Początek z dedykacją dla Zedwarad , pokazując nieco opinii potęg Europy w sprawie Anglii.


Warszawa, rok 1998

Król Rzeczpospolitej Magicznej, Jego Jaśnie Oświecona Wysokość Mikołaj, siedział w swoim gabinecie klnąc siarczyście. Nie mniej siarczyście klął jego kuzyn Siergiej, car magicznej Rosji. Panowie rzecz jasna nie siedzieli w tym samym gabinecie, lecz dzięki magotechologii mieli coś w rodzaju konferencji z użyciem telefonów. Tylko w Anglii i we Francji, znanych ze swych antymugolskich sentymentów wciąż korzystano z kominków, co było szalenie niewygodne.

- Musimy coś zrobić, nim to szaleństwo się rozleje – krzyczał Siergiej – wiesz o czym informowała Masza?!

Masza, vel Mafalda Hopkirk od dawna szpiegowała angielskie ministerstwo magii. Ta siostrzenica cara, wybrała przygodę, ponad bezpieczne życie księżniczki. A magiczna Anglia od dawna była już nie tylko zaściankiem, lecz i chorym człowiekiem magicznej Europy. Zacofanie to jedno, lecz groźne idee to drugie, zaś cała działalność Lorda Voldemorta to jedno wielkie zagrożenie dla spokoju więcej niż Anglii.

Masza zajmowała się swoją działalnością od dłuższego czasu, bowiem infiltracja dotyczyła nie tylko ministerstwa za czasów wojny z Voldemortem, ale znacznie wcześniej. Tak naprawdę kraje z kontynentalnej Europy od dłuższego czasu już obserwowali Anglię jako potencjalnie groźny zaścianek, z którego mogły przyjść zagrożenia. Może nie od razu wojna, lecz mali upierdliwi szpiedzy. Lecz to, czego się obawiano to groźne idee, jak choćby chorobliwe przywiązanie do tzw. czystej krwi. Kontynentalna Europa dawno dostrzegła, że małżeństwa w wąskim kręgu to prosta droga do charłactwa i w takiej Rzeczpospolitej istniały zakazy ślubów w zbyt bliskiej rodzinie. Wiele krajów zauważyło także, że owszem czarodzieje z rodzin mugoli stanowią zagrożenie dla dekretu o Tajności Czarów, lecz problem nie zostanie rozwiązany przez wypychanie ich poza nawias społeczności. Wręcz przeciwnie, zachęcano do integracji i istniał szereg praw nakazujących badać przejawy przypadkowej, niekontrolowanej magii. Lecz nie po to, by jak w Anglii, wymazywać pamięć mugolom i pozostawiać dziecko same sobie, ale raczej zabrać małego czarodzieja lub czarownicę do społeczności magów.

- Komisja Rejestracji Mugolaków i teorie jakoby kradli magię – powtórzył Mikołaj – czytałem ten stek bzdur, ale czego oczekiwać po bandzie uprzedzonych durniów i ofiar chowu wsobnego? To cud, że nie ma wśród nich samych charłaków! Na Peruna, dlaczego to na mnie spada sprzątanie tego bałaganu?

- Nie słyszałeś najlepszego Misza – zażartował car.

- Nie wiem czy chcę wiedzieć o czym mówisz Sieroża – odparł król, używając podobnego zdrobnienia imienia.

- Banda dzieciaków włamała się do ich ministerstwa i uciekła. Najwyraźniej oni wierzą, że Harry Potter pokona bandę śmierciożerów zaklęciem rozbrajającym – wyjaśnił Siergiej.

- Wierzą – zapewnił Mikołaj – opowiadałem ci jak nasza kuzynka Gryzelda rozmawiała z tym pół olbrzymem z zakonu pieczonego kurczaka? – spytał, sięgając po przyniesione przez sekretarza skrzydełka z KFC.

Sekretarz króla był niezwykle zdolnym czarodziejem z rodziny mugoli, co zapewniło mu pozycję protegowanego rodziny. Słowiańscy czarodzieje uważali, że mugolacy mogą być przydatni jak nimi dobrze pokierować, dlatego wspierano program adopcji do rodzin magicznych lub wzięcia pod opiekę. Młody sekretarz trafił pod opiekę rodziców króla, lecz pomimo wychowania w wyższych sferach lubił mugolskie fastfoody, czym zaraził swego pracodawcę. Zamiłowanie do niezdrowego jedzenia stanowiło wstydliwy sekret króla.

Rzecz jasna wieści o włamaniu Harry'ego i jego przyjaciół do ministerstwa trafiły do uszu rządów magicznej Europy. Angielskie ministerstwo rzecz jasna próbowało przykryć skandal, lecz niestety nie mieli pojęcia, że prawie każdy kraj kontynentalnej Europy, no może poza Bułgarią, miał tam swojego szpiega w tym, czy innym departamencie. Ministerstwo zostało zinfiltrowane dawno temu, zaś podejrzana śmierć ministra Leach'a w roku 1968 tylko zwiększyła podejrzliwość. Wybór mugolaka na podobne stanowisko wywołał burzę polityczną w Europie. Nikt nie oczekiwał czegoś podobnego po tak konserwatywnej i pełnej uprzedzeń Anglii, co innego daleko bardziej tolerancyjna Bułagaria.

- Feniksa – przypomniał Siergiej – pewnie, że tak ale czy to nie dowodzi konieczności interwencji? Przecież sama Gryzelda złapała szpicli tego całego wężomordego! Jak on się nazywa? Lord Walitort?

- Voldemort – poprawił go Mikołaj – Anglicy boją się wymawiać jego imienia, zatem jakim cudem mają walczyć? Ale wiesz, że jak wypowiemy Anglii wojnę, to Iberia i Grecja naskoczą na nas dla zasady? A jak do rozmów włączą się Rzymianie, to gadaniu nie będzie końca. Zaś Międzynarodowa Konferencja Czarodziei także nie poprze akcji przeciw Anglii, Dumbledore miał tam wielu sojuszników. Ale – dodał – jak do wakacji nie rozwiążą problemy we wrześniu trzeba będzie zrobić porządek.

- No i o to chodziło, pozdrów Dorę i nawet nie próbujcie się nie zjawić u nas latem!

