Dziękuję za polubienia i dodanie do śledzonych.
Hogwart rok 1998
Severus Snaple nie spodziewał się przeżyć wojny. Nie żeby jakoś specjalnie mu na tym zależało, czy też miał pozostawić za sobą zrozpaczoną rodzinę. Nic z tych rzeczy. Nijak nie był samobójcą czy też kimś nieodpowiedzialnym, ale po prostu realistą. Zabił Dumbledore'a, zatem nie ma powrotu na jasną stronę. Jeśli wygra Czarny Pan wygra, w Anglii zapanuje anarchia której skutków nie sposób przewidzieć i kto wie ile głów poleci. Z kolei jeśli jakimś cudem wygra jasna strona, to dla zabójcy ich bohatera nie ma innej opcji niż cela w Azkabanie lub nawet Pocałunek Dementora. Dlatego pewnie przeglądał kolejne raporty, pomagając sobie ognistą whisky.
Teraz do gabinetu weszli Amycus i Alecto Carrow. Zostali tutaj zainstalowani przez Voldemorta, który nie znoszącym sprzeciwu tonem „zasugerował" by trafili do Hogwartu. „Oni ci pomogą Severusie, masz tak wiele pracy". Dlatego właśnie Amycus „nauczał" czarnej magii, zaś Alecto „nauczała" mugoloznastwa, zaś to co rozumieli jako nauczanie drażniło go niepomiernie.
- Nie możecie używać uczniów czystej krwi jako celów treningowych – wycedził – Longbottom to zakała sztuki eliksirów, ale też dziedzic starej i bogatej rodziny.
- Ale to zdrajca krwi, zasługuje na szlabany za obrażanie Czarnego Pana – mówiła Alecto.
- Szlabany tak, radzę ci tylko miarkować się. Amycusie, radzę ci byś nie uczył takich Crabbe czy Goyle szatańskiej pożogi – spojrzał na drugiego śmierciożercę.
- To młodzi wojownicy w służbie Czarnego Pana, zaś Czarny Pan dba o edukację młodych czarodziei – sprzeczał się Amycus.
- Słowo Czarnego Pana jest prawem – powiedział Severus splatając ręce – lecz Czarny Pan niezwykle ceni mury Hogwartu, dzieło swego przodka wielkiego Salazara Slytherina. Niedobrze by klasy czy inna część prastarego zamku uległy zniszczeniu z powodu źle rzuconego zaklęcia szatańskiej pożogi!
- Crabbe i Goyle to potomkowie najlepszych rodzin i nie popełnią błędów jak jakieś szlamy! – syknęła Alecto – a może w to wątpisz Severusie? – odparła odsłaniając zęby.
- Uczyłem tych dwoje przez lata i znam umiejętności moich uczniów oraz ich ograniczenia. Mówię tylko, że szatańska pożoga to niebezpieczne zaklęcie – przypomniał chłodno – nie bierz do ręki przedmiotów o nieznanym pochodzeniu, ni nie należących do ciebie Alecto – wycedził wisząc jak czarownica dotyka jednego z przedmiotów w gabinecie.
I podobnie wyglądały wszystkie kolejne rozmowy z wymuszonym towarzystwem. Nic jednak nie mógł zrobić, bowiem sprzeciwianie się woli Czarnego Pana to pewność bolesnej, powolnej śmierci. Severus zaś z pewnością nie pragnął bolesnego końca. Dlatego tylko westchnął, po czym z uśmiechem przyjął zaproszenie od Tristana Notta.
