć jak długo, kiedy na chwilę dołączył do nich Harry Potter i Ron. Złapanie Pottera mogło oznaczać koniec, lecz oto skrzat domowy, Zgredek zabrał ich z tego koszmarnego miejsca. Nie groziły im tortury, głód ni nic strasznego. Pan Ollivander nie wychodził z pokoju, lecz Luna nie potrafiła wytrzymać z czterech ścianach domu. Siedziała na plaży, patrząc na bijące o brzeg fale.

- Skrzat domowy przybył tutaj z dwóją więźniów, czy ktoś mi wyjaśni w czym rzecz? – pytała Fleur, nerwowo krzątając się po kuchni.

- Sam bym chciał wiedzieć – odparł Bill obejmując żonę – ale zrobiliśmy coś ważnego, ale Harry, Ron i Hermiona uniknęli zasadzki szmalcowników a to wiele. Jeszcze nie wszystko stracone.

- Mama chce bym przyjechała do nich, do Francji – powiedziała Fleur.

Piękna twarz Fleur wyglądała na zmartwioną. Pobladła i schudła tak bardzo, że i jej piękność przygasła. Patrzyła na swego męża, Billa i jego pokiereszowaną twarz z tkliwością i prośbą. Wyszła za niego pomimo blizn, a może właśnie dzięki nim? Całowała jego blizny z dumą nazywając go swoim bohaterem. Walczył o lepszą przyszłość dla czarodziei w Anglii, o wolność i godność dla wszystkich, nie tylko arystokracji czystej krwi. Lecz rodzina Delacour miała swoje zdanie na ten temat.

- A ty podjęłaś decyzję? – spytał ostrożnie.

- Bill kocham cię i jestem dumna z męża bohatera, ale chcę mieć dzieci Bill i nie chcę by dorastały w strachu. Jestem ćwierć wilą, co wedle nowego rządu czyni mnie, cytuję „nie całkiem ludzką istotą", ci ludzie, oni byli torturowali Bill! Wyleczę ich, ale nie wiem czy dam radę.

- Fleur nie mam prawa prosić cię byś została – mówiła Bill przytulając żonę – lecz ten dom to jeden z ostatnich bezpiecznych domów Zakonu Feniksa, tego co z niego zostało. Co będzie z Anglią jeśli wszyscy wyjedziemy?

- Przegrywamy tę wojnę – szepnęła – ukrywamy jak szczury, naprawdę wierzysz, że cokolwiek mają zrobić Harry, Hermiona i Ron naprawdę odmieni losy tej wojny?

- Tak uważał Albus Dumbledore i nie możemy zacząć w niego wątpić ni w siebie nawzajem. Ktoś ocalił mego brata i resztę z Dworu Malfoyów, mamy sojusznika nawet jeśli o nim nie wiemy – dodał Bill – ludzie potrzebują bezpiecznego domu, a ja mojej żony.

- Ale gdzie Harry? Dlaczego Zgredek nie przeniósł go tutaj?

- Zapytajmy go – powiedział Bill – albo bezpośrednio Harry'ego. Być może on wie coś więcej?

Fleur nie wyglądała na przekonaną, lecz w końcu skinęła głową. Ich życie w Muszelce, domu jak sama nazwa wskazuje nad morzem, było spokojne. I takim pozostało jeszcze przez jakiś czas, chociaż opowieści Luny o narglach z pewnością uczyniły dni nieco weselszymi. A ostatecznie każdemu z nich przyda się nieco czasu.


Hogwart rok 1000

To był dla Hermiony intensywny czas. Dzieliła swój czas między własne studia w bibliotece, naukę manier u Araminty, a także lekcje oklumencji z Roweną oraz czarnej magii z Salazarem. Biblioteka w czasach Założycieli rzecz jasna była znacznie mniejsza niż za jej czasów, lecz teraz mogła z takowej korzystać bez ograniczeń. Nie istniał dział Ksiąg Zakazanych, a ona siedziała przy stole mając w po jednej stornie książkę dotyczącą podstaw czarnej magii a w po drugiej podręcznik transmutacji. Niebo Hermiony było biblioteką pełną książek i właśnie do takiego trafiła. Nawet jeśli w tym niebie siedziała w niezbyt wygodnej, brązowej sukience i butach na obcasach. Nie mogła nosić dżinsów ni wygodnej bluzy, nie wspominając o sportowych adidasach, ale wolny dostęp do biblioteki był dla niej wart tej męki.

Obserwowała ją Helena. Córka Roweny Ravenclaw uważnie obserwowała nieoczekiwanego gościa o którym rozmawiała matka, ciotka i wujkowie. Założyciele Hogwartu pochodzili z różnych rodzin, lecz przyjaźnili się i pracowali razem nad największym projektem epoki: szkołą magii. Hogwart nigdy nie był nudnym miejscem, zaś obecność podróżniczki w czasie zdecydowanie czyniła okres lata roku 1000 ciekawym.

- Panna Ravenclaw – powiedziała uprzejmie Hermiona pomna nauk Araminty.

- Panna Hermiona – odparła Helena – zapomniałaś o drugim śniadaniu – powiedziała ciemnowłosa czarownica – matka zastanawiała się czy zgubiłaś drogę.

- Przeproszę profesor Ravenclaw i innych, ale kiedy czytam zapominam o całym świecie – wyznała Hermiona.

- Ja także – zaśmiała się Helena – jak czytałam książkę o egipskich runach tylko głód mnie przywracał do rzeczywistości.

- Starożytnych runach Egiptu? – spytała Hermiona podniecona – to… niesamowite, ja ciągle zapominam jeść regularnie, spędziłam ostatnie tygodnie uciekając z miejsca na miejsce, Lady Araminta powtarza, że muszę nabrać ciała.

- Posłuchaj mnie … panno Hermiono – zaczęła – pewnie nie zostaniemy przyjaciółkami, ale niepotrzebnie na ciebie naskoczyłam, jesteś z daleka, przeżyłaś koszmar.

- Nie powinnam była krytykować profesora Slytherina, a to jak go broniłaś to wielki przykład lojalności Heleno Ravenclaw. Profesor ma szczęście mając ciebie.

