###
– Severusie! – Solange de Bois pojawiła się na portrecie. – Stary Mag...

– Już idę – Snape zerwał się z fotela. Uśmiechnął się mechanicznie do ciotecznej babki. – Dziękuję.

Kobieta skinęła głową i usiadła na swojej sofie we wdzięcznej pozie podpatrzonej u Julie Récamier z obrazu Davida. Severus pomyślał, że jego cioteczna babka została doskonale odmalowana. Gdy żyła była okropnie próżna, a Mucha tę jej cechę szczególnie podkreślił. Na szczęście była nie tylko próżna, także inteligentna i życzliwa ludziom.

Bardzo ją kochał i na samą myśl o niej uśmiechał się do siebie. Doskonale ją pamiętał, choć zmarła gdy miał zaledwie pięć lat. Lecz gdy wszedł do gabinetu, natychmiast porzucił wszelkie wspomnienia o Solange de Bois. W kominku tkwiła głowa Dumbledore'a.

– Severusie, musisz wrócić do Hogwartu – powiedział dyrektor zmęczonym głosem. – Być może tylko na kilka godzin, ale potrzebuję cię tutaj. Przed chwilą przybył Kingsley z Draco Malfoyem.

– Rozumiem. Będę za kilkanaście minut... – Snape skrzywił się posępnie. – Razem z dzieciakami. Nie zostawię ich tu samych. I... będzie ze mną... jeszcze ktoś – dokończył z wysiłkiem.

Dumbledore przez chwilę milczał rozważając sytuację.

– Dobrze, rozumiem. To czekam. I pospiesz się – dodał z naciskiem. – Aha, masz tu „Proroka". – Z płomieni wypadła gazeta i plasnęła o podłogę. Głowa dyrektora zniknęła.

Mistrz Eliksirów podniósł „Proroka" i zerknął na pierwszą stronę. Przez chwilę żywił nadzieję, że pismaki jeszcze nie wiedzą o porwaniu dzieci, ale wielki tytuł krzyczący, że „Władca Smoków wziął zakładników i stawia ultimatum Temu–Którego–Imienia–Nie–Wolno–Wymawiać" rozwiał jego złudzenia.

„Więc mamy już jawne wypowiedzenie wojny" – pomyślał. Wsunął gazetę za pazuchę. Trzeba zacząć działać.

Tak jak przypuszczał, Złote Trio grzebało w internecie. Trafili na kilka ciekawych stron, jeden rzut oka na ekrany upewnił Snape'a, że weszli gdzie powinni. No, nie tylko... Oczywiście znaleźli też link do czata maniaków quidditcha, ale Snape był przekonany, że z tym sobie poradzi. Widząc ich rozradowane twarze przez chwilę żałował, że musi im przerwać zabawę. Niestety, brutalna rzeczywistość nieubłaganie domagała się uwagi.

– Wyłączcie komputery i spakujcie je – powiedział sucho Mistrz Eliksirów. Machnął różdżką i na stole pojawiły się trzy torby.

– Co się stało, panie profesorze? – Hermiona najszybciej zorientowała się, że coś jest niedobrze.

Mężczyzna bez zbędnych słów podał jej gazetę. Trzy głowy pochyliły się nad płachtą papieru.

Niebieskie, orzechowe i zielone oczy miały identyczny wyraz. Troje nastolatków wpatrywało się w niego intensywnie z mieszaniną przerażenia, oczekiwania, nadziei i chęci działania.

„Powiedz, co mamy robić! Jesteśmy gotowi na wszystko!" – mówiły mu ich spojrzenia.

„Gryfoni" – pomyślał ze smętnym rozbawieniem.

– Dyrektor zażądał, żebym wrócił natychmiast do Hogwartu – poinformował Trio zimnym głosem. – Nie wiem, na jak długo, być może tylko na kilka godzin, ale najprawdopodobniej spędzimy w szkole dzisiejszą noc, zabierzcie więc ze sobą piżamy – zarządził. – Weźmiecie też swoje laptopy, te same, z których przed chwilą korzystaliście, ale nie wolno wam nikomu ich pokazać! Są specjalnie przystosowane do pracy w silnym polu magicznym, mają odpowiednie osłony – zwrócił się do Hermiony, która już otwierała usta, żeby zaprotestować. – Weźmiecie ze sobą też specjalne komórki, zaraz je wam dam. I pospieszcie się z pakowaniem! Hortensja wam pomoże.

Pstryknął palcami i wezwał skrzatkę. Pojawiła się natychmiast i oczywiście ukłoniła się nieomal zamiatając nosem podłogę.

– Hortensja przybyła na wezwanie, sir! – oznajmiła z powagą. Nie uśmiechała się.

Hermiona wciągnęła ze świstem powietrze. Nie mogła uwierzyć własnym oczom. Stara skrzatka miała dziś na sobie bladozieloną lnianą koszulę haftowaną w srebrne kwiatki. W mankietach tkwiły srebrne spinki ozdobione skrzydlatym Uroborosem zwiniętym w ósemkę i taki sam symbol lśnił na broszce spinającej kołnierzyk koszuli. Ciemnozielona, długa do kostek spódnica z tafty wykończona była srebrną lamówką. Strój dopełniały srebrne sandałki, srebrna kamizelka i taki sam kapelusik z wyciętymi otworami na uszy. Wczoraj była ubrana znacznie skromniej...

– O Merlinie! – stęknął Ron.

Harry zagapił się na drobną istotkę z otwartymi ustami.

Snape nie zwrócił najmniejszej uwagi na ich reakcję.

– Hortensjo, profesor Dumbledore zażądał, żebyśmy wrócili do Hogwartu na kilka godzin, ale to może się przeciągnąć do jutra rana. Jeśli tak, to wrócę z gośćmi, którzy mieli przybyć dziś.

– Hortensja rozumie, profesorze, sir – powiedziała markotnie skrzatka.

– Na czas mojej nieobecności jesteś odpowiedzialna za dom, a Kamelia i Tamaryszek za tereny poza domem – zarządził. Mówił bardzo łagodnym tonem, choć stanowczo, co nie umknęło uwadze młodych ludzi.

– Hortensja nie zawiedzie, profesorze, sir! – obiecała gorliwie skrzatka, prostując się dumnie.

– Wiem, dlatego zarządzanie na czas mojej nieobecności powierzam tobie – oznajmił Snape z naciskiem.

Hermiona miała wrażenie, że jest świadkiem swoistego rytuału.

– Pomożesz teraz pannie Granger i panu Weasleyowi w pakowaniu, a ty, Potter, pozwól na chwilę – Mistrz Eliksirów bez ceregieli złapał Harry'ego za ramię i pociągnął za sobą. Ku lekkiemu zaskoczeniu chłopaka nie skierował się do gabinetu.

Skrzatka chwyciła za ręce Hermionę i Rona i cała trójka zniknęła z cichym pyknięciem.