- Wiesz, że wszyscy powiedzą, że to zemsta za to, co mugolska Anglia zrobiła naszym niemagicznym rodakom w 1939 i 1944

Król ciężko westchnął. Nie dawniej jak wczoraj toczył podobną rozmowę z kuzynką Gryzeldą, mieszkającą na terenach znanych w części mugolskiej jak Białoruś. Rzeczpospolita Magiczna zachowała granice części mugolskiej z zenitu jej chwały: kraj sięgał od morza do morza zaś kraje jak Białoruś czy Ukraina należały w części magicznej do Rzeczpospolitej. Magiczna Rzeczpospolita stanowiła europejskie mocarstwo, zaś jej wyszkolonych w walce goblińską bronią wojowników szanowano w całej Europie. Rzeczpospolita i Rosja rywalizowały o palmę pierwszeństwa w Europie, a wyścignął był zaciekły. W tych krajach walczono nie tylko magicznymi broniami, ale i pozmienianymi mugolskimi broniami, zaś działy jak magomedycyna czy magotechnologia kwitły. Może nie aż tak jak w magicznym Pekinie, gdzie Nefrytowy Cesarz, rządzący w magicznej części Chin był znanym działaczem mugolskiej partii komunistycznej i wielbicielem technicznych nowinek. Lecz Azja, kontynent gdzie mistycyzm sięgał głęboko to co innego.

Na razie jednak Mikołaj zaczął prędko chować resztki kurczaka przed swoją drugą żoną, Dorą. Dora patrzyła krzywym okiem na jego zamiłowanie do mugolskich fastfoodów. O nie, królowa Rzeczpospolitej nie była uprzedzona nic z tych rzeczy. Nawet lubiła niektóre mugolskie potrawy, artystów jak Zdzisław Beksiński, lecz nie tolerowała hamburgerów i innych tego typu wynalazków. A ponieważ król nie miał ochoty nocować na sofie w swej sypialni w zamku, pośpiesznie czyścił biurko i palce z pozostałości swego bardzo, bardzo niezdrowego podwieczorku. Z pewnym żalem także usunął z pomocą różdżki resztki cola-coli. Król lubił cola-colę i toczył ze swoim sekretarzem spory na temat wyższości coca-coli nad pepsi-colą, o ile oczywiście nikt nie słyszał. Musiał usunąć dowody swej winy, by żona nie kazała mu pić soku marchewkowego czy innych wynalazków.


Okolice Mińska, rok 1998

Stolica może i stanowiła miejsce przestrzegania prawa i nowoczesność, lecz obrzeża to co innego. Lecz to stolica, zaś na peryferiach panowały pradawne zasady. Ponieważ na ziemiach Europy Wschodniej znajdowały się potężna skupiska dzikiej magii, co od wieków przyciągało tam rozmaite, magiczne stworzenia niekoniecznie przyjazne ludziom, jak wilkołaki czy strzygi. Dlatego pewnie wielu musiało umieć walczyć, zaś mieszkańcy oczekiwali od wielmożów ochrony przed atakami. Tak właśnie czyniła pani Gryzelda, które może nie chwytała za miecz lecz znała doskonale legilemencję, a jeśli od razu ktoś nie uległ, znała sposoby na rozwiązanie języka każdemu, z pomocą „zaklęć przydatnych każdej czarownicy". Na terenach Rzeczpospolitej Magicznej, zwłaszcza wschodnich rubieży, istniał dość luźny stosunek do czarnej magii, zaś znajdowano tak wiele zastosowań do zaklęć znanych w Anglii jako Niewybaczalne, co czyniło je całkiem wybaczalnymi. Od dawna na przykład uczono czarownice Cruciatusa jako środka obrony, zwłaszcza przed gwałtami.

I właśnie na te tereny ongi Albus Dumbledore wysłał Hagrida. Na rubieżach mieszkały plemiona olbrzymów, do których obie strony angielskiej wojny słały swoich ludzie. Niektóre z plemion olbrzymów, podobnie jak niektórzy spośród wampirów czy wilkołaków nawiązały poprawne relacje z ludźmi, a raczej miały zasadę nie wchodzenia sobie w paradę. Rzecz jasna istnieli chętni do skorzystania z oferty Voldemorta, lecz nie byli aż tak liczni jak wielu mogło się bać. W każdym razie mieszkańcy kolonii na północny-wschód od Mińska należeli do najbardziej nieprzyjemnych i dzikich olbrzymów, zaś tacy stanowili cel dla śmierciożerców.

Pani Gryzelda, zarządzająca zdecydowaną ręką okolicznymi ziemiami, pilnowała by po okolicy nie szwendali się obcy. Ziemie arystokratki graniczyły z kolonią olbrzymów od północy, a także osiedlem w miarę spokojnych wilkołaków od zachodu. Dlatego ostrożności nigdy dość, zwłaszcza po tym jak w czasie poprzedniej, angielskiej wojny domowej śmierciożercy wywoływali chaos. Matka trzech synów: jednego w dyplomacji, jednego dziedzica i jednego wojownika oraz opiekująca zdolną wojowniczką, dawno pojęła, że zasada by najpierw uderzać a potem zadawać pytania ratuje życie. Zwłaszcza, kiedy wschodnie tereny stanowiły obiekt sporów między wpływowymi rodzinami w Polsce i Rosji. Dlatego pewnie kiedy ewidentnie pochodzący z daleka, mający wyraźną domieszką krwi olbrzymów obcy wszedł do baru, wszyscy mieli różdżki w pogotowiu. „Zawsze można polać wódki na zgodę" – mawiała Gryzelda i tak właśnie uczyniła kiedy okazało się, że Hagrid nie trzyma z Voldemortem, lecz z przeciwną stroną owej wojny.

- Nie pomożemy dyrektorowi – wyjaśniła Gryzelda – jeśli chce spokoju w Anglii, niech wspiera raczej własne ministerstwo, a nie szuka sojuszników za plecami władz, Cecylko – zwróciła się do swej dawnej podopiecznej, a obecnie żony młodszego syna - idź po Veritaserum, a my sobie porozmawiamy.

Veritaserum, którego użycie w Rzeczpospolitej Magicznej podlegało znacznie luźniejszej regulacji niż w Anglii, znajdowało się w większości posiadłości, zwłaszcza na wschodzie. „Najpierw ciśnij Cruciatusem między oczy, potem pytaj" – uczyła pani Gryzelda i tak właśnie uczyniła Cecylia z mężem kiedy Hagrid wdał się w spór z miejscowym wampirem. Wampiry na terenie Rzeczpospolitej miały daleko mniejsze wpływy niż w Rumunii czy Bułgarii, lecz stanowiły liczącą się siłę. Niektóre klany toczyły boje z ludźmi, lecz przedstawiciel tego konkretnego zawarł umowę z czarodziejami i obie strony miały korzyści. Teraz zaś wampiry zamierzały, wzorem magów, umieścić szpiega w szeregach Lorda Voldemorta.