- Też tak sądzę – odparła Helena ostrożnie – ponoć w przyszłości ludzie mówią o nim okropnie, ale mama nie powiedziała mu za wiele.

- To co powiem nie będzie przyjemne – zaczęła Hermiona, lecz widząc wzrok Heleny kontynuowała – od dawna, sama nie wiem od którego wieku, może szesnastego w może wcześniej, Lord Slytherin jest przedstawiany jako ten, który nie chciał by do Hogwartu uczęszczali uczniowie z rodzin mugoli, by nabór uczniów był bardziej selektywny i ograniczany do dzieci z rodzin czarodziei. Wedle tych samych książek miał z tego powodu popaść w konflikt z Lordem Gryffindorem, zakończony pojedynkiem po którym Lord Slytherin opuścił szkołę. Zanim odszedł zapieczętował w zamku sekretną komnatę, Komnatę Tajemnic a w niej potwora mającego oczyścić szkołę z niegodnych, czyli mugolaków. Bazyliszek to nie mit – dodała.

- Masz na myśli Mimi panno Hermiono? – spytała Helena – Mimi, którą wujek Salazar trzyma w piwnicy obok swoich pokoi?

- Mimi? – spytała Hermiona otwierając oczy – Salazar Slytherin nazwał bazyliszka Mimi? Wiesz o nim?

- Wszyscy wiedzą o Mimi – wyjaśniła Helena – nie pytaj mnie czemu tak ją nazwał, on ma dość osobisty stosunek do swoich zwierząt. A czy Komnata Tajemnic to ta sala w piwnicy, z tymi okropnymi rzeźbami?

- Chyba to żadna Komnata Tajemnic skoro wszyscy o niej wiedzą– westchnęła Hermiona – wszyscy myśleli, że te rzeźby to podobizny Salazara Slytherina.

- Wujek Salazar nie będzie zadowolony jak to usłyszy – zaśmiała się Helena – w zeszłym roku on i wujek Godryk wypili z okazji Jul jakiś napój przysłany mamie przez czarodzieja Ruryka z Rusi. Nie wiem co to było, ale na pewno nie woda na którą wyglądało to. W każdym razie – dodała a kąciki ust jej drgały – zaczęli po tym się śmiać i zachowywać bardzo dziwnie, jakby się upili. I postanowili ozdobić legowisko Mimi, czymś co miało być rzeźbą przedstawiającą wujka Salazara. Nie mam pojęcia co zrobili, ale zaklęcia nie dało się zdjąć bez ryzyka zawalenia stropu.

- Ten napój to wódka – wyjaśniła Hermiona dławiąc ze śmiechu – popularny w moich czasach, przeźroczysty jak woda ale dużo mocniejszy niż wino. Dziękuję za opowieść panno Heleno.

- Nie ma za co, ale nie jesteśmy przyjaciółkami.

Hermiona skinęła głową parskając ze śmiechem. Nie pamiętała kiedy ostatni raz tak się śmiała, po prostu nie musząc bać. Nigdy, przenigdy nie zgadła by, że okropne rzeźby w Komnacie Tajemnic to wynik rzucania po pijaku zaklęć przez Godryka Gryffindora oraz Salazara Slytherina. Ale musiała skoncentrować się na nauce. Nie ma czasu na podobne zabawy.

Miała za sobą pierwszą lekcję oklumencję z Rowena. Profesor Ravenclaw przypominała jej Minerwę McGonagall, opiekunkę jej domu w Hogwarcie i nauczycielkę transmutacji. Podobnie jak profesor McGonagall, Rowena Ravenclaw była wymagająca i surowa, acz sprawiedliwa i umiejąca tłumaczyć. Od razy wypytała Hermionę co też wie na temat sztuki obrony umysłu, wyraźnie krzywiąc się jej słowa. Hermiona mogła tylko powtarzać wszystko co przekazał Harry, zaś Harremu lekcje szły fatalnie.

- Medytacje w celu oczyszczenia umysłu to jeden ze sposobów – mówiła Rowena – ale może pomóc też zwykła zaduma, cokolwiek co pomoże wyciszyć myśli. Spokojny umysł to podstawa przy budowaniu barier oklumencję.

- Jak wyglądają takie bariery pani profesor? – spytała Hermiona.

- To interesujące pytanie, ale wszystko zależy od czarodzieja. Jedni budują mury, inni zwodnicze pokoje a jeszcze inni ogrody. Sztuka oklumencję polega na tym by schować cenne informacje przed atakiem, a pokazać takie, które są niegroźne. Bariery przybierają rozmaite formy które najbardziej odpowiadają danemu czarodziejowi. Początkujący oklumenci eksperymentują nim znajdą te właściwe.

- Rozumiem pani profesor, myślałam o…

- Nie mów, lecz wyobraź sobie ową barierę – przerwała Rowena – a tymczasem ja zaatakuję twój umysł. Nauka wymaga całkowitego zaufania między nauczycielem a uczniem – dodała widząc jej bladość.

- Ufam pani, pani profesor – zapewniła – zawsze była pani dla mnie wzorem, ale Harry mówił, że to boli i chyba dlatego lekko się denerwuję.

Siedziały w niedużej, przyjemnej komnacie należącej do Roweny Ravenclaw. Pokój urządzono ze smakiem, bez przesadnej skromności lecz i nie przytłaczającej bogactwem. Każdy element wystroju, każda ozdoba i nawet kwiaty pasowały do całości. Jak mówiła sama Ravenclaw to był pokój niebieski, bowiem obicia mebli, zasłony w oknach i nawet kwiaty miały pokój niebieski. Hermiona zawsze lubiła odcienie jednego koloru ponad chaos i uważała gust Ravenclaw za niezwykle elegancki. Patrzyła z podziwem na starszą, piękną czarownicę.

Tamtego dnia Rowena miała na sobie suknię w odcieniu tak głębokiego granatu, że nieomal czarną. Jej kruczoczarne pukle opadały swobodnie na ramiona, niczym płaszcza samej nocy. Podobnie jak Salazar miała wypielęgnowane, białe dłonie aż nieco krótsze co zauważyła Hermiona. W oczach Hermiony, mającej kompleksy z powodu niesfornych włosów, Rowena stanowiła jedną z najpiękniejszych czarownic. Do tego wyglądających wręcz królewsko w swym diademie.