Zdziwiony Harry podążał za mężczyzną do jego prywatnych apartamentów. Snape wszedł do sypialni i obejrzał się niecierpliwie na chłopca. Harry zawahał się w progu, ale widząc zdecydowanie zapraszający gest gospodarza podszedł do niego. Starał się nie rozglądać zbyt nachalnie, ale nie mógł nie zauważyć, że pokój tonął w zieleni i złocie, przy czym obie barwy były tu obecne w równych proporcjach. Ściany pokrywała jasnozielona tapeta, wytłaczana w złote arabeski o skomplikowanym rysunku. Sufit pomalowano bladoseledynową farbą ze złotym pyłem. Meble były złote, tak samo jak abażury lamp, a łóżko pokrywała złota kapa haftowana w liście, oczywiście jak najbardziej zielone. W różnych odcieniach. Niestety, na dalsze podziwianie dobrego gustu Snape'a w urządzaniu wnętrz nie mógł poświęcić ani sekundy więcej. Mistrz Eliksirów podał mu pudełko oklejone jedwabiem.

– Otwórz – polecił.

Harry uchylił wieko. Wewnątrz ujrzał owalną kościaną płytkę ozdobioną złotym Uroborosem. Spoczywała we wgłębieniu utworzonym w aksamitnej wyściółce, jak w gniazdku. Obok było identyczne wgłębienie, puste. Chłopak uniósł głowę i spojrzał pytająco na mężczyznę. Snape przyglądał mu się z nieodgadnionym wyrazem twarzy.

– Weź to – polecił. – I chyba nie muszę ci mówić, że nikomu nie możesz się tym pochwalić?

– Nie... – szepnął Harry. – Ale CO to jest?

Mężczyzna chyba czekał na to pytanie, bo skinął głową z aprobatą. Zdjął z szyi łańcuszek z drugim, bliźniaczym medalionem. Ułożył płytkę na dłoni gładką stroną do góry i delikatnie potarł palcem.

– Lilio! Stokrotko! Pokażcie się – poprosił cicho.

Na powierzchni medalionu pojawiły się kolorowe plamki. Wirowały i migotały układając się w skomplikowane wzory, a po kilku sekundach obraz się wyostrzył i Harry ujrzał dwa kwiaty. Smukłą lilię i małą stokrotkę na rozmytym, bladobłękitnym tle. Rysunek był delikatny, jak akwarela.

– Zrób to samo co ja – polecił Snape. – Z jednym zastrzeżeniem. Ty możesz zawołać tylko lilię.

Harry uśmiechnął się. Przeczuwał co zobaczy i domyślił się do czego służy medalion. Szybko potarł palcem swoją płytkę.

– Lilio, pokaż się – powiedział. Pojawił się piękny kwiat, a po chwili spomiędzy białych płatków wynurzyła się twarz Lily. Mrugnęła do niego figlarnie.

Harry uniósł głowę i popatrzył na Snape'a z satysfakcją.

– Zgadłem! – oznajmił.

– Cieszy mnie to – skwitował Mistrz Eliksirów. – W ten sposób możemy się ze sobą komunikować – poinformował chłopca.

– A pan w ten sposób sprawdza, co się dzieje w domu – roześmiał się Harry.

– Oczywiście – potwierdził lakonicznie Snape. – Schowaj to – napomniał szorstko.

Harry spoważniał. To, co się działo nie było zabawne. Wręcz przeciwnie.

– Hermiona i Ron... Im też nie? – postanowił się upewnić.

– Nikomu! – mężczyzna powiedział to z takim naciskiem, że Harry pozbył się wszelkich wątpliwości. – To tylko dla członków naszej rodziny. I też nie dla wszystkich... Rozumiesz?

Chłopak podniósł wzrok i napotkał śmiertelnie poważne spojrzenie czarnych oczu. Kiwnął głową. Jasne, że rozumiał, bo cóż tu mogło być nie do zrozumienia.

– Idź, spakuj się – polecił Snape, ale zabrzmiało to dziwnie łagodnie.

Harry pomyślał, że w swoim domu Mistrz Eliksirów zachowuje się zupełnie inaczej niż w szkole. Ale która z jego twarzy była tą prawdziwą?

Wrzucenie do podręcznej torby ubrania na zmianę, piżamy, ręcznika i przyborów toaletowych to była kwestia kilku chwil. Oczywiście, nie zapomniał o pelerynie niewidce. Po sekundzie namysłu Harry włożył też do bocznej kieszeni Mapę Huncwotów a na samo dno torby wcisnął pomniejszoną Błyskawicę. Podziękował w myśli Hermionie za to, że upierała się by się nauczył zaklęcia zmniejszającego. Zmusiła go do ćwiczeń i dzięki niej opanował je perfekcyjnie.

Szybko zbiegł do holu. Snape wręczył mu jego laptop i komórkowy telefon. Harry zdziwił się ogromnie widząc, że oprócz Mistrza Eliksirów, Rona i Hermiony trzymającej pod pachą Krzywołapa, był tu też Olaf Goldstone. A za chwilę zdumienie chłopca osiągnęło apogeum. Snape podał Olafowi małą butelkę, zapewne zawierającą jakiś eliksir, który Goldstone natychmiast wypił. Okazało się, że to był eliksir wielosokowy, bo rysy Norwega rozmyły się i po kilku sekundach stanął przed nimi sobowtór Snape'a. Obaj Snape'owie – i prawdziwy, i fałszywy – mieli na sobie identyczne, czarne garnitury. Teraz można ich było odróżnić tylko po wzorze krawata.

Snape z czarno–srebrno–zielonym krawatem wziął do ręki „Proroka" i podsunął im jednoznacznym gestem. Drugi Snape (z czarno–złoto–zielonym krawatem), chwycił gazetę i skinął ponaglająco na trójkę nastolatków.

– Szybko! Łapcie, to się zaraz uaktywni! – zawołał.

Nie trzeba im było tego powtarzać.

###

Świstoklik przeniósł ich wprost do gabinetu Dumbledore'a. „Prorok" z plaśnięciem klapnął o podłogę. Hermiona chwiała się w objęciach Snape'a z czarno–srebrno–zielonym krawatem, jednocześnie mocno trzymając wyrywającego się jej z rąk Krzywołapa. Harry nie upadł tylko dlatego, że drugi Snape (ten z czarno–złoto–zielonym krawatem) podtrzymał go za ramię. Ron walnął łokciem w regał, na którym stały różne dziwne instrumenty. Uderzenie było tak silne, że większość z nich spadła z półek. Chłopak zasyczał z bólu i odskoczył wpadając na Dracona Malfoya, stojącego tuż przy sponiewieranym przez rudzielca meblu.

– Uważaj, łasic! – wrzasnął Draco. – Jak zwykle niezdarny – dodał złośliwie.

– Zamknij się, fretko! – odszczeknął Ron. – A cóż to się stało, że twoje wytworne szaty nie są już takie eleganckie jak zwykle? – skomentował jadowicie wygląd Ślizgona.

Rzeczywiście, Malfoy nie przypominał samego siebie. Jasne włosy tylko gdzieniegdzie ukazywały swój kolor spod warstwy błota. Twarz chłopaka była koszmarnie brudna, pokryta zaskorupiałą maską z kurzu i krwi, a jego eleganckie szaty – podarte i umazane czymś, co wyglądało na mieszaninę śluzu, krwi i rzygowin. Nie mówiąc już o tym, że Draco nie pachniał najładniej... no, wyrażając się wprost – śmierdział nieziemsko.