Mógł odwiedzać starszego arystokratę bez wzbudzania podejrzeń. Dostojny Nott, jeden z pierwszych śmierciożerców i przyjaciel samego Czarnego Pana był powszechnie poważany w środowisku. Nawet jeśli niektórzy, jak Lucjusz Malfoy, zazdrościli mu pozycji to niewiele mogli przeciw niemu uczynić ponieważ Nott był zamożnym czarodziejem czystej krwi, szanującym tradycję i okazującym zdrową niechęć wobec mugolaków i zdrajców krwi. Rodzina Nott, podobnie jak Blackowie, mieli wśród krewnych wpływowych czarodziei z całej Europy co czyniło go dość bezpiecznym. „W moim wieku nie mogę już tak walczyć jak ongi panie, lecz mogę wspierać cię inaczej" – wyjaśnił ongi Voldemortowi i w owych słowach tkwił głęboki sens.
- Muszę udać się na spotkanie Minerwo – wyjaśnił swej zastępczyni – wrócę za godzinę czy też dwie. Wyślij mi patronusa jakbyś
- Oczywiście dyrektorze – wycedziła Minerwa McGonagall – jak pan sobie życzy.
Minerwa McGonagall niespecjalnie ukrywała swoją nienawiść do dawnego kolegi. W oczach członków Zakonu Feniksa, Severus Snape był mordercą ich przywódcy i wielkiego czarodzieja. Wielkość Albusa Dumbledore nie budziła wątpliwości nawet wśród większości jego wrogów, w każdym razie tych co bardziej bystrych, a i sam Lord Voldemort czuł respekt przed dawnym nauczycielem. To jednak o czum zapominali zwolennicy, to fakt, że będąc jedynie człowiekiem Albus Dumbledore ma swoje słabości i może popełnić błędy. I dlatego dotknął Pierścienia Wskrzeszenia, który nieświadomy Tom Riddle uczynił horkruksem. Klątwa zabijała powoli starszego czarodzieja o czym wiedział tak on jak i sam dyrektor. Niesprawna ręka stanowiła jedynie zapowiedź czegoś znacznie gorszego, co nastąpi kiedy klątwa dotrze do mózgu.
Lecz Minerwa nie została wtajemniczona w plan. Albus nie chciał by ktokolwiek wiedział o tajnym planie, by ktokolwiek wiedział o wyprawie po horkruksy, którą zlecił trójce nastolatków. Nawet sam Severus nie wiedział o tym, co dla trójki nieświadomych dzieci zaplanował dyrektor aż do niedawna. Prawdę poznał od, ze wszystkich możliwych źródeł, od zwykle milczących porterów Założycieli Hogwartu. I jeśli wcześniej podejrzewał, że paskudna klątwa dotarła do umysłu Albusa Dumbledore, to właśnie zyskał przekonujący dowód. Wysłanie dzieci, w tym Weasleya nie potrafiącego rzucić porządnie zaklęć i mającego problemy z własną zazdrością, na poszukiwanie niebezpiecznych artefaktów bez powiedzenia im w jaki sposób mają takowe zniszczyć to szaleństwo w czystej postaci. A oni mają już stanowczo za wiele szaleńców. Tylko Tristan Nott miał dość przenikliwości, chociaż nikt nigdy nie wiedział po której stronie leży lojalność. Lecz chociaż należał do najstarszych zwolenników Czarnego Pana, to jego żona Celia pochodziła z rodziny Prewett jako kuzynka Molly Weasley.
- Nie powinnaś być tak surowa wobec człowieka, którego lojalności nie znasz profesor McGonagall – odezwał się portret Roweny Ravenclaw.
- Severus Snape zabił dyrektora Dumbledore – powiedziała lodowato Minerwa – zabił człowieka, który mu ufał!
- Nie znasz całej historii – wyjaśnił portret Roweny.
- Nie możecie – zaprotestował gwałtownie portret Albusa – byłem dyrektorem Hogwartu, zaś portrety mają obowiązek wykonywać polecenia dyrektora! Zakazałem komukolwiek szeptać o tajemnicach wypowiedzianych w tych czterech ścianach.