- Hermiono – powiedziała po chwili Rowena – coś poszło bardzo źle w nauce twego przyjaciela, zapewne z powodu niechęci między nim a nauczycielem, jakie były ich relacje?

- Fatalne pani profesor, gdyż profesor Snape nienawidził Harry'ego – wyznała Hermiona.

- Nie pojmuję co myślał Albus Dumbledore zlecając akurat jemu lekcje. Chociaż biorąc pod uwagę jak utrudniał dostęp do wiedzy, nie powinnam pytać. Nauka oklumencji, ponieważ oznacza oglądanie prywatnych wspomnień, wymaga zaufania. Inaczej stanowi torturę jak w przypadku twego przyjaciela. Nie jestem tak biegła jak Salazar w sztuce Legilemencji, ale będę delikatna i nie poczujesz bólu. Zaklęcie Legilimens rzuca się bezróżdżkowo i niewerbalne, ale na razie rzucę je jedynie bezróżdżkowo byś mogła się przygotować. Pomyśl o tym jak mnie zatrzymać, rozważ kilka scenariuszy i chodź na sofę.

- Dlaczego sofę pani profesor? – spytała jak zawsze ciekawa, większość nauczycieli chwaliła jej ciekawość.

- Początkowo możesz zachwiać się i upaść – wyjaśniła Rowena – sofa pomaga, a jak będzie trzeba usiądziemy na podłodze.

Hermiona podziękowała z uśmiechem. Zaczęła coraz bardziej podziwiać Założycieli, ludzi a nie tylko legendy. Ci wielcy czarodzieje naprawdę uważali nauczanie za projekt swego życia, uważali naukę młodych czarodziei i czarownic za coś ważnego. Rozumiała słowa Ravenclaw i usiadła posłusznie wyobrażając sobie mur, wielki ceglany mur jak w starych, angielskich posiadłościach.

- Legilimens – powiedziała Rowena.

Młodsza z czarownic poczuła coś jakby ukłucie z tyłu głowy, lecz na pewno nie nieznośny ból jak Harry. Wyobraziła sobie mur z cegieł, lecz magia Roweny przeszła przez niego niczym przez mgłę. Przywołała też wizję ogrodu z labiryntem, tak popularnego w angielskich dworach ale i takowy nie pomógł.

Znowu znajdowała się w Hogwarcie w swoich czasach. Miała jedenaście lat i denerwowała czy też na pewno pasuje do świata magii, czy znajdzie swoje miejsce. Płakała kiedy Ron jej dokuczał, a inni nazywali kujonem. Uciekła przez nimi do łazienki by tam popłakać, lecz całe pomieszczenie zaczął demolować górski troll. Nie, miała tego dość i zdołała przynajmniej przerwać połączenie.

- Niezgorszy początek, przygotuj się Legilimens

Hermiona przypomniała sobie bazyliszka, zęby którymi obdarzył ją Malfoy, przezwiska Malfoya i jego okrutne żarty. Znowu warzyła eliksir wielosokowy i na nowo przeżywała katastrofę z powodu dodania kociego włosa do mikstury. Nawet po latach odczuwała upokorzenie, a owa złość pomagała wyrzucić starszą czarownicę ze świadomości.

Rowena z niej nie kpiła, nie szydziła, że za mało się stara. Nie mówiła nic, a jedynie ponownie rzucała Legilimens bezróżdżkowo raz po raz. Ataki nie powodowały u Hermiony bólu głowy jak i przyjaciela, lecz fizyczne zmęczenie. Lekcja trwała tak długo aż brązowowłosa ledwie miała siłę siedzieć.

- Na dzisiaj dość – zawyrokowała Rowena – w bibliotece znajduje się książka o podstawach sztuki legilimencji i oklumencji, zawsze zalecam ją uczniom po pierwszej lekcji.

- Dziękuję pani profesor – odparła Hermiona – czy mam wykonywać ćwiczenia przed snem?

- Za wcześnie na to, na razie poczytaj książkę i przyjdź do mnie za tydzień.

I tak zrobiła. Zaczęła czytać o podstawach oklumencji, zastanawiając dlaczego zostały usunięte ze szkoły w jej czasach. Snape nazywał ową gałąź magii raczej zapomnianą. Faktycznie niewielu uczniów o takowej wiedziało. Lecz Theo zapewniał, że dzieci starych rodów są takowej nauczanej w domu przez członków rodziny lub wynajętych nauczycieli. „Draco uczyła jego ciotka Bella" – mówił. To tylko budziło wściekłość Hermiony. Owszem sztuka zaglądania w myśli, sama myśl o stosowaniu takowej przyprawiała ją o dreszcze. Lecz najwyraźniej nie zanikła, a jedynie tacy jak ona mugolacy, nie mają szans na naukę. Kolejny raz kiedy są stawianiu w niekorzystnej sytuacji, pozbawieni dostępu do wiedzy. Dlaczego?

Czasem była przerażona jak prędko zaczęła kwestionować wiele spraw. Przebywała tysiąc lat od domu, w Hogwarcie z czasów Założycieli, i w niecały miesiąc dostrzegła jak bardzo książki historyczne przekłamały rzeczywistość. Owszem Rowena Ravenclaw była wielką uczoną, Godryk Gryffindor rycerzem a Salazar Slytherin kąśliwym draniem. Lecz wszyscy, łącznie z Helgą Hufflepuff, zgodnie uważali mugoli za zagrożenie. Szukali sposobów by najwcześniej znaleźć czarodziei z rodzin mugoli, lecz to co różniło Salazara od innych to co dalej, a raczej detale. Salazar mówił by zabrać małego czarodzieja i czarownicę, wymazać pamięć ich rodzicom i wychować w Hogwarcie lub oddać chętnej rodzinie magicznej. Godryk i Helga z kolei optowali by wpierw próbować porozmawiać z rodzicami, okazać nieco więcej cierpliwości zanim podejmie się radykalne kroki. Druga różnica polegała na kwestii relacji mugolaków z ich rodzinami: Salazar optował za odcięciem takich dzieci od mugolskich krewnych zaś Godryk optował za tym by mogli wrócić do domów i nie zrywali relacji z kochającymi rodzinami, jeśli mają dobre. Salazar uważał podobne zachowanie za zbytnie narażanie wszystkich, bowiem nie ufał mugolom bardziej niż inni, ale wszyscy traktowali ich z rezerwą.