– Nie twój interes! – warknął Malfoy.

– Chłoszczyść jeszcze się nie nauczyłeś? – zakpił Ron. – Bo zawsze robiły to skrzaty?

– Dość – zabrzmiał ostry głos Dumbledore'a. Dyrektor właśnie wszedł do gabinetu z sypialni. – Panie Malfoy, rozumiem wszystko, ale nie widzę powodu, żeby nie miał się pan doprowadzić do porządku. A pana, panie Weasley, bardzo uprzejmie proszę, – dodał z naciskiem, patrząc na Rona karcąco – o powstrzymanie się od osobistych wycieczek pod adresem obecnych tu osób.

Ron zaczerwienił się po korzonki włosów. Mruknął coś pod nosem i rzucił Malfoyowi złe spojrzenie. Ale Draco już na niego nie patrzył, warcząc gniewnie czyścił różdżką szaty. Marnie mu to wychodziło...

Harry obserwując heroiczne wysiłki Malfoya poczuł doń lekkie współczucie. I chyba nie tylko on. Profesor McGonagall i jeden ze Snape'ów (ten z czarno–srebrno–zielonym krawatem) jednocześnie podnieśli różdżki. Żadne z nich nie powiedziało zaklęcia na głos, ale skutek był natychmiastowy. Młody arystokrata błyskawicznie stanął przed nimi czysty i w całych szatach. No i zniknął odrażający zapach. Za to uwidoczniło się coś innego. Blondyn był tak blady, że aż prawie przezroczysty. Ciemnofioletowe sińce podkreślały głęboko zapadnięte oczy, a na policzkach widniały rany, wyglądające jak ślady po paznokciach. Harry błyskawicznie przypomniał sobie, co pisał „Prorok" o ataku na Malfoy Manor i jego skutkach. Tak, Ślizgon miał straszne przeżycia!

Harry rozejrzał się. Odniósł wrażenie, że znalazł się na stacji metra w godzinie szczytu. W całkiem sporym pomieszczeniu panował straszliwy tłok. Zapamiętany przez Harry'ego z jego poprzednich wizyt w gabinecie dyrektora, jaskrawo czerwony dywan ze złotym lwem usiłującym chwytać złote gwiazdki, zniknął. Teraz na kamiennej podłodze gabinetu było mnóstwo błota i piachu.

Oprócz dyrektora i opiekunki Gryfindoru, w gabinecie byli obecni także inni profesorowie – opiekun Ravenclawu Flitwick, Sprout z Hufflepuffu oraz profesor Vector. Ale nie tylko oni. Tuż za Malfoyem widać było zwalistą sylwetkę Kingsleya, obok niego stała Tonks przyciśnięta do boku Remusa Lupina, jakaś nieznana chłopakowi płacząca rozpaczliwie mulatka, (jej szaty kurczowo trzymał się śmiertelnie wystraszony skrzat), czterech mężczyzn i trzy kobiety w aurorskich uniformach, oraz lwiogrzywy szef aurorów – Rufus Scrimgeour. Za aurorami ledwo było widać trójkę Weasleyów i Deana – bliźniacy mieli ponure miny, a Ginny, przytulona do swego chłopaka, płakała, mocząc łzami jego t–shirt. Charliego i Billa brakowało...

I wszyscy z osłupieniem gapili się na rozdwojonego Snape'a. Z wyjątkiem Dumbledore'a. Dyrektor z powagą oznajmił:

– Bardzo dobrze, Severusie, że jesteś w dwóch osobach, ale myślę, że to może trochę za mało...

– Jeszcze dwóch nas wystarczy? – Z tym pytaniem wkroczył do gabinetu trzeci Snape (z czarno–srebrno–zielonym krawatem), a jednocześnie na fotelu za biurkiem dyrektora zmaterializował się czwarty (z czarno–złoto–zielonym krawatem).

– No, może jeszcze z jeden by się przydał... – skomentował spokojnie Dumbledore i machnął różdżką. Koło okna pojawił się piąty Snape. Ten dla odmiany był w szatach czarodzieja. Jego peleryna zafalowała. Założył ręce na piersi i zrobił groźną minę. Pozostali czterej Snape'owie pokiwali aprobująco głowami. Po krótkiej chwili totalnego osłupienia zebranego w gabinecie towarzystwa, gruchnął śmiech. Ale nie wszyscy się roześmiali.

– Nie czas na żarty! – warknął Scrimgeour. Mulatka załkała głośniej, rozmazując sobie dłonią łzy.

– Gdzie jest mój Blaise? – zawyła rozpaczliwie.

– Benvenuto, uspokój się – powiedział łagodnie Dumbledore. – Opowiedz, co się stało.

– Smoki zrujnowały pół naszego domu w Anglii! Szukały Blaise'a! Ale mój syn był we Włoszech! Jak zobaczyły, że go nie ma w Brighton, to poleciały do Włoch! Zburzyły część mojej willi w Brindisi... A Blaise zniknął! Plątek – kobieta wskazała dramatycznym gestem na uczepionego jej sukni skrzata – mówi, że smok go nie porwał... Więc gdzie jest? – urwała i ukryła twarz w dłoniach. Ramiona jej drgały.

– Blaise jest bezpieczny – odezwał się Snape spod okna. – Wieczorem będzie w Hogwarcie.

– Co?! – wykrzyknęło z niedowierzaniem kilka osób jednocześnie.

– Jest bezpieczny – powtórzył z naciskiem Snape w pelerynie. – Nic więcej nie mogę powiedzieć – zakończył z lodowatym błyskiem w oku.

– Wierzę ci, Severusie – oznajmił dyrektor. – Natomiast do ciebie, Benvenuto mam jedno pytanie. I proszę o szczerą odpowiedź – powiedział szorstko. Atmosfera w gabinecie zgęstniała w zauważalny sposób.

– Słucham – szepnęła kobieta.

– Jak daleko sięga twoje poparcie dla Voldemorta? – spytał zimnym tonem Dumbledore.

– Ja... – kobieta urwała, głos uwiązł jej w gardle. Patrzyła na dyrektora z nieopisanym przerażeniem. Nie próbowała zaprzeczać.

– Porwano dziewiętnaścioro dzieci. Czytaliście „Proroka", więc wiecie, kto to zrobił i po co. Większość to Ślizgoni, ale wśród ofiar kidnapingu jest też dwoje Gryfonów, troje Puchonów i dwóch Krukonów. Pozostałych dwanaścioro należy do Domu Węża. Wszyscy są dziećmi śmierciożerców. Co do pana Malfoya, – dyrektor spojrzał bez uśmiechu na Dracona – nie ma żadnych wątpliwości, dlaczego próbowano go porwać. A Blaise, Benvenuto? Ty, twój zmarły kilka tygodni temu siódmy mąż, czy może sam Blaise? JEST śmierciożercą?

– Nie! – wybuchnęła kobieta. – Blaise nie! To mój mąż... On był śmierciożercą! Ale nie żyje... Ja nie! Nie mam znaku! – Benvenuta Zabini szarpnęła rękawy sukni i pokazała gołe przedramiona.