- Jesteśmy Założycielami Hogwartu i nie obowiązuję nas żadne ograniczenia – powiedział chłodno portret Salazara - obserwowaliśmy przez długie wieki jak nasza szkoła rosła w chwale. Widzieliśmy cię Albusie Dumbledore i to jak nie dostrzegasz zagrożenia, jak pomimo swej wielkości nie rozumiesz. Tak bardzo obawiałeś się nadużycia czarnej magii, że w ogóle nie pozwalałeś swoim walczyć. Nie interweniowaliśmy by nie zmienić linii czasowej, lecz teraz jesteśmy wolni a ja nie zamierzam patrzeć jak szaleniec kala moje rodowe nazwisko i używa takowego by uzasadnić zabijanie. Minerwo McGonagall, zawsze byłaś bystra i przenikliwa czyż nie zastanowiło cię dlaczego Severus Snape z taką lekkością pokonał dyrektora?
- Tak, lecz – zaczęła Minerwa.
- To było zaplanowane by zapewnić Severusowi pozycję w szeregach samozwańczego Lorda, by mógł ochraniać uczniów Hogwartu – wyjaśnił porter Salazara – to dobry plan, lecz trzeba więcej rozsądku w domu szaleństwa. Albus Dumbledore umierał z powodu bardzo starej i zabójczej klątwy, Severus skrócił jego męki i zaoszczędził najgorszego. On jest przeciwnikiem samozwańczego Czarnego Pana tak jak i wy. Nie musicie się przyjaźnić, ani nawet lubić lecz musicie ze sobą współpracować jeśli chcecie przeżyć i móc prowadzić życie wolne od terroru. To czy podążacie za tradycją czy też za nowymi ideami winno stanowić wasz wybór, nie nakaz tego czy innego czarodzieja.
- Tak, lecz dlaczego milczeliście wcześniej? – spytała zaskoczona McGonagall – przecież wszystko co miało miejsce, stanowił dla was odległą przyszłość!
- Nie całkiem – wyjaśnił portret Roweny – odwiedził nas gość z odległej linii czasowej, bystra czarownica imieniem Hermiona. Nie mogliśmy wpływać na nic związanego z nią czy wami, ponieważ to by wprowadziło zamieszanie, lecz teraz jesteśmy na nowo wolni od ograniczeń. Przez wieki milczeliśmy, bowiem sprawa dotyczyły spraw odległych i ludzi nam obcych lecz teraz to całkiem inna sprawa. Musisz bowiem wiedzieć, że..
Hogwart rok 1005
Hermiona wyszła na długi spacer po zamkowych błoniach. W tamtym czasie tak zamek jak i ogrody były odmienne niż za czasów jej szkolnej edukacji, ale sama Hermiona zaczynała uważać ten nowy Hogwart za swój dom już jakiś czas temu. Spędziła pięć lat razem z Założycielami i pierwszymi uczniami Hogwartu, zaś w swoim czasie sześć. Jakkolwiek dziwacznie to niedługo przeszłość, coś co ongi uważała za przeszłość, stanie czymś bliższym niż dawne życie. Lubiła spacerować po spokojnych, przyjemnych terenach nie bojąc ni wojny, ni potworów z Zakazanego Lasu ni niczego innego.
W roku 1005 rzecz jasna nie istniał Zakazany Las, chociaż ów teren porastał niewielki zagajnik. Nie wiedziała jednak czy zagajnik, który widziała z okien swej komnaty to naprawdę Zakazany Las czy może po prostu w różnych czasach akurat tam sadzono drzewa. Tak czy inaczej, w roku 1005 zagajnik stanowił niczego nadzwyczajnego, nic groźnego: po prostu przyjemny zagajnik pełen brzóz, dębów oraz sosen gdzie mieszkańcy zamku mogli odpocząć, nacieszyć pięknem przyrody czy udać na schadzkę. Zarówno Helga jak i Salazar mieli tam swoje grządki z pożytecznymi roślinami potrzebnymi tak jako składniki eliksirów jak i do leczenia. Helena miała tam swoje klomby, zaś Godryk często tam ćwiczyć przy dobrej pogodzie. Sama Hermiona zaczęła także przychodzić tam z książkami, a często pracowała razem z Salazarem, ku swej radości. Nie rozumiała dlaczego z czasem ów przyjemny zakątek został lasem rodem z horroru pełnym Akromantul i innych, niebezpiecznych stworzeń. Dlaczego na Merlina Albus Dumbledore pozwolił by w pobliżu szkoły pełnej dzieci rósł las pełen potworów mogących pożreć uczniów? Lubiła Hagrida, nie tak jak Harry lecz zawsze, uważała go za dobrego i dzielnego człowieka lecz niezdolnego dostrzec, że potwory to nie miłe, włochate szczeniaczki łaszące do właściciela. Stanowiły śmiertelne zagrożenie, czego nie dostrzegał skądinąd porządny Hagrid.