„Rozumiem jak z czasem wyszło, że Godryk Gryffindor bronił praw mugoli i mugolaków zaś Salazar Slytherin został pełnym uprzedzeń bigotem" – pomyślała na głos. Widziała jednak wyraźnie, że różnice dotykały detali, nie zaś spraw zasadniczych. Godryk Gryffindor nie był, wbrew legendom, czempionem praw mugoli a jedynie okazywał im ciut więcej zaufania niż Slytherin. „Jeśli kiedykolwiek wrócę do przyszłości, muszę powiedzieć prawdę. Nikt nie zasługuje na niesprawiedliwe oskarżenie, ludzie winni znać prawdziwych Założycieli i idee tworzące Hogwart, inaczej zabrniemy w ślepą uliczkę". Czyniła tak nie tylko z poczucia wdzięczności dla ludzi, którzy jej pomogli, lecz dlatego, że autentycznie wierzyła w potęgę wiedzy i gardziła kłamstwami i propagandą. Rodzice wierzyli w naukę i technikę, w logiczne prawa rządzące światem i podobnie uważała Hermiona.

„Świat nie dzieli się na dobrych Gryfonów i złych Ślizgonów" – szepnęła, coś co próbowała wbić do głowy chłopakom. Lecz o ile Harry słuchał, to dla Rona świat pozostawał czarno-biały. Glizdogon był Gryfonem, który zdradził swoich przyjaciół wrogowi. Theo zaś, chociaż pochodził ze starej rodziny Nott podobnie jak ona cenił wiedzę i był świetnym partnerem do nauki, podobnie jak Daphne. Nie wiedziała czy aby na pewno może nazywać ich przyjaciółmi, czy oni by sobie tego życzyli, lecz nigdy jej nie dokuczali, nie kpili z jej pochodzenia i nie biegali po szkole nazywając wszystkich szlamami. Draco Malfoy zachowywał się jak rozpuszczony książę, lecz w chwili próby nie zdradził, udał, że ich nie poznaje próbując pomóc co do niej dotarło. Kiedyś sprawdzała w bibliotece informacje o uczniach z danych lat, ciekawa czy, jak twierdził Ron, wszyscy śmierciożercy należeli do Domu Slytherina, ale to nieprawda. Owszem większość faktycznie stamtąd pochodziła, lecz przedstawiciele innych Domów też tam należeli. Tak samo jak nie wszyscy puryści krwi wywodzili się z Domu Węża, chociaż pewne idee były tam bardziej popularne. Cormac McLaggen był dupkiem chwalącym rodzinnymi koneksjami niewiele mniej niż Draco Malfoy, a należał do Gryfonów. Zresztą ilu wśród jej kolegów ze szkoły naprawdę chciało zostać śmierciożercami i popierało Voldemorta? Naraz pojęła, że najgłośniej krzyczał Draco Malfoy i Pansy Parkinson z jej roku. Crabbe i Goyle robili co im kazał Malfoy, zaś sam Malfoy był wyraźnie bardziej pchany ambicjami ojca niż własnymi pragnieniami. Theo i Daphne niczego podobnego nie sugerowali, podobnie jak Tracey Davis, przyjaciółka Daphne okazjonalnie studiująca z nimi w bibliotece. Spisywała swoje postrzeżenia, mając nadzieję, że pomoże chłopcom dojrzeć nieco szerszą perspektywę.

Salazar i Rowena teleportowali się na teren ogrodu, na terenie którego z czasem powstanie posiadłość Malfoyów. Zwykle Rowena wolała spędzać czas nad książkami i zwojami, prowadząc eksperymenty w swoich pokojach, albo pisząc książki, nie przepadając specjalnie za wypadami w teren. Lecz oczywiście wizyta podróżniczki w czasie zmieniła właściwie wszystko, toteż Rowena złapała dłoń swego przyjaciela i oboje udali się w kierunku ogrodu.

Istniał powód dla którego Slytherin założył swój ogród tak daleko od szkoły i nie chodziło tutaj wyłącznie o zamiłowanie do pracy samotnie. Salazar Slytherin zajmował się badaniami nad niebezpiecznymi eliksirami oraz truciznami. Składniki do takowych nie były czymś, co należało trzymać w zasięgu dzieci, a belladonna należała do najmniej groźnych roślin. Hodował w swoim ogrodzie także magiczne zwierzęta, których pazurów, futra, śliny czy też jadu używał do swoich miksur i bynajmniej nie były to miłe, puchate kociaki. Stąd potrzeba bardzo silnych zaklęć odstraszających, iluzji czy też osłon bowiem niedobrze by wilkołak zaczął naraz biegać po okolicznych wioskach. Ów wilkołak, poza pełnią, był spokojnym człowiekiem i ogrodnikiem w tym dziwnym ogrodzie lecz groźnym.

- To prawdziwy cud, że Hermiona nie wpadła na żadne z twoich zwierzątek – powiedziała Rowena rozglądając po chwili.

- Nie cud, ale moje osłony – zapewnił Salazar – długo pracowałem by działały tak, że wiedziałam kiedy ktoś lub coś przez nie przejdzie. Helena podsunęła mi wiele pomysłów, ma wiele z twej inteligencji – dodał.

- Co jej nie ułatwi życia, gdyż nie wszyscy tak dalece wspierają ambicje kobiet, zachęcają je do badań – szepnęła – Ariadna miała szczęście.

- Cóż ona tak nie myślała – syknął Salazar.

- Pragnienia ją zaślepiły – szepnęła Rowena – nie doceniała skarbu jaki miała, ja zresztą też – westchnęła.

- Zbadajmy miejsce przybycia naszego gościa. Mam swoje notatki i teorie, lecz chcę byś sama wyciągnęła wnioski, a potem je porównamy.

- A ty co będziesz w tym czasie porabiał Salazarze?

- Składniki do mikstur sama się nie zbiorą – wyjaśnił znikając.