Kingsley zrobił niedowierzającą minę i smagnął różdżką w powietrzu. Ale nic się nie stało. Na obnażonych rękach matki Blaise'a nie pojawił się złowieszczy symbol.

– Przykro mi, ale musiałem zadać to pytanie – powiedział spokojnie dyrektor.

– Czy dlatego zwróciłaś się z prośbą o pomoc do profesora Dumbledore'a, bo byłaś pewna, że Voldemort nie kiwnie palcem i poświęci dzieci swoich niewolników bez chwili wahania? – zadrwił Snape (z czarno–złoto–zielonym krawatem) siedzący w fotelu.

– A może wystarczyłoby, żebyś spełniła żądanie Czarnego Rogogona i przeszła na jego stronę? – zakpił Snape stojący przy drzwiach.

– Och, pani Zabini jest bardzo rozważna i woli się w nic nie angażować – wysunął złośliwą insynuację Snape stojący na środku gabinetu.

– Mój ostatni mąż chciał zrobić z mego syna śmierciożercę – powiedziała matka Blaise'a zaskakująco rzeczowym tonem. Opanowała się już i przestała płakać.

– A ty? – spytał z przekąsem Snape stojący obok Harry'ego.

Kobieta zmrużyła oczy i szybko omiotła wzrokiem wszystkich pięciu Snape'ów.

– A ja NIE! – oznajmiła z naciskiem.

– A co na to sam Blaise? – wtrąciła się nieoczekiwanie Hermiona.

Wszyscy obecni spojrzeli na dziewczynę z zaskoczeniem. Niektórzy z podziwem, ale większość z urazą i oburzeniem.

Matka Blaise'a odwróciła głowę, patrząc na Hermionę lodowatym wzrokiem.

– Nie sądzę, by powinno to panią obchodzić, panno Granger – oznajmiła wyniośle. – Osoby urodzone w mu... w niemagicznych rodzinach nie powinny zabierać głosu. Zwłaszcza w sprawach o których nie mają pojęcia!

Hermiona poczerwieniała z gniewu i otworzyła usta, najwyraźniej zamierzając się ostro odciąć, ale nie zdążyła, bo wtrącił się Malfoy

– Ty bezczelna szlamo! – warknął wściekle. – Co za zuchwalstwo! Jak śmiesz się odzywać!

W następnej sekundzie blond arystokrata leżał na podłodze, z Ronem klęczącym mu na plecach. Stało się to tak szybko, że nikt nie zdążył zareagować.

– Przeproś! – ryknął Ron, wykręcając Malfoyowi rękę.

Chwilę później zapanowało istne pandemonium. Harry i Hermiona rzucili się na Rona z zamiarem odciągnięcia go od Malfoya. Hermiona wypuściła z objęć Krzywołapa, który skorzystał oczywiście z wolności i olbrzymim susem dopadł okna, okupowanego przez Snape'a w pelerynie. Snape w pelerynie w tym właśnie momencie poruszył się, zapewne w celu oddzielenia Rona od Malfoya, więc zszedł kotu z drogi. Krzywołap wskoczył na parapet. Nikt nie zwracał na niego uwagi, ponieważ wszyscy podjęli różnorodne działania związane z reakcją Rona na odzywkę Dracona. Niestety, nieskoordynowane ze sobą. Co zaowocowało zderzeniami i krzykami. W wciąż potęgującym się zamieszaniu nagle ponad powstały harmider wybiło się pełne tryumfu miauczenie pomieszane ze straszliwym wrzaskiem.

– Zabierzcie tego kotaaaa! Aaaaarghhh!

Wszyscy zamarli. Głos był znajomy. Nawet bardzo...

Na środku gabinetu miotała się Rita Skeeter usiłując zrzucić z siebie miauczącego mściwie Krzywołapa.

Hermiona oderwała kocura od dziennikarki i czule go przytuliła, głaszcząc nastroszone futerko.

– Dooobry kiciuś, dobry – pochwaliła zwierzaka. – I znów miałeś rację...

Akurat w tym momencie wrzawa nieco przycichła i słowa Hermiony dotarły z największą dokładnością do uszu całego zebranego w gabinecie towarzystwa. Rozległy się stłumione chichoty. No, cóż... Rita Skeeter wyglądała jak obraz nędzy i rozpaczy. Czoło, nos i prawy policzek oraz dłonie dziennikarki mocno krwawiły, rozorane kocimi pazurami. Jadowicie zielona szata była pognieciona i w kilku miejscach podarta, a włosy przypominały stertę niedbale zagrabionego siana.

– Spokój! – ryknął Dumbledore. Momentalnie zapadła cisza.

Dyrektor bez wątpienia bardzo się rozgniewał. Stał wyprostowany przy swoim biurku, w ręku trzymał różdżkę, a jego oczy miotały błyskawice.

– Panna Skeeter – stwierdził niewątpliwy fakt. – Jak się pani tu dostała? – To pytanie zadane zostało zwodniczo łagodnym głosem, nikt jednak nie miał wątpliwości, że odmowa odpowiedzi nie wchodzi w grę.

– Jest nielegalnym animagiem, żukiem. Pewnie siedziała na oknie i podsłuchiwała – wyjaśnił złośliwie Draco, patrząc drwiąco na Ritę.

– Ty dwulicowy gnojku! – syknęła Skeeter, zaciskając pięści.

– Ach to tak! – warknął szef aurorów. – To w ten sposób zdobywałaś informacje!

– Owszem – potwierdziła Rita zgryźliwie. Harry pomyślał z niechętnym uznaniem, że potrafiła się błyskawicznie opanować. Uwolniona od kota przestała się miotać. Zadarła brodę do góry i obrzuciła Scrimgeoura wyzywającym spojrzeniem. – I co teraz będzie? – spytała. Choć, mimo że zgrywała się na kogoś kto się niczego nie obawia, nie zdołała ukryć nuty niepokoju w głosie.

– Profesor Dumbledore zadecyduje, co teraz – odpowiedział spokojnie Scrimgeour. – A co potem, to się będzie kłopotać Wizengamot. I to na twoje szczęście na pewno nie zaraz. Bo mamy ważniejsze sprawy na głowie, niż upierdliwa reporterka – wyzłośliwił się.

Dyrektor błyskawicznie podjął decyzję.

– Skoro już pani tu jest, to zostanie pani z nami, panno Skeeter i napisze artykuł do „Proroka" – oznajmił swoje postanowienie. – Tylko tym razem, panno Skeeter, będzie to RZETELNY artykuł – podkreślił z naciskiem. – Sądząc po wywiadzie, jaki przeprowadziła pani z Harrym kilka miesięcy temu, stać panią na to! – stwierdził sucho.