Któregoś przyjemnego, wrześniowego dnia siedziała ze zwojami w dłoni. Siedziała na miękkim kobiercu traw, pod rozłożystym dębem korzystając z wolnego dnia. Nieczęsto miała okazję by po prostu cieszyć pięknem dnia, bowiem pracowała naprawdę ciężko, lecz i tak znacznie więcej okazji niż w swoim czasie. Kiedy zaś nie pracowała nad recepturami trucizn, nauczała dzieci zaś Abelard i Kalisto wręcz domagali dodatkowych lekcji a ona cóż, sama kochając magię nie odmawiała. Dlatego pewnie nieczęsto mogła siedzieć nad stawem, zapisując swoje obserwacje. Miała coraz bardziej wykrystalizowany plan, który właśnie wprowadzała w życie. Musi uratować przyszłość dla swoich przyjaciół. A chociaż znalazła tutaj nowy dom i ludzi, których polubiła nie zapomniała o pozostawionych w przyszłości Ronie oraz Harrym. Być może dostrzegła by coś wcześniej, gdyby nie to, że wciąż niejako tkwiła w dwóch strefach czasowych?
Salazar podążał za nią od Hogwartu. Ubrany w długie, szmaragdowe szaty potrafił sprawić, że kroki stawały się nieomal niesłyszalne. Obserwował młodą, brązowowłosą czarownicę od czasu kiedy trafiła do nich w tajemniczy sposób. I chociaż początkowo uważał Hermionę za dziecinną to jednak z czasem zmienił swoje nastawienie. Nauczał czarownicę czarnej magii i nie mógł zarzucić niczego jej zaangażowaniu oraz ciężkiej pracy. Trenowała nowe zaklęcia do upadłego, a także eliksiry, trucizny oraz nauki sztuk umysłu z Roweną. Salazar nijak nie podzielał jej poglądów, lecz zaangażowanie i ciężka praca stanowiły coś, co podzielał zawsze i u każdego. Teraz zaś patrzył na czarownicę siedzącą na łące, piszącą coś zawzięcie.
W długiej, granatowej sukni wyglądała elegancko zaś ciepła pogoda zachęcała do korzystania z uroków późnego lata. Obserwował jej długie, zręczne palce zaciskające na piórze, a jeszcze bardziej małe piersi unoszące przy każdym wdechu oraz wydechu. Obserwował jak tworzyła nowe mikstury, jak nauczała dzieci i głośno przyznawał, ze zupełnie go zaskoczyła bowiem zamiast być całkowitą porażką jako nauczycielka okazała się naprawdę cennym nabytkiem dla ich szkoły.
- I ja lubię tutaj czasem przychodzić – powiedział wyrywając ją z zamyślenia – piękno lasu pomaga zebrać myśli. Mogę się przysiąść?
- Oczywiście – zapewniła – ciepłe powietrze pomaga mi odpocząć po całym dniu pracy. Czasem – zaczęła – czasem, czasem chyba za bardzo tkwię myślami w przeszłości… przyszłości na dobrą sprawę. Tutaj – wskazała dłonią na niewielkie, leśne jeziorko – tutaj jest mój świat i moje życie, moi uczniowie i …. co właściwie najważniejsze przyjaciele – dodała – nie mogę zapomnieć o chłopakach, lecz muszę dostrzegać szczęście obok siebie.
Salazar zajął miejsce obok niej, siadając na wciąż ciepłej ziemi. Hermiona posłała mu zachęcający uśmiech, z trudem panują nad swoim wielkim poruszeniem. Od miesięcy podziwiała dostojnego, pewnego siebie czarodzieja. Jego czarne włosy, przenikliwe spojrzenie przypominały o Severusie Snape, w każdym razie z czasów kiedy nie ciążył na nim zarzut morderstwa, a ona zawsze miała słabość do nauczycieli. Dlatego na usta wkroczył jeszcze szerszy uśmiech, kiedy poczuła jak jego dłoń złapała jej dłoń.
- Cieszą mnie twoje słowa Hermiono – szepnął Salazar, patrząc uważnie na Hermionę – nawet nie wiesz jak bardzo.
- To mój nowy dom – powiedziała patrząc na niego uważnie – zostawiłam za sobą dawne życie, lecz zaczęłam nowe. Nie zapomnę o moich pierwszych przyjaciołach, lecz dostałam tutaj naprawdę wiele. Mogę żyć z dala od strachu i wojny, w miejscu gdzie mogę wreszcie zajmować tym, czym każda młoda kobieta powinna: stroić, poznawać nowych ludzi i nauczać, a nie walczyć z żądnymi krwi czarnoksiężnikami.
- I tak być powinno – odparł – właśnie tak piękna Hermiono.
Zanim Hermiona zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, ucieszyć z owego komplementu siedzący obok mężczyzna uchwycił jej twarz w dłonie i spojrzał nań uważnie. Nigdy nie nawiązali równie bliskiego kontaktu wzrokowego, a ona spojrzała prosto w przenikliwe oczy. Po chwili przysunął bliżej i przesunął długimi, zwinnymi palcami po twarzy kobiety. Owo wrażenie bardzo się jej podobało, a jeszcze bardziej spodobało kiedy złożył na jej ustach pocałunek.
Początkowo nie wiedziała jak zareagować. Zauroczenie czarodzieje trwało już jakiś czas, ale nigdy nie liczyła na cokolwiek więcej. Podziwiała go obserwując przy pracy, uczyła pilnie wszystkiego chcąc zasłużyć na podziw w jego oczach, lecz nie liczyła na wzajemność. Przecież była wciąż bardzo młoda, pochodziła znikąd, zaś Salazar to przedstawiciel szanowanej rodziny i czarodziej, który wiele osiągnął. A mimo to złożył na jej ustach pocałunek i nie śniła. Początkowo nie wiedziała jak zareagować, jej usta pozostawały zasznurowane. Po chwili jednak zaczęła z przyjemnością smakować owo doznanie i rozchyliła wargi.
Nie musiała czekać na reakcję dłużej niż chwilę. Początkowo jakby nieśmiały, przyjacielski pocałunek nabrał więcej śmiałości. Do tej pory nie miała wielkiego doświadczenia z pocałunkami, nie licząc przelotnych gestów Wiktora na czwartym roku. Wówczas jednak naprawdę do niczego nie doszło, chociaż Ronald raz po raz jej to wypominał. Nijak też nie dzieliła niczego z Harrym, wbrew temu co sugerował Ron: owszem nieraz spali na jednym posłaniu w namiocie lecz z potrzeby bliskości drugiego człowieka, nie zmysłów. Harry był jej bratem, a dzieląc posłanie mniej marzli. Nigdy nie przyszło Hermionie do głowy by rozważać cokolwiek innego, niż zwyczajne gesty. Teraz jednak z radością przyjmowała pocałunki statecznego czarodzieja, rozchylając zachęcająco wargi. Nie musiała czekać na reakcję: pocałunki mężczyzny stawały się coraz bardziej gorące, coraz bardziej namiętne zaś ona ulegała jego pragnieniom.
Hermiona straciła poczucie czasu. Wcześniej nie rozumiała opowieści Lavender o tym jak mogła godzinami całować tego czy innego chłopca. Uważała owe słowa za cytaty z jakiś kiepskiej jakości opowiadań dla czarownic, których czytanie zwykle nie jest popierane przez rodziców. W większości owe historie zawierały wielce sugestywne, opatrzone ruchomymi obrazkami opisy czynności seksualnych, nic innego jak magiczną pornografię. Koleżanki czytały owe opowieści wieczorami w dormitorium, ku wielkiej irytacji Hermiony. Teraz zaś zaczęła rozumieć, że naprawdę można spędzić długie chwile nie robiąc nic innego, jak całować czarodzieja. Niewiele mówili, nie potrzebowali zaś ona gładziła jego policzki i uśmiechała do niego radośnie. Wymieniali to przelotne, to bardziej namiętne pocałunki w ten piękny, wrześniowy dzień.
- Mogłabym tak spędzić cały dzień – westchnęła składając głowę na jego ramieniu.
- Możemy częściej spacerować – zapewnił przeczesując jej włosy – i spędzać więcej czasu razem.
- Brzmi naprawdę wspaniale – mruknęła – nie śmiałam nawet o tym marzyć Salazarze, że ci się spodobam.
- Cenię ambitne czarownice, a ty jesteś ambitna. I zrozumiałaś, że twoje miejsce i życie jest tutaj, nie zaś w dwudziestym wieku.
- Tak – skinęła głową – mam tam przyjaciół i chcę pokonać Voldemorta tak dla nich jak i dla ciebie, by ten szaleniec nie używał twego dobrego imienia dla uzasadnienia do mordów. Razem z innymi pragnąłeś stworzyć szkołę magii, chronić młodych czarodziei nie zaś prześladować innych.
- Wiem, powinniśmy wracać moja słodka Hermiono.
- Tak, nim zaczną nas szukać.
Wrócili do Hogwartu trzymając się za ręce. Ów widok Araminta tylko się uśmiechnęła, zaś Helena była jak zawsze skwaszona. Hermiona już dawno przestała próbować zaprzyjaźnić się z młodą Ravenclaw. Dwie czarownice były całkowicie różne, zaś sama Helena sprawiała wrażenie kogoś, kto niespecjalnie lubi towarzystwo innych osób. „Moja córka ma niestety temperament po swoim ojcu, on zaś pomimo bycia dobrym człowiekiem, nie należał do zbyt otwartych osób". I Hermiona postanowiła dać sobie spokój z próbą zaprzyjaźnienia z Heleną.
- Już mieliśmy zacząć was szukać – powiedziała Araminta uśmiechając szeroko – Abelard i Kalisto pytali o ciebie Hermiono, pobiegli w kierunku zagajnika – dodała.
- Dzieci – zaśmiała się Hermiona – powinnam znaleźć im więcej zajęć.
- I namawiać Salazara by częściej wychodził ze swej pracowni - dodała Rowena.
Hermiona nie miała pojęcia jak inni przyjmą wieści o ich nowej relacji, ale poza kwaśną miną Heleny reszta podeszła do sprawy spokojnie. Nie mogła uwierzyć, że została przez nich zaakceptowana, nie teraz lecz już wcześniej dzięki swej ciężkiej pracy. Naprawdę znalazła swój nowy dom, tysiąc lat od miejsca swego urodzenia.
Nie po raz pierwszy ciężko pracowała, lecz w jej czasach owa ciężka praca niekoniecznie była doceniana. Pomagała w opiece nad dziećmi, uczyła je i dzień po dniu od prawie pięciu lat pokazywała, że jest cennym mieszkańcem zamku. Od małego kochała książki i chociaż bez trudu zostawała ulubienicą nauczycieli, niekoniecznie docierała do kolegów. Określenie kujon przylgnęło do niej już na początku podstawówki, zaś w Hogwarcie wcale nie było lepiej. Draco Malfoy i jemu podobni raz po raz udowadniali jak do nich nie pasuje. Próbowała przekonać jak bardzo zasługuje na swoje miejsce, lecz teraz, w dalekim czasie i kraju pojęła, że niektórych nigdy nie przekona nie ważne co zrobi. „Niektórzy po prostu będą do ciebie źle nastawieni Hermiono, nie ważne co też uczynisz" – mawiała matka – „nie przejmuj tymi ludźmi, po prostu rób swoje". I teraz tak zamierzała czynić. Nieustanne słyszała owe słowa i postanowiła wreszcie zrobić użytek z rady.
Rzecz jasna w jej czasach, czasach młodości, nie wszyscy byli źli czy wrogo nastawieni. Neville zawsze służył wsparciem i informacjami na temat zwyczajów czarodziei czystej krwi. Theo, którego poznała w trzeciej klasie podczas zajęć z Run, okazał inteligentnym towarzystwem i partnerem do projektów na lekcje. Podobnie oceniała Daphne Greengrass i w innych czasach i bez Voldemorta z pewnością zostaliby przyjaciółmi. Harry przypominał nieco zagubionego chłopca, a Ron.. to przez Rona najczęściej płakała. Rudzielec nie miał serce po złej stronie, lecz niestety dojrzałość pięciolatka. Ciągle zmagał się ze swoimi kompleksami oraz zazdrością, a na owych zmaganiach cierpieli inni. Im dłużej myślała o swej zagubionej przyszłości, tym bardziej dochodziła do wniosku, że powinna włączyć Theo do swego planu. Draco wyraźnie nie popierał szaleństwa, Theo… Theo tym bardziej lecz nie chciała go wciągać bardziej niż to konieczne.
Nie miała za dobrych wspomnień związanych z Tristanem Nottem. Jakże mogła by zapomnieć o tym jak ów czarodziej próbował wydać ich w ręce Voldemorta? Należał do tych, którzy czekali na nich w Departamencie Tajemnic w czasie owej szalonej wyprawy. I chociaż stał raczej z boku i nie wykazywał ni maniakalnego podniecenia Bellatriks i Lucjusza, to jednak złapał Harry'ego w czasie walki, zaś ona go oszołomiła. Draco tkwił po uszy w tym bajzlu przez swego ojca, jego dom został kwaterą główną śmierciożerców, lecz Theo żył na uboczu. Chociaż tyle winna jest przyjacielowi, chociaż jeden może pozostać z dala! Nie mogła wiedzieć jak dalece Tristan Nott rozczarował się śmierciożercami i że planował coś całkiem innego niż podejrzewała Hermiona. Nie miała o tym pojęcia i mieć nie mogła, dlatego myślała raczej o tym, by trzymać go na dystans. Nie chciała by jeszcze jedna osoba trafiła w sam środek awantury.
- Powinnaś rozważyć zaangażowanie przyjaciela – radził Salazar – z tego co mówisz, owej wojny nie sposób uniknąć a jedynie co można wybrać to stronę i sposób zaangażowania. A przeciwnicy szalonego Lorda nie narzekają na nadmiar środków.
- Sama nie wiem – mówiła – martwię się o niego, to dobry człowiek.
Takich rozmów toczyli wiele, zaś dzięki Salazarowi zaczęła mieć coraz bardziej sformułowany plan, by pokonać Voldemorta. Wcześniej chodziło o pokonanie zagrożenia dla siebie, przyjaciół oraz rodziny. Teraz dodatkowo chciała jeszcze uratować dobre imię czarodzieja, którego pokochała. Salazar nie zasłużył na to, by używać jego imię zostało użyte jako wyjaśnienie dla ludobójstwa. Mało kto zasłużył na coś podobnego, to naprawdę okropny koniec.
Dom Tristana Nott, rok 1998
Andromeda Tonks nie po raz pierwszy nocowała u swego kochanka, lecz tamten wieczór był całkiem inny. Rozmawiała o swoich troskach związanych z Draconem, córką lecz oto teraz zarówno siostrzeniec jak i ukochany byli w jednym miejscu i jednym domu. A ona mogła zasnąć w jego ramionach po tym jak przed snem czule się kochali.
Niestety przebudzenie nie należało do przyjemnych. Od jakiegoś czasu cierpiała z powodu porannych mdłości, podejrzewając o przyczynę te czy inne danie na kolację. Żołądek strajkował co rano, a jak każda dorosła czarownica mogła podejrzewać przyczynę, nie mającą za wiele wspólnego z niestrawnością. Dlatego pewnie rankiem, w łazience rzuciła znane każdej czarownicy zaklęcie diagnostyczne.
- O Merlinie – jęknęła widząc jak różdżka zalśniła na różowo. Była w ciąży, co rzecz jasna będzie musiała potwierdzić badaniami w świętym Mungu, lecz na razie wiele wskazywało – co ja powiem Dorze?
Została niedawno wdową, babcią a teraz zostanie ponownie matką. Czarownice zachowywały płodność dłużej niż mugolskie kobiety, ale i tak w jej wieku zachodzenie w ciążę należało do rzadkości. Wzięła kilka głębokich wdechów, nie chcąc na razie nawet rozważać co też na to wszystko powie niepokorna córka, nie wiedząca nawet o znajomości z Tristanem.
- O Merlinie – jęknęła ponownie.
- Wszystko w porządku kochanie? – spytał Tristan – zbladłaś.
- Chyba… chyba jestem w ciąży – wyjaśniła – rzuciłam zaklęcie, to …
- Zostanę ojcem? – spytał powoli Tristan – Theo zostanie starszym bratem?
- Tak – skinęła głową – co ja teraz zrobię? – spytała patrząc na niego przenikliwie.
- Spotkamy się z uzdrowicielem, a jeśli ów radosny fakt zostanie potwierdzony, to weźmiemy ślub. Moje dziecko nie może dorastać bez ojca, tak się cieszę! – zapewnił.
- Wiem, że Celia długo nie mogła zajść w ciążę – wyznała – ale co ja powiem Dorze?
- Prawdę - zaproponował Tristan – to wielka radość.
Po tych słowach uściskał ją czule, acz nie namiętnie jakby w obawie czy nie zaszkodzi dziecku. Andromeda wiedziała dlaczego Theo był jedynakiem. Złośliwi mawiali, że wielki Tristan Nott nie chciał dzielić majątku, lecz tak naprawdę to Celia przez lata nie mogła począć dziecka. „Za słaba magia" – mawiano, a Andromeda coraz częściej mawiała, że to może wynik zbyt restrykcyjnego podejścia do kwestii czystości krwi. Narcyza także miała podobny problem i pewnie dlatego, kiedy po pięciu kolejnych poronieniach na świat przyszedł Draco, to rodzice go rozpieścili.
- Oby moja córka podzielała twoje zdanie – jęknęła Andromeda.
A/N: biedny Severus, portrety i stary przyjaciel wciągają go w polityczne zamieszanie.
Nigdy nie rozumiałam czemu Albus Dumbledore nie wtajemniczył w plany Minerwy McGonagall. Rozumiem, że postać Severusa miała stanowić asa w rękawie, ale chyba ufał McGonagall, czyż nie? W jednym z ficków ("Chasing the Sun", tłumaczonym przez SnarkyG jako "Goniąc słońce") pojawiła się teoria, że pomysł z szukaniem horkruksów przez niedoświadczonych nastolatków był tak szalony, że mógł być dowodem na to, że klątwa dotarła do mózgu dyrektora.
No i znamy pairing. Nie pytajcie skąd mi przyszedł pomysł na ten pairing bo nie wiem, ale chciałam coś, co nie jest tak rozkładane na drobne czynniki jak Dramiona.