Rowena spojrzała ze smutkiem na swego przyjaciela. Ariadna stanowiła delikatny temat między ich czwórką, coś o czym rzadko rozmawiali, lecz sprawa raz po raz wychodziła. I trudno zapomnieć o czymś podobnym! Teraz jednak Salazar poszedł pośpiesznie możliwie najdalej od niej, zaciskając pięści na samo słowo Ariadna.

Ravenclaw rzucała zaklęcie za zaklęciem. Próbowała ich naprawdę wiele, lecz nie sprawiała wrażenie raczej sfrustrowanej niż cokolwiek innego. Nie zaczęła kląć bowiem to nie było w ogóle w jej stylu, lecz piękna czarownica nijak nie wyglądała na szczęśliwą. Sprawdzała dosłownie każdy milimetr miejsca, gdzie wedle wszelkich wiadomości wylądowała Hermiona i przestrzeń obok.

- Tu nic nie ma – powiedziała na głos – kompletnie nic!

- Doszedłem do takich samych wniosków – usłyszała za sobą głos Salazara – tu nie ma nic Roweno, nie ma nic ni tutaj, ni w pozostałych częściach ogrodu.

- Czyli cokolwiek ściągnęło tutaj Hermionę znikło – powiedziała po chwili Rowena – a my nie wiemy nawet co to takiego, ponieważ nie pozostał żaden ślad.

- Widziałem jej wspomnienia, nazwałbym owe zjawisko wybuchem dzikiej magii, ale to teoria dobra jak każda inna – odparł Salazar – i możemy tylko zgadywać co spowodowało taką a nie inną reakcję.

- Uczę młodą Hermionę oklumencji, postaram się dowiedzieć więcej – szepnęła Rowena – nie z próżnej ciekawości, ale nie rozumiejąc co zaszło nie możemy jej pomóc wrócić do domu.

- Myślisz, że to możliwe? – spytał ostrożnie – odesłać kogoś tysiąc lat w przyszłość?

- Nikt jeszcze nie ustalił granic magii, czyż nie? – zauważyła Rowena – a czy ktoś dowiódł, że podróże w czasie są niemożliwe?

- Nie – pokręcił głową Salazar – chociaż nasz gość wspominał coś o Eloise Mintumble – dodał.

- Zatem to punkt zaczepienia. Jak jej idzie na twoich lekcjach? – spytała zaciekawiona.

- Lepiej niż oczekiwałem, a na twoich?

- Nie ma talentów do magii umysłu, ale podobnie jak każdy czarodziej zdoła pojąć podstawy oklumencję – wyjaśniła Rowena – jej rdzeń nie jest przystosowany do podobnej magii.

Rozmawiali jeszcze przez chwilę, rozważali co bardziej dziwaczne teorie lecz nie zdołali wpaść na lepsze wyjaśnienia niż wybuch dzikiej magii w dalekiej przyszłości. „Być może ogromne pokłady pozostałości po zaklęciach czarnej magii zaczęły reagować z naturalnymi własnościami tego miejsca" – mówiła Rowena, lecz nie miała pewności. Nikt z nich nie miał. Na razie jednak nie wspominali Hermionie o mizernym stanie badań.

Obserwowali Hermionę, nie tylko Rowena i Salazar, wszyscy. Wiedzieli jak młoda kobieta słucha wykładów Araminty na temat etykiety, jak czyta kolejne książki by możliwie najlepiej zrozumieć nowe czasy, lecz co dostrzegali bez trudu ukryć niepewność i przerażenie. Każdy byłby przerażony przenosząc o tysiąc lat w przeszłość, zdezorientowany słysząc jak dalece przekłamano historię. Lecz Hermiona, od pierwszych dni w świecie magii chcąca udowodnić, że tam pasuje, nie miała odwagi przez nikim okazać słabości. Tyle osób na niej polegało.

- Chcę pomóc profesorze – powiedziała któregoś dnia, rozmawiają z Godrykiem – dziękuję za gościnę, lecz pragnę pomóc, a nie tylko korzystać z waszej gościnności.

- Jesteś uczennicą panno Hermiono, a Hogwart to dom dla uczniów, zwłaszcza tych, którzy takowego nie mają – dodał łagodnie, patrząc a nią uważnie.

- Dziękuję, lecz gdybym mogła w czymś pomóc… ocenianiu esejów uczniów czy czymś takim – zaczęła niepewnie – w swoich czasach sprawdzałam wypracowania kolegom, miałam nawet więcej niż jedną grupę nauki – mówiła – chociaż to Harry zorganizował DA.

- Doceniam chęci pomocy i na pewno uczniowie skorzystaliby z nadzoru dorosłego nad ich klubem, lecz nie wiemy ile tutaj zostaniesz, nie będzie dobrze jeśli opiekunka zniknie.

- Ma pan rację profesorze – skinęła – nie pomyślałam o tym, ale i tak mogłabym pomagać przy sprawdzaniu esejów.

- Skoro tego pragniesz – dodał z uśmiechem – Salazar z pewnością doceni twoją ofertę, zawsze narzeka na pierwszorocznych!

Spacerowali po dziedzińcu zamkowym. Hermiona potrzebowała nieco czasu by nie skakać z podniecenia na myśl o rozmowie z Założycielem, ale po pary tygodniach nieco się opanowała. Teraz patrzyła jak oczarowana na Godryka, rudowłosego mężczyznę w bordowych szatach, przypominającego nieco króla z mugolskich powieści fantasy. Dowiedziała się, że kolory Domów w Hogwarcie pochodzą od ulubionych kolorów Założycieli, co stanowiło dość logiczne wyjaśnienie.

Godryk przypominał rycerza i obrońcę, kogoś jak mądrego patriarchę któremu można powierzyć wątpliwości. Z tym większym zdumieniem słuchała o tym, że naprawdę rzucali po pijaku zaklęcia w Komnacie Tajemnic, czy też jak mawiali legowisku Mimi. Hermiona naprawdę nie pojmowała jak ktoś mógł nazwać potwora równie pieszczotliwie, chociaż biorąc pod uwagę jak Hagrid uznał Puszka za właściwie imię dla cerbera nie powinna naprawdę się dziwić.

- Mój stary nauczyciel eliksirów też tak miał, wówczas sądziłam, że jest po prostu wymagający. Nie słuchałam Harry'ego, tak bardzo chciałam wierzyć w nauczyciela! Harry i Ron z tego kpili – dodała.