Harry cały czas miał wrażenie, że w zachowaniu Dumbledora wobec Rity jest coś niezwykłego. Nagle go olśniło. Dyrektor nazwał Ritę „panną Skeeter" i zwracał się do niej per „pani". Chłopak przypomniał sobie, że gdy dziennikarka zaciągnęła go do komórki na miotły przed pierwszym zadaniem Turnieju Trójmagicznego by przeprowadzić z nim ów niesławny „wywiad", to Dumbledore uwalniając go od niej, mówił jej wtedy po imieniu. Teraz potraktował ją chłodno, oficjalnie i z dystansem. Czyżby w ten sposób dawał do zrozumienia, co o niej naprawdę myśli? Harry uśmiechnął się w duchu. Ciekawe, czy Rita to wyczuła? No, cóż, jeśli nawet, to nie dała tego po sobie poznać. Uśmiechnęła się zwycięsko, rzuciła tryumfalne spojrzenie szefowi aurorów i wyjęła z kieszeni różdżkę. Szybko naprawiła swoją szatę, zasklepiła zadrapania, (nikt nie pokwapił się z pomocą...), doprowadziła do porządku fryzurę i na koniec wyjęła notes i jadowicie zielone samonotujące pióro, które Harry tak dobrze zapamiętał... Kwaśne miny szefa aurorów i jego podwładnych nie pozostawiały wątpliwości co sobie myślą, ale nikt się nie sprzeciwił zarządzeniu Dumbledore'a. No, cóż, to on był tu gospodarzem...

Dyrektor skierował spojrzenie na panią Zabini.

– Benwenuto – powiedział chłodno. – Panna Granger zadała bardzo istotne pytanie. Niezależnie od woli twego męża, który już i tak nie żyje, najważniejsza jest wola twojego syna. I rozstrzygająca. A zatem?

Matka Blaise'a odetchnęła głęboko.

– On... Blaise... chyba nie chciał... Unikał mego męża... Ja też nie chciałam. Dlatego wysłałam go do Włoch! – oznajmiła z determinacją.

– Rozumiem. Chciałbym mieć jednak jasność w innej sprawie. Co myślisz o mugolakach? – Dumbledore przyglądał się kobiecie uważnie, z dziwnym napięciem.

Pani Zabini przygryzła wargi i przez dłuższą chwilę milczała. Widać było, że wolałaby nie odpowiadać na tak postawione pytanie, ale było oczywiste, że dyrektor nie pozwoli się zbyć.

– Ujmijmy to tak – odezwała się wreszcie. – Staram się utrzymywać stosunki towarzyskie wyłącznie z osobami czystej krwi. W innych przypadkach, jeśli nie muszę się spotykać z czarodziejami urodzonymi w rodzinach niemagicznych, to tego nie robię.

– No, cóż... Odpowiedziałaś na pytanie dyrektora, Benvenuto – stwierdziła zimno profesor McGonagall.

– Szlamy to hołota! – wysyczał cicho pod nosem Draco. – Pchają się wszędzie...

– Panie Malfoy – przerwał mu stanowczo Dumbledore. – Pańskie poglądy są nam wszystkim doskonale znane. Nie musi pan nam wciąż o tym przypominać.

Harry w tym momencie pomyślał, że między Draconem Malfoyem a panią Zabini jest niesamowita różnica. Oboje byli arystokratami czystej krwi, ich poglądy też były identyczne, ale ona miała klasę, której jemu brakowało, gdyż zawsze zachowywał się jak skończony cham.

– Bo co?! – zawył histerycznie Draco zaciskając pięści. – Nie podoba się co mówię?! No?! Na co czekacie?! Zawleczcie mnie do Azkabanu!

– Że jeszcze nie siedzisz w jednej celi z tatuśkiem, głupi gówniarzu, zawdzięczasz wyłącznie wstawiennictwu profesora Dumbledore! – jadowitym głosem poinformowała Malfoya jedna z aurorek. Scrimgeour rzucił jej z ukosa karcące spojrzenie.

– Panie Malfoy – powiedział szef aurorów głosem suchym jak pieprz. – Jest pan na liście oznakowanych śmierciożerców. Dziś w nocy dokonano aresztowań. Wszyscy z tej listy, za wyjątkiem pana już są w Azkabanie, a ich procesy rozpoczną się jutro. Pan nie został aresztowany tylko dlatego, że profesor Dumbledore się sprzeciwił.

Draco zachwiał się i oparł o regał.

– Dlaczego?! – wrzasnął i gwałtownie się odwrócił, patrząc na dyrektora ze zdumieniem.

– Bo prosił mnie o to profesor Snape – wyjawił spokojnie Dumbledore.

– Co?! – Malfoy z niedowierzaniem wpił się w dyrektora jeszcze bardziej osłupiałym spojrzeniem.

– Może ja to wyjaśnię – odezwał się Snape w pelerynie. Pstryknął palcami i ściana za plecami Dumbledore'a pokryła się srebrzystą, migotliwą mgiełką, która po krótkiej chwili zamieniła się w wielki, metalicznie błyszczący prostokąt. – Patrzcie uważnie – zażądał Snape w pelerynie.

Dyrektor przesunął się i odwrócił. Ale Harry zdążył dostrzec bezbrzeżny smutek w jego oczach.

Na srebrnym ekranie pojawiły się jakieś cienie i po chwili przed widzami otworzyła się komnata o kamiennych ścianach i podłodze. Sufit ginął w mroku. W pomieszczeniu płonęła jedna czarna świeca stojąca na podłodze. Na podwyższeniu stał tron, na którym rozsiadł się Voldemort. U jego stóp wiła się Nagini. Przed tronem klęczał z pochyloną głową Draco Malfoy.

– Draco Malfoyu – wysyczał Voldemort z twarzą wykrzywioną gniewem. – Twój ojciec mnie zawiódł! Zmażesz jego winę zabijając zdrajcę! Chcę głowy Severusa Snape'a! Rozumiesz?!

– Tak... P... panie... – jęknął chłopak.

– Jeśli nie wykonasz rozkazu ukarzę cię! Najpierw zabiję twoich rodziców! Rozumiesz?! A ty będziesz błagać o śmierć! Crucio!

Harry ze zgrozą patrzył na ohydną scenę. Blondyn wił się na kamiennej posadzce, a z ust i nosa ciekła mu krew.

Snape w pelerynie znów pstryknął palcami i ekran zgasł. Malfoy patrzył na niego z nieopisanym przerażeniem.

– Skąd pan to wie?! – wyjąkał. – Tam nikogo nie było! Tylko my dwaj! I Czarny Pan nałożył na mój umysł blokadę... Żeby nie można było tego wyczytać z moich myśli... – urwał i ukrył twarz w dłoniach. – Moja matka... – szepnął.

– Ech, ty naiwny dzieciaku... – westchnął Snape w pelerynie. – Zapewniam cię, że wiemy o wszystkim co robi i planuje Voldemort. Chcesz obejrzeć swoje naznaczenie Mrocznym Znakiem? – spytał kąśliwie.

– Nie! – wrzasnął Draco.

– Panie Malfoy – odezwał się Dumbledore. – Mam dla pana i pańskiej matki propozycję.

– Jaką? – spytał Draco niedowierzająco.

– Pomogę wam się ukryć i wymażę panu Mroczny Znak – powiedział dyrektor powoli.

– To niemożliwe... – szepnął Draco, ale w jego oczach zatliła się iskierka nadziei.

– Jak najbardziej możliwe – zapewnił Dumbledore.

– Dlaczego? – w tym pytaniu chłopak zawarł wszelkie swoje wątpliwości.

– Bo jeszcze nie zrobiłeś nic złego. Powiedz, naprawdę zamierzałeś zabić profesora Snape'a? – spytał surowo.

