zedwarad ciężko mówić o faktach historycznych w przypadku fikcyjnego uniwersum, które owszem jest nawiązaniem do realnego świata lecz mamy tutaj smoki, jednorożce i czarodziei.

Rozdział niebetowany


Dom Andromedy Tonks, rok 1998

- Ciociu musimy porozmawiać – powiedział Draco któregoś wiosennego poranka.

Młody Malfoy czekał na okazję do rozmowę z ciotką. Przez całe zamieszanie z porodem kuzynki rzecz jasna nie myślał za wiele o rewelacjach zasłyszanych w Komnacie Tajemnic. Draco raz po raz powtarzał sobie, że zapewne wszystko stanowiło koszmarny sen, wynik zmęczenia spowodowanego życiem z Lordem Voldemorem i szaloną ciotką Bellatrix pod jednym dachem. W spokojnym, przytulnym domostwie ciotki Andromedy można było w coś podobnego uwierzyć, kiedy nie groziło nic gorszego niż przejedzenie! I prawie już przekonał sam siebie, kiedy ni stąd ni zowąd w pokoju zmaterializował się Zgredek.

Draco, mający opinię zepsutego księcia, szybko znalazł sobie miejsce w nowym domu. Chociaż mieszkał w zwykłym pokoju w niewielkim mieście Yorkshire, ze zwyczajnym widokiem na ulicę pełną podobnych domów oraz zwyczajny, niedużym parkiem pełnym dębów oraz lip, nie narzekał na nic. Prawdę mówiąc polubił czytanie mugolskich czasopism, czy słuchanie radia mugoli, a co najważniejsze spokój i ciszę. Do dźwięku samochodów można nawyknąć, do krzyków ofiar tortur już nie. Dlatego siedział zadowolony z życia, popijając gorącą czekoladę i patrząc w telewizor. W rodzinnym domu rzecz jasna nie działała elektronika, zaś ojciec jawnie kpił z mugoli, lecz ciotka miała w domu podobne sprzęty. A czy można nazwać prymitywnymi ludzi, którzy mogli widzieć co ma miejsce gdzieś w Azji? No i telewizja to niezła zabawa, zwłaszcza w połączeniu z czekoladą. Prawie wylał na siebie czekoladę widząc Zgredka, dlatego pewnie zaklął paskudnie pod nosem.

- Zgredek! Nie możesz pojawiać się znikąd! – powiedział sucho – ciotka Dromeda mogła cię zobaczyć.

- Zgredek sprawdził, że pani Andromeda gotuje dla swej córki i wnuka – zapewnił skrzat – panicz Draco musi dołączyć do panicza Harrego – nakazał skrzat.

- Ja niczego – zaczął Draco – co mam właściwie zrobić? I skąd mam wiedzieć, że Potter zechce ze mną rozmawiać jak cywilizowany, kulturalny człowiek?

- Pan Potter zna wagę sprawy – wyjaśnił Zgredek – pani Hermiona go przekonała, lecz pan Potter nie osiągnie wiele bez panicza Draco. Panicz Draco zna sztuki magii, których nie zna pan Potter. Pani Hermiona twierdzi, że panicz potrafi doskonale ważyć eliksiry.

- Theo jest najlepszy, ale sam potrafię całkiem wiele osiągnąć – odparł Draco – ale w jaki sposób moje umiejętności warzyciela mają pomóc?

- Panicz może wchodzić i wychodzić swobodnie z domostwa Czarnego Pana – odparł Zgredek – a belladonna ma wiele zastosowań.

Draco prawie się udławił słysząc owe słowa. Pochodząc z rodziny Malfotów rzecz jasna poznał podstawy tak czarnej magii jak i sztuki warzenia trucizn. Wiedział do czego można użyć belladonny czy też lulka czarnego. „Świat się kończy skoro Gryfoni zamierzają truć" – mruknął posępnie.

- Czarny Pan zna trucizny – powiedział po chwili Draco.

- Ale jego wiedza ma ograniczenia, a pani Hermiona ma dla pana bardzo unikatowe receptury.

- Zgredku zaraz zjem śniadanie z ciotką.

- Zgredek wróci za godzinę.

I właśnie podczas śniadania, Draco postanowił powiedzieć ciotce Andromedzie co zaszło. Pani Tonks słuchała go spokojnie, nie przerywała ni nie wyśmiała. Nie nazwała go szaleńcem, ni nie kazała przestać zmyślać. Patrzyła na niego uważnie, z rodzajem troski, acz nie oceniała.

- Chcesz powiedzieć, że w Hogwarcie znajdują się zaginione komnaty i że Hermiona Granger trafiła o prawie tysiąc lat w przeszłość? – spytała ostrożnie Andromeda.

- Wiem jak to brzmi ciociu – odparł Draco – ale nie zmyślam.

- Wierzę Draco – zapewniła Andromeda – weź jeszcze jednego tosta i dolej sobie herbaty. Muszę sprawdzić co u Dory i mojego wnuka.

Po tych słowach wyszła z kuchni, gdzie zwykle spożywali posiłki, do salonu. Lecz nie wysłała wiadomości do swej córki, nie nawiązała połączenie Fiuu z domem Dory, lecz do Dworu Malfoyów. Niestety Narcyzy nie było w jej sypialni, zaś Andromeda nie śmiała próbować nawiązać z innym kominkiem. Nie, jeśli chodziło o siedzibę Czarnego Pana oraz kwaterę śmierciożerców. Nie. Andromeda postanowiła wysłać wiadomość do osoby, której ufała najbardziej na świecie i gdzie nie czyhało zagrożenie: do Dworu Nottów.

„Zaraz przybędę" – obiecał Tristan, wyraźnie poruszony całą sytuacją. Starszy z Nottów nie miał ostatnimi czasy za wiele do zrobienia: jego syn, Theo wrócił do Hogwartu, zaś on sam dostał sam wielkim domu mając za towarzystwo wyłącznie domowe skrzaty. Nieczęsto był wzywany na spotkania śmierciożerców, bowiem z racji swego wieku nieszczególnie mógł walczyć. Daleko mu było do zniedołężniałego starca, lecz ze swej strony starał podtrzymać wrażenie dostojnego, wiekowego czarodzieja. Pochodząc ze starego rodu nie należał do listy wrogów nowego reżimu, a on rzecz jasna milczał w sprawie poglądów na temat obecnej sytuacji w Anglii.

- Draco oszalał – jęknęła widząc twarz kochanka – bredził coś o podróżach w czasie, zaginionych komnatach Hogwartu i skrzatach władających bronią – wyjaśniła – mówił coś o podziemnych komnatach Salazara Slytherina – on … on chyba nie mógł dłużej znieść potworności, które miały miejsce w jego domu – zaszlochała tuląc się do niego – co ja powiem Cyzi, biedny Draco czy i jego dopadło szaleństwo Blacków? Znałeś przecież ciotkę Walpurgę.

- Salazar Slytherin naprawdę pozostawił komnaty w Hogwarcie – zauważył Tristan – Komnata Tajemnic to nie mit.

Tristan przytulił zrozpaczoną kochankę, przeczesując jej włosy. Nieczęsto gościł w jej domu, stanowczo za mugolskim na gusty arystokraty, lecz sytuacja nie należała do zwyczajnych. Opanował więc grymas i zajął ukochaną. Draco Malfoy należał do najbliższych przyjaciół jego syna, Theo, przez co zdrowie i choroba młodego blondyna żywo interesowały starszego czarodzieja. Na jego usta wszedł łagodny, pełen zadowolenia uśmiech nie z powodu niechęci do Malfoya.

- Ale co mam zrobić? – jęknęła.

- Powinnaś przenieść się do mojego domu razem z Draco – przekonywał Tristan – młody Draco musiał przeżyć horror mieszkając z Tomem i Bellą pod jednym dachem, zaś samotność z pewnością mu nie służ. Nie krytykuję cię – zapewniał – lecz bliskość przyjaciela z pewnością pomoże twemu siostrzeńcowi.

Andromeda przygryzła wargę, nie sprawiając wrażenia przekonanej. Wyraźnie walczyła sama ze sobą, ale nic nie mówiła bowiem nijak nie można zarzucić braku logiki słowom kochanka. Samotność nie pomoże w uporaniu się z traumą, to wie każdy. Dlatego milczała, pozwalając mówić swemu kochankowi, zaś spokojny, acz stanowczy głos Tristana, działał kojąco na nerwy kobiety. Dlatego pozwoliła mu chwycić swoją dłoń i weszli razem do kuchni, gdzie siedział Draco jedząc śniadanie.

- Co na Merlina – zaczął Draco, po czym spadł z krzesła.

Dosłownie i całkiem realnie, młody Ślizgon spadł z krzesła widząc swoją ciotkę idącą pod rękę z ojcem jego przyjaciela, znanego z konserwatywnych poglądów Tristana Nott. Surowy, pochodzący jakby z innej epoki Nott, szedł obok Andromedy Tonks, która uciekła z domu by poślubić czarodzieja z rodziny mugoli. I chociaż jak zawsze Nott nosił nienaganne, jedwabne szaty, to uśmiech czynił go nieomal innym czarodziejem niż ten surowy i elegancki pan, tak znany Draco.

Blondyn patrzył to na ciotkę, to na jej gościa jakby nie wierząc czy aby na pewno widzi, to co widzi. Różne rzeczy widział w swoim życiu, lecz Tristan Nott w kuchni jego ciotki, w mugolkim domu w mugolskim mieście, z pewnością nie należał do oczekiwanych widoków.

- Draco! – krzyknęła Andromeda – wszystko w porządku? Nic sobie nie złamałeś?

- Nie – zapewnił – ale od kiedy znasz pana Notta? – spytał masując obolałe pośladki.

- Draco, Tristan może ci pomóc - powiedziała łagodnie Andromeda – przeżyłeś wstrząs i cierpisz.

- Nie zwariowałem – protestował Draco.

- Nikt niczego takiego nie sugeruje – zapewniał Tristan – Theo z pewnością uraduje wizyta przyjaciela, otoczę opieką twoją ciotkę i ciebie. Nie tylko ród Black zna się na magii umysłu, zaś twoja matka może przybyć do mojego domu bez zwracania uwagi.

- Powinniśmy iść z Tristanem – powiedziała Andromeda – tutaj i sama nie dam rady ci pomóc.

Zanim Draco zdążył cokolwiek powiedzieć, został złapany za rękę przez ciotkę. Nieomal natychmiast poczuł znane, i bynajmniej nie lubiane ni przez siebie ni nikogo innego, szarpnięcie teleportacji łącznej. Wylądowali w salonie Dwory Nottów i to ze wszystkich możliwych miejsc! Draco patrzył zaciekawiony to na ciotkę to na czarodzieja, oczekując wyjaśnienia.

- Cyzia musi wiedzieć o chorobie syna- powiedział Tristan – powiadomię ją.

- Czy to bezpieczne? – spytała Andromeda.

- Jestem szanowanym czarodziejem czystej krwi – przypomniał Tristan – Tom nie będzie protestować, a Lucjusz nie zrobi niczego, co by zezłościło Toma. A przecież nikt jak Cyzia nie zna się na urządzaniu eleganckich przyjęć! Niestety nie ma ku temu za wielu okazji, ponieważ Tom zrobił z jej domu krwawą łaźnię!

- Tom? – spytał Draco.

- Tom Marvolo Riddle – wyjaśnił Tristan – znany jako Czarny Pan, od wieków wśród czarodziei nie ma lordów – przypomniał – czego oni nauczają teraz w Hogwarcie! A na razie weź eliksir na uspokojenie Draco i opowiedz mi to, o czym wspomniałeś ciotce.

Draco nie miał nic innego do wyboru, jak tylko opowiedzieć od początku historię. Tristan Nott, wiekowy i stateczny czarodziej nosił w sobie trudne do opisania dostojeństwo patriarchy starego rodu. Przemawiał głębokim, uspokajającym głosem niosącym jednocześnie w sobie rozkaz, nawet jeśli wypowiedzianym w pozornie swobodnej rozmowie. Tristan nie musiał ni podnosić głosu ni grozić, by uzyskać posłuch. Wiedział o tym Draco i wiedzieli inni, dlatego młody Malfoy powtórzył wszystko, począwszy od spotkania w podziemiach Hogwartu.

W międzyczasie Tristan nakazał przynieść tak dla siebie jak i Andromedy Ognistej whisky, po czym wszyscy usiedli na wygodnych, kosztownych fotelach. Salon Dworu Nottów nosił w sobie pamiątki po dawnych czasach i kolejnych pokoleniach Nottów, aczkolwiek był mniejszy niż ten w Dworze Malfoyów. Chociaż bogactwo Nottów nie kłuło w oczy podobnie co majątek Malfoyów, nikt nie miał wątpliwości, że Nottowie nie ustępują Malfoyom ni pozycją społeczną ni chlubnymi tradycjami. Draco patrzył na portrety przodków Theo i jego ojca, a także pamiątki łącznie z zawieszonym na ścianie mieczem ze stali goblinów, który wedle legend należał do samego Abelarda, czarodzieja z rodu Nott, zwanego wówczas Nótt, będącego uczeniem samych Salazara Slytherina i Godryka Gryffindora. Kroniki nie wspominały o wcześniejszych czarodziejach ni czarownicach z rodziny Nott, lecz dopiero po założeniu Hogwartu zaczęto spisywać listę młodych magów oraz ich rodzin.

Sam Draco także napił się łyka whisky, po czym zaczął opowiadać o swych dziwnych przygodach. Nie oszalał tego był pewien, nawet jeśli ciotka wyraźnie była bliska zaprowadzenia go do świętego Munga. Za to pan Nott pozostawał niewzruszony i spokojnie słuchał opowieści przyjaciela swego syna.

- Twój siostrzeniec nie oszalał Dromedo – powiedział z uśmiechem Tristan.

- Chcesz powiedzieć, że wierzysz w te bzdury o podróżach w czasie? – spytała Andromeda.

- Gdybym usłyszał opowieść wyłącznie z ust Draco, zapewne pozostałbym sceptyczny – zaczął Tristan, popijając whisky – ale coś bardzo podobnego powiedział mi siedząc dokładnie na miejscu Draco drogi Severus, a wiesz przecież, że to mistrz oklumencji, który nie ma tendencji do zmyślania.

- Snape? – spytała Andromeda – co on robił w twoim domu? Czy to bezpieczne bym została tutaj, skoro prawa ręka Czarnego Pana przychodzi na herbatkę?

- Jesteście po tej samej stronie – wyjaśnił miękko Tristan – dlatego powinnaś z Cyzią z nim porozmawiać. Jesteśmy coraz liczniejsi.

- My, czyli kto? – spytała osłupiała Andromeda.

- Czarodzieje, którzy nie postradali rozumu – uśmiechnął się Tristan – a jest nas garstka. Tom całkiem oszalał po swoim powrocie do żywych, a jego najnowsi rekruci to banda pijanych krwią durniów. Zakon Dumbledore'a to idealiści, wierzący, że pokonają czarnoksiężnika bez używania czarnej magii. Wojnę wygra Tom – kontynuował – ale zwycięstwo potrwa krótko.

- Zagraniczna interwencja – zakończyła ponuro Andromeda – wedle Cyzi, Rzeczpospolita Magiczna tym razem nie ograniczy się do zamknięcia granic.

- Podobnie jak Rosja, a w tej sprawie to i Unia Śródziemnomorska wyda decyzję – dodał Tristan – a sama wiesz, że młody carewicz Iwan tylko czeka na okazję do porządnego treningu. A to oznacza, że jeśli czegoś nie wymyślimy i to wkrótce, Tom zwycięży i zacznie mordować mugoli, mugolaków i każdego kogo uzna za niegodnego.

- A wówczas wpadną do nas zagraniczne wojska, by zrobić porządek, o ile wcześniej mugole nie dowiedzą się o naszym istnieniu – mruknęła Andromeda – jeśli to co mówi Draco to nie obłęd, chyba potrzebuję więcej whisky.

- Służę moja pani, ale poczekajmy na Cyzię, ona też będzie potrzebować czegoś mocniejszego.


Hogwart, około roku 1005

Hermiona zaklęła z frustracji. Od tygodni pracowała nad recepturą trucizny, lecz na razie nie osiągała efektów choćby zbliżonych do tych oczekiwanych. „Dobrze, że cokolwiek osiągnęłam" – powtarzała raz po raz – „bez pomocy Salazara nie byłoby mnie nawet tutaj. On mi bardzo pomaga, a nie mam aż tak wiele czasu, nie kiedy mam pod opieką dzieci zaś Abelard zasypuje pytaniami". Bardzo lubiła chłopca, którego poznała przed rokiem. Widziała w nim siebie z pierwszej klasy: ciekawego wszystkiego, chcącego znaleźć swoje miejsce w nowym świecie. W jakimś sensie przypominał Theo, bystrego chłopca z którym być może w innym czasie mogłaby zawrzeć bliską przyjaźń, a kto wie czy nie coś więcej. Teraz jednak wszystko jest już stracone, bowiem nigdy nie wróci do XX wieku, to … przyszłość a jej przeszłość.

- Nie wiem co robię nie tak! – jęknęła głośno.

- Rzadko mówię coś podobnego, lecz powinnaś wyjść na błonia zamkowe – usłyszała za sobą głos Salazara.

Przez lata nawykła do tego, że Slytherin spacerował cicho i zwinnie niczym kot. Nigdy nie miała możliwości by usłyszeć jak nadchodzi, ale wiedziała, że nie ma powodu by się go obawiać. Salazar bywał kąśliwy i złośliwy, lecz dbał o uczniów i tych, z którymi pracował. Poznała go całkiem dobrze przez poprzednie pięć lat.

- Tylko spróbuję zmienić liczbę liści belladonny – mówiła.

- Za długo pracujesz Hermiono – powiedział poważnie – Kalisto już cię szuka razem z Abelardem, dzieci nie powinny tutaj wejść.

- Zgadzam się – skinęła głową – tych dwoje zawsze znajdzie drogę tam, gdzie nie należy przypominają mi mnie oraz moich przyjaciół – rozmarzyła się – masz rację musimy mieć oczy dookoła głowy. Ale muszę coś sprawdzić.

- Nie – przerwał chwytając jej dłoń – za długo pracujesz i zaraz nawdychasz oparów. Nie pomożesz nikomu i niczemu przepracowując tak bardzo, aż doprowadzisz do wypadku. Chcesz pomóc przyjaciołom, ale musisz to zrobić mądrze.

- Wiem, ale tak mi ciężko – szepnęła – dobrze mi tutaj, ale czuję jakbym ich zdradzała, oni zostali sami na wojnie a ja rozmawiam z założycielami Hogwartu, poznaję zapomniane w moich czasach tajemnice magii. Dziękuję za pomoc w moich planach walki z Voldemortem, nawet jeśli nie uważasz, że to twój dziedzic.

- To interesujące zadanie, stworzyć plan do walki w przyszłości odległej o tysiąc lat – wyznał Salazar – to, że ten cały Voldemort zna mowę węży nie znaczy, że pochodzi ode mnie, nie tylko moja rodzina ma ten dar, a nie jestem jedynym przedstawicielem. Nie mam dzieci i nie mogę mieć dziedzica! – dodał ostro.

- Nie mówiłam, że.. – zaczęła.

- Araminta na pewno powiedziała ci o Ariadnie – przerwał Salazar – to żadna tajemnica, że moja piękna, zainteresowana starożytnymi rytuałami żona, tak bardzo pragnęła dziecka, że nie myślała o niczym innym. Zaczęła nawet używać nawet podejrzanych środków od oszustów ze świata bez magii, co rzecz jasna nie mogło doprowadzić do niczego dobrego – parsknął – Ariadna Peverell stanowiła idealną partię w oczach mego ojca i moich, przynajmniej na początku. Ty zaś Hermiono masz przynajmniej cel w życiu, pokonanie potężnego czarnoksiężnika to ambitne zadanie, a ja cenię ambicję.

Hermiona przygryzła wargę, jakby niepewna co powiedzieć. Rzecz jasna znała historię małżeństwa Salazara z Ariadną Peverell. Rodzina Peverell była w tych czasach szanowaną i zamożną rodziną czarodziei, podobnie jak rodzina Slytherin toteż związek między dziedzicem tytułu Lorda Slytherin z córką hrabiego Peverell uchodził za wszech miar właściwy. Wedle Araminty, tych dwoje łączyła prawdziwa miłość, nie tylko rodowy interes. „Spędzali całe godziny nad księgami i zwojami" – mawiała – „byli szczęśliwi". Lecz z czasem Ariadna zaczęła rozpaczliwie pragnąć dziecka, lecz z jakiegoś powodu nie mogła zajść w ciąże. Ówcześni uzdrowiciele załamywali ręce nie potrafiąc znaleźć przyczyny, ale Ariadny nie zadowalały podobne wyjaśnienia. Ona pragnęła mieć dziecko tak mocno, że zaczęła sięgać po najbardziej desperackie metody, łącznie z szukaniem rozwiązania wśród ludzi bez magii.

Spojrzała na Salazara, tego Salazara, który zawsze znał kąśliwe odpowiedzi na kolejne pytania. Dostrzegała w jego oczach ból, którego nie ukoiły lata, które minęły od śmierci Ariadny. Spojrzała na niego łagodnie, lecz nic nie powiedziała wiedząc jak źle ten dumny czarodziej zniósłby litość.

- Czy wiesz może w jaki sposób rzucić czary tak, by zwoje i przepisy przetrwały tysiąc lat? – spytała – to kolejny punkt mojego planu.

- Z tego co wspominałaś, nasze portrety wiszą w gabinecie dyrektora Hogwartu – zauważył Salazar – być może powinnaś mieć swój portret?

- Też o tym myślałam, ale znam chłopaków. Oni potrzebują szczegółowego przepisu – mówiła – Draco i Theo to lepsi warzyciele, ale wciąż nie mam pewności, czy posłuchają mnie. Może jakbyś coś powiedział, gdyby twój portret ich przekonał – dodała.

- Twój upór ma w sobie specyficzny urok – odparł – nie mam nic przeciwko otruciu bandy morderców, będących na usługach szaleńca. A nikt tego nie zrobi lepiej, niż jego zaufani – zakończył z uśmiechem – otruć tych, którzy zmusili cię do ucieczki i dręczyli to godny plan.

Pracowali razem już od jakiegoś czasu, ponad rok na dobrą sprawę. Salazar pomagał w pracach nad truciznami, znajdował dla niej pożyteczne książki i nauczał o roślinach, magicznych oraz zwyczajnych, tego czego nie wiedziała. Teraz jednak obiecał pomóc także w przyszłości, co ją uradowało. Zgodziła się by za nim pójść na błonia, nieraz tam spacerowali. Chodzili wzdłuż jeziora, a nawet po zagajniku który z czasem został Zakazanym Lasem, lecz wówczas, w roku 1005 nie spotkała w lesie nic gorszego niż lis czy wiewiórka.

Już dawno straciła rachubę czasu jaki spędziła w towarzystwie dostojnego czarodzieja. Był dla niej nauczycielem czarnej magii, kimś z kim ćwiczyła pojedynki i warzenie trucizn, ale przede wszystkim mentorem i kimś kogo coraz bardziej ceniła. Bardziej niż ceniła, bowiem sama przed sobą przyznawała, że przystojny, elegancki czarodziej w nienagannej szacie poruszał czułe struny w jej sercu. Dlatego pewnie na jej ustach zakwitał uśmiech ilekroć ich dłonie przypadkowo się spotkały. Nie sądziła by cokolwiek więcej było jej dane: Salazar głośno i wobec krytykował instytucję małżeństwa, narzekając jak to zmienia ona mądre, bystre kobiety w coś całkiem przeciwnego. Gorycz związana z końcem jego małżeństwa z Ariadną nie stanowiła czegoś co ukrywał, żadnej tajemnicy.

- Moja żona zwariowała na punkcie chęci posiadania dziecka – mawiał ostro – ty zaś chcesz zabić szaleńca, mieniącego się Lordem. To dobry plan, znacznie lepszy niż szaleństwo na punkcie macierzyństwa.

- Od kiedy zacząłeś mnie wspierać? – od jakiegoś czasu już nie nazywała go Mistrzem, nie wymagała tego od niej odkąd powiedziała, że planuje otruć czołowych śmierciożerców dolewając im do wina trucizn.

- Odkąd postanowiłaś przekonać swoich arystokratycznych kolegów do zabicia mojego rzekomego dziedzica – wyjaśnił splatając długie palce – walka wprost z przeważającymi siłami wroga to żaden plan, nie doprowadzi do niczego lepszego niż samobójstwo, lecz pomysł otrucia wroga, zabójstwa z ukrycia to coś co mogę wesprzeć.

- Sądzisz Salazarze, że Tom pochodzi z linii twego rodzeństwa, może od kuzynostwa? – spytała ostrożnie.

- To możliwe, minęło dobrze ponad dziewięćset lat od tej chwili do narodzin Meropy Gaunt. Nigdy nie słyszałem o rodzinie Gaunt, nie wiem w kogo dokładnie się wżenili.

- Lecz mówili o tobie!

- Moja rodzina … moja rodzina dawno znalazła sposób na sytuację, kiedy obecny Lord nie może spłodzić dziecka. Adoptuje wówczas syna ze swej rodziny i nazywa dziedzicem, być może adoptowałem siostrzeńca i historia tak go zapamiętała, jako dziedzica Salazara Slytherina bowiem nim właśnie był nawet jeśli nie ja go spłodziłem. Dlatego pewnie nie rozumiałem Ariadny, desperacja nie pomaga ni w poczęcia dziecka ni w niczym – dodał.

Hermiona skinęła głową. Owo rozwiązanie faktycznie tłumaczyło wszystko. Salazar Slytherin mógł, wzorem rzymskich wielmożów, usynowić dowolnego chłopca ze swej rodziny i nazwać swoim dziedzicem. Wedle praw rodzinnych, praw dziedziczenia i wszelkich zasad, owe dziecko było tym samym, co legalny syn. Tak wiele wiedzy zostało utraconej przez lata, nic zatem dziwnego, że nie rozróżniono adaptowanego syna Salazara Slytherina od rodzonego potomka. Lord Vodemort, a wcześniej rodzina Gaunt, z pewnością chcieli wierzyć w coś podobnego.

- Praktyczne – szepnęła – może faktycznie muszę odpocząć? Jutro uczę Abelarda i Kalisto, a tych dwoje potrafi zagonić każdego w kozi róg.

- Wiem, dlatego to moi ulubieni uczniowie. Będą pewnego dnia wielkimi czarodziejami.

Hermiona ceniła żywą inteligencję obojga dzieci. Kalisto oraz Abelard uważnie czytali wszystko co wpadło im w ręce, a jednocześnie zadawali pytania. Ona sama, będąc w ich wieku, pochłaniała każdą książkę nawet nie myśląc by w coś wątpić. Lecz początkowo nieśmiały, nieco przestraszony Abelard, zmienił się pod wpływem pewnej siebie Kalisto Black. I chociaż Hermiona nie miała w sercu za wiele miłości do rodziny Black, nie po spotkaniach z Bellatrix i Narcyzą, to jednak nie zapomniała Syriusza i tego jak zginął próbując ich ratować. „Kalisto to jeszcze dziecko, mała dziewczynka ciekawa tajemnic magii. Te okropieństwa, które przeżyłam będą mieć miejsce za prawie tysiąc lat nie mam prawa za nie winić małej dziewczynki". Mimo to zadry w sercu nie znikły, nie całkiem.

Niewiele wiedziała o przyszłości dwojga dzieci. Sama Kalisto znajdowała się na samym szczycie drzewa genealogicznego rodu Black. Wyszła za mąż, acz Hermiona nie pamiętała za kogo dokładnie, i miała troje dzieci jak wiele czarownic tamtych czasów. O Abelardzie słyszała jedynie raz od Theo, jako tym, który zbudował podwaliny pod bogactwo oraz wpływy rodu Nott. „My, rodzina Nott od zawsze ceniliśmy wiedzę, moc oraz spryt zaś to nie zawsze związane jest w czystością krwi w takim sensie, jak uważa Czarny Pan. Dyrektor Dumbledore to potężny czarodziej, a jest półkrwi. To ciekawe, czyż nie?". Nie mogła zapomnieć słów swego dawno utraconego towarzysza nauk.

Teraz, spędzając głównie czas na badaniach i nauczaniu dzieci, miała naprawdę dużo czasu na przemyślenia. Zrozumiała wówczas, że Theo Nott nigdy nie wierzył w ideologię czystej krwi, nie w taki sposób jak Lucjusz Malfoy i ta szalona dziwka Bellatriks. Theo owszem uważał kulturę i zwyczaje czarodziei za wspaniałe, lecz nie wyzywał jej od szlam, nie tak jak Draco. A i sam Draco ostatnimi czasy był raczej przerażony niż butny. Wyzywał ją, dokuczał lecz dawno pojęła różnicę między złośliwościami, przezywaniem a torturami i prawdziwym złem. Draco nie miał w sobie zła, to dupek i rozpieszczone książątko lecz na pewno nie potwór pokroju Voldemorta czy tej szalonej dziwki. Był przerażony i próbował pomóc… przez ostatnie miesiące, cały okres nauki z Roweną, raz po raz przeżywała swoje wspomnienia. Widziała przerażoną twarz Draco, kiedy zostali przywleczeni do salonu w Dworze Malfoyów i to, że ich rozpoznał nawet jeśli twierdził inaczej. Nauka oklumencji naprawdę pozwoliła przeżyć niejako na nowo swoje życie, przeanalizować kolejne decyzje, zrozumieć błędy i spróbować wyciągnąć naukę. Draco Malfoy nie był wrogiem, nie takim w każdym razie jak Bellatriks czy choćby Lucjusz Malfoy. To Lucjusz wielbił ziemię po której chodził Lord Voldemort, pozwalający swoim zwolennikom dawać upust swoim najbardziej mrocznym żądzom.


Posiadłość Nottów, rok 1998

Narcyza Malfoy często odwiedzała Tristana Nott, przez co wezwanie ni jej nie zaskoczyło ni nie wzbudziło podejrzenia. Pomagała mu czasem w organizacji przyjęć od śmierci jego żony, Celii i regularnie gościła w domu Theo, przyjaciela Draco. Narcyza w swoim czasie przyjaźniła się z Celią Nott, chociaż kobiety pochodziły ze starych rodzin czystej krwi, Blackowie znani byli ze swego konserwatyzmu i niechęci do mugolaków, zaś Prewettowie uchodzili za bardziej tolerancyjnych i otwartych. Celia Nott jednak, urodziwa, oczytana czarownica o nienagannych manierach, potrafiła zjednać sobie wielu, łącznie z Narcyzą. Co więcej, nawet Lucjusz Malfoy nie powiedział o niej nigdy nic złośliwego. Dlatego właśnie wyszła z domu nie budząc podejrzeń nikogo, a już na pewno nie Lorda Voldemorta, który przecież nie mógł zakazywać czarodziejom czystej krwi by spotykali się w swoim gronie i kontynuowali chlubne tradycje. Wyszła ze swego domu jak zawsze nienaganna i opanowana, lecz nawet jej opanowanie zostało wystawione na próbę, kiedy zobaczyła siostrę oraz syna popijających whisky w salonie Tristana. O nie, pani Malfoy nie miała nic przeciwko podobnej scenie i sama regularnie słuchała opowieści Andromedy o spotkaniach z Tristanem, lecz Draco?

- Usiądź Cyziu, napijesz się whisky, a może dobroci naszych kuzynków z Rosji? – spytał Tristan z uśmiechem.

- Jest jakiś powód dla którego mnie zaprosiłeś? – odpowiedziała pytaniem zajmując miejsce na fotelu – nie mam absolutnie nic przeciwko, lecz jak zdajesz sobie sprawę zaskoczyłeś mnie.

- O tak, lecz młody Draco przekazał mi radosne wieści – wyjaśnił Tristan – dokładnie to samo, co wcześniej opowiedział w zaufaniu Severus. Mamy szansę Cyziu, jest nas więcej i nadszedł czas całkiem jak sugerowały pisma samego Abelarda Nott.

- Niemożliwe, Abelard miał na myśli Draco? – spytała Narcyza otwierając szeroko oczy – a Czarny Pan z jego zapisków to…

- Tom – dokończył Tristan – miał na myśli Toma. Abelard Nott, założyciel rodu Nott – wyjaśnił miękko – był uczeniem Salazara Slytherina oraz Godryka Gryffindora, wielkim uczonym i wojownikiem swego czasu. pozostawił po sobie zapiski, w najgłębszej skrytce w naszym skarbcu w Gringottcie z wyraźnym nakazem „Niech zostanie otwarte przez patriarchę rodziny Nott w maju roku 1998". Znalazłem tam wiele pożytecznych informacji, sugestii. Mamy wielu przeciwników, lecz sposób na ich pokonanie oraz element zaskoczenia po naszej stronie.

- Co masz na myśli Tristanie? – spytała Andromeda – co ma z tym wspólnego twój przodek?

- Nie słyszałaś opowieści Draco? To nie bajanie – zapewniał Tristan – dokładnie o tym samym pisał Abelard, a i Severus powtórzył opowieść. Hermiona Granger, przyjaciółka mego syna, naprawdę cofnęła się w czasie na skutek wybuchu magii w salonie Cyzi. Z tego właśnie powodu nie może dokończyć szalonej misji, którą zlecił im Albus Dumbledore. Lecz chociaż Dumbledore uwierzył, że dzieciaki są w stanie pokonać czarnoksiężnika i jego pomocników, to odkrył największym sekret Toma. Czy wiesz dlaczego przeżył nieudany atak na dom Potterów?

- Zawsze mnie to zastanawiało, nie rozumiałam w jaki sposób tego dokonał – przyznała Narcyza.

- Horkruksy – wyjaśnił Tristan – wiesz czym są?

- Oczywiście, jestem Black – wyjaśniła Narcyza – ale horkruksy mogą być czymkolwiek!

- Stworzył ich sześć – powiedział Tristan – Dumbledore zniszczył dwa: pierścień oraz pamiętnik, Potter zniszczył medalion Salazara Slytherina, pozostały jeszcze dwa przedmioty należące do Założycieli Hogwartu: czarka Helgi Hufflepuff oraz diadem Roweny Ravenclaw. Poza tym, wedle Dumbledore'a Nagini to coś więcej niż chowaniec. Jak wiecie moje panie, nielekko zniszczyć horkruksa.

- Można użyć szatańskiej pożogi – zaproponowała Andromeda.

- Lub jadu bazyliszka, zaś na szczęście Potter zabił jednego dzięki temu mamy dostęp do kłów oraz jadu. Musimy jednak znaleźć czarkę oraz diadem.

- Czarkę ma w swoim skarbcu Bella – wyjaśniła Narcyza - Czarny Pan jej przekazał ów przedmiot, była z tego dumna. Musimy znaleźć sposób by się tam dostać, jakoś namówić ją by zechciała zabrać nas na wycieczkę do Gringotta.

- Ciotka tego nie zrobi, o ile nie zasłużę sobie na podobny zaszczyt, a ona lubi krwawe łaźnie jak polowanie na mugoli i szlamy – zauważył Draco.

- I coś takiego trzeba zaaranżować – zaczął Tristan – nie każę ci nikogo zabijać czy torturować, lecz stworzyć przekonujące przedstawienie dla ciotki.

- Ja zaś pójdę z wami, wybrać nieco galeonów na …. cóż, każda czarownica może czasem iść na zakupy, czyż nie? – uśmiechnęła się drapieżnie.

- Ale w jaki sposób mamy przekonać Bellę? – pytała Andromeda- nie chcę by Draco musiał zrobić coś okropnego.

- Ni ja – zgodziła się Narcyza.

- Być może ten skrzat … Zwinka przyda się na coś? – zamyślił się Draco – wydaje się naprawdę biegła w używaniu zaklęć, a to jak pomogła w ucieczce Potterowi oraz Weasleyowi wiele sugeruje. Lecz czy nie mam zwidów? Naprawdę wierzycie we wszystko co powiedziałem? Podróże w czasie, Granger przebywająca w jedenastym wieku? Nie potrafię wciąż w pełni przyswoić. Wszystko się dzieje tak prędko!

- Mamy coraz mniej czasu – powiedział Tristan – zatem mamy zarys planu. Zaraz odwiedzi nas Severus – kontynuował – ma wiele obowiązków w Hogwarcie, a jeśli zacznie współpracować z Potterem być może…. być może nasze szanse wzrosną.

- To niemożliwe – zauważył Draco – profesor Snape i Potter nie…

- A jednak Potter rozmawia z tobą Draco, idź do niego i przemów mu do rozsądku.


Hogwart, rok 1998

Harry Potter stał nad kociołkiem z książką do eliksirów i już wyglądał na zmęczonego. Odkąd przez paroma dniami, a może tygodniami, zostali uratowani jego życie uległo całkowitej zmianie. Rzecz jasna nie narzekał na zmianę zimnego, nawet jeśli był zaczarowany, namiotu na wygodny pokój i miękkie łóżko. Nie narzekał na zmiany w menu: zamiast grzybów i całkiem przypadkowych rzeczy jadł pożywne, obfite śniadania. Uciekając razem z Hermioną nie mogli rzecz jasna choćby marzyć jedzeniu smacznych posiłków, musząc zadowolić grzybami, leśnymi owocami i tym, co zdołali znaleźć po mugolskiej stronie. Dawno już przestali kierować się czymś tak głupim jak dumą, by nie spróbować czegoś z Tesco czy też resztek z restauracji. Duma nie ma znaczenia, kiedy walczy się o przeżycie. Byli słabszą stroną wojny z bezwzględnym wrogiem i nic więcej nie mogli zrobić.

A teraz wszystko uległo zmianie. Razem z Ronem trafili do Hogwartu, miejsca które od samego początku nauki stanowiło synonim bezpieczeństwa. Może i Komnata Tajemnic nie należała do przyjemnych miejsc, ciężko zapomnieć o bazyliszku i wysysającym życie dzienniku, lecz teraz już nie groziło im nic złego. Bazyliszek powoli gnił w sąsiedniej Komnacie, lecz co najważniejsze nikt tutaj nie schodził bowiem tylko wężouści mogli otworzyć przejście. Najwyraźniej także skrzaty domowe mogły tutaj trafić, co czyniło miejsce bezpieczną kryjówką i idealnym miejscem na treningi.

O nauki dbała Zwinka: kazała mu powtarzać eliksiry oraz trenować magię, ale nie zwyczajną magię lecz zaklęcia możliwe do użycia w walce. Prócz sypialni, miał do dyspozycji coś w rodzaju pokoju do treningu, podobną formę przybierał ongi Pokój Życzeń, a także bibliotekę. Gdyby nie wojna, owe dni mogłyby uchodzić za naprawdę wspaniałe. Lecz wszystko miało swój cel, zaś celem treningu była walka z mordercą jego rodziców i jego zwolennikami. Harry nie miał nic przeciwko walce, lecz eliksiry!

- Musisz znać podstawy – rozkazywał portret Hermiony – inaczej nie masz szans, Draco pomoże lecz nie możesz polegać tylko na nic. Antidota są kluczowe!

- Rozumiem Hermiono, ale czarna magia – mówił mając wątpliwości co do zaklęć, które miał poznawać.

- Harry, nie pokonamy czarnoksiężnika nie używając zaklęć bojowych. Ilu ludzi zginęło przez podobne nastawienie dyrektora? Moody, a i my prawie zginęliśmy, musimy wiedzieć jak walczyć tak by zabijać a nie oszałamiać. Ci ludzie chcą nas torturować lub zabić, nie możemy im na to pozwolić. Musimy zabić ich, nim oni zabiją kogoś, kto nie może się bronić! Jakie szanse mają przeciw nim zwykli mugole? – argumentowała.

- Lecz Moody zawsze mówił, że używając czarnej magii zniżamy się do ich poziomu. Czy nie będziemy tacy jak oni?

- Moody nie żyje – przypomniała bezlitośnie – a różnica jest ogromna, bowiem my nie znajdujemy przyjemności w zabijaniu. Jesteśmy jak żołnierze lub policjanci, zabijamy złych ludzi po to, by nie skrzywdzili innych. Ktoś musi bronić niewinnych i ta rola przypadła nam. Pozostała nas garstka i nie możemy sobie pozwolić by jeszcze bardziej opaść z sił.

- Bo inaczej on… Vol… wygra – dokończył Harry – a nasze życie stanie się nieznośne. Mugole będą atakowani.

- I w końcu dowiedzą o istnieniu magii, a wówczas rzucą przeciw czarodziejom wszystko co mają – dokończył portret.

Toczył podobne rozmowy z portretem Hermiony praktycznie codziennie. Zwinka nie dawała mu szansy na za długie rozmyślania, bowiem skrzatka miała za zadanie uczyć Harry'ego a plan treningowy był napięty. Harry musiał unikać ciskanych klątw, opanować uniki oraz reagować możliwie szybko i sprawnie na zmieniająca sytuację. Toczyli wojnę i musieli nauczyć walczyć. Jakże byli nieprzygotowani!

Od czasu fiaska w ministerstwie magii uciekali niczym zwierzyna łowna, przegrywając. Ron znowu od nich odszedł w zaledwie kilka tygodni po tym jak wrócił, wyraźnie niezdolny by pozostać z nimi na dłużej. Ich przyjaźń wisiała na cienkim głosku, a może już została całkowicie zerwana. A pomóc miał Draco Malfoy ze wszystkich możliwych osób. Ten sam Draco Malfoy, który zatruwał mu życie przez prawie cały czas nauki w Hogwarcie, który wyśmiewał pochodzenie Hermiony, biedę rodziny Rona oraz sieroctwo samego Pottera. A teraz mają grać w jednej drużynie, bo wymyśliła Hermiona.

Harry patrzył na portret czarownicy, która była ongi jego pierwszą przyjaciółką. Ron był jego najlepszym przyjacielem, lecz Hermiona czymś więcej. Nie, nigdy nie łączyła ich romantyczna miłość jak uważał zazdrosny Ron, lecz czyste, pozbawione elementów zmysłowych uczucie brata do siostry. Nigdy go nie zawiodła, nigdy nie odwróciła plecami i zawsze, ale to zawsze mógł na nią liczyć nawet jeśli inni odmawiali wsparcia. I tylko dlatego słuchał, ponieważ Hermiona nigdy go nie zawiodła. Kobieta na portrecie nie miała osiemnastu lat, lecz więcej chociaż trudno było określić jej wiek. Lecz chociaż zdecydowanie nie była dziewczyną, pozostały w niej znajome rysy, nawet jeśli zmienione przez wiek.

Jej kapryśne, jakby żyjące własny życiem, włosy zostały upięte w elegancki kok. Fryzurę podtrzymywały ciężkie, srebrne spinki zdobione w ornamenty przypominające węże. Podobne zdobienia Harry widział jedynie w książkach go historii, lub na portretach czarodziei z innych epok, zaś w przypadku Hermiony całość wyglądała dziwacznie. W uszy nosiła wpięte długie, srebrne kolczyki z szafirami przypominającymi winne grona, zaś kolor klejnotów pasował do ciemnozielonej sukni z długimi rękawami. Rozmawiała cierpliwie z Harrym i Draco, a obaj chłopcy byli niewątpliwie zaskoczeni słysząc głos swojej koleżanki będący jedynie echem docierającym do nich poprzez wieki. Hermiony nie ma już między nimi i już do nich nie wróci. Została od nich oddzielona barierą tysiąca lat i nie ma sposobu by takową przekroczyć. Stracili ją na zawsze, a teraz pozostała im jedynie rozmowa z cieniem czarownicy, którą ongi była. Zaś na portrecie dostrzegał nie tylko nią, lecz kogoś jeszcze i to osobę od której nijak nie oczekiwał pomocy. Lecz czyż świat magii nie zaskakiwał raz po raz?

- Potter nie mieszkaj w taki sposób! – głos Draco niewiele stracił ze swej zwykłej złośliwości – masz przygotować antidotum, nie truciznę.

- Malfoy, jak zwykle niezawodny – parsknął Harry.

- Oczywiście Potter, dlatego jestem częścią planu – uśmiechnął się – bo któż inny zdoła wślizgnąć do kwatery głównej z trucizną?

- Wciąż ciężko mi uwierzyć, że chcesz nam pomóc.

- Możesz nie wierzyć, ale mój brak miłości do mugoli nie oznacza od razu zgody by moja szalona ciotka mordowała kogo popadnie, czy by śmierciożercy zabijali ludzi w moim salonie. Może w twoim gryfońskim świecie nie ma miejsca na odcienie szarości, ale ich nie brakuje. A na razie musimy zniszczyć kolejne horkruksy, zaczynając d tego w skrytce ciotki Belli.

- Bellatriks całkiem straciła nad sobą panowanie, kiedy podejrzewała włamanie. To nie przypadek – mówił portret Hermiony – tam coś się znajduje, być może czarka Helgi. Cała rzecz w tym, w jaki sposób wejść do Gringotta.

- Może się włamiemy? – pytał Harry.

- Nie, porażka w ministerstwie magii starczy. Nie możemy stracić kolejnej, bezpiecznej kryjówki. Nie stać nas na to.


A/N Oczywiście Rzeczpospolita Magiczna to nawiązanie do mojej innej historii, tutaj za wiele o tym nie będzie ale to moje podwórko i tutaj magiczna Polska, o której nic nie wiemy z kanonu, trzęsie magiczną Europą i ostro rywalizuje o palmę pierwszeństwa z carską Rosją. I traci cierpliwość do śmierciożerców.