- Byłaś dzieckiem i jak każde dziecko pokładałaś ufność w dorosłych, których uważałaś za mądrych. Uczeń winien ufać nauczycielowi inaczej nauka nie ma sensu – dodał.

- Profesor Ravenclaw powiedziała coś podobnego – zamyśliła się przez chwilę.

- Nie musisz dźwigać całego ciężaru sama – dodał Godryk łagodnie – nikt nie musi, nie powinien nawet jeśli niektórzy uważają to za dobry pomysł – zaśmiał się – nasze czasy z pewnością są odmienne, brakuje wielu wygód przyszłości, lecz nie toczymy wojny zaś regularne potyczki z uzbrojonymi mugolami lub czarnoksiężnikami to nic z czym nie damy rady. Możesz odpocząć.

- I dlatego czuję się źle profesorze – powiedziała nieco piskliwym tonem - wszyscy są dla mnie tacy dobrzy i mili, pańska żona znalazła dla mnie sukienki i uczy mnie etykiety, profesor Ravenclaw oklumencji, zaś profesor Slytherin czarnej magii chociaż wpadłam tutaj głosząc swoje tezy. Nikt mi nie wypomina pochodzenia, nie śmieje z moich włosów i zębów, jest …. jest idealnie zaś Harry i Ron są tam sami, na pewno przerażeni i bezradni.

Głos jej drżał ilekroć o nich mówiła. Czy się bała o przyjaciół? Była przerażona. Nie miała pojęcia co może z nimi wyprawiać ta obłąkana suka Bellatriks. Zostali w siedzibie wroga bez różdżek i bez jej torebki, zupełnie sami w łapach fanatyków. Potrzebowała czasu by ochłonąć, patrzyła na kamienie dziedzińca by jakoś nad sobą zapanować.

- Hogwart musiał stać się przeciwieństwem tego, cośmy chcieli ze uczynić skoro dziwisz się gestom dobrej woli – zamyślił się Godryk bawiąc swoją rudą brodą – nie podzieliliśmy szkoły na Domy po to by uczniowie skakali sobie do gardeł, lecz by ich pogrupować wedle zdolności i uporządkować pewne sprawy. Kłóciłem się nieraz z Salazarem, także z Roweną, jesteśmy tylko ludźmi i mamy swoje temperamenty! Zdarzało nam się mieć odmienne zdania, stroić sobie żarty jeden z drugiego, ale żeby uczniowie naszych Domów próbowali się pozabijać z powodu różnic? Nigdy – powiedział ostro – nie pozwól nikomu wmówić sobie, że nie należysz do świata magii. Jesteś czarownicą i masz takie samo prawo do nauki jak każdy inny czarodziej czy czarownica. To tak samo twój świata, jak każdego innego maga. Twoje czyny przyniosły chwałę memu domowi, chociaż z zamiłowania do studiów pasowałabyś do domu Roweny, zaś Salazar przyjąłby i przyjął ambicję z otwartymi ramionami.

- Tiara Przydziału chciała mnie umieścić w Slytherinie, ale w moich czasach – zaczęła.

- Społeczność, które polega na walce dzieci nie zasługuje na ocalenie – powiedział ostro – powinnaś być w szkole, martwić o sprawdziany, flirtować z chłopcami, a nie walczyć Hermiono.

Lecz Gryfonka prędko pojęła, że pomimo pięknych deklaracji te czasy wcale nie były aż tak spokojne. Zaczęła interesować się programem nauczania najmłodszych klas. W roku 1000 nie istniało ni ministerstwo magii, ni inne urzędy toteż nie wprowadzono jeszcze zakazu używania magii przez nieletnich. Jedenastolatkowie kupowali różdżki o Olivandera, albo dziedziczyli takowe od starszych członków rodziny, i mogli stosunkowo swobodnie używać magii. To nie prawo, lecz zdrowy rozsądek zakazywał podobnych pokazów wobec mugoli. O ile starsi czarodzieje potrafili się obronić, lub uciec rzucając zaklęcia zwodzące lub tym podobne, to dzieci były o wiele bardziej zagrożone. Na pierwszym roku uczono dzieci zasad obrony i ucieczki, trenowano scenariusz ataku mugoli, tak by dzieci nie straciły głowy.

Początkowo Hermiona była oburzona. Ciężko by nie była, wszak pochodziła z rodziny mugoli, kochała rodziców i nawet z nimi nie pożegnała. Usunęła im wspomnienia tak, by nie zostali celem ataku, lecz teraz nawet im nie wyjaśni co i jak. Wybuchła okropna awantura między nią a Heleną. Owszem Hermiona znała dość historię by wiedzieć o tym jak mugole podchodzili do magii, lecz po prostu chyba spadło na nią za dużo rewelacji na raz. Lecz co mogła odpowiedzieć po opowieści Heleny o tym w jaki sposób mugolska rodzina próbowała odprawić „egzorcyzmy" nad swoją córką, wokół której przedmioty zaczęły latać? Ludzie reagowali agresją na rzeczy których nie rozumieli, lecz Hermiona czasem nie potrafiła nie brać uwag do siebie.

- Nie bądź tak ostra Heleno – Hermiona nie oczekiwała pomocy od Salazara – słowa Hermiony może i nie były zbyt mądre, ale ta młoda kobieta znajduje się tysiąc lat od domu, w świecie który dopiero zaczyna rozumieć. Wiele rzeczy jest sprzecznych z tym co zna, zaprzecza temu czego ją uczono. To jakby zostać przeniesionym do obcego kraju, którego zwyczajów nie pojmujemy.

- Dziękuję profesorze – odparła Hermiona.

- Nie ma takiej potrzeby, to zwyczajne stwierdzenie faktu – odparł sucho Salazar - gdyby ktokolwiek z nas naraz trafił do dajmy na to tysiąc lat w przeszłość też byśmy byli skołowani. Ale krytykowanie miejscowych nie pomoże.

- Ale jakoś ciężko mi przyjąć spokojnie do wiadomości profesorze, że dzieci trzeba uczyć obrony przed mugolami – wyznała szczerze – wychowałam się wśród nich, to … trudne.

