Nie porzuciłam historii, dziękuję wszystkim odwiedzającym i czytającym.
Emikoichimonji, dzięki za zachęcający komentarz.
Postacie rzecz jasna należą do JK Rowling, ja się nimi bawię.
To fick o podróży w czasie, nie podręcznik historii.
Okolice Hogwartu, rok 1000
Hermiona starannie przygotowała się do „misji" na którą miała się udać razem z Salazarem i Heleną. Mieli sprawdzić czy powtarzane w okolicy Yorku plotki to bajanie plotkar, czy naprawdę przypadki użycia magii. Nie mogli mieć pewności, lecz jeśli naprawdę w okolicy przebywa magiczne dziecko może być w niebezpieczeństwie. „Nie wszyscy mugole są źli i nic takiego nie mówię" – tłumaczył Salazar – „lecz ich religia każe postrzegać magię jako dzieło złych sił, a czarodziei jako wyznawców złych mocy. Nawet jeśli jacyś rodzice akceptują magiczne dziecko, istnieje coś takiego jak nacisk otoczenia, zaś młodym, niezamożnym można wmówić kto też zawinił ich trudnościom".
Brązowowłosa mogła tylko kiwać głową. Rzecz jasna znała ów mechanizm, przecież nie przyszła na świat wczoraj. Sąsiadka rodziców, pani Jones zajmująca się psychologią kliniczną, często opowiadała o mechanizmie szukania ofiary. Kiedyś coś nie wychodzi, gdy nadchodzą gorsze czasy, grupa zawsze potrzebuje kozła ofiarnego, kogoś kogo można obwiniać za całe zło. To mogą być Żydzi, ludzie o innym kolorze skóry czy każdy, kto z jakiegoś powodu nie pasuje, a mały czarodziej czy też czarownica to wręcz wymarzona ofiara. Ludzie nie lubią jak ktoś jest inny, przeżyła to na własnej skórze w szkole.
Odczuwała tak strach jak i ekscytację. Po pierwsze mogła zobaczyć jak też wygląda świat poza bezpiecznymi murami Hogwartu. Wcześniej rzecz jasna czytała jak wyglądało życie w średniowieczu, lecz jej wyobrażenia były raczej dość mętne mgliste. Kojarzyła seriale czy książki, lecz jej wiedza pozostawała mglista. Największą ulgę sprawiło jej odkrycie, że w Hogwarcie tak samo jak i za jej czasów istnieją wygodne łazienki i przyjemne wanny. Może nie tak luksusowe i wygodne, ale zawsze bowiem z tego co kojarzyła w miastach mugoli nie istniała kanalizacja w takim sensie jak ona ją znała, ni też nie było w domu bieżącej, wody. Była ciekawa jak też wyglądają okolice Yorku, czy miasto przypomina starówkę znaną z wycieczek.
Ku swemu zdumieniu nie musiała się przebierać. Stroje czarodziei i mugoli praktycznie pozostawały identyczne, co ją nieco zaskoczyło. Za jej czasów tradycyjne stroje magów wyglądały by co najmniej dziwacznie, lecz teraz moda najwyraźniej pozostawała mniej więcej tama sama. Narzuciła czarny płaszcz, ponownie całkiem podobny do płaszczu innych ludzi i szła razem z Heleną za Salazarem.
Musiała zatykać nos raz po raz. Wiedziała, że miejskie wodociągi i kanalizacja to niedawny wynalazek, lecz nie potrafiła sobie wyobrazić jak koszmarnie cuchnęły ulice, kiedy wszelkie nieczystości lądowały wprost na nich. W tych czasach nie istniała kanalizacja taka jak znana Hermionie, nie było też akweduktów jak w starożytnym Rzymie i na pewno posiadanie łaźni nie stanowiło priorytetu. Na szczęście Helena mówiła, patrzących na nich podejrzliwie mugolom, że „kuzynce wyskoczył pryszcz nad ustami i się wstydzi". Owo wytłumaczenie znalazło zrozumienia, lecz Hermiona nie poczuła wielkiej sympatii do panny Ravenclaw. Zapewne nigdy nie zostaną przyjaciółkami, ale mogą przynajmniej nie skakać sobie do gardeł.
Kiedy dotarli do miejsca przeznaczenia, od razu jasnym było, że sytuacja nie wygląda dobrze. Grupa ludzi otaczała dom, wyraźnie nie mając dobrych zamiarów. Ponura grupa wokół domu nigdy nie oznacza niczego dobrego i w tym wypadku także niczego nie oznaczała. Ci ludzie byli uzbrojeni i z pewnością nie przyszli tutaj na herbatkę. Hermiona z niepokojem patrzyła na zacięte twarze kobiet i mężczyzn, nerwowo zaciskają palce. Ci ludzie wyglądali na niebezpiecznych, nie znała ich ale z pewnością nie chciała bliżej poznawać. Grupa pięciu mężczyzn oraz dwóch kobiet wyglądała jak jacyś znajomi, a wyraz nienawiści na ich twarzy przypominał śmierciożerców.
Znajdowali się przed niewielkim domostwem, w pewnej odległości od głównych zabudowań. Pięciu mężczyzn oraz dwie kobiety stały naprzeciw, zaś przybycie obcych wyraźnie pogorszyło sprawę. Zgromadzeni patrzyli na nich niechętnie, z bynajmniej nie skrywaną nieufnością.
- Czego chcecie? Sami damy sobie radę z opętanym – syknął jeden z mężczyzn, wyglądający na przywódcę.
- Czy kościół stwierdził opętanie? – spytał spokojnie Salazar – inaczej działania nie są zgodne z prawem, kościół potępia samowolne działania- przypomniał.
- Bękart tej kobiety powoduje, że przedmioty latają. To opętanie – stwierdziła jedna z kobiet – oto boska kara za to, że dała sobie zrobić dziecko nim miała męża w łóżku.
- I co zamierzacie z tym uczynić? – pytała Helena – kto dał wam prawo, by oceniać tę nieznajomą? Czyż Chrystus nie powiedział, że „niech ten kto jest bez winy, pierwszy rzuci kamień", jakie zarzuty stawiacie tej kobiecie?