– Nie! – wybuchnął Malfoy rozpaczliwie. – Chociaż jest zdrajcą!

– O, nie! – oburzyło się jednym głosem pięciu Snape'ów.

– Nigdy nie zdradziłem profesora Dumbledore'a – wyjaśnił Snape z czarno–srebrno–zielonym krawatem stojący przy drzwiach.

– Złożyłem dyrektorowi Przysięgę Wieczystą – przyznał się drugi Snape z czarno–srebrno–zielonym krawatem stojący obok Hermiony.

– Przyszedł pan do NIEGO... żeby szpiegować?! Od początku?! – Draco ze zgrozą popatrzył po kolei na wszystkich pięciu Snape'ów.

– Tak – potwierdzili jednym głosem.

– Na Merlina... – szepnął Malfoy. Wydawał się zdruzgotany. Podniósł głowę i popatrzył na Dumbledore'a.

– Jaką mogę mieć pewność, że pan mówi prawdę i rzeczywiście nam pan pomoże? – spytał chłodno. – Czarny Pan jest potężny...

– Voldemort jest idiotą – przerwał drwiąco Snape z czarno–złoto–zielonym krawatem siedzący w fotelu. – I możesz być pewien, że on nie ma żadnych szans. Na nic.

– Nie zmienimy twoich poglądów – stwierdził chłodno drugi Snape z czarno–złoto–zielonym krawatem stojący obok Harry'ego. – Ale może wreszcie zaczniesz myśleć i uświadomisz sobie co nieco. Jeśli chcesz koniecznie wybrać sojusz ze zwycięską stroną, to trzymaj się nas.

– Zrób kalkulację kosztów i strat – poradził cynicznie Snape w pelerynie. – No i weź pod uwagę, że jesteś w tej chwili na łasce zdeklarowanych przeciwników Voldemorta.

– Którzy ci nie ufają... – wtrącił zimno Rufus Scrimgeour.

– Więc jak ja mam WAM zaufać? – spytał Draco bezradnie.

– A masz inne wyjście? – zadrwił Snape w pelerynie.

– Nie mam... – mruknął Malfoy. Nie zgrywał już chojraka. Wyglądał na zagubionego i zrozpaczonego.

– Pójdziesz teraz do swego dormitorium i zostaniesz tam – rozkazał Snape w pelerynie, a dyrektor skinął przyzwalająco głową. – Skrzaty przyniosą ci jedzenie i wszystko inne, czego będziesz potrzebował. Porozmawiamy potem.

– Odprowadzę cię, Draco – oznajmił Snape stojący przy drzwiach. Malfoy wyszedł ze spuszczoną głową. Harry z lekkim zdziwieniem stwierdził, że mu współczuje.

Gdy Draco opuścił gabinet, wszyscy się ożywili. Harry zerknął spod oka na Ritę Skeeter. Przysiadła na oknie i zawzięcie notowała z błogą miną. No, tak, dla niej to była nieopisana gratka...

– Benvenuto – zagaił Dumbledore. – Ty również tu zostaniesz, skrzaty już przygotowały dla ciebie pokój gościnny.

– Dziękuję, profesorze. I proszę mi wierzyć, że jestem panu bardzo wdzięczna za pomoc. Wiem, że poszukiwali mnie już zarówno śmierciożercy, jak i słudzy tego... Władcy Smoków – powiedziała poważnie pani Zabini. – Rozumiem, że w tej chwili Hogwart to dla mnie najbezpieczniejsze miejsce...

– Tak uważam – potwierdził dyrektor. – Ale póki co, opowiedz nam, co się stało we Włoszech i co wiesz o działalności twojego ostatniego męża – zażądał.

– Nie wiem, co się stało we Włoszech – powiedziała posępnie kobieta. – Plątek twierdzi, że ktoś podrzucił memu synowi świstoklik, który uaktywnił się dosłownie kilka sekund przed atakiem smoka. Smok rozwalił ścianę pokoju Blaise'a, ale zorientował się natychmiast, że jego ofiary nie ma i zniknął.

Szturchnęła skrzata ponaglająco. Skrzat puścił jej suknię i ukłonił się głęboko.

– Plątek widział jak panicz Blaise zniknął! I Plątek natychmiast zawiadomił panią!

– Możecie sobie darować dalsze pytania – wtrącił się szybko Snape w pelerynie. – Świstoklik podrzucili nasi ludzie. Blaise będzie tu wieczorem. Tak jak obiecałem.

Wszystkie spojrzenia skoncentrowały się na twarzy Mistrza Eliksirów.

– Dobrze... Wierzę ci – powiedziała niechętnie pani Zabini. – Pytał pan, profesorze – odwróciła się do Dumbledore'a, – o śmierciożerczą działalność mego męża. Przykro mi, ale nic o tym nie wiem. Naprawdę! – zapewniła żarliwie. – Nie zwierzał mi się, a ja wolałam nie pytać. Tylko czasem opowiadał mnie i Blaise'owi, jaka to wspaniała przyszłość czeka czarodziejów pod rządami Czarnego Pana. – Wzdrygnęła się.

– No, cóż... – mruknął wyraźnie rozczarowany szef aurorów. – Może coś jednak sobie przypomnisz? Nie to, co mówił, ale na przykład z kim się spotykał?

– Hmm... Przyprowadzał do domu gości... – zawahała się pani Zabini. – Parę osób pamiętam... – dodała niepewnie.

– Dobrze, porozmawiamy o tym za chwilę, ale na razie przerwijmy – zdecydował dyrektor. Rzucił znaczące spojrzenie opiekunce Gryffindoru. – Minerwo – wydał kolejne polecenie. – Zaprowadź swoich podopiecznych do Wieży Gryffindoru. I bardzo was proszę, żebyście się stamtąd NIE RUSZALI, aż do odwołania.

Harry chciał zaprotestować, ale profesor McGonagall nie dopuściła do tego, po prostu chwytając go za ramię i popychając w stronę drzwi. Hermiona, Ron, bliźniacy, Ginny i Dean poszli za nimi. Ginny wciąż płakała...

###

Kilka godzin wcześniej, niedziela, 14 lipca 1996 roku, późny wieczór, około godziny dziesiątej trzydzieści. Włochy, Brindisi – willa Zabinich.

Blaise Zabini wszedł do swego pokoju i zatrzymał się jak wryty.

– Co ty tu robisz! – wrzasnął. – Jak...

Chciał zapytać: „Jak się tu dostałaś?" – ale obiekt jego zdziwienia – Luna Lovegood mu przerwała.

– Natychmiast zejdź do salonu i weź do ręki rozerwaną kopertę leżącą na stole – powiedziała dziewczyna stanowczo. – Pospiesz się! – ponagliła go. Sekundę później rozpłynęła się w powietrzu, a na piekielnie drogi dywan z marokańskiej wełny posypał się czarno – błękitny pył.

Blaise odwrócił się gwałtownie. Jak burza zbiegł po schodach i wpadł do salonu. Rzucił się do stołu i chwycił kopertę. Kątem oka ujrzał przez okno szarżującego na dom smoka, a w chwilę potem poczuł znajome szarpnięcie w okolicach pępka i wszystko pochłonął kalejdoskopowy wir świateł.