- Ten czarnoksiężnik psuje nam interes waćpani – mówił Vlad, jeden z synów przywódcy klanu – zarabiamy naprawdę dobrze na sieci klubów w tradycyjnym stylu, a ten cały Voldemort straszy nam klientów!

Klan Vlada, korzystając na tym, że ich niesławny przodek Vlad Dracula zyskał sławę nawet w świecie mugoli, postanowił zarobić na tym fakcie. Otworzyli nocne kluby, z wystrojem wnętrz przypominającym lochy, gdzie serwowano między innymi czerwone wino z ich własnych winnic. Owe wino przy odpowiednim oświetleniu przypominało kolorem krew, co dodatkowo stanowiło atrakcję. To w wersji dla mugoli. W części przybytku dla magicznych istot serwowano Krwawą Mary z prawdziwą krwią, zakupioną od mugolskiej stacji krwiodawstwa, zaś śmierciożercy znajdujący posłuch wśród co bardziej uprzedzonych krajanów szkodzili interesowi. Może i klan Vlada wolał zarabiać pieniądze niż porywać dziewice, ale byli wampirami, umieli walczyć i byli solidnie wkurzeni. Stąd plan by wysłać szpiega w szeregi wroga, zaś półolbrzym mógł wszystko zepsuć.

Dlatego pewnie Hagrid zarobił serię klątw od miejscowych, nim został przelewitowany do domu miejscowej pani zaś raport w przesłuchania trafił na biurko króla Mikołaja. Dlatego pewnie monarcha nieraz klął pogryzając skrzydełka KFC od roku 1995. Gdyby to od niego zależało, dawno by zarządził zagraniczną interwencję lecz mieć na głowie Iberię, Grecję i Rzym to nie byle co. Magiczna Anglia od jakiegoś czasu była nie tylko zaściankiem, lecz i bolączką magicznej Europy. Wyjątkowa niechęć angielskich czarodziei do mugoli, zamknięcie na wiedzę strony poza magicznej oraz przekonanie o własnej wyjątkowości od dawna odcinały ich od kontynentów, zaś żaden kraj magicznej Europy nie miał takich problemów z ilością charłaków.

Najmniejsze problemy mieli Polacy oraz Rosjanie, mający dość luźne podejście do kwestii czystości krwi. Przedstawiciele arystokratycznych rodzin Rzeczpospolitej może i nie zawierali małżeństw z czarodziejami pierwszego pokolenia, lecz znajdowali inne sposoby ich integracji, także przez wprowadzanie do rodzin z nimi skoligaconych. Anglia była zaściankiem od lat, zaś lata świetności czasów Założycieli Hogwartu należały do przeszłości. Lecz zagraniczna interwencja, na którą nalegały Rzeczpospolita Magiczna i carska Rosja mogły nadmiernie wzmocnić owe i tak potężne kraje, stąd silny sprzeciw pozostałej części Europy. Bo chociaż większość zgodnie uznawała śmierciożerców za bandę niebezpiecznych fanatyków, to wzrost potęgi Rzeczpospolitej przerażał bardziej, zaś Anglia w pojęciu wielu była zbyt słaba by zagrozić innym krajom.

Dlatego też Vlad, elegancki wampir w nienagannym garniturze popijał Krwawą Mary z jego ulubioną krwią grupy 0, kiedy dostrzegł Hagrida. Może i Vlad wyglądał jak niezwykle elegancki dżentelmen, wedle znanych mu kobiet niczym amant z komedii romantycznych, lecz miał kły i wiedział co z nimi robić, a także trenował szermierkę. Pewnie dlatego szybko zareagował na widok obecnego, mówiącego wiele o Albusie Dumbledore. Wampira sam Dumbledore obchodził mniej niż zeszłoroczny śnieg, a w samym Mińsku mieszkańców bardziej interesowały nadchodzące wielkimi krokami walki cerberów. Lecz wszyscy natychmiast zapomnieli o zawodach, kiedy obcy pytał o olbrzymy i mówił o zmarłym dyrektorze Hogwartu. Vlad znajdował się najbliżej i to z Vladem Hagrid wdał się w bójkę, nie opowiadając swoim przyjaciołom z Zakonu Feniksa o porwaniu i spojeniu veritaserum. Rzecz jasna pani Gryzelda i Cecylia, widząc, że złapały niewinnego w ramach przeprosin za dość brutalne przesłuchanie wlały w Hagrida całą butelką wódki. Hagrid nie chwalił się swoim kacem, niestety eliksiry na kaca niespecjalnie działały na pół olbrzyma, a jedynie powiedział, że olbrzymy nie chciały go słuchać.

Tak jak Masza śledziła ministerstwo magii, tak Vlad szpiegował Lorda Voldemorta informując o rosnącym terrorze w magicznej Anglii jak i paranoi samego czarnoksiężnika. Niektórzy ze szpiegów pomagali w ucieczce czarodziejom z rodzin mugoli, namawiając by korzystali z samolotów i innych środków transportu o których nie mają pojęcia czarodzieje czystej krwi. I chociaż Rzeczpospolita Magiczna, Rosja, a także Francja i Iberia zamknęły granice z Anglią, przez co nie działały międzynarodowe świstokliki, ni połączenia Fiuu to przybyli innymi sposobami czarodzieje mugolskiego pochodzenia mogli uzyskać status uchodźców. Francuskie gazety pokazywały zdjęcia rodziny czarodziei mugolskiego pochodzenia, która to znalazła azyl w magicznej Marsylii. Polacy także pokazywali zdjęcia młodego czarodzieja mugolskiego pochodzenia i jego żony, czarownicy ze starej rodziny, którzy uciekli do Lwowa przed prześladowaniami. Podobne zdjęcia pomagały budować społeczną zgodę na interwencję w Anglii, a także budowały obraz magicznej Anglii jako groźnego miejsca. Wielu jednak, jak nieszczęśni Dean Thomas czy Ted Tonks pozostali w Anglli nie chcąc opuszczać kraju i znaleźli śmierć z rąk szmalcowników. Vlad nie pomagał w ucieczkach, przemieniając w wampiry parę niedoszłych ofiar.