- I odmienne niż twe własne doświadczenia, czyż nie? Nie oczekuję ślepej wiary, jutro zamierzam sprawdzić pogłoski o magicznym dziecku w pewnym miasteczku, udasz się ze mną i Heleną. Zobaczysz na własne oczy jak się sprawy mają, nie wymagam od moich uczniów ślepej wiary.


Hogwart rok 1998

Severus Snape siedział w gabinecie dyrektora przeglądając sprawozdania. Był obecnie jedną z najbardziej znienawidzonych osób w szkole: mordercą swego poprzednika, ukochanego przez tak wielu Albusa Dumbledore'a i okropnym śmierciożercą. Dawni koledzy patrzyli na niego wzrokiem zdolnym zabić, zaś uczniowie byli nieco mniej okropni niż zwykle. Nie musiał regularnie uczęszczać do Dworu Malfoyów lecz i tak Hogwart stał się miejscem rodem z koszmarów, czymś przed czym należało uciekać nie zaś słać dzieci.

Widział portrety Założycieli wiszące na ścianie. Zajmowały honorowe miejsce od wieków, prawdopodobnie odkąd tylko wielka czwórka odeszła ku wielkiej stracie dla świata magii. Portrety rzadko zabierały głos, zwykle uprzejmie witając kolejnych dyrektorów, lecz zwykle pozostawały uśpione. Wedle słów ich samych, świat poszedł bardzo na przód od ich czasów, zaś znani im potomkowie ich rodzin odeszli dawno temu toteż rozmawiali raczej z innymi portretami, z duchami nie zaś z żywymi. Powitali też Severusa Snape'a, wspominając coś o odwadze w obliczu najgorszego, lecz poza tym milczeli. Fakt, że odezwali się do niego zaskoczył tak jego i jak jego kolegów, lecz ni Minerwa McGonagall ni nikt inny nie śmiał krzyczeć na postacie Założycieli, zaś ci nie zwracali uwagi na większość spraw. Aż do kwietnia roku 1998.

- To już czas – odezwał się starszy mężczyzna w ciemnozielonej szacie – koniec snu.

- Jesteś pewien Salazarze? – odparł inny głos, kobiecy – masz pojęcia do czego może prowadzić pomyłka?

- Wiemy Roweno, powtarzasz to raz po raz – do rozmowy dołączył drugi mężczyzna – te czasy są tak wypaczone, że wiele gorzej być nie będzie.

- A to wszystko twoja wina Dumbledore, jak o tym usłyszeliśmy po raz pierwszy nie mogliśmy uwierzyć.

- Robiłem co możliwe by pokonać… - zaczął portret Albusa Dumbledore'a lecz przerwał mu pierwszy głos.

- Bzdura, widziałeś jak Tom Riddle wpada w coraz większy mrok, a mimo to czekałeś. A jak już jasnym się stało, że ten mój tak zwany dziedzic to obłąkana ofiara nieudanych eksperymentów magicznych to co nakazałeś swoim ludziom? Nie zniżać się do używania czarnej magii!

Severus Snape czytał wyraźnie usiłując ignorować sprzeczki portretów. Lecz ci zaczęli rozmawiać naprawdę głośno. Nie, zaczęli krzyczeć na portret Dumbledore'a nazywając jego plan efektem starczej demencji i jeszcze gorzej.

- Severusie Snape przestać udawać głupiego i wstawaj – usłyszał.

Snape, podwójny szpieg prawie nigdy nie dawał się zaskoczyć. Nie okazywał emocji dzięki czemu jeszcze żył, lecz nawet jemu opadła szczęka widząc czwórkę Założycieli Hogwartu wrzeszczących na Albusa Dumbledore'a. Szacowna czwórka zwykle milczała, nie okazując większego zainteresowania bieżącymi sprawami, lecz nagle coś uległo zmianie. Inne portrety patrzy na scenę zaciekawione, bowiem wielka czwórka nie zmyła nikomu głowy od kilkuset lat. Teraz zaś otoczyli Albusa i stali wokół niego z wyciągniętymi różdżkami, a sam pogromca Grindelwalda wyglądał niczym uczeń stojący przed surowymi nauczycielami. Najgłośniej krzyczał Salazar Slytherin, ale inni dzielnie mu sekundowali.

- Przepraszam bardzo, ale chyba nie do końca rozumiem – zaczął Severus.

- Masz przestać odgrywać męczennika z powodu planu szalonego starca – odparł Godryk, zaciskając palce na swoim mieczu – popełniłeś błąd jako młodzieniec, ale zapłaciłeś za to i teraz czas zacząć sprzątać ten bałagan.

- Goryk – jęknęła Rowena.

- Nie czas na ceregiele, zgadzam się – poparł przyjaciela Salazar – gryfońska bezpośredniość się przydaje. Mój rzekomy dziedzic rozpętał dwie wojny i jeśli czegoś nie zrobimy, to z magicznej Anglii nie pozostanie kamień na kamieniu. Wykonaliśmy wyliczenia wielokrotnie i niestety nie pozostawiają miejsca na nadzieję.

- Ale dlaczego teraz? – zapytał Snape – przecież wojna trwa od jakiegoś czasu.

- Ponieważ mieszanie w liniach czasowych prowadzi do chaosu, a chaos do niczego dobrego – wyjaśniła Rowena - poza tym nie znamy alternatyw a jako portrety nie możemy modyfikować planu. Teraz z kolei wiemy, że prawda wygląda gorzej niż to, co ongi usłyszeliśmy.

- Ongi? A dokładnie kiedy? – spytał Severus dość skołowany.

- Za życia rzecz jasna – odparła Rowena.

- Ale jakim cudem, z całym szacunkiem do was Założyciele, mogliście wiedzieć w jedenastym wieku o wojnie? – spytał Albus.

- W jaki sposób, to oczywiste, że od podróżnika w czasie – odparł Salazar – a właściwie podróżniczki.

- Czy ktoś z łaski swojej wyjaśni mi w czym rzecz? – spytał Snape – jakiej podróżniczki?

- Znanej w roku 1998 jako Hermiona Granger – wyjaśniła milcząca dotąd Helga – na skutek wybuchu dzikiej magii trafiła do nas, do roku 1000. Co się potem stało to długa historia, dlatego proponuje żywym wypić kieliszek whisky.