- To nierządnica – warknęła kobieta – urodziła bękarta i bękart okazał dziełem złych mocy – syknęła owa kobieta, wyglądająca na dominującą – to kara dla tych, co rodzą potworki.
- Zajmiemy się tym – zaproponował Salazar – wyglądacie na bogobojnych ludzi, lecz jesteście zwyczajnymi mieszkańcami czyż nie? My wejdziemy.
- I pozwolicie uciec bękartowi? – spytała owa kobieta.
- Przecież nie chcecie owego bękarta w swoim mieście, czyż nie? – spytał Salazar z uśmiechem – chcecie pozbyć się niegodnej osoby ze swego otoczenia, prawda?
- Zabierzecie tego obrzydliwego bękarta? – spytała kobieta – to zakała naszego sąsiedztwa. Gdyby ta nierządnica miała odrobinę przyzwoitości, utopiła by bękarta po urodzeniu.
Hermiona dostrzegła, że Salazar rzucił kilka zaklęć bez różdżki, przekonując ostatecznie mugoli by zostawili im „nierządnicę" oraz „bękarta" im, a ni usuną problem z ich jakże pobożnego i przyzwoitego miasta. Brązowowłosa nie bardzo wiedziała co powiedzieć. Ci ludzie wyglądali na zaciętych i groźnych. Rozumiała większość z tego co mówili, bowiem Rowena rzuciła na nią zaklęcie, podobne do tego, jakie zawarto w osłonach Hogwartu. Babcia opowiadała, że ongi źle traktowano kobiety, które zaszły w ciążę nie mając mężów. Lecz nie wiedziała dokładnie co miała na myśli starsza pani. Teraz zrozumiała w pełni, nie mogła pojąć, że ludzie mogli tak okropnie traktować drugiego człowieka, tylko dlatego, że kobiecie zdarzyło się zajść w ciążę bez ślubu.
Na szczęście okropni ludzie nie podążyli za nimi. Inaczej pewnie by nie zdołała zapanować nad złością, zapewne próbowała by rzucić klątwę w tych okropnych ludzi. Weszli do niedużego, mającego zaledwie dwie izby domu. Powitała ich kobieta, zapewne wciąż młoda acz sprawiająca wrażenie zmęczonej i wyniszczonej, u boku której dreptało dziecko. Dzieckiem był śliczny chłopiec o ciemnych, czarnych loczkach, wyglądający nieco podobnie jak aniołek na kościelnych witrażach. Hermiona nie pojmowała dlaczego ludzie mogli tak okrutnie podchodzić do dziecka, które przecież nic nie zrobiło. Spojrzała także na kobietę, którą czas przedwcześnie podstarzał. Z pewnością życie nie obeszło się z nią łagodnie.
- Czego ode mnie chcecie? – spytała ostro.
- Pomóc twemu synowi – wyjaśniła Helena – wiemy, że twój synek jest wyjątkowy.
- Nazywają go opętanym, lecz Abelard nie jest opętany – mówiła kobieta.
- Nie jest – zapewnił Salazar – są dzieci podobne do niego, potrafiące unosić przedmioty i znacznie więcej. Jest czarodziejem i winien zamieszkać wśród sobie podobnych. Ja i moi koledzy nauczymy go w jaki sposób korzystać ze swego daru.
- Mam wam zaufać ot tak? – spytała kobieta mrużąc oczy.
- Nie oczekuję wiary w ciemno – zapewnił Salazar, wykonując prosty czar – jak pani widzi, mam ten sam dar, co pani syn.
To była bardzo prosta magiczna sztuczka, właściwie zaklęcie transmutacji, podobne do tego którego ona sama uczyła się w drugiej klasie. Salazar zamienił jeden z drewnianych talerzy w mysz, zaś potem mysz z powrotem w talerz. Hermiona pamiętała jak profesor McGonagall uczyła ich zmieniać puchary na wodę w myszy. Ona rzecz jasna całkiem dobrze dawała sobie z zaklęciem, za to uszkodzona różdżka Rona zachowywała się co najmniej osobliwie. Wówczas wszyscy się z niego śmiali, a teraz? Teraz jednak tak za nim tęskniła i nie miała pojęcia, co z nimi. Z trudem zapanowała nad emocjami.
- Widzę – odparła ostrożnie kobieta – czy zabierzecie Abelarda? Czy nie będą mu dokuczać z tego powodu, że nie ma ojca?
- Nikomu na to nie pozwolę – zapewniał Salazar – Abelard jest czarodziejem, tylko to ma znaczenie.
- Zatem weźcie go – skinęła głową – kochałam ojca Abelarda, lecz nie dane nam było być razem. Ale ludzie tego nie rozumieją i nie dadzą nam żyć. Gdziekolwiek się nie udamy, ludzie będą nas wytykać palcami. Nie mam już siły uciekać.
- To nie zbrodnia urodzić nieślubne dziecko – nie wytrzymała Hermiona.
Trzy pary oczu spojrzały na nią zaskoczone, zupełnie jakby naraz oznajmiła, że zamierza przemalować włosy na zielono i zatańczyć nago na ulicy. Przygryzła nerwowo wargę, miała ten nawyk od naprawdę dawna ilekroć się denerwowała, nie bardzo wiedząc co powiedzieć. Chciała pocieszyć tę kobietę, przekonać, że to nie koniec świata. Znowu zapomniała, że przebywa tysiąc lat przed swoimi czasami, kiedy to ludzie postrzegali sprawy inaczej.
- Mówisz dziwnie, pochodzisz z daleka? – spytała nieufnie mugolka.
- Tak – powiedział Salazar patrząc ze złością na Hermionę – to.. daleka krewna, mieszkała z rodzicami we Francji od urodzenia, lecz kiedy ci odeszli trafiła pod moją opiekę.
- Ach Francuzka – westchnęła mugolka – może i we Francji można rodzić bękarty i nie być wyklętą, lecz nie tutaj. Proszę, zaopiekujcie się Abelardem, boję się, że inni coś mu zrobią, zechcę egzorcyzmować.