Dom Tristana Nott, rok 1998

Tristan Nott zszedł na dół, do jadalni prawie w podskokach. Wizja kolejnego ojcostwa uskrzydlała czarodzieja, czego nawet nie ukrywa, a wręcz przeciwnie co zamierzał ogłosić całemu światu. Draco patrzył ze zdumieniem na ojca swego kolegi, a raczej patrzyłby ze zdumieniem, gdyby nie całe to zamieszanie ostatnich dni. Rozmowa z portretem samego Salazara Slytherina czyniła coś tak przyziemnego jak taneczny krok Tristana Notta sprawą przyziemną. Dlatego Draco pewnie wrócił do swej jajecznicy, skrzat domowy Nottów przyrządzał wyśmienitą jajecznicę z serem i pomidorami, nadgryzając jednocześnie tosta. I byłby spokojnie jadł śniadania, gdyby nie widok ciotki, schodzącej na dół z zagadkową miną.

- Draco, muszę ci coś powiedzieć, lecz nie mów Dorze – poprosiła siadając obok – muszę ją przygotować, lecz twoja reakcja może mi pomóc.

- Masz tajemnicę ciociu? – spytał Draco – powiedz w czym rzecz!

- Nie wiem jak zareagujesz – wyznała Andromeda – to wielka zmiana.

- Ciociu – zaczął Draco, popijając poranną kawę – rozmawiałem z portretem Salazara Slytherina, dowiedziałem się o podróży w czasie Granger, chociaż teraz to już nie Granger i widziałem jak skrzatka domowa z tasakiem uratowała Pottera i Weasleya. Naprawdę niewiele jest w stanie mnie zaskoczyć.

- Młody Draco ma rację – powiedział Tristan stając za Andromedą – Theo niedługo nas odwiedzi, powiedz swojemu siostrzeńcowi.

- Ale w jaki sposób? – spytała Andromeda – to nie takie proste!

- Może wprost? – zaproponował Tristan – Draconie, możesz zostać w moim domu jak długo potrzeba, ponieważ twoja ciotka zamieszka tutaj na dłużej, ponieważ.. – zaczął.

- Nie możemy być tak bezpośredni! – przerwała Andromeda – nie w taki sposób!

Draco patrzył uważnie to na ciotkę, to na ojca swego przyjaciela. Tristan Nott pozostawał jak zawsze nienagannie elegancki i opanowany, stateczny w swym porannym zestawie szat. Tamtego dnia wybrał głęboki granat, pasujący do jego ulubionego pierścienia z szafirem. Nie był to rodowy pierścień Nottów, w rodowe pierścienie zwykle nie oprawiano kamieni, lecz jeden z ulubionych Notta seniora. U boku czarodzieja, nawet o poranku mającego nienagannie zaczesane włosy, stała ciotka Andromeda. Andromeda Tonks nie przypominała pani Tonks, wydziedziczonej córki rody Black. O nie, czarownica stojąca obok gospodarza o wiele bardziej przypominała pełnoprawną arystokratyczną potomkinię znamienitego rodu. Na długą, bogato zdobioną koronkami koszulę nocną narzuciła elegancki szlafrok. Ów poranny strój uchodził za odpowiedni dla czarownicy, o ile śniadanie spożywano w gronie rodzinnym. Teraz zaś ściskała nerwowo rękaw porannej szaty Tristana, wyraźnie nie wiedząc co zrobić. Tylko drgnięcie wargi Notta wskazywało na irytację owym zachowaniem.

- A znasz inny Andromedo? – spytał – Draconie ponieważ gościsz pod moim dachem, jako pierwszy usłyszysz radosne wieści: twoja ciotka i ja oczekujemy dziecka. Zaś jako patriarcha starożytnego i szlachetnego rodu Nott zamierzam zadbać by dziecku i jego matce niczego nie brakowało.

- Wspaniale – odparł uprzejmie Draco – Theo będzie miał braciszka lub siostrzyczkę do rozpieszczania. Ale – dodał już poważniej – Najbardziej mnie cieszy, że ciocia wróci na miejsce należne jej z racji urodzenia. Moja ciotka – wskazał – urodziła się jako Black a ja jestem Black po matce i zamierzam zadbać o przywrócenie jej do rodziny jak tylko zostanę patriarchą Blacków.

- Szlachetny i ambitny plan młody dziedzicu – odparł Tristan – Czy otrzymałeś dziedzictwo po rodzie Black? Nie widzę rodowego pierścienia – zganił go lekko.

- Syriusz był ostatnim z Blacków – szepnęła Andromeda – i chociaż ciotka Walpurga go wydziedziczyła owa decyzja nie została zatwierdzona przez głowę rodu, to będąc ostatnim w męskiej linii miał prawo do tytułu oraz skarbca w Gringottcie. Syriusz zapisał wszystko Harry'emu, lecz Narcyza podważa ów testament wskazując na niejasny status samego Syriusza. Rzecz tym, że Blackowie rzadko uznawali dziedziczenie po kądzieli, a z powodu wojny brakuje czasu na właściwy proces.

- Czyli Draco i Potter są kandydatami na dziedziców – podsumował Tristan – złoty chłopiec Dumbledore'a mający głosy rodzin Black i Potter to przepis na katastrofę. Ale na razie zjedzmy śniadanie.

Narcyza zjawiła się w domu Nottów około siedemnastej, na herbatkę. Spotkania z siostrą stały się dla niej znacznie prostsze odkąd mogły używać jako miejsca spotkania posiadłości Nottów. Narcyza znała Tristana Notta od lat, jeszcze w czasach kiedy to Celia Nott organizowała spotkania dla czarownic z towarzystwa, i pozostała w dobrych relacjach z Tristanem przez lata. Oboje z powodzeniem nazywali siebie przyjaciółmi i nikt, może poza Bellatriks, nie widział w owej znajomości niczego zdrożnego.

Przybyła jak zawsze nienagannie elegancka i opanowana. Narcyza Malfoy nigdy nie wychodziła z domu bez odpowiednio dobranych szat oraz fryzury, nie pozwalając sobie nawet na chwilę podobnej swobody. Pani Malfoy, wychowana w tradycyjnym i zamożnym domu, doskonale wiedziała ile znaczy właściwa prezentacja z czego regularnie korzystała. Ubrana w bladoniebieską szatę i pasujące szafirowe kolczyki, zdawała się sunąć nad ziemią. Gładko zaczesane, jasnoblond włosy, sprawiały wrażenie zaplanowanego chaosu pasując do podwieczorku gdzie ciężkie koki byłyby zwyczajnie w świecie za ciężkie i nazbyt formalne. Powitała gospodarza z poufałością dopuszczalną jedynie wśród przyjaciół, po czym zwróciła się do siostry.

