Poniedziałek, 15 lipca 1996 roku, za kwadrans szósta rano – Snape Manor.
...
Zbiegli po schodach do sali komputerowej. Ich laptopy leżały na biurkach, tak, jak je zostawili poprzedniego dnia. Niestety, oprócz Hermiony zastali tam również Snape'a. Jego czarny strój przypominał piżamę. Kilka chwil zajęło chłopakom zrozumienie, że mężczyzna ma na sobie japońskie kimono. Wyglądał w nim zaskakująco naturalnie, jak jego japońscy przodkowie. A jeden z nich właśnie pojawił się na obrazie przedstawiającym widok na Fujijamę i przywitał ich głębokim ukłonem, wykrzykując jednocześnie powitanie.
- Konnichiwa, chłopcy!
– Nam również bardzo miło, dzień dobry – odpowiedział błyskawicznie Harry, kłaniając się równie uprzejmie i jednocześnie puszczając oko do Hermiony. Niestety, obecność profesora oznaczała, że z ich planów pogrania w komputerowego quidditcha raczej nic nie wyjdzie.
– Wydaje mi się, że spodobała wam się praca z komputerem, skoro zerwaliście się tak wcześnie i tu przybiegliście – zauważył Snape z wyraźną ironią. – A więc potrenujecie komunikowanie się przez internet. Skrzaty przyniosą wam tutaj śniadanie, żebyście nie musieli odrywać się od ekranów.
Ron i Harry spojrzeli na siebie. Wzrok Harry'ego mówił wyraźnie: „Jak sobie pójdzie, to zagramy!" Ron uśmiechnął się do przyjaciela.
– Co mamy robić? – spytał Harry.
– Znakomicie, Potter – powiedział Severus Snape kwadrans później, wyraźnie bardzo zadowolony. Chłopak spojrzał na mężczyznę z niedowierzaniem. Ron i Hermiona wyglądali na zszokowanych.
– Naprawdę bardzo dobrze – powtórzył swoją pochwałę Mistrz Eliksirów, nie zwracając uwagi na miny młodych ludzi. – Spróbuj teraz wysłać jakiegoś e–maila do panny Granger, skoro już udało ci się założyć sobie adres pocztowy. Internet to wspaniała rzecz, tylko trzeba nauczyć się go używać. Szybko się przekonasz, jak wiele możesz się dowiedzieć korzystając z tego mugolskiego wynalazku – dodał mentorskim tonem. – Macie czas do obiadu. Wiecie już jak szukać informacji, więc poszukajcie witryn o czarach i magii – Snape dziwnie uśmiechnął się przy tych słowach, potem odwrócił się na pięcie i wyszedł z komnaty.
– Informacje w intre... w internecie o czarach i magii?! – wykrzyknął Ron ze złością. – A co mugole mogą o tym wiedzieć? – popatrzył na Hermionę, szukając u niej poparcia. – Stary nietoperz sobie z nas zakpił...
– Chyba nie, Ron – Hermiona wpatrywała się zamyślona w ekran swojego laptopa. – Profesor Snape używa komputera... Przypuszczam, że nie tylko on. Jego przyjaciele przecież też... Poszukamy! – oznajmiła zdecydowanie. – Bierzcie się do roboty. Chyba już wiem, o co mu chodziło – uśmiechnęła się do siebie i szybko wpisała w rubryce „szukaj" słowo „MAGIA".
Gabinet Severusa Snape'a w Snape Manor, pięć minut później, godzina szósta rano.
Severus Snape wyjął z szuflady biurka telefon komórkowy w srebrnej obudowie, z czarnymi, podświetlonymi na zielono przyciskami. Wpisał tekst SMS–a w okienko, sprawdził czy nie popełnił błędu i uśmiechając się szeroko do siebie – pewny, że nikt go nie widzi – posłał wiadomość.
Wiadomość wysłana przez Severusa Snape'a brzmiała:
„CHŁOPIEC WSZEDŁ DO SIECI."
W londyńskim mieszkaniu Jörge i Laeticii kilka osób odtańczyło dziki taniec radości.
– Super! – wrzasnął potargany blondyn, całując gwałtownie ciemnoskórą dziewczynę.
– To jest TO! – ryczał z gwałtowną uciechą drugi blondyn, potrząsając telefonem komórkowym. Rudy chłopak i dziewczyna z bujnymi, kręconymi włosami padli na kanapę, dysząc ciężko. Przed chwilą gwałtownie kręcili się w kółko, obejmując się w pasie. Pozostali podskakiwali i śmiali się klepiąc się po plecach.
– Uff! Ale mi ulżyło! – westchnęła drobna blondynka.
– Kelner! Szampana! – zawył chudy osobnik z ogoloną głową, wznosząc zwycięskim gestem kciuk do góry i wywołując huraganowy śmiech wszystkich obecnych.
– Szampana? – Czarnooka nastolatka z zastanowieniem podrapała się w nos. – Chyba gdzieś tu jest... Hej! Gospodarzu miły! Masz ten wytworny napitek? Okazja w sam raz! – skwitowała, mrużąc filuternie oczy.
– A żebyście wiedzieli, że mam! – wykrzyknął Jörge. – Accio, szampan!
Podnieśli do ust kieliszki i spełnili toast. Tej chwili wielkiej radości nikt im nie mógł odebrać. Szkoda, że to była tylko chwila.
A do zwycięstwa długa droga...
– No, cóż... – westchnął Jörge odstawiając kieliszek. – Poświętowaliśmy, a teraz trzeba brać się do roboty. Wszyscy wiemy, co mamy do zrobienia.
Zebrani w pokoju pokiwali głowami. Tak, wiedzieli...
– Idziemy – zarządził rudzielec w okularach. – Trzymaj się!
Przybił z Jörge „piątkę", objął w pasie swoją ukochaną i oboje wyszli. Trzasnęły drzwi. Pozostali opuszczali pokój unosząc kciuki do góry. Sukces Severusa wszystkich natchnął nadzieją. Po chwili z gospodarzami została tylko czarnooka dziewczyna.
– Bierz się za warzenie eliksirów, Świetliku – polecił łagodnie blondyn.
– Już idę do laboratorium – dziewczyna skinęła energicznie głową.
– Pomogę ci – zaofiarowała się Laeticia. – Do pracy idę dopiero na jedenastą.
Jörge został sam. Usiadł przy komputerze i szybko zaczął stukać w klawiaturę. Po paru chwilach na ekranie ujrzał twarz Severusa Snape'a.
– Wiemy gdzie są wszystkie dzieciaki i ich pilnujemy – powiedział bez wstępów Jörge.
Poniedziałek, 15 lipca 1996 roku.
Gabinet Severusa Snape'a w Snape Manor, kilka minut po szóstej rano.
Severus Snape z ciężkim westchnieniem odłożył komórkę na biurko i wyjął z szuflady laptopa. Przestał się uśmiechać, zmarszczył czoło, a w jego oczach ukazało się znużenie. Nie spał całą noc, a dzień zapowiadał się straszliwie męczący...
Zerknął na kominek i przez chwilę wyraźnie się nad czymś zastanawiał. Wreszcie podjął decyzję. Laptop dołączył komórce do towarzystwa na blacie biurka, a gospodarz podszedł do kominka i pstryknął palcami. Na palenisku pojawiły się płomienie.
– Jao! – zawołał Snape.
Młody skrzat pojawił się przed nim natychmiast. Skłonił się głęboko, prawie zamiatając nosem podłogę, aż koszula wylazła mu ze spodni. Snape uśmiechnął się do siebie bezwiednie. Domowe skrzaty chcąc go zadowolić nosiły ubrania w jego ulubionych kolorach. Jao dziś ubrał się w zielone spodnie i białą koszulę.
– Jao przybył na wezwanie, panie! – zawołał skrzat szczerząc się radośnie.
– Przygotuj mi bardzo mocną kawę i tosty. Wiesz, co lubię – zarządził mężczyzna. – I przypominam, że za godzinę przybędą tu goście, kilkanaście osób. Przygotowaliście wszystko, co kazałem?
– Tak, sir! – skrzat z powagą kilka razy energicznie kiwnął głową. – Czy przynieść kawę i śniadanie tutaj, czy przyjdzie pan do kuchni, sir? – spytał. Snape zastanowił się przez moment.
– Tutaj – zdecydował.
– Zaraz będzie wszystko gotowe, sir – obiecał skrzat i zniknął z cichym pyknięciem.
Mężczyzna znów ciężko westchnął. Podniósł laptop i komórkę, otworzył porte–fenêtre prowadzące do małego ogrodu zimowego i wszedł do zielonego azylu. Stanął przed naturalnej wielkości portretem, śpiącej na recamierce pięknej kobiety, pędzla Muchy.
– Cioteczko – powiedział miękko. – Obudź się, proszę.
Kobieta otworzyła oczy i spojrzała na swego ciotecznego wnuka. W źrenicach ocienionych długimi rzęsami nie było śladu senności.
– Tak, Severusie? O co chodzi? – spytała cicho.
– Proszę, przejdź do gabinetu i zawiadom mnie, jak odezwie się Dumbledore, to bardzo ważne. Nie chcę, żeby widział, czym się zajmuję – dodał wyjaśniająco, wskazując na laptop.
Solange de Bois skinęła głową i zniknęła z obrazu.
Snape ustawił fotel tak, by nie było z niego widać kominka w gabinecie i usiadł na wprost opustoszałego portretu. Położył laptop na kolanach, włączył i z niecierpliwością czekał na ikonkę internetu. Na ekranie pojawił się obraz gwiezdnego nieba. W prawym górnym rogu migotało pulsujące czerwone światełko przy kopercie sygnalizującej nową, pilną wiadomość.
W liście było tylko jedno słowo:
Czekam
Mistrz Eliksirów szybko rzucił Silencio, włączył kamerę i wysłał sygnał, że jest na linii. Po chwili na ekranie pojawiła się twarz młodego, przystojnego blondyna.
– Wiemy gdzie są wszystkie dzieciaki i ich pilnujemy – powiedział bez wstępów blondyn. – Czworo udało się odbić francuskim aurorom, podrzuciliśmy im informacje.
– To były dobre wieści, a złe? – spytał Snape.
– Niestety, nie trafiliśmy na żaden ślad tego łajdaka...
– Nie liczyłem na to, że się uda – mruknął Snape ponuro.
– Prawdopodobieństwo, że go zlokalizujemy było znikome – westchnął blondyn. – Ale mam jeszcze jedną bardzo dobrą informację, coś absolutnie nieoczekiwanego!
– No? Co takiego? – zainteresował się gwałtownie Mistrz Eliksirów.
– To tylko na rozmowę w cztery oczy. Jestem prawie na sto procent pewien, że nikt nas nie podsłuchuje, ale wolę być ostrożny. O tym, co się stało, możesz się dowiedzieć tylko ty – oznajmił stanowczo jasnowłosy.
– Masz rację, mamy osłonę, ale to ścierwo też ma na usługach hackerów – przyznał Snape posępnie. – Coś jeszcze?
– Nie, na razie tylko tyle. Nie wyłączaj komórki, jak tylko będę miał coś nowego, to natychmiast cię zawiadomię – obiecał blondyn. – A jak tobie poszło tak naprawdę? Odebraliśmy twoją wiadomość i wszyscy przez chwilę szaleliśmy z radości, ale to była tylko chwila, niestety. Rzeczywiście jest aż tak dobrze?
– Znakomicie. Poszło o wiele łatwiej niż przypuszczałem – odpowiedział Snape z wyraźną ulgą w głosie. – To co zapowiadało się jako prawie niemożliwe, okazało się najprostsze...
– Tak bywa – zgodził się z nim młody mężczyzna. – Czekasz na kontakt ze Starym Magiem?
– Tak – potwierdził lakonicznie Snape.
– Jasne. Do zobaczenia.
Twarz blondyna zniknęła i na ekran wróciły gwiazdy. Snape ustawił laptopa na stan czuwania i sięgnął po komórkę.
W Krakowie, w mieszkaniu pełnym książek i pięknych mebli, elegancka starsza pani siedziała w fotelu i przeglądała album z fotografiami. Paliła papierosa, którego co parę chwil odkładała na popielniczkę, żeby sięgnąć po filiżankę z kawą. Z magnetofonu cichutko sączyła się muzyka Albinioniego. Nagle z szuflady komódki rozległy się pierwsze takty melodii francuskiej piosenki „Plaisir d'amour". Kobieta uniosła głowę, poderwała się z fotela i szybko wyjęła z komódki komórkę. Przeczytała i na jej twarzy pojawił się zwycięski uśmiech.
– Tak. Znakomicie – szepnęła do siebie. Wykasowała otrzymaną wiadomość, włożyła telefon na poprzednie miejsce, zamknęła zdecydowanym ruchem album i usiadła przy biurku. W jej umyśle pojawił się temat na nowy wiersz.
Wiersz został zapisany. Poetka odsunęła na bok kartkę z najbardziej zadowalającą wersją, kilka odrzuconych zmięła w kulkę i z satysfakcją wrzuciła ją do kosza. Wróciła na fotel i sięgnęła po album, ale nie wzięła go do ręki, bo z szuflady komódki zadzwonił telefon. Tym razem nie była to melodia o radości kochania... Cwał Walkirii drażnił i budził niepokój.
Radość trwała krótko. Ponura rzeczywistość upomniała się o uwagę.
Kobieta przetarła oczy. Na jej twarzy pojawiło się znużenie.
Sięgnęła po telefon.
- Tak, Severusie?
– Milady, mam złe wieści...
– Wiem. Jean dzwonił do mnie tuż przed północą. Uruchomiłam wszystkie moje kontakty. Ale wiesz, że nie wszystkim ufam. Węża nikt nie poprze, tego jestem pewna, niestety, Smok ma tu, w Polsce, zwolenników.
– Wiem. Dużo ich?
– Nie, garstka, ale są. Przeważnie młodzi. Nie pamiętają...
– Rozumiem. Zadzwonię za parę godzin, chyba, że zdarzy się coś jeszcze. Jakby co, Jean uruchomi łącze alarmowe.
– Poczekaj. Chcę ci pogratulować. Przynajmniej tobie się udało!
– I to lepiej niż przypuszczałem!
– Wspaniały sukces, Severusie. Teraz mam absolutną pewność, że wygramy!
– Dziękuję, milady. Tak bardzo potrzebujemy optymizmu!
– To prawda...
W małym prowansalskim miasteczku, w jednym z domów na przedmieściu, młody mężczyzna ziewał rozdzierająco, wpatrując się na zmianę w otwartą książkę i w ekran komputera. Od czasu do czasu klął rozpaczliwie. W nowym programie był jakiś błąd, a on do tej pory go nie zlokalizował! Spędził przed ekranem całą noc i był potwornie zmęczony. Usiłując skupić uwagę na tekście instrukcji, bezmyślnie przewrócił kolejną kartkę książki.
„To chyba było pisane przez idiotę dla debili!" – pomyślał zniechęcony. Z zamyślenia wyrwał go nieoczekiwany dźwięk. Jego telefon komórkowy grał melodię o radości kochania. Mężczyzna sennie wyciągnął ręką i wcisnął przycisk. Przeczytał wiadomość i w mgnieniu oka oprzytomniał.
– Łaaał! – wrzasnął radośnie! – Jupiii! Jest! – sapnął z radością i nagle spłynęło na niego natchnienie. Strącił na podłogę nieprzydatną instrukcję do programu i szybko zaczął stukać w klawiaturę. Znalazł błąd.
Palce mężczyzny zsunęły się z klawiatury. Radosna wiadomość od Warzyciela sprawiła, że przez chwilę nie pamiętał o tym, co się stało wczorajszej nocy. Ale tylko przez chwilę. Popatrzył na ekran. Tak, to było to. Szybko sprawdził zabezpieczenia. Program działał...
Cwał Walkirii wyrwał go z zamyślenia. Wcisnął zielony guzik i podniósł telefon do ucha.
– Jestem gotowy – powiedział cicho. – Program działa.
– To świetnie – usłyszał w słuchawce aksamitny głos Severusa Snape'a. – Zatem zaczynaj!
– Już zacząłem. I moje gratulacje!
– Dziękuję. Na razie.
Wysoki blondyn stał przy sterze kutra prującego wody tonącego w porannych mgłach fiordu Trondheim. Chociaż doskonale znał całe wybrzeże, roztaczające się dookoła wspaniałe widoki niezmiennie go zachwycały. Gdy patrzył na norweskie krajobrazy miał pewność, że tu jest jego miejsce na ziemi i nie mógłby żyć nigdzie indziej. Zwiedził prawie cały świat, ale im bardziej oddalał się od Norwegii, tym większa była jego tęsknota. Uśmiechnął się do siwego mężczyzny i młodej, drobnej, czarnowłosej kobiety stojących przy burcie. Oboje odpowiedzieli mu uśmiechem, ale w ich oczach był niepokój. No, tak... Gdzieś na świecie czają się psychopatyczni mordercy, zdecydowani utopić świat we krwi. A choćby tych dwóch najgroźniejszych szaleńców grasujących teraz po Europie udało się unicestwić, to ich miejsce zajmą następni... Niestety.
Z kieszeni jego kurtki zabrzmiała znana francuska melodia piosenki o miłości. Wyjmując swój telefon komórkowy, zauważył, że jego żona i ojciec jednocześnie też sięgnęli do kieszeni.
– Nareszcie! – wykrzyknął starszy mężczyzna. Kobieta oparła się o burtę i zamknęła oczy. Na jej twarzy malowała się ogromna ulga. Blondyn i siwowłosy wymienili spojrzenia pełne nadziei. Nareszcie.
Blondyn pokręcił kołem sterowym kierując łódź w stronę przystani.
– Nareszcie! – powiedziała kobieta. – To dla gadziny i smoka początek końca.
– Oby... – mruknął starszy mężczyzna.
Telefon blondyna znów się odezwał. Cwał Walkirii...
...
– Dobrze, Severusie. Będę za parę minut.
...
Byli już blisko przystani.
Drobny brunet o wspaniałej sylwetce szalał na desce surfingowej wśród fal przypływu. Hawaje to doskonałe miejsce na uprawianie tego sportu. Nawet o tak późnej porze dnia. Co prawda na Hawajach godzina ósma po południu to jeszcze nie wieczór, słońce wciąż świeciło intensywnie, jednak upał już trochę zelżał. Z plaży obserwowały bruneta pełne zachwytu i podziwu kobiety, oraz pełni zazdrości mężczyźni. Wyróżniał się wśród surferów nie tylko harmonijną muskulaturą, ale przede wszystkim umiejętnościami. Poruszał się z niezwykłym wdziękiem, jak tancerz. Gdy wreszcie wylądował, podszedł do młodej szatynki i pocałował ją w usta. Kilka kobiet jęknęło z zawodem.
Mężczyzna chwycił swoją deskę surfingową i razem z szatynką odeszli z plaży, odprowadzani wieloma spojrzeniami.
Kilkanaście minut później siedzieli oboje przy stoliku w pobliskiej kawiarence, delektując się lodami. Dziewczyna wyjęła z torebki dwa telefony komórkowe wygrywające zgodnie melodię „Plaisir d'amour". Jeden podała mężczyźnie. Oboje spojrzeli jednocześnie na słowa wyświetlające się na ekranach ich komórek. Jednocześnie unieśli głowy. Spojrzeli na siebie i spontanicznie się pocałowali.
– Wracamy do domu, kochanie. Musimy to uczcić – szepnęła dziewczyna.
Powoli sączyli doskonałe francuskie wino upajając się smakiem i aromatem. Po chwili dołączyli do nich rodzice. Nikt nic nie mówił. Rozumieli się bez słów.
– Wezwij smoki – powiedziała szatynka, odstawiwszy na stolik pusty kieliszek. – Będziemy potrzebni Severusowi.
Mężczyzna skinął głową. Z jego telefonu grzmiał Cwał Walkirii.
Przez niedomknięte rolety przesączały się krwistoczerwone promienie zachodzącego słońca.
Upajający zapach kwiatów wypełniał całą przestrzeń wnętrza pawilonu zbudowanego na wzgórzu, którego stoki porastały sosny, świerki i miłorzęby. Lipiec w Japonii był jak zwykle piękny. Góry majaczące na horyzoncie wyglądały jak uśpione olbrzymy, pełne królewskiego majestatu. W południe spadł deszcz, a po nim pojawiły się chmury, spowijające teraz szczyty. Wszystkie ruchome ściany pawilonu zostały odsunięte, tak że osoby przebywające w środku mogły bez żadnych przeszkód napawać się otaczającymi budowlę widokami oraz aromatem ziół i kwiatów. Na środku pomieszczenia stał niski stolik zawalony papierami. Przy stoliku na okrągłej poduszce klęczał czarnowłosy mężczyzna ubrany w czarne, jedwabne kimono i coś czytał, a od czasu do czasu podnosił głowę i patrzył gdzieś w dal, jakby szukał natchnienia. Po przeciwnej stronie stolika leżał na kilku poduszkach jasnowłosy chłopak. Miał zamknięte oczy, zapewne spał.
Czarnowłosy mężczyzna wziął do ręki ołówek i zaczął szybko coś zapisywać w dużym zeszycie oprawionym w jedwab.
Nagle ciszę zakłócił dźwięk melodii wydobywającej się z dwóch telefonów komórkowych leżących na stoliku. Obie komórki wygrywały tę samą – „Plaisir d'amour". Złotowłosy nastolatek poderwał się gwałtownie i chwycił jeden z telefonów. Mężczyzna spokojnie sięgnął po drugi. Przeczytali wiadomość. Popatrzyli sobie w oczy. Orzechowe i błękitne tęczówki rozjarzyły się taką samą radością.
– Napijesz się sake? – spytał mężczyzna, mrużąc lekko w uśmiechu ciemnobrązowe, skośne oczy.
– Wolałbym szampana – zaśmiał się błękitnooki.
– Jesteś w Japonii, Francuzie! – skwitował jego życzenie rozbawiony Japończyk.
W milczeniu spełnili toast. Blondyn nie protestował już przeciw sake. Mieli powód do radości. Wreszcie prawdziwy sukces! Szkoda, że mogli sobie pozwolić tylko na kilka minut świętowania. Odstawili kieliszki na stolik. Jak bardzo nie chcieli wracać do ponurej rzeczywistości!
Telefony znowu się odezwały. Cwał Walkirii naglił do działania.