Salazar skinął głową a Helena wzięła chłopca. Hermiona nie mogła uwierzyć w to co widzi, lecz czyż matka nie zrobi wszystkiego dla dziecka? Jej matka uwielbiała Miss Saigon i Hermionę zawsze do głębi poruszała historia Kim, gotowej na najwyższe poświęcenie by synek miał lepsze dzieciństwo w Stanach. Naraz dostrzegła w tej prostej, wyniszczonej kobiecie bohaterkę słynnego musicalu.
Mały Abelard budził strach. W wieku jedenastym jeszcze nie polowano tak zawzięcie na czarownice, lecz chłopiec był inny a inność nie pomagała w niczym. Czyż w XX wieku, tak dalece bardziej oświeconym ludzie zaczęli akceptować inność? Ciotka i wuj Harry'ego nienawidzili magii, a nie on jeden cierpiał z powodu odrzucenia. Podczas któryś wakacji Hermiona obejrzała „Egzorcystę" z kuzynką, zaś w oczach młodej czarownicy poruszanie przedmiotami i tym podobne to wybuchy magii nie zaś syndrom opętania. No ale ludzie wierzyli w demony, wierzyli we wróżki na telefon i wróżenie z tarota. Kobieta mieszkająca na jej ulicy pod wpływem wróżki zainwestowała dużo pieniędzy w jakiś trefny interes i straciła wszystko. Hermiona mogła zrozumieć co też o wybuchach magii musieli myśleć prości ludzie z roku 1000, zwłaszcza jeśli wedle kościoła magia to samo zło.
- Nauczymy małego Abelarda wszystkiego – zapewniała Helena – powinnaś się gdzieś przenieść, gdzieś gdzie cię ludzie nie znają i zacząć od nowa. Tutaj będziesz zawsze wytykana palcami.
- Wiem, a teraz już nic mnie tutaj nie trzyma.
Mugolka wyruszyła w podróż jeszcze tego samego dnia. Przypomniała sobie o rodzinie mieszkającej w innej wiosce, gdzie mogła mieszkać w zamian za pomoc przy prowadzeniu domu i opiece nad dziećmi. Helena trzymała mocno za ręce małego chłopca, raz po raz patrząc z niechęcią na Hermionę.
- Zabieramy małego w miejsce dla jemu podobnych – oznajmił Salazar.
- Do miejsca dla diabelskich pomiotów? – spytał jeden z mugoli.
- Do miejsca skąd nigdy do was nie wróci – zapewniał Salazar – możecie spokojnie dalej wieść swoje pobożne życie.
- Coś ukrywasz nieznajomy – powiedziała stojąca obok kobieta – ale skoro zabieracie tego bękarta, my was nie zatrzymamy. Zabieracie ze sobą nierządnicę?
- Ta kobieta uda się w swoim kierunku, ale nie wróci – zapewniała Helena.
- Jak dla mnie nierządnica może się utopić – syknęła kobieta – wynoś się stąd ladacznico i nie wracaj, poszczuję cię psami jak jeszcze zobaczę ciebie lub twego bękarta!
- Żadne z nich nie wróci i nie ma takiej potrzeby zacna niewiasto – zapewniał Salazar.
- Obyś miał rację nieznajomy. Idźcie stąd i zabierzcie ze sobą ich.
Hermiona ruszyła posłusznie za Heleną i Salazarem. Obyło się bez walki, bowiem najwyraźniej pełni cnót ludzie chcieli po prostu by samotna matka i jej synek zniknęli, możliwie najszybciej i bezpowrotnie. Wciąż nie mogła dojść do siebie po szoku, w jak okropny sposób traktowano ową kobietę, która po prostu kochała mężczyznę, którego nie mogła poślubić. I ci ludzie gotowi zabić niewinne dziecko! Zaś Salazar Slytherin ratował małego czarodzieja, wyraźnie nie uważając jego statusu krwi za coś złego.
Nie żeby to było pierwsze zaskoczenie. Właściwie odkąd przybyła do nowego miejsca, a właściwie znanego miejsca w innym czasie, raz po raz dowiadywała nowych rewelacji. Salazar Slytherin w niczym nie przypominał potwora z opowieści, którymi ją karmiono, ale i tak nie wyobrażała sobie jak ten kąśliwy czarodziej mógł okazać tyle czułości dziecku, do tego całkiem obcemu dziecku. Z tego co wiedziała nie miał swoich dzieci. Araminta, która uczyła ją etykiety była też nieprawdopodobną plotkarą, co czyniło z czarownicy świetne źródło informacji. Nie, Hermiona nie darzyła czarownicy niechęcią, a po prostu przypominała jej nieco Lavender oraz Parvati. Lecz może właśnie tego potrzebowała, kogoś wesołego? Araminta wyjaśniła, że Salazar miał ongi żonę imieniem Ariadna, ze znamienitego rodu Peverell jak przypomniała, lecz wedle Lady Gryffindor, Ariadna „zmarła przed paru laty i Salazar nie chce o tym mówić".
-Mieliśmy wiele szczęścia – mówiła Helena – „To nie zbrodnia urodzić nieślubne dziecko" – zacytowała Hermioną – nie w tej epoce. Chodź Abelardzie – powiedziała do chłopca, który patrzył na nią ciekawymi oczkami – moja ciocia Araminta pokaże ci twój pokój i pomoże odnaleźć w zamku.
- I na pewno da ciasteczka – dodał Salazar – mamy już innego Abelarda, lecz nie ma on tak ciemnych włosków. Nazwiemy cię Nótt, bowiem masz kruczoczarne włosy jak babka Thora.
Hermiona aż otworzyła ze zdumienia oczy. Właśnie miała przed sobą protoplastę rodu Nott, dalekiego praszczura swego dobrego kolegi, Theo. Prawie parsknęła kiedy ów fakt do niej dotarł: najwyraźniej każdy, nawet czarodzieje bardzo czystej krwi, mieli wśród przodków mugoli. Hermiona zawsze podejrzewała, że każdy z rodów zaczął się ongi od kogoś. Istniały teorie skąd pochodzą czarodzieje i magia, zaś najpopularniejsza głosiła, że czarodzieje to potomkowie pozbawionych magii ludzi oraz istot magicznych jak wile czy gobliny. Puryści uważali bezpośrednich potomków podobnych związków za pół ludzi, co brzmiało dość idiotycznie. Ale czy naprawdę powinna się dziwić? Ludzie przecież uwierzyli, że mugolacy kradną magię czy powinna mieć pretensje do niepiśmiennych mugoli, że uznali wybuchy magii za opętanie.
- Też byłam pierwszą czarownicą w mojej rodzinie – powiedziała łagodnie patrząc na chłopca – a Hogwart to dom dla nas wszystkich.
Mały Abelard nic nie powiedział, lecz patrzył uważnie na Hermionę swoimi wielkimi, zamyślonymi oczami. Chłopiec mógł mieć góra dziesięć lat, chociaż niski wzrost mógł także wskazywać na niedożywienie, lecz w jego spojrzeniu nie widziała dziecięcej beztroski. Ona w jego wieku myślała głównie o ocenach, lecz Abelard od małego musiał walczyć z uprzedzeniami o okrucieństwem. Życie szkolne Hermiony nie należało może do usłanych różami, lecz pojmowała, że co innego nazywanie kujonem i wyśmiewanie z powodu miłości do książek, co agresja i opluwanie. Rozumiała różnicę doskonale.
Hogwart, rok 1000
Ostatnimi w ogóle stawała się coraz bardziej wyciszona i rozluźniona. Wedle profesor Ravenclaw stanowiło to zasługę lekcji oklumencji, które regularnie odbywały. Hermiona wciąż jeszcze nie umiała odeprzeć ataku i brakowało jej pomysłu na zbudowanie bariery. Zamek i biblioteka nie działały, a ona zaczynała już powoli tracić cierpliwość. Nigdy wcześniej nie miała większych problemów z zaklęciami czy jakiś przedmiotem, nie wspominała fiaska związanego z wróżbiarstwem, ale oklumencja sprawiała jej problemy.
- Nie masz skłonności ku magii umysłu – tłumaczyła Rowena patrząc na nią uważnie – twoja magia jest niespecyficzna, co zasadniczo jest regułą wśród czarodziei w pierwszym pokoleniu – zaczęła po czym widząc zaskoczenie Hermiony i rodzaj skrywanej emocji kontynuowała – magia stabilizuje się przez pokolenia, przez co rodziny magiczne zwykle wykazują talenty w jakiejś dziedzinie. Rodzina Helgi na przykład to uznani zielarze i uzdrowiciele, ród Godryka to bojowi magowie i mistrzowie pojedynków zaś krewni Salazara skutecznie radzą sobie z czarną magią. Oczywiście ma to swoją cenę – dodała.
- Jaką pani profesor? – spytała Hermiona.
- Magia ma wiele odmian, zaś podział na czarną magię czy magię umysłu ma więcej sensu niż podejrzewasz Hermiono z racji naszych uwag na temat twej edukacji. Helga jest znakomitą uzdrowicielką, magia lecznicza przychodzi jej naturalnie lecz nauka uroków przychodzi jej znacznie ciężej i wymaga więcej siły. Rozumiesz co mam na myśli?
- To, że posiadanie większego talentu w jednej dziedzinie magii, powoduje trudności z nauką przeciwnej? – odparła Hermiona.
- Tak, Helga potrafi rzucić urok, podobnie jak Salazar zaklęcie leczące lecz owe czary są mało efektywne. Ty zaś Hermiono możesz być równie skuteczna tak w leczeniu jak i urokach, lecz zaawansowane zaklęcia staną się bardzo trudne a wręcz niemożliwe – dodała – to cecha magii, ale mogę zrozumieć w jaki sposób wszystko to prowadzi do uprzedzeń.
- Ponieważ mogę być średnia we wszystkim, ci bardziej wyspecjalizowani patrzą na mnie z góry. Ale jednocześnie jestem bardziej elastyczna, prawda pani profesor?
- Dokładnie tak, teoretycy magii toczą niezliczone spory co jest lepsze: specjalizacja kosztem słabości, czy właśnie bycie średnim. Ja osobiście uważam, że najlepiej jest działać w parach, gdyż są sytuacje wymagające specjalizacji, ale i takie co wymagają elastyczności. Oklumencja to zaawansowana sztuka, stąd twoje problemy – dodała.
- Nikt nas tego nie uczył pani profesor - wyznała Hermiona – nikt! Ale widziałam czarodziei czystej krwi, którzy byli słabi – dodała.
- Słuszna obserwacja – dodała Rowena z uśmiechem - Jak wspomniałam magia się stabilizuje przez pokolenia – wyjaśniła – niestety niektórzy zaczynają wówczas …. zawierać małżeństwa z własnymi kuzynami. Owe praktyki u greckich i egipskich czarodziei doprowadziły do katastrofy, bowiem świeża krew jest potrzebna. Kiedy rodzice są zbyt spokrewnione magia zanika i rodzinie się czarodziej bez magii.
- Charłaki – powiedziała Hermiona – w moich czasach nazywa się takich ludzi charłakami.
- Nieprzyjemne określenie – zauważyła Rowena – my zwykle używamy określeń pozbawieni magii, zaś o tobie podobnych czarodzieje nowej krwi.
- Profesor Dumbledore był wielkim czarodziejem, największym moich czasów i był półkrwi, ojciec pochodził ze starej rodziny magicznej, lecz matka była z rodziny mugoli… nowej krwi – powiedziała po chwili Hermiona wspominając książkę Rity.
- Ach to nic dziwnego – powiedziała Rowena – potomek pary w której jedno z rodziców pochodzi ze starego rodu magicznego, a drugie jest nowej krwi może albo odziedziczyć magię jednego z rodziców, albo część cech po każdym. Dyrektor z twoich czasów najwyraźniej odziedziczył stabilną magię ojca i elastyczną matki, co czyniło go potężniejszym od każdego z rodziców. Godryk jest mistrzem pojedynków, a jednocześnie radzi sobie z transmutacją to szeroki wachlarz, czyż nie?
- Czy pani profesor sugeruje, że – zaczęła.
- O tak, to żadna tajemnica, że ojciec Godryka, Galahad był Lordem ze starej rodziny, zaś matka niezwykle bystrą czarownicą nowej krwi.
Hermiona uwielbiała lekcje z Roweną Ravenclaw, a jednocześnie ją smuciły. Uwielbiała, bowiem Rowena uczyła ją o teorii magii, przez co Gryfonka mogła wreszcie rozumieć różnicę między różnymi dziedzinami magii, pojmować dlaczego Harry tak dobrze radził sobie z magią ofensywną, ale okazał zakałą sztuki warzenia eliksirów. Metody dydaktyczne Snape'a z pewnością nie pomagały, lecz magia przystosowana do walki okazuje nie pasować do sztuki warzenia czy leczenia. Neville zaś długo nie odkrywał swego potencjału z powodu niedobranej różdżki, lecz jak pokazał na piątym roku, w Departamencie Tajemnic, miał zadatki na wojownika. Ron zaś, jej drogi Ron obmyślał plany i strategie, o ile tylko zdołał zapanować nad swoimi kompleksami i zazdrością. Nie był typem wojownika, lecz generała tylko w jaki sposób mu powiedzieć o wszystkim?
Lecz dlaczego nikt ich nie uczył magii w sposób podobny do profesor Ravenclaw? Dlaczego słyszeli raz po raz, że czarna magia to samo zło bez wyjaśnienia natury zaklęć? Owszem z pomogą czarnej magii można wyrządzić komuś krzywdę, lecz przecież w pierwszej klasie Ron znokautował trolla z pomocą Wingardium Leviosa, lewitują nad głową stwora jego własną maczugę.
- Teoretycznie można kogoś zabić, a w każdym razie poważnie uszkodzić lewitując mu nad głową ciężki kociołek pełen gotującego się eliksiru – mówił Salazar podczas lekcji – z związku z tym twoje ministerstwo i twój dyrektor winien zakazać używania zaklęcia lewitującego!
Czasem jej nauczyciel ją przerażał, ale jednocześnie miał tyle racji! Przerażało jak zmuszał ją do tego, by przemyślała wszelkie dogmaty, którymi ją karmiono odkąd trafiła do świata magii mając lat jedenaście. Jej rodzice akceptowali magię, z którą przyszła na świat, lecz okazywali sceptycznym wobec Albusa Dumbledore'a. „Czarodzieje go nieomal czczą, to może i bohater, lecz nawet bohaterowie są ledwie ludźmi i jako ludzie popełniają błędy" – mawiała matka. Dyrektor szczerze walczył z nadużywaniem czarnej magii i chciał pokonać Lorda Voldemorta. Nie wątpiła w to, podobnie jak nie wątpiła, że pragnął walczyć z uprzedzeniami wobec mugolaków, czy też pierworodnych jak mawiała Rowena, lecz nawet najlepsze intencje to nie wszystko. „Dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane" – mawiały z upodobaniem mama i babcia. Albus Dumbledore miał szczere intencje i pragnął zmieniać świat na lepsze, lecz skutki są opłakane, gdyż przegrywają ową wojnę i to sromotnie. „Jedyna broń niewolników – podstępy" – pisał zagraniczny wiersz co sobie przypomniała. Zakon Feniksa nawet w najlepszych stanowił garstkę ludzi a śmierciożerców było więcej. Dziadek Hermiony, walczący w czasie drugiej wojny światowej, mawiał, że wobec przeważającej siły wroga, tylko walka partyzancka ma sens. Opowiadał jak Finowie pokonali w wojnie zimowej armię Związku Sowieckiego. „Czarodzieje powinni poczytać mugolskie książki o wojnie i strategii" – myślała.
Hermiona zastanawiała się jakim cudem pomimo ewidentnego rozwoju, jak wynalazki nowych eliksirów czy też zaklęć, wiele wiedzy magicznej zostało utraconej. Nikt nie nauczał już historii czy też teorii magii jak za czasów Założycieli. Nikt nie uczył o tym jak magia stabilizuje się w rodzinie i dlaczego magia czarodziei z rodzin magicznych i tych mugolskich jest odmienna. Wiedza znikła. Hermiona czytała „Historię Magii" czy „Historię Hogwartu" lecz naraz uderzał ją ogrom luk w edukacji. Starszych uczniów nauczano magii bezróżdżkowej i niewerbalnej, zaś bycie animagiem nie wymagało żadnej rejestracji. Nie każdy miał formę animagiczną, lecz uczniowie mający takową opanowywali transformację pod okiem nauczycieli! „Te czasy są wobec moich, niczym starożytny Rzym wobec wczesnego średniowiecza. Nikt już nie naucza o Radzie Druidów, czy też Radzie Magii jak się to teraz nazywa. Dlaczego Rzeczpospolita Magiczna ma króla, wybieralnego lecz króla, Rosja cara zaś Chiny nefrytowego cesarza, a my…. ministerstwo magii". Hermiona, dzięki własnym zainteresowaniom i rodzicom, nie miała wątpliwości, że minister to ktoś znacznie mniej znaczny niż premier, prezydent czy królowa. „Coś niedobrego dzieje się z magiczną Anglią i złe zaczęło się na długo nim Lord Voldemort zaczął siać terror".
Przypomniała sobie, a miała czas na przemyślenia podczas bezsennych nocy kiedy nie śmiała spać z powodu koszmarów sennych, że Kingsley ochraniał ongi mugolskiego premiera. Ministerstwo magii istniało obok rządu mugoli, lecz jednak premier o wszystkim wiedział, a być może także i królowa. Wspominała także Syriusza, niepoprawnego chrzestnego Harry'ego o osobowości dziecka, który zginął ratując jej przyjaciela. Pewnie dlatego miała wobec niego mieszane uczucia, ale pamiętała także z jaką niechęcią mówił o swej rodzinie i tym jak podobnie jak wielu popierało ongi Voldemorta, bowiem chciał przywrócić magiczną Anglię do jej dawnej chwały. Rzecz jasna z czasem zaczął przelewać krew, lecz Syriusz był ślepy w nienawiści do swej rodziny i nigdy nie próbował zrozumieć ich racji. Czarodzieje w czasach Założycieli uważali mugoli za zagrożenie, lecz wiedzieli jak się pośród nich poruszać, jak robić z nimi interesy. Kiedyś owa wiedza została zatracona. Czyż uprzedzenia nie istnieją dzięki ciemnocie? „Kiedy rozum śpi budzą się demony, zaś nieświadomym można wmówić największą bzdurę" – mawiali rodzice, krytycznie oceniając świat w którym żyli.
Oczywiście nie trafiła do idealnych czasów i nie chodziło tutaj wyłącznie o gorsety i niewygodne suknie. Czarodzieje sprzeczali się ze sobą, nie wszystkim podobał się pomysł Hogwartu, a siła czarnej magii kusiła by użyć jej przeciw innym. To Hermiona widziała. Ale jedna rzecz uderzała: status krwi nie stanowił problemu, w ogóle nie istniało pojęcie statusu krwi w znanej jej formie, zaś określenie czarodziej nowej krwi czy czarodziej starej krwi (czy ja za jej czasów mawiano mugolak i czystej krwi) nie niosły ze sobą konotacji jak w jej czasach. Owszem mawiano czasem mugol czy mugolak, lecz istniały także i inne określenia. Dlaczego o takowych zapomniano? „Muszę wszystko udokumentować".
Dom Andromedy Tonks, rok 1998
Ostatnie tygodnie zdecydowanie nie były dobre dla Andromedy Tonks. Próbowała przemówić do córki by ta zamieszkała z nią w ostatnich tygodniach ciąży, lecz ta pozostawała uparta jak osioł i nieugięta jak stali. A przecież Remus Lupin był znany jako członek Zakonu Feniksa a do tego wilkołak, wiedzieli o tym wszyscy którzy uczęszczali do Hogwartu w roku 1993-.4, w tym dzieci śmierciożerców. Owszem na razie nowy reżim głównie atakował głównie czarodziei mugolskiego pochodzenia i „zdrajców krwi", lecz nie było wątpliwości, że sięgną po nowe ofiary. Andromeda dosłownie umierała ze strachu o córkę, toteż pewnie dlatego nie zwracała większej uwagi na swego siostrzeńca, wyraźnie rozstrojonego.
Słuchała Potterwarty, a wieść o śmierci Teda uderzyła ją bardzo mocno. Zapewne by upadła, lecz Draco w porę złapał ciotkę i podał jej herbatę z eliksirem na uspokojenie. Ted zginął wraz z innymi mugolakami, zabity przez szmalcowników. Andromeda zapłakała nad śmiercią męża, bo chociaż ich małżeństwo zakończyło się już jakiś czas temu, to na pewno nie chciała by zginął. Ich relacje były złożone, lecz na pewno nie podszyte nienawiścią, dlatego pewnie płakała mimo wszystko.
- Ciociu, nie płacz – mówił Draco – masz Dorę, ona urodzi dziecko no i jeśli to coś znaczy masz mnie i mamę.
- Pewnie, że znaczy mój piękny, dobry z ciebie chłopiec. Tak bym chciała żeby było już po wojnie, żebyśmy nie musieli się bać, żebyś ty nie musiał się bać, oglądać tych koszmarów i bać jedynie o egzaminy!
- Tak będzie ciociu, bo wiesz…
Draco nigdy nie dokończył zdania. Młody Malfoy bardzo wydoroślał od początku siódmej klasy. Nie był już rozpieszczonym księciem, lecz kimś poważnym i zamyślonym. Widział wiele, stanowczo za wiele dla tak młodej osoby, a pewne rzeczy pozostawiają ślady już na zawsze. Andromeda nie zdążyła nawet zapytać siostrzeńca co chciał powiedzieć, nawet powiedzieć cokolwiek, kiedy do pokoju wpadł srebrny patronus w kształcie wilka. Zanim zdążyli cokolwiek zrobić, wilk przemówił głosem Tonks: „Mamo chyba zaczynam rodzić".
- Szlag – syknęła Andromeda – Draco, dasz sobie radę? Muszę pomóc córce.
- Mogę iść z tobą ciociu? – spytał Draco – bo raczej nie udacie się do Munga?
- W żadnym razie, nie mogę ryzykować, przecież wiesz kim jesteśmy – jęknęła Andromeda - Draco, poród to nic pięknego, zwłaszcza dla młodego mężczyzny.
- Ciociu – przerwał jej – widziałem jak Czarny Pan torturował ludzi aż tracili zmysły, nie przerażę się.
Ostatecznie we dwoje udali się do domu młodej kobiety. Nimfadora zaczęła właśnie rodzić, kiedy do pokoju weszła jej matka oraz kuzyn. Andromeda nakazała natychmiast przygotować wody oraz czyste ręczniki, zaś Draco zaczął natychmiast wszystko przygotowywać. Nie marudził i nie tracił głowy, zachowując się dojrzale jak na swój wiek. Remusa, ojca dziecka nie było, bowiem wykonywał jakąś misję dla Zakonu Feniksa. Andromeda taktownie nic nie wspominała, że powinien być w domu z rodziną.
- To chłopiec – powiedziała po wyczerpujących godzinach – jak go nazwiesz?
- Teddy – odparła młoda matka – po ojcu, Teddy Lupin – zawyrokowała młoda Nimfadora – mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe mamo.
- Nie mam – zapewniła Andromeda – różnie było między nami, lecz dla Teda zawsze byłaś jego małą księżniczką. A teraz najważniejsze by twój synek był zdrowy.
Żadne z nich nie wypowiedziało na głos obawy, która wisiała między nimi od samego początku: że klątwa Remusa przejdzie na jego syna. Andromeda wykonywała nerwowo kolejne ruchy różdżką, sprawdzając znacznie więcej niż proste zaklęcia diagnostyczne w takiej sytuacji, szukając najmniejszych śladów mrocznej magii czy tym podobnych. Lecz czy na pewno chłopiec jest bezpieczny? Tego nie mogli wiedzieć.
- Brakuje mi Remusa – powiedziała smutno Nimfadora – chciałby zobaczyć syna.
- Z pewnością przybędzie.
Ku wielkiej radości świeżo upieczonej mamy i babci, jakąś godzinę po porodzie rysy chłopca zaczęły ulegać drobnym zmianom. Owe różnice nie należały do jakiś drastycznych, lecz zauważalnych. Chłopiec odziedziczył talent po matce, dawno utracony dar rodu Black, z czego ród ongi słynął. „Powiadomię Cyzię" – mruknęła Andromeda.
Draco zachował zimną krew. Owszem widok rodzącej kuzynki nie należał do przyjemnych, lecz naprawdę Dwór Malfoyów pod rządzami Voldemorta, bowiem gość rządził nimi, przypominał miejsce z piekła rodem i stanowił arenę znacznie gorszych rzeczy.
Przez najbliższe dni Andromeda przenosiła się ze swego domu do domu córki z powrotem. Nic zatem dziwnego, że nie zauważyła drobnych dolegliwości jak poranne mdłości czy pogorszenie samopoczucia. Nie miała czasu myśleć o podobnych detalach. Za bardzo uradowała ją wieść, że córka wreszcie zamieszkała wraz z synkiem u niej. Andromeda, pomimo wydziedziczenia, pozostawała czarownicą czystej krwi a do tego nijak głośno nie zaangażowaną w działalność Zakonu Feniksa. Pozostawała względnie bezpieczna w tych szalonych czasach, na ile można mówić o bezpieczeństwie w czasie wojny. Nikt nie wpadał do nich z przeszukiwaniami, nikt ich nie nachodził.
- Co się dzieje Draco? - spytała któregoś dnia – siedzisz całe dnie w swoim pokoju, nic nie mówisz. Proszę powiedz mi coś, nie zdołam ci pomóc.
- I tak mi nie uwierzysz ciociu – westchnął – wszystko w porządku?
- Przeklęte zatrucie – odparła Andromeda – już ponad tydzień mnie trzyma, pojęcia nie mam co mnie tak urządziło.
- A może to nie zatrucie? – spytał Draco – mdłości dokuczają tylko o poranku?
- Tak- wyjaśniła – pewnie to wszystko ze zmęczenia, jestem taka zmęczona ostatnimi czasy, ale to zapewne z powodu nadmiaru wrażeń. Teddy dużo płacze.
Draco otworzył usta, lecz nic nie powiedział. Patrzył uważnie na ciotkę, jednocześnie zaciskając palce na różdżce. Poznał niedawno wiele zaklęć, w tym wiele takich, których raczej nie uczono w Hogwarcie. Wyliczył kiedy dokładnie ciotka zaczęła narzekać na złe samopoczucie, zaś to bynajmniej nie zaczęło się od narodzin jej wnuka.
Andromeda pośpiesznie pobiegła do łazienki, zaś Draco słyszał wyraźne odgłosy torsji. Mieszkając w Dworze Malfoyów chłopak musiał pośpiesznie dorosnąć, nauczyć obserwować najdrobniejsza szczegóły bowiem zauważenie takowych mogło oznaczać różnicę między życiem a śmiercią. Niejeden ze sług Czarnego Pana oberwał Avadą, ponieważ nie zwracał uwagi na drobnostki. Zaś fakt, że ciotka nie mogła znieść zapachu dawniej ukochanej tarty ciężko uznać za coś niewielkiego.
- Mama mnie przeklnie jeśli rzucę w ciotkę zaklęciem diagnostycznym, ale sama mi raczej prawdy nie wyzna.
Draco nic jednak nie zrobił, dyskretnie udając, że nie dostrzega dolegliwości ciotki. Dobre wychowanie wymagało podobnego zachowania, toteż spędzał czas raczej obserwując kuzynkę i jej synka. Dziecko wilkołaka, coś podobnego nie miało miejsca ni w rodzinie Blacków ni Malfoyów. Nie miał jednak czasu na rozważania, usłyszał bowiem głos matki w salonie.
- Jesteś pewna Dromedo? To wspaniała wiadomość! – Narcyza Malfoy brzmiała na uradowaną, co nijak nie pasowało do obrazu zimnej Pani z Dworu Malfoyów.
- Mój wnuk jest metamorfomagiem – odparła Andromeda – podobnie jak Dora, a wiesz co to znaczy? Dawniej to był dar naszej rodziny, utraciliśmy go przed pokoleniami, zaś dar powrócił pod wpływem..
- Dopływu świeżej krwi – wyjaśniła Narcyza – tak jak opowiadałaś. Lecz teraz lepiej nie wygłaszać podobnych tez, nie w równie szalonych czasach. Może jeśli owa wojna dobiegnie końca – zakończyła cicho.
- Lecz co jeśli wygra ciemna strona? – spytała Andromeda – nie wiem dokąd pozostanie nam uciec, jeśli do tego dojdzie. We Francji i Niemczech Czarny Pan ma wielu zwolenników – dodała smutno.
- A Rzeczpospolita Magiczna zamknęła granicę, oficjalną decyzję ogłoszą decyzję jutro – powiedziała smutno Narcyza –Vivianne mi powiedziała.
- Czyli pozostaje nam liczyć, że Potter i Weasley razem z niedobitkami Zakonu Feniksa jakimś cudem wygrają – podsumowała sprawę Andromeda.
-Albo uciec do Kanady, prędzej znajdziemy porozumienie z szamanami niż ludzie Dumbledore'a wygrają.
- A ja wolę mieszkać w wigwamie niż ciągle się bać.
Draco podsłuchiwał. Może i nie należało podsłuchiwać, lecz w ten sposób można było poznać niejeden fakt. On zaś mógł powiedzieć całkiem sporo na temat planów na nadchodzącą wojnę.
- Mamo, ciociu – powiedział wchodząc do pokoju – muszę wam coś powiedzieć, to zabrzmi jak szaleństwo, ale być może w szaleństwie tkwi metoda?
Hogwart, około roku 1004
Hermiona nie miała pewności jak długo dokładnie przebywała w przeszłości. Początkowo liczyła każdy dzień, potem tygodnie a teraz miesiące. Pobierała nauki pod okiem Roweny i Salazara, sama pomagając w prowadzeniu zajęć Godrykowi. Pomimo dziwaczności całej sytuacji, zaczęła powoli przyzwyczajać do nowego życia. Płacz w niczym nie pomoże, toteż pisała pamiętniki, zapisywała wszystko co mogło potencjalnie pomóc. Nic więcej nie przychodziło jej do głowy.
Nie wróci do domu. Może płakać w poduszkę, lecz tak właśnie wygląda prawda. Cztery lata rozważań, magicznych eksperymentów i tym podobne do niczego nie doprowadziły. Nikt z nich nie ma pojęcia co zaszło. Założyciele konsultowali sprawę z innymi uczonymi magami, rzecz jasna nie wspominając nic o podróżniczce w czasie, lecz i tamten drugi nic nie powiedział. „Wyczuwam ślady magii, ale cokolwiek tutaj zaszło miało miejsce daleko stąd i nic nie wskóramy". Hermiona pojęła, że nie ma szans na powrót do jej czasów, a jeśli chce pomóc chłopcom ktoś inny musi przejąć jej rolę w ich drużynie. Ona niczego nie wskóra, nie będąc tak daleko od nich.
Czytała dosłownie każdą książkę, każdy zwój i dosłownie wszystko na temat wojen i strategii co tylko znalazła. Nie ważne czy czytała dzieła starożytnych magów, strategów chińskich mugoli czy innych, jedno pozostawało pewne: ich szanse na wygraną są bliskie zeru. W razie konfrontacji Voldemort oraz śmierciożercy zmiotą ich z powierzchni ziemi, zaś klęska w Departamencie Tajemnic to jeszcze nic. „W przypadku przeważającej siły wroga, należy za wszelką cenę unikać bitew i za nic nie dać się zamknąć w mieście" – przypomniała sobie pewien zwój – „zamiast tego należy działać sprytem, zamiast żołnierzy mieć raczej zabójców, zamiast uzdrowicieli trucicieli. Przeniknąć do obozu wroga sposobem i osłabić go od środka". Ta sama praca przekonywała by najpiękniejsze kobiety szkolić na kurtyzany, tak by mogły swobodnie wejść do obozu wroga, aby wspierać ostrzem i trucizną swoich.
Pomimo początkowych trudności nawiązała dobre, a być może przyjacielskie relacje z Salazarem. Był jej nauczycielem, mistrzem i kimś z kim spędzała naprawdę dużo czasu ćwicząc czarną magię i warząc rozmaite mikstury. Zajmowali się nie tylko przygotowywaniem potrzebnych w szkole eliksirów na gorączkę, otarcia i wypadki lecz i trucizny. Hermiona uczyła się i notowała każdą próbę przygotowania, wszystko co mogło pójść nie tak rozumiejąc, że to jeden ze sposobów by pomóc chłopakom.
- Uważaj z korzeniami belladonny – przypomniał Salazar, widząc jak kroiła groźną roślinę – Helga mnie przeklnie jak znowu trafisz do niej z objawami podtrucia.
- Będę – zapewniła – belladonna to składnik wielu skutecznych trucizn, ale niestety Harry i Ron na pewno sobie nie poradzą – jęknęła – ja najlepiej radziłam sobie z eliksirami. Te zapiski – wskazała na swój dziennik – niewiele im pomogą.
- Lecz masz przecież innych kolegów – powiedział Salazar – ci dwaj, Draco i Theo są zdolnymi warzycielami.
- Ale nie są po naszej stronie – zauważyła Hermiona. Po trzech latach już nie mówiła do niego Mistrzu. Pozwolił jej na większą poufałość po tym jak zdołała go rozbroić bezróżdżkowo.
- Z tego co wspominałaś Theo to przyjaciel, a Draco was nie wydał. Być może nie popierają dyrektora Hogwartu z twoich czasów – dodał splatając swoje długie palce – ale wyraźnie nie przepadają za moim rzekomym dziedzicem, zaś wróg mojego wroga – zaczął.
- To może być mój przyjaciel, a już na pewno potencjalny sojusznik – dokończyła z uśmiechem – z Theo uczyliśmy się, ale...
- Może i pochodzisz z przyszłości odległej o tysiąc lat, ale pewne sprawy pozostają niezmienne. Żaden mężczyzna z uprzejmości nie spędzałby z tobą tyle czasu, skoro nie wynikało to z waszych obowiązków – zakpił Salazar - młodzi uczniowie mają cię za tyrana.
- Dbam o dyscyplinę i … na Merlina przypominam Snape'a – parsknęła – lecz zarówno transmutacja jak i warzenie mikstur mogą prowadzić do groźnych wypadków. Kiedyś myślałam, że Neville stanowił wyjątek, ale wyraźnie niejeden początkujący topi swoje kociołki.
Hermiona nieraz odczuwała wyrzuty sumienia, że w wieku XI zaczyna naprawdę czuć się dobrze. Znalazła wspólny język z Salazarem a i Roweną, a nawet i Aramintą która miała swój osobliwy urok. Relacje z Heleną pozostawały napięte, bowiem obie kobiety nie przepadały za sobą i nic nie wskazywało by cokolwiek miało ulec zmianie na lepsze. Tolerowały się jednak nawzajem a to już całkiem sporo.
Tylko Draco oraz Theo mogli pomóc. Zrozumiała to dzięki naukom Salazara i rozmową z Roweną. Nie pokonają czarnoksiężnika nie mając swoich ludzi wśród jego zwolenników. Plan zaczął powoli kształtować się w jej głowie pod wpływem lektury „Sztuki wojny", książki, którą winien znać każdy kto kiedykolwiek chciał, czy też musiał brać udziały w walkach. Teraz musi tylko w jakiś sposób dotrzeć do Ślizgonów, a któż w tym pomoże lepiej niż sam Salazar Slytherin? A już ona do niego dotrze, musi jeśli magiczne społeczeństwo ma mieć przed sobą jakąś przyszłość.