Andromeda Tonks coraz mniej przypominała dawną, zbuntowaną siebie. Nie nosiła mugolskich ubrań, lecz szmaragdową, sięgającą do kostek szatę. Podobnie jak Bellatrisk została obdarzona przez naturę długimi, kręconymi i niesfornymi włosami teraz jednak ułożonymi przez skrzaty domowe w fale opadające łagodnie aż do pleców. W przeciwieństwie do Narcyzy nie nosiła kolczyków, nigdy takowych nie lubiła, lecz misterną, srebrną bransoletkę z szmaragdem. Ową bransoletkę dostała dawno temu od Tristana i ceniła jako wielki dar. Teraz patrzyła na siostrę z uśmiechem, jak zawsze podziwiając jej delikatną urodę. Kobiety rodu Black słynęły raczej z gwałtowności charakteru niż urody: ciotka Walpurga czy Bellatriks stanowiły raczej regułę niż wyjątek, zaś sama Andromeda rzucając wszystko i wszystkich dla Teda niejako wpasowała się w niesławną historię rodzinnego szaleństwa. Uroda porcelanowej lalki, połączona z temperamentem nordyckiej blondynki, stanowiła raczej cechę kobiet rodziny Rosier: Druella Rosier, matka Bellatriks, Andromedy oraz Narcyzy, z racji swej porcelanowej cery, złotych włosów oraz emocjonalnego chłodu zyskała w swoim czasie przydomek „królowa lodu", podobnie jak obecnie Daphne Greengras, której matka także była z domu Rosier. Tak jak w kuluarach szeptano o „szaleństwie Blacków", tak o rodzinie Rosier mawiano, że niewygodni znikają chorując na podejrzane choroby. Narcyza zaś, odziedziczywszy nie tylko urodę lecz i usposobienie matki, z pewnością nie należała do osób, które można ignorować.

- Andy, wyglądasz uroczo – powiedziała Narcyza oceniając suknię siostry – zawsze lubiłaś minimalizm, ale dzięki temu każdy szczegół nabierał znaczenia.

- Urocza jak zawsze – odparła Andromeda – chodźmy, herbata stygnie, a pamiętasz co matka mówiła o zimnej herbacie?

- Jakżebym mogła zapomnieć – odparła Narcyza – widzę, że rozgościłaś się już w domu Tristana.

- Porozmawiajmy przy herbacie – powiedział tajemniczo Tristan.

Czarodzieje angielscy, podobnie jak ich mugolscy rodacy, dbali o zwyczaj herbatki o piątej. Tristan regularnie zapraszał na spotkania wybranych przez siebie czarodziei, zaś o wybredności jego gustów krążyły legendy. Samemu będąc potomkiem jednego z najbardziej znamienitych rodów, mógł sobie pozwolić na luksus wybrzydzania, zapraszając godnych. Zapraszał uzdrowicieli, mistrzów eliksirów, nauczycieli czy artystów, ceniąc wyżej intelekt niż wysokie urodzenie. O tym jak bardzo nie przepada za Lucjuszem stanowiło wiedzę powszechną, lecz Lucjusz nie mógł nic począć przeciwko komuś z rodu, którego historia sięgała czasów Założycieli Hogwartu. Po prostu niewiele mógł począć, co rzecz jasna nie wprawiało Lucjusza w dobry humor.

- Co to za tajemnica? – spytała Narcyza, popijając ulubioną herbatę – Tristanie, doceniam zaproszenie na wspaniałą herbatę prosto z Chin oraz smak twoich ciasteczek migdałowych, ale zapewne nie zaprosiłeś mnie tutaj tylko z powodu kurtuazji.

- Przenikliwa jak zawsze Cyziu – odparł – chcemy coś ogłosić z Andromedą – wyjaśnił – i zaprosić ciebie i twego syna na nasz ślub. Severus przyprowadzi Theo jak tylko będzie mógł, ale sama rozumiesz sytuację. Nie może ot tak opuszczać szkoły, a nie chcę informować syna o równie ważnej sprawie listownie.

- Gratuluję Andy – powiedziała z uśmiechem Narcyza – nawet nie wiesz jak mnie cieszy twoja decyzja, lecz mniemam istnieje powód, dla owego pośpiechu, czyż nie? Czy słusznie zgaduję, że – zaczęła.

- Dwukrotnie wykonałam zaklęcia diagnostyczne, a i Tristan także je rzucił. Cieszy mnie twoja reakcja i reakcja Draco, gdyż lękam się rozmowy z córką. Znasz Dorę i to jak bywa uparta oraz bezkompromisowa, ma to po ojcu.

- Nie ma innego wyboru jak po prostu z nią porozmawiać – wyjaśniła Narcyza – to dorosła kobieta, z pewnością zrozumie.

Andromeda tylko westchnęła, wyraźnie nie mając przekonania co do łatwości rozmowy z córką. Ale oczywiście nie uniknie rozmowy, nijak nie może unikać. Westchnąwszy wyszeptała formułę zaklęcia Patronusa.


Hogwart rok 1005

Hermiona przeżywała swoje najszczęśliwsze chwile. Jej przyjaciele, dawni przyjaciele a zwłaszcza Ron, nie rozumieli miłości do nauki. W swoim czasie płakała z tego powodu jak bóbr, cierpiąc z powodu kąśliwych uwag rudzielca. Teraz, z dystansu czasu, dostrzegała, że chłopiec nie był zły, podobnie jak i Draco takim nie był, co nie znaczy nie ranił. Wiecznie niepewny swego Ron, najmłodszy syn biednej rodziny, od zawsze cierpiał z powodu braku pewności siebie. Żył w cieniu braci, a nie będąc nie specjalnie zdolnym ni pracowitym nijak nie mógł odróżnić od rodzeństwa. Czy dlatego reagował, jak reagował?

- Nie myśl o nim – mówił Salazar.