Ocknął się i stwierdził, że leży na czymś mięciutkim jak puch. Otworzył oczy i ujrzał jakieś rozmazane kontury. Ale nie dano mu czasu na szczegółowe obserwacje. Ktoś chwycił go za ramiona i brutalnie ustawił do pionu. Blaise zamrugał i ukradkiem szybko się rozejrzał. Oprócz niego znajdowały się tu jeszcze trzy osoby. Dwa kroki od niego stała Luna Lovegood i przyglądała mu się uważnie. O dziwo, sprawiała wrażenie całkiem przytomnej. Co prawda różdżkę jak zwykle miała zatkniętą za ucho ozdobione wiśniowym kolczykiem, ale włosy porządnie uczesane i ani śladu naszyjnika z kapsli.

„Czy to na pewno jest Pomyluna?" – zastanowił się Blaise. Coś mu tu nie pasowało...

Kobieta stojąca obok Luny wyglądała jak doskonalsza wersja Fleur Delacour. Zaś jasnowłosy mężczyzna, który postawił go na nogi wydał mu się znajomy. Z całą pewnością Blaise gdzieś już go widział...

Pomieszczenie było niezwykłe. Olbrzymie, a wrażenie przestronności potęgowało to, że znajdowało się tu bardzo niewiele sprzętów. Proste meble – niski stół ze szklanym blatem, fotele, które wyglądały jak zawieszone w powietrzu – dopóki po dokładniejszym przyjrzeniu się im nie zauważyło się cienkich, stalowych nóżek; półki wypełnione książkami i jakieś bardzo dziwne przedmioty, których przeznaczenia nawet nie próbował się domyślać. Stopy tonęły mu w białym futrze, rozciągniętym na czarnej jak smoła posadzce. Jedna ściana była cała ze szkła, przez które widać było rozgwieżdżone niebo. Pozostałe ściany i sufit były białe. Oświetlenie też było dziwne. Ostre światło wypływało z kilku punktów na ścianach i suficie. Na rozglądanie się miał tylko kilka sekund, ale wystarczyło mu to do zanotowania w pamięci zaobserwowanych szczegółów. Mężczyzna wskazał fotel.

– Siadaj! – rozkazał. – Mamy z sobą do pogadania! – warknął.

Blaise spojrzał na jego prawy przegub ozdobiony srebrną bransoletą i nagle zaskoczył. W pamięci przewinęła mu się scena z niedawnej przeszłości. Parę miesięcy temu ojczym przyprowadził do domu gości. Kilku mężczyzn. Ten blondyn był jednym z nich... Chłopak został im przedstawiony, a blondyn jako jedyny z przybyłych podał mu rękę, po czym wszyscy udali się do gabinetu pana domu. Blaise widział ich tylko przez chwilę, ale zapamiętał tę niezwykłą bransoletę. A jednocześnie miał wrażenie déjà vu. Obraz identycznej bransolety plątał mu się gdzieś w zakamarkach mózgu, ale za nic nie potrafił przywołać właściwego skojarzenia. Kto jeszcze taką nosił?! Lecz musiał te rozważania odłożyć na później, bo blondyn i domniemana wila usadowili się w fotelach naprzeciwko niego. Luna podała mu szklankę z jakimś błękitnym napojem i też usiadła.

– Nie mamy wiele czasu – zagaił mężczyzna. – Próbowano cię porwać, bo jesteś czystej krwi i twoja rodzina sympatyzuje z Voldemortem – oznajmił bez wstępów.

Blaise zakrztusił się. Odstawił szklankę z napojem na stolik, zastanawiając się jednocześnie, jak to się stało, że jej nie stłukł.

– Opanuj się, Blaise! – skarciła go Luna.

Blondyn i wilowata piękność przyglądali mu się chłodno.

– Na szczęście nie było cię w Anglii i dlatego zdążyliśmy cię uratować. I żebyś sobie nie myślał... Nie zrobiliśmy tego dla ciebie. Całej reszty dowiesz się później, a jutro wieczorem dam ci świstoklik, który cię przeniesie do Hogwartu. Co będzie dalej, to się zobaczy, a na razie zostaniesz tutaj. Luna i Colette się tobą zaopiekują. Ja muszę już iść. – Blondyn wygłosił te informacje beznamiętnym tonem po czym wstał z fotela.

– Zaraz! – jęknął Blaise. – Gdzie ja jestem?! Kim wy jesteście? Luna...

Blaise urwał, bo mężczyzna uśmiechnął się unosząc górną wargę i w tym momencie chłopak doznał kolejnego wstrząsu. Ostre wampirze kły zalśniły tak, jakby w każdym był wprawiony diament.

– Tak, JESTEM wampirem – blondyn uśmiechnął się jeszcze szerzej. – I Colette też. Do jutra.

Zanim chłopak zdążył zareagować w jakikolwiek sposób, mężczyzna zniknął bezgłośnie. W pokoju zostali: Blaise, Luna i piękna wampirzyca imieniem Colette.

Ślizgon zacisnął pięści, żeby ukryć drżenie dłoni.

– Kim jesteście? A co TY tu robisz, Luna? A może ty wcale nie jesteś Luna? – wybuchnął.

– Jestem, jestem... – odpowiedziała Krukonka nieco sennym głosem. – Colette jest córką najlepszej przyjaciółki mojej matki...

– To prawda – wampirzyca uśmiechnęła się złośliwie. – Nie obawiaj się, nie pogryzę cię. Nie po to uniemożliwiliśmy smokom porwanie cię. Aha... Żeby nie było nieporozumień. Pytałeś kim jesteśmy... W największym skrócie, przeciwnikami czarnoksiężników. Nie wiem, na ile popierasz tego waszego zgadziałego szlamę, którego niewolnikiem był twój ojczym, oraz co o nim myślisz, ale bez względu na to, jakie są naprawdę twoje poglądy, wiedz, że jesteś wśród jego zaciekłych wrogów. Jasne?

– Tak – mruknął Blaise.

– To dobrze... – skwitowała kobieta.

– Skoro jesteście takimi bojownikami „jasnej strony" to dlaczego mi pomogliście? I dlaczego w takim razie ten pan, który przed chwilą opuścił nasze towarzystwo, odwiedzał mojego ojczyma? – zapytał jadowicie chłopak. Z trudem tłumił irytację. Czuł coraz większy gniew, choć pomieszany z lękiem.

Obie jego towarzyszki zachichotały.

– Ten pan jest moim kuzynem – wyjaśniła Colette. – Nie musisz wiedzieć, jak się nazywa... Dowiesz się pewnie, ale jeszcze nie teraz. A pod jakim nazwiskiem go znasz? – zainteresowała się.

– Pod żadnym. Nie przedstawił mi się ani wtedy, gdy go widziałem w naszym domu... ani teraz – odpowiedział z przekąsem.

– Nie spodziewaj się tego w najbliższym czasie – zapowiedziała kpiąco wampirzyca. – Są ważniejsze kwestie do wyjaśnienia – oznajmiła szorstko.

Blaise wpił się wzrokiem w jej twarz. Wyglądała bardzo poważnie. O dziwo, Luna miała taką samą minę. Nie była teraz senną ani rozmarzoną istotą „nie z tego świata" jaką pamiętał ze szkoły. Przyglądała mu się bystro, choć wyraźnie niezbyt życzliwie.

– Nie tylko wasz Voldemort wpadł na pomysł, żeby zostać władcą świata. Tu we Francji mamy podobnego świra... – zaczęła wyjaśniać sytuację Colette.

„A więc jestem we Francji..." – pomyślał w tym momencie Blaise.

– Jest on groźniejszy od tego waszego psychola, niestety. Ma władzę nad smokami... nazywają go Czarnym Rogogonem...

– Coś o tym słyszałem – przerwał jej chłopak gwałtownie. – Więc to prawda! Czy to on...

– Tak! – wpadła mu w słowa kobieta. – Wysłał smoki, żeby porwały dzieci śmierciożerców. Porwali dziewiętnaścioro... Wszystkich znasz. To twoi koledzy szkolni. Z tobą im się nie udało. Jesteś tutaj, bo pomógł nam przypadek.

– Czy z tym... Czarnym Rogogonem... też jesteście w złych stosunkach? – spytał Blaise złośliwie.

– Tak. Jesteśmy. Zamierzamy pozbyć się ich obu. I Voldemorta i Czarnego Rogogona – oznajmiła wampirzyca z zawziętością.

– Możecie mi powiedzieć coś więcej o tym... Czarnym Rogogonie? – poprosił.

– Niczego więcej na razie nie potrzebujesz wiedzieć – odprawiła go Colette. – To porwanie zorganizował oczywiście po to, żeby pokazać temu waszemu gadzinie gdzie jego miejsce. I zrujnować jego plany. Tyle ci wystarczy. Na razie, oczywiście.

– Rozumiem. Więc co teraz? – spytał cicho.

– Teraz pójdziesz do pokoju, który dla ciebie przygotowałyśmy – powiedziała energicznie Colette. – Obok jest łazienka, a jeśli będziesz czegoś potrzebował, to wezwij skrzata. I zapamiętaj! Nie wolno ci opuszczać tego pokoju. Jasne?! – Patrzyła na niego ostro i nieprzyjaźnie.

– Tak. Jasne. – Przyjął do wiadomości.

Rozmowa toczyła się tak szybko, że nie miał ani chwili na zastanowienie. Dopiero gdy znalazł się sam w pokoju gościnnym mógł zebrać myśli i odrobinę ochłonąć. Przed nim była długa noc. Nie liczył na to, że zaśnie i miał rację. Zbyt wiele się wydarzyło, a uzyskane strzępy informacji były przerażające. Nie zamierzał sam siebie oszukiwać. Bał się. Ale mimo lęku czuł też palącą ciekawość. Intrygująca obecność Luny Lovegood wśród wampirów; ten jasnowłosy wampir, znajomy jego zmarłego w dziwnych okolicznościach ojczyma... Wampir noszący srebro? Czarny Rogogon, Czarny Pan... Szlama?! Coraz bardziej fantastyczne domysły kłębiły się w jego głowie. Jednocześnie na skraj świadomości spychał narastający strach o matkę. Co się z nią dzieje? Niestety, wiedział że przynajmniej do rana nie uzyska odpowiedzi. Przycisnął rozpalone czoło do chłodnej poduszki. Tak dotrwał do wschodu słońca.

###

Zamek zamieniony na hotel – Château de Chevalier–Blois, poniedziałek, 15 lipca 1996 roku, bardzo wczesny poranek, wschód słońca.

Colin wstał z niezwykle wygodnego łóżka i podszedł do okna. Rozsunął zasłony, otworzył okno na rozcież i wyjrzał. Słońce dopiero wschodziło, pierwsze promienie załaskotały go w policzki. Chłopak zmrużył oczy i wychylił się poza zewnętrzny parapet. Ujrzał ciągnący się daleko po horyzont rozległy, pagórkowaty krajobraz, poprzecinany wstęgami wody. Nie bez przyczyny Burgundię nazywano krainą kanałów. Zamek otaczał spory, wypielęgnowany park, a dalej widać było winnice nad którymi przelatywali w nocy, sady i lasy. Drzewa rzucały długie cienie.

Colin wszedł do saloniku ich apartamentu i zajrzał do drugiej sypialni. Dennis spał, pochrapując cichutko. Colin uśmiechnął się do siebie. On sam nie zmrużył oka, wciąż od nowa roztrząsając to, czego się dowiedział. Lecz choć nic rewelacyjnego nie wymyślił, miał jednak niezłomne przekonanie, że nie będzie stał z boku podczas zawieruchy wojennej, cokolwiek się stanie. Nie po to szkolił się w Gwardii Dumbledore'a!

Cicho zamknął drzwi do pokoju młodszego brata i wyszedł na krużganek okalający wewnętrzny dziedziniec, jeszcze pogrążony w cieniu. Teraz mógł się dokładnie przyjrzeć. Dziedziniec miał kształt nieregularnego pięciokąta. Otaczały go arkadowe krużganki. Wyglądało to bardzo interesująco. Nagle uwagę Colina przyciągnęło jakieś dziwne zawirowanie nad dachem zamku. Na tle bezchmurnego nieba pojawił się smok. Wyglądało to tak, jakby wyłonił się z nicości. Był to olbrzymi węgierski rogogon. Jego srebrzystobłękitne łuski połyskiwały metalicznie w promieniach słońca. Wielki gad z wdziękiem wylądował na dziedzińcu. Chłopak cofnął się, choć miał pewność, że trudno byłoby go zauważyć, ukrytego w głębokim cieniu. Ale wolał się na to nie narażać.

I nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył... Nagle wiele rzeczy się wyjaśniło!

###

Angielskie Ministerstwo Magii, Sala Konferencyjna, poniedziałek, 15 lipca 1996 roku, godzina dziesiąta rano.

Arthur Weasley popatrywał spod oka na swojego średniego syna. Diggory w obecności prawie wszystkich urzędników Ministerstwa Magii uroczyście wręczył Percy'emu nominację na szefa nowo powstałego Departamentu Współpracy Z Niezależnymi Czarodziejami. Jak zaznaczył minister: „Jest to w obecnej sytuacji bardzo ważna dla naszego społeczeństwa agenda... ple ple ple... współpraca dająca nadzieję na wyjście z kryzysu... ple ple ple... Ambitny, zdolny, młody człowiek... ple ple ple..."

Arthur przestał słuchać. Diggory na szczęście ględził dość krótko, ale wystarczyło to do zamydlenia oczu większości obecnych. Percy oczywiście przyjął nominację z powagą i dumą, ale Arthur znał na wylot wszystkie niuanse grymasów twarzy swego syna i natychmiast zauważył, że chłopak wręcz kipi z wściekłości. No, cóż. Arthura to nie zdziwiło. Najwyraźniej działalność szpiegowska spodobała się Percy'emu tak bardzo, że wolał to od robienia kariery dyplomaty. Arthur z żalem uświadomił sobie, że nigdy tak naprawdę nie rozumiał Percy'ego. I teraz zachowanie spokoju kosztowało go sporo wysiłku. Bo miał ochotę chłopaka jednocześnie uściskać i stłuc.