###

Poniedziałek, 15 lipca 1996 roku, kilka minut później, około godziny dziewiątej trzydzieści – Hogwart, Wieża Gryffindoru.

Ginny łkając rozpaczliwie padła na kanapę. Dean przytulił ją nic nie mówiąc. Bliźniacy mieli przygnębione miny.

– To wszystko przez was! – powiedział nagle Dean, wskazując oskarżycielsko palcem na Freda i George'a.

– I tak byście się dowiedzieli, prędzej czy później – odpowiedział Fred posępnie. George milczał... Zachowanie bliźniaków było tak bardzo do nich niepodobne, że Harry i Ron popatrzyli na siebie z niepokojem. Ogarnęły ich złe przeczucia.

– O co chodzi? – spytała ostro Hermiona.

Ginny załkała głośniej. Po chwili oderwała się od Deana i stanęła przed nimi.

– Zabiliśmy człowieka! – wybuchnęła.

– CO?! – ryknął Ron.

– J...jak to? – jęknął Harry.

– W ministerstwie?! – zawołała Hermiona.

– Tak... – wychrypiała Ginny. – To był... mąż tej... Zabini.

Harry potrząsnął głową usiłując otrząsnąć się z szoku. Popatrzył na Deana i bliźniaków.

– Mówcie – zażądał. – Wszystko! Skąd wiecie i jak to się stało? I co to miało znaczyć, Dean, co powiedziałeś: „To wszystko przez was"? W czym Fred i George zawinili? Przecież ich tam nie było! – wyrzucił z siebie gwałtownie serię pytań i zacisnął pięści. Odpowiedzią było ponure milczenie. Bliźniacy unikali jego wzroku, a Dean spuścił głowę.

Ron milczał, patrząc z niepokojem na Hermionę. Ginny łkała ukrywając twarz w dłoniach.

Wreszcie Dean przerwał ciszę.

– Wstaliśmy dzisiaj bardzo wcześnie, bo mieliśmy przecież udać się do Snape Manor – rozpoczął wyjaśnienia. – Spakowaliśmy się i postanowiliśmy przed śniadaniem pójść na spacer. Gdy wyszliśmy na korytarz, zauważyliśmy, że McGonagall idzie do gabinetu dyrektora. Byliśmy ciekawi, co się stało, więc poszliśmy za nią. Bo wyglądała tak jakoś... Nie za bardzo... Rzuciliśmy na siebie zaklęcie kameleona i wyciszyliśmy buty. Podaliśmy to samo hasło co ona i weszliśmy na te kręcone schody. Oczywiście odczekaliśmy trochę, żeby mieć pewność, że nas nie przyłapie... A potem użyliśmy Uszu Dalekiego Zasięgu i podsłuchaliśmy o czym gadają. Rozmawiali przez kominek z Nietoperzem...

– To był oczywiście, wasz pomysł? – Harry spojrzał spod oka na bliźniaków. Pokiwali twierdząco głowami. Na twarzach mieli wyraźną skruchę. Chociaż Harry szczerze wątpił, żeby rzeczywiście czuli się winni.

– Noo... Nie da się ukryć... – westchnął George.

– Nieważne – przerwał energicznie Harry. – Co mówili?

– Głównie to kłócili się, czy wam powiedzieć o tym, że zabiliście tego ścierwojada, czy nie – wyjawił Dean. – Snape uważał, że musicie o tym wiedzieć, a Dumbel i McGonagall byli przeciw.

– Snape miał rację – oświadczył Harry stanowczo. – Powinni nam byli to powiedzieć! Jest wojna i nie można liczyć na to, że wyjdziemy z tego nieskalani... Ja... Nie chcę nikogo zabijać... Ale...

– Nawet Voldemorta? – warknęła Hermiona, przerywając jego wywody.

– Tak, nawet Voldemorta... – urwał i rzucił jej i Ronowi ostrzegawcze spojrzenie. Opowiedział im już o rozmowie z dyrektorem i jak najdokładniej przekazał pełną treść przepowiedni, prosząc o zachowanie tajemnicy. Miał nadzieję, że nauczyciele podczas tej rozmowy o tym nie rozmawiali i nikt więcej prawdziwej treści przepowiedni Trelawney nie zna.

– Czy oni... Powiedzieli, które z nas... go zabiło? – spytała trzeźwo Hermiona.

– Nie... Nie wiedzą... Tego nie wiedzą – szepnęła Ginny.

– Na pewno nie ty, Miona! – wykrzyknął gwałtownie Ron.

– Nie rozumiem? – zdziwił się Harry. – Skąd...

– Bo ona nie widzi testrali! – zawołał Ron.

Harry ze zdumienia otworzył usta.

– Co? – szepnął. – Jak to?

Bliźniacy i Dean wyglądali na równie mocno zaskoczonych.

– No, nie widzę... – mruknęła dziewczyna. – Ale mamy ważniejszy problem do omówienia, niż to, czy widzę te konie, czy nie!

– To się wiąże! – zaprotestował Ron. – Testrale ukazują się przecież tylko tym, którzy widzieli czyjąś śmierć! Jak ich nie widzisz, to znaczy, że nie widziałaś nikogo umierającego, więc nie mogłaś go zabić, bo widziałabyś, jak umierał!

– No, nie wiem... To się jednak nie zgadza... – odpowiedziała Hermiona markotnie. – Harry zobaczył je dopiero po kilku miesiącach od śmierci Cedrika... Wybacz, Harry, że o tym mówię, ale chyba musi upłynąć trochę czasu, zanim... Zanim... się je zobaczy... Po zetknięciu się ze śmiercią...

− To prawda – mruknął ponuro Harry. – Ja też tak myślę. Chociaż… Miałem już przecież do czynienia ze śmiercią wcześniej. Widziałem śmierć mojej mamy, ale miałem wtedy tylko piętnaście miesięcy i nie rozumiałem, co się dzieje. Przy mnie umarł Quirrel, ale byłem wtedy nieprzytomny, więc pewnie dlatego testrale wciąż były dla mnie niewidzialne…

− A dlaczego ja i Ginny je widzimy?! – zaprotestował Ron. – Zobaczyliśmy je od razu po powrocie z Ministerstwa!

Wszyscy popatrzyli na siebie bezradnie. No, tak, to było naprawdę zastanawiające.

− Czy my nie potrzebowaliśmy czasu, żeby uświadomić sobie, że... – Ron zakrztusił się i urwał, zezując na Harry'ego.

− Że Syriusz rzeczywiście nie żyje? – dokończył Harry spokojnie.

− Tak... – przyznał Ron.

– Może... Może to dlatego, że już wiemy teraz, czym jest wojna? – powiedział cicho Harry. – Śmierć Cedrika... To był koszmar! I przez długi czas miałem wrażenie, że to nieprawda. Nie dopuszczałem do siebie myśli, że to wszystko stało się w rzeczywistości. Nie chciałem... A gdy Syriusz... Wpadł za zasłonę... Od razu wiedziałem, że nie żyje. I że nic już... Właściwie dopiero w tym momencie do mnie dotarło, że wojna oznacza zabijanie. I że musimy albo walczyć i pogodzić się z tym, że to walka na śmierć i życie, co oznacza, że i my będziemy zmuszeni... by zabijać... – Harry urwał swoją tyradę i popatrzył gdzieś w dal niewidzącym wzrokiem. – Albo dać się zabić... A ja nie mam zamiaru iść na śmierć bez walki jak baran na rzeź! – dokończył gwałtownie.

– Walczymy o swoje życie i przyszłość – stwierdziła Hermiona. – To ty, Harry, gdy Voldemort szukał kamienia filozoficznego, powiedziałeś, że jeśli nie zrobimy nic, to nie będzie szkoły ani niczego... Bo Voldemort zniszczy Hogwart, albo zrobi tu szkołę czarnej magii. A ja martwiłam się, że stracimy punkty... Byłam wtedy strasznie dziecinna! Ale teraz już nie jestem. I powinnam widzieć testrale!

– Ale nie widziałaś, jak Syriusz wpada za zasłonę... – zauważył Ron. – Bo byłaś nieprzytomna.

– Widziałam niestety! – zaprotestowała Hermiona.

– Jak to? – zdumiał się Harry.

– Jednak byłam przytomna – wyjaśniła dziewczyna. – Klątwa Dołohowa mnie unieruchomiła i poraniła, ale nie pozbawiła przytomności.

– Może przeanalizujemy po kolei wszystko, co się zdarzyło w Ministerstwie – zaproponowała Ginny. – Ja... wcale nie chcę sobie tego przypominać, ale jeśli tego nie zrobimy, to będzie nas to dręczyć! I wciąż będziemy się nad tym zastanawiać...

Przestała już płakać, ale łzy pozostawiły ślady. Twarz miała opuchniętą i mocno zaczerwienione oczy.

Harry pomyślał, że propozycja Ginny jest bardzo sensowna. To będzie dla nich strasznie ciężkie, ale ona miała rację. Musieli przez to przebrnąć.

– Dobrze – zgodził się. Hermiona i Ron przytaknęli. – Ale zanim się do tego zabierzemy, powtórzcie jak najdokładniej, co mówili McGonagall i Dumbledore i dlaczego Snape się z nimi nie zgadzał?

– Z tego co mówili jasno wynikało, że aurorzy chcieli was przesłuchać pod Veritaserum, żeby jak najdokładniej poznać przebieg wydarzeń, ale Dumbel postawił weto. Stwierdził, że wystarczy przepytać schwytanych ścierwojadów – zaczął opowiadać Dean.

– McGonagall go za to pochwaliła, bo też uważała, że to co przeszliście było dla was wystarczająco straszne. A co do tego truposza... No, niestety okazało się, że podczas przesłuchań nie udało się uchwycić dokładnie momentu, kiedy ten śmierciożer wykitował. Oczywiście, badali co go zabiło, ale trudno to było ustalić, bo oberwał kilkoma klątwami. Wszystko działo się strasznie szybko i żaden z tych złapanych bydlaków nie miał w pamięci kto z was i czym go załatwił. Minister kazał użyć myślodsiewni, ale to też nic nie dało – włączył się Fred.

– Snape powiedział, że treningi Gwardii Dumbledore'a to był doskonały pomysł i wyobraź sobie, Hermiono, że cię za to chwalił! – dopowiedział George.

– Snape ją chwalił?! – nie mógł uwierzyć Ron.

Hermiona siedziała z otwartymi ustami, całkowicie zszokowana. Nie, to było niemożliwe. Oczywiście, Snape doceniał ją, wiedziała o tym, miał do niej zaufanie, w końcu poprosił ją przecież o coś wyjątkowego... Ale żeby pochwalić ją przed dyrektorem i McGonagall?! Nigdy nie śmiała nawet marzyć o czymś takim!

– A i owszem – potwierdził kpiąco Fred. – Stwierdził, że jesteście znacznie silniejsi, niż oni oboje sobie to wyobrażają i że powinniście wiedzieć, co się stało. Ale Dumbla nie przekonał. Ani McGonagall. Wręcz zażądali od niego, żeby wam tego nie zdradził. A on się nie zgadzał i odmówił złożenia takiej obietnicy. W końcu jednak obiecał, że NA RAZIE wam jeszcze nic nie powie, ale dodał, że lepiej, żebyście się dowiedzieli od nich, a nie od kogoś innego. I zadrwił, że wierzy w ciebie Hermiona...

– Co powiedział?! – wybuchnęła Hermiona.

– Że dzięki tobie dowiecie się szybciej niż oni przypuszczają. I że będziecie mieć do nich słuszne pretensje – dodał George.

– No, cóż... Już wiemy. Choć jednak nie dzięki Hermionie – stwierdził sucho Harry. – I mamy pretensje. Przynajmniej ja mam.

– Ja też... – szepnęła Ginny.

– To teraz musimy spróbować ustalić, co się naprawdę stało... – westchnął niechętnie Harry.

Rekonstrukcja wydarzeń trwała długo. Ale Harry nie mógł się skupić. Od chwili, gdy Ginny wyjawiła przerażającą informację, miał w oczach obraz drobnej, dziewczęcej twarzy o lekko wyłupiastych, błękitnych oczach, okolonej bujnymi, jasnymi włosami.

– Harry, jesteś strasznie zdekoncentrowany – zauważyła Hermiona, przyglądając mu się uważnie. – Myślisz o Lunie – stwierdziła.

– Tak – przyznał chłopak. Nie było sensu zaprzeczać. Zignorował zaciekawione i zdumione spojrzenia starszych Weasleyów, Deana i Ginny, ale na szczęście nikt tego nie skomentował. Nawet bliźniacy.

– No, cóż – mruknął Ron. – Chyba już wiemy.

– Nie CHYBA, a po prostu WIEMY – poprawiła go Ginny z naciskiem. – I wcale to nie było takie trudne... – dokończyła smętnie.

– Czy to zmienia cokolwiek?! – warknął Harry. – I co z tego, że z naszych rozważań wyszło nam to, co wyszło? Nie rozumiecie, że zabić można niechcący? Wcale nie trzeba używać Avady!

– Co chcesz przez to powiedzieć? – spytała posępnie Ginny.

Dean poruszył się gwałtownie i przytulił ją mocniej, zaborczo zagarniając ramieniem.

– Wystarczy dobrze wymierzone Diffindo... Można nim poderżnąć komuś gardło... – odpowiedział cicho Harry.

...Jeden z naszych kuzynów rzucił na mnie Avadę, gdy stałem odwrócony do niego plecami, ale Lily była szybsza. Skoczyła na mnie i przewróciliśmy się na ziemię. Zielony promień minął nas o stopę. Różdżkę miałem w ręku, Lily też. Oboje rzuciliśmy zaklęcia, zanim jeszcze nasze ciała dotknęły ziemi. Ona Drętwotę, a ja Diffindo. Oba trafiły, a ich skutek okazał się śmiertelny. Celowałem w ramię, chciałem mu po prostu wytrącić różdżkę z ręki, ale zaklęcie Lily zatrzymało go na chwilę w bezruchu i moje Diffindo rozpruło mu gardło. Nie mógł się uchylić. Padł na wznak ze zdziwioną miną...

Ani bliźniacy, ani Dean i Ginny tego nie słyszeli... Ale Harry dobrze pamiętał opowieść Snape'a. Hermiona ścisnęła go pocieszająco za ramię. Był pewien, że ona też pamiętała. I Ron także. Wymienili spojrzenia.

– Takie proste zaklęcie... – szepnęła Hermiona. – Takie proste...

– I takie użyteczne – dodał zrezygnowanym tonem Ron. – Można nim zabić.

– No, cóż. Dobrze wiedzieć – skwitował całą dyskusję Fred. A może to był George?

###

Poniedziałek 15 lipca 1996 roku, bardzo wczesny poranek, około godziny wpół do siódmej – Wielka Brytania, dom Augusty Longbottom.

Zaklęcia ochronne zadziałały. Głośny alarm poderwał na nogi oboje mieszkańców domu i ich gościa.

– Neville! – wrzasnęła Augusta Longbottom. – Schowaj się!

– Nie, babciu – odpowiedział spokojnie chłopak. Stanął przy oknie obserwując śmierciożerców idących przez trawnik. Było ich pięciu. – Nie mogą przecież przełamać zabezpieczeń domu!

– Niestety, na pewno mogą – wysyczał wuj Algie. – Ale damy im radę!

Odgłos druzgotanych drzwi poświadczył racje wuja Algiego. Przynajmniej w kwestii możliwości przełamania ochronnych zaklęć domu.

Neville poczuł, jak do jego krwi napływa fala adrenaliny. Odwrócił się gwałtownie i jak burza wypadł do holu. Śmierciożercy, którzy wyłamali drzwi, zaskoczeni zatrzymali się jak wryci. Chłopak wykorzystał to i najbliższemu wpakował różdżkę w oko wykrzykując pierwsze zaklęcie, jakie mu przyszło na myśl. Było to zaklęcie, którego nauczyła go profesor Sprout jeszcze w pierwszej klasie, rozpuszczające tkanki, stosowane do usuwania chorych części rośliny. Tego samego zaklęcia użył podczas walki w Ministerstwie i zadziałało doskonale. Trafiony nim mężczyzna padł jak długi. I teraz skutek był taki sam. Następne minuty zamieniły się dla chłopaka w kalejdoskopową, ruchomą mozaikę, w której wirowały kolorowe błyski zaklęć, wrzaski i wybuchy. Wszystko działo się tak szybko, że nie potrafiłby powiedzieć, jaka była kolejność wydarzeń.

I oto jest już po wszystkim. Neville widzi swoją babcię, jak ciężko dysząc wyciera krew z czoła. Wujek Algie krzyczy coś tryumfalnie i wymachuje różdżką. Chwieje się na nogach, podtrzymywany przez dziewczynę w pomarańczowej spódniczce i białej bluzeczce odsłaniającej cały pępek. Parę kroków przed nim wysoki czarnowłosy mężczyzna głaszcze po piórach wielkiego łabędzia z zakrwawionym dziobem. Brunet ma na sobie jasne spodnie i białą koszulę. Na trawniku leży kilka ciał w czarnych szatach, a nad nimi ledwie widoczny w jaskrawym porannym słońcu unosi się duch Wikinga, dziko potrząsający widmową włócznią. Jacyś ludzie w identycznych mugolskich ubraniach zdzierają leżącym białe maski z twarzy. Kilkoro innych stoi obok. Neville patrzy zachłannie. Czuje satysfakcję.

– Zabierzemy trupy i więźniów – mówi starszy mężczyzna, ubrany jak pozostali w ciemnogranatowe spodnie i czarną koszulę. Najwyraźniej on tu dowodzi. – A wy się zmywajcie. Ale już! – Te słowa kieruje do mężczyzny z łabędziem i kobiety w kusej bluzeczce. Neville wstydliwie odwraca wzrok. Mężczyzna obejmuje kobietę w pasie, a drugą ręką chwyta skrzydło łabędzia. Ciche „pyk" i oboje znikają. Razem z białym ptakiem.

Neville mruga. Wśród ludzi zdejmujących śmierciożercom maski rozpoznaje profesora Lupina. Tak, to on. Podchodzi do pani Longbottom. Lupinowi towarzyszy kobieta o ciemnych włosach.

– Zaprowadzimy państwa w bezpieczne miejsce – mówi Lupin.

Babcia Neville'a kiwa głową potakująco.