Spędzała z nim wiele szczęśliwych chwil. Rok temu zakończyła nauki podstaw czarnej magii, a i oni są teraz kimś znacznie więcej niż nauczycielem i uczennicą. Pracowała u jego boku razem z Heleną, bowiem Helena uwielbiała sztukę warzenia eliksirów i miała talent. Pomimo, że nigdy nie zostaną przyjaciółkami to jednak potrafiły razem pracowały nad kolejnymi miksturami. Hermiona, jako mająca mniej doświadczenia, zajmowała się bardziej podstawowymi, potrzebnymi do leczenie przeziębień czy też tamowania krwotoków. Helena zajmowała bardziej zaawansowanymi, dzięki czemu Salazar miał czas na swoje badania. I chociaż niewielu nazwałoby pracownię eliksirów za romantyczne miejsce, Hermiona uwielbiała ich wspólne chwile.

I poznała tak wiele! Umiała już właściwie kroić belladonnę i lulka czarnego, znała mniej i bardziej znane właściwości tych roślin. Wieczorami pracowała nad nowymi recepturami trucizn, testując ich działanie na transmutowanych w szczury kamieniach znad jeziora. Hermiona nigdy by nie otruła prawdziwego zwierzęcia, lecz kamienie to co innego.

To Abelard i Kalisto zbierali dla niej kamienie, uważając wycieczki na zamkowe błonia za pyszną zabawę. Nie powiedziała dzieciom dokładnie co robi, lecz nim opanowała właściwe przyrządzanie eliksiru na skaleczenia, trenowała działanie na transmutowanych kamieniach. Abelard jednak widziała wiele, stanowczo za wiele jak na swój wiek. Lecz Hermiona wiedziała, że w tych czasach trzynastolatków postrzegano inaczej niż w wieku XX. Nie zapomniała o kobietach jak Małgorzata Beaufort i innych, które zostawały żonami będąc młodszymi niż Abelard.

Ciekawy świata, nieco milczący chłopiec budził w Hermionie uczucia macierzyńskie. Widziała w nim siebie sprzed lat, nieco zagubioną dziewczynkę niepewną gdzie właściwie należy. Na początku wieku XI nie istniało pojęcie czystości krwi w takim pojęciu jakie znała ze swoich czasów, lecz ci, co pochodzili z niemagicznych rodzin bywali traktowani z nieufnością. Nie było ich za wiele: poza Abelardem kojarzyła jedynie rodzeństwo Burke: chłopca imieniem Edward oraz dziewczynkę, Izabelę. Nie nawiązała jednak z nimi głębszego kontaktu, nie takiego jak z Abelardem.

Kiedy sama chodziła do Hogwartu, zawsze mawiała, że nauczyciele nie powinni mieć ulubieńców. Dawno, dawno temu w czasach których nie ma, wyobrażała sobie bycie profesorem w Hogwarcie jako największe szczęście. W swojej mugolskiej szkole zawsze znajdowała raczej porozumienie z nauczycielami niż kolegami z klasy, a i w Hogwarcie nigdy nie narzekała na kontakty z nauczycielami, no poza Snape'm. Lecz za niedościgniony wzór uważała profesor McGonagall, znaną ze swej racjonalnej, sprawiedliwej postawy. Lecz nie potrafiła zachować dystansu wobec Abelarda, ciekawego dziecka uratowanego przed bandą uprzedzonych bigotów. Mugole uznali go za opętanego z powodu wybuchów magii, a jego matkę za nierządnicę bo nie miała męża. Słuchając opowieści Abelarda o tym jak uciekał przed chłopcami z sąsiedztwa czuła potrzebę przytulenia i obiecywała, że ona go obroni. Przytulała w podobny sposób Harry'ego kiedy opowiadał o swej ciotce i kuzynie, a chociaż nie potrafiła pomóc przyjacielowi to mogła Abelardowi. Raz po raz zapewniała jak magia to dar i powinien poznawać jej arkana. Czytała mu książki o warzeniu eliksirów i opowiadała historie ze swego życia jako bajki, a chłopiec słuchał i chłonął wiedzę.

- Każdy z nas ma ulubionego ucznia, to ludzkie – mówił Salazar – sam wolę pracować z Heleną niż innymi, tak samo swoich ulubieńców ma Godryk czy Rowena. Rzecz w tym, by oceniać sprawiedliwie innych.

I za to tak go pokochała. Salazar wiedział w jakiś sposób do niej przemówić, przekonać by nie winiła się bez potrzeby. Hermiona najlepiej jak umiała naśladowała profesor McGonagall, w swoim podejściu do uczniów. Lecz i tak Abelard był najbliższy, być może z racji swej melancholijnej natury, a może z powodu naturalnej ciekawości. W pewnym sensie przypominał jej Theo, z którym nieraz pracowała w parze na Starożytnych Runach. Theo pochodził z konserwatywnej rodziny, lecz nie był bigotem i przynajmniej w czasie pracy nad projektami zachowywał bardziej niż w porządku. Nie nazywał jej szlamą lecz Granger, a potem Hermioną wyraźnie ceniąc wiedzę. I właśnie jego odbicie widziała w Abelardzie, a raczej to w Theo należało szukać śladu Abelarda.

Z Salazarem mogła dzielić tak wiele! Razem pracowali, razem spacerowali po lesie i nie tylko… niby przypadkiem dotknęła nieraz jego dłoni w czasie pracy, zaś dotyk wywoływał uśmiech na twarzy dawnej Gryfonki. Wymieniali regularnie pocałunki, coraz mniej niewinne, lecz nie posunęli jakoś szczególnie bardziej. Lubiła kiedy ją obejmował, kiedy przesuwał długie, zwinne palce po jej plecach i szyi. Ciało drżało w oczekiwaniu czegoś cudownego, lecz on nie zrobił niczego więcej, niż przesuwaniem palcami po plecach czy dekolcie.

Za namową Araminty zaczęła nosić odpowiednie góry do sukienki i wypychać górę. Wcześniej raczej żartowała z dziewczyn noszących biustonosze typu push-up, ale teraz patrzyła na sprawę inaczej. Widziała roziskrzony wzrok Salazara, kiedy stosowała drobne, kobiece sztuczki. Wcześniej nic podobnego nie przyszło by jej do głowy, no może poza balem Bożonarodzeniowym w czwartej klasie. Lavender i Parvati pomogły jej ułożyć włosy i wszyscy byli zachwyceni poza Ronem, lecz Salazar to co innego.

Nie całkiem planowali to, co z czasem zaszło. Któregoś wieczora długo rozmawiali z jego komnatach na temat ulepszenia receptury pewnej szczególnie nieprzyjemnej trucizny, powodującej powolne wysiadanie organów wewnętrznych. Nieraz gościła w jego komnacie, siedzieli obok siebie na sofie i nieraz całowali. Tamtego wieczora poszli znacznie dalej. Nie mogli opanować dalszego pragnienia. Hermiona nie odczuwała wielkiego strachu, wręcz przeciwnie pragnęła tego od jakiegoś czasu, zastanawiała jak to będzie. Jego długie, zwinne palce podciągające w górę jej suknię zwiększały tylko pragnienie.

Wziął ją bez pośpiechu, kilka razy pytając czy aby na pewno tego chce. Oczywiście zapewniała, że tak. Oboje byli już dawno dorośli, a Hermiona żyła w czasach znacznie bardziej liberalnych w kwestiach obyczajowych. Doceniała troskę starszego czarodzieja, to jak dbał by nie zrobić jej krzywdy. Jeśli o nią chodzi, mogła całą noc leżeć wtulona w niego, tak co noc. Nie pragnęła niczego więcej, jak czuć bicie jego serca, jego troskę by raz na zawsze czuć, że gdzieś należy.


Hogwart, rok 1998

Severus Snape czekał niecierpliwie na jednego ze swoich ulubionych uczniów, Theo Notta. Syn jego przyjaciela nie rzucał się w oczy, sprytnie nie zdradzając ze swoją bystrością czy niezgodną na co bardziej radykalne poglądy czystości krwi. Ponieważ Severus znał dość dobrze Tristana, mógł i przekazywał jego synowi wiadomość o spotkaniu. Teraz rzecz jasna musieli uważać bardziej niż kiedykolwiek, lecz na szczęście ambitny uczeń ostatniej klasy mógł zawsze zasięgać rady nauczyciela..

W tym samym czasie Harry Potter trenował pod okiem Zwinki do upadłego. Skrzatka, pod okiem portretu Hermiony, kazała mu ćwiczyć klątwy oraz walkę wręcz. Dodatkowo miał poznawać sztukę warzenia eliksirów oraz antidotów. Sam Harry doceniał ile znacznie owych nauk, to jednak nie wszystko przyjmował.

- Dlaczego Hermiono nie ostrzegłaś moich rodziców? Czemu nie zmieniłaś tego? – pytał raz po raz z goryczą.

- Nie mogłam Harry – wyjaśniał ze smutkiem portret – długo opracowywałam plan pokonania Toma, lecz musiała na czymś oprzeć kolejne kroki. Nie mam pojęcia jakby owa zmiana wpłynęła na znany świat – tłumaczyła.

- Czyli nic nie można zrobić? – pytał Harry z goryczą.

- Nie możemy zmienić przeszłości, ponieważ ona jest dokonana. Lecz możemy zmienić przyszłość, bowiem ją budujemy – tłumaczyła Hermiona – twoja przeszłość była i moją przeszłością. Znasz paradoks pradziadka prawda? Można by cofnąć się w czasie i zabić Hitlera w kołysce, ale czy nie przybył by na jego miejsce ktoś znacznie gorszy?

- Ale jakby zabić Toma w kołysce – mówił Harry.

- Niczego byśmy nie rozwiązali – mówiła Hermiona – uprzedzenia istniały długo, nim Tom przyszedł na świat. Dzięki temu właśnie odniósł swój sukces, wiesz czemu Tom pojawił się w Anglii, ma zwolenników we Francji, a w Rzeczpospolitej Magicznej? Ponieważ słowiańscy czarodzieje byli bardziej otwarci, podobnie jak mugole. Jak nie Tom, to kto inni zająłby jego miejsce, choćby taki Abraxas Malfoy. A słabości Toma znamy.

- Czyli cokolwiek zrobimy, to problem z czasem wróci, to chcesz powiedzieć? – pytał.

- Nie – zapewniła - obserwowałam wiele przez stulecia, acz od czasów kiedy Albus Dumbledore zaczął chodzić do Hogwartu, mój drugi portret zamilkł. Niechęć mugoli do czarodziei oraz czarodziei do mugoli ma bardzo długą historię. Czarodzieje żyją dłużej i przez to pamiętają więcej, a uwierz mi nie zapomnieli jak musieli obawiać się mugoli w czasach sprzed Hogwartu, jak każdy przejaw magii nazywano działaniem mrocznych chwil. Wina jest po obu stronach – mówiła – lecz ty możesz zacząć działać, możesz i musisz walczyć. Nie mogłam ocalić twoich rodziców, lecz mogą pomóc tobie i zabić tych drani, nim ta wojna doprowadzi do jeszcze większych problemów.

- Jeśli wygra Tom i wprowadzi rządy terroru – dodał Harry.

- A wówczas inne kraje mogą interweniować – mówiła Hermiona – kontynentalna Europa długo ignorowała Anglię, lecz zagrożenie rośnie, w tym zagrożenie ujawnieniem społeczności magicznej.

- Ale dlaczego Malfoy?

- Ponieważ może dolać trucizny śmierciożercom - tłumaczyła – Harry, oni mają przewagę liczebną i nie mamy z nimi szans w bezpośredniej walce, musimy być sprytni i kryć w cieniu. To nie czas na pokaz brawury, to nie ma nic wspólnego z cnotami Godryka. Godryk Gryffindor cenił walkę twarzą w twarz, lecz rozumiał znaczenie strategii.

Toczyli wiele takich rozmów, kiedy portret Hermiony wydawał kolejne rozkazy Zwince i nauczał Harry'ego. I chociaż w roku 1998 roku, po wypadku w Dworze Malfoyów, Hermiona pozostała jedynie portretem, to nie pozostawała bierna. Przekazywała plan układany przez lata oraz efekty długich, bardzo długich obserwacji. Wyrażała na głos jak wielce byli naiwni w swoim działaniu, jak nierozważnie ruszyli na poszukiwanie mrocznych artefaktów nie mając nawet pojęcia w jaki sposób je niszczyć. Na co liczył dyrektor Dumbledore mogli jedynie zgadywać, lecz z pewnością w żaden sposób nie ułatwiał im zadania, ni nie zadbał o ich należyte przygotowanie. Wręcz przeciwnie wyrażała na głos opinię, że być może z czasem stracił zdolność racjonalnej oceny, być może po prostu umysł go zawodził.

Nie, Hermiona nie podejrzewała dyrektora by w jakiś celowy sposób szkodził ich działaniom. Z pewnością czynił co mógł, by walczyć z tymi co nadużywali swej pozycji społecznej i magii, lecz z dystansu naprawdę widać wyraźniej a na pewno można dostrzec cały obraz. Dyrektor działał sam i nie lubił wtajemniczać za wielu w swoje plany. Miała naprawdę wiele czasu na rozmyślania w czasie swego pobytu w przeszłości, a im dłużej myślała tym spadało jej zaufanie do mądrości pomysłów.


Hogwart rok 1005

Parę dni po wspólnej nocy na sofie, Hermiona oficjalnie przeniosła się do komnat swego kochanka, jak o nim myślała. Araminta była oburzona, lecz inni zachowali więcej wstrzemięźliwości. Hermiona rozumiała myślenie Salazara: przeżył wiele ciężkich chwil w swoim małżeństwie, dlatego wolał pozostać w swoim bezpiecznym miejscu. Jego rodzina zaaranżowała związek z Ariadną Peverell, lecz w ich związku szybko zakwitło nowe uczucie. Kochał żonę i cierpiał po jej śmierci, cierpiał widząc jak powoli popada w szaleństwo z niemożności poczęcia dziecka. Dlatego rozumiała czemu chciał by pozostali czym pozostali.

Hermionie to nie przeszkadzało. Z radością zajmowała miejsce w łóżku swego kochanka, ciesząc nie tyle wygodą owego miejsca co jego bliskością. Jego miarowy oddech działał na nią uspokajająco, pomagał usnąć. Do tego szybko przywykła do ich regularnych zbliżeń, a ona podziwiała jego wyczucie. Kochali się bez pośpiechu, powoli ucząc swoich ciał i ich reakcji. Salazar wykazywał dużo cierpliwości, a także znajomości sztuki zadowalania kobiety. Był ongi żonaty i zdecydowanie miał doświadczenie, a ona z radością poznawała co znaczy być kobietą.

Uważała swoje życie za wielkie szczęśliwe. Spędzała dnie nauczając dzieci, coś o czym marzyła od lat. Potem pracowała razem z Salazarem, by często kończyć w łóżku debaty o eliksirach. Nie zawsze pamiętała o rzuceniu zaklęcia antykoncepcyjnego, lecz biorąc pod uwagę jego małżeństwo z Ariadną, być może mężczyzna z jakiś powodów nie mógł mieć dzieci. W tamtym czasie nie znano jeszcze zaklęć monitorujących, pozwalających określić które z małżonków miało problemy poczęciu, owe czary stanowiły dość nowy wynalazek. Nie znano wówczas jeszcze eliksiru antykoncepcyjnego.

Kiedy Hermiona zaczęła chodzić czwartej klasy, pani Pomfrey wezwała na rozmowę dziewczynki z jej roku. Opowiadała o sposobach zapobiegania ciąży: czy z pomocą zaklęcia czy eliksiru. Odradzała mugolskie sposoby, ostrzegając, że magia może takowe osławiać. Dlatego Hermiona wiedziała, że eliksiry antykoncepcyjny wynaleziono za czasów Salazara Slytherina, lecz nie wiadomo kto dokładnie takowy wynalazł. Książka wspominała o „uczniu Salazara", ale nie podawała imienia. Hermiona była nieco zaskoczona, bowiem obecnie to ona i Helena należały do najbardziej zaawansowanych, zaś Helena nie sprawiała wrażenia osoby zainteresowanej podobnymi sprawami.

- Zastanawiam się w jaki sposób pomóc Harry'emu w nauce – mówiła któregoś poranka, budząc w ciepłych, opiekuńczych ramionach Salazara – on nie jest głupi, lecz brakuje mu wiedzy. Ktoś zaufany powinien mu pomóc, ale kto będzie pamiętał?

- Ludzka pamięć bywa zawodna – odparł Salazar, przeczesując jej włosy – ale magiczne istoty pamiętają długo. Wiedza i pamięć centaurów sięga stulecia, zaś skrzatów domowych jeszcze dalej.

- Skrzatów? – spytała – wiem, że mają swoją moc ale ludzie źle je traktują.

- Są głupcami, to niezwykle mądre stworzenia, lojalne jeśli właściwie traktowane. Potrzebują więzi z czarodziejami i to bywa nadużywane.

- Niestety, czyli skrzaty mogłyby pomóc, tak jak Zgredek – zaczęła ostrożnie – mogłabym przekazać plan skrzatowi lub skrzatce, ten zaś by przekazał dalej.

- Tak moja Hermiono, z tego co mówiłaś skrzaty nieraz pomogły twemu przyjacielowi. Ale dość o nim.

Teraz musiała zająć się swoim mężczyzną. Harry był pierwszym przyjacielem, lecz Salazara kochała i teraz musiała zająć tym drugim. Wtuliła się w niego bardzo mocno i na chwilę zapomniała o swoich planach pokonania Voldemorta. Musi jakoś dotrzeć do kluczowych śmierciożerców, by ich otruć. Nie wygrają w walce bezpośredniej, w podobny sposób jak to czynił Moody czy Dumbledore. Są zbyt słabi, muszą działać sposobem i być sprytni. Zbyt długo ich moralne opory przed zabijaniem pozwalały wrogowi wygrywać.

- Walka z pomocą trucizny nie jest gorsza niż walka z pomocą miecza – mówił Godryk – walka oraz odwaga to nie brawura rzucania się na silniejszego przeciwnika. Prawdziwa odwaga, to nie poddawanie się nawet kiedy sytuacja wydaje się beznadziejna, to stawanie do walki kiedy nie ma już szans. Wojownik to nie głupiec rzucający z kijem przeciw armii, lecz kimś, kto wybiera broń oraz metodę walki w zależności okoliczności.

- Lecz w czasach mojej młodości w szkole mawiano, że Gryfoni … – zaczęła.

- Historia zupełnie wypaczyła tak to, kim jest Salazar jak i ja – zaczął powoli – nie lękam się walki, lecz nie jestem głupcem. Odwaga to nie brawura, chociaż granica bywa cienka. W przyszłości walka toczy się o wolność oraz godność czarodziei, o to by mogli żyć bez strachu. Wasza frakcja jest słaba i musicie korzystać z trucizny, by móc sięgnąć po miecz.

- Wiem, ale całe życie słyszałam co innego – zaczęła – to smutne, że czas tak dalece wypaczył to, kim jesteście.

- Nic na to nie poradzimy – szepnął Godryk – jedyne co możemy zrobić, to możliwie najlepiej przeżyć nasze życie i żyć uczciwie wobec siebie oraz innych ludzi.