Severus potrzebował pół butelki nim dosłyszał całość. Słuchał naprawdę dziwacznej opowieści, mrugając oczami jakby niepewny czy nie oszalał. Lecz książę półkrwi nie zwariował, siedział za biurkiem dyrektora Hogwartu popijając życiodajną whisky. Całe szczęście miał zapas eliksirów na kaca, niezbędnik na spotkania śmierciożerców, bowiem wielu nie tylko lubiło wypić bardzo dużo, ale ci, którym zostały resztki sumienia zapijali je whisky i innymi trunkami.

Ostatnimi czasy Voldemortowi puszczały hamulce. Tortury złapanych mugolaków, zdrajców krwi czy przypadkowych mugoli stawały się nieomal codziennością. Kobiety, ale też i dziewczynki, były jeszcze dodatkowo zbiorowo gwałcone zaś Fenrir upodobał sobie gwałty w postaci wilkołaka. Lecz i chłopcy nie byli wolni od seksualnej przemocy, zaś Lord Voldemort patrzył na wszystko z wysokości swego tronu, mówiąc o wyższości czarodziei nad mugolskim motłochem.

Lecz w czym byli wyżsi ci, którzy pijani krwią upijali się do nieprzytomności w przerwie między gwałtem a sesją klątw? Sam Lord Voldemort karał klątwami za byle co, zaś nawet Severus usłyszał o krwawej łaźni, którą urządził w Dworze Malfoyów wściekły z powodu ucieczki więźniów i to za sprawą skrzatów domowych. Podobnie jak wielu czarodziei ze starych rodzin pomiatał skrzatami nie pojmując w jaki sposób tak nędzne istoty, sługi miały podnieść przeciw niemu swoje ręce.

- Nie rozumiem o jakich zmianach planu mowa – powiedział poirytowany Albus – całość zakłada, że ….

- Obserwowaliśmy cię Albusie Dumbledore – odezwała się Rowena – widzieliśmy niezwykle bystrego chłopca, mistrza transmutacji i dyrektora chcącego walczyć z uprzedzeniami. Trzymaliśmy za ciebie kciuki, licząc, że być może zdołasz coś zmienić. Lecz nawet najwięksi popełniają błędy, zaś ty nie zareagowałeś dość wcześnie na Toma, nie walczyłeś z gangiem prześladowców obecnego tutaj Severusa i zmuszałeś Harry'ego by wracał do nienawidzących magii krewnych.

Severus tylko kiwał głową, nic nie mówił lecz niewielu by w podobny sposób podsumowało działalność zmarłego dyrektora. Słuchał rozmowy z rosnącym zainteresowaniem, nie tylko dlatego, że chodziło o Albusa i Założycieli, lecz jak sam powiedział potem, portrety mówiły z większym sensem niż znakomita większość żyjących, co nie świadczyło za dobrze o obecnych czasach.

- Znęcanie się nad kimś tylko dlatego, że interesuje go czarna magia to coś tak samo złego jak znęcanie nad kimś z powodu urodzenia w rodzinie mugoli – dodał Godryk – James Potter i Syriusz Black byli zwykłymi chuliganami znęcającymi się nad chłopcem z biednej rodziny.

- Wiem, że moje błędy pchnęły Severusa w objęcia Toma i bardzo żałuję, że bagatelizowałem sprawę myląc prześladowanie z żartami – dodał Albus.

- Dobrze – szepnęła Helga – ale nie możesz ukrywać wszystkiego, musisz zaufać Minerwie i Filiusowi, Severus sam nie zapewni bezpieczeństwa dzieciom.

- A czarnoksiężnika nie pokonacie zaklęciami oszałamiającymi - powiedziała Rowena – i ja uważam czarną magię za niebezpieczną, ale musimy się bronić przed zagrożeniami. Wszystko nie może spoczywać na barkach dzieci.

- Zaufaj swoim ludziom Albusie – poparł ją Godryk – jest was mało, nie możecie sobie pozwolić na niedomówienia.

- Ni bezpośrednią walkę – dodał Salazar z uśmiechem – na szczęście mamy w pokoju Mistrza Eliksirów.

- W jaki sposób to ma pomóc, z całym szacunkiem Lordzie Slytherin lecz jestem jedynym żywym w tym pomieszczeniu – przypomniał Severus.

- Wiemy o tym, ale dzięki planowi Albusa ten nieudacznik mieniący się Lordem ci ufa. Z pewnością chętnie zapoznasz się z przepisami na trucizny mojego autorstwa – dodał Salazar z ironicznym uśmiechem – stara, dobra trucizna może zmniejszyć liczbę wrogów.

- To niemoralne truć ludzi – zaperzył się Albus – walka winna być uczciwa!

- Tak i w zwykłej sytuacji sam popieram honorowaną walkę - powiedział Godryk – ale nie wobec śmieci, które torturują i próbują zabić dzieci. Widzieliśmy co zrobiła obłąkana wiedźma Hermionie, tacy się nie zmienią i nie zasługują na uczciwą walkę lecz nóż między żebra.

- Albo paskudną truciznę w liście– dodał Salazar – dla Bellatriks Lestrange sporządziłem coś specjalnego, owoc wieloletniej pracy.

- I co robi ta trucizna Lordzie Slytherin? – spytał Severus.

- Powoduje powolne i bolesne gnicie wnętrzności – odparł Salazar – a ponieważ dotyka czarodzieja, magia próbuje leczyć obrażenia co powoli osłabia rdzeń magiczny. Ofiara kona w męczarniach jako charłak.

- Nie możesz użyć czegoś podobnego na żywej istocie Severusie – rozkazał Albus.

- Możesz i zrobisz tak – powiedział Salazar co poparli Godryk i Rowena – jesteś portretem, a nie dyrektorem Hogwartu, a my jesteśmy Założycielami. Zaś to, co ta dziwka zrobiła Hermionie zasługuje na najwyższe potępienie.r


Mam nadzieję, że spędziliście rodzinnie i przyjemnie Boże Narodzenie (nie badziewne holidays) i życzę wszystkim gościom Szczęśliwego, Nowego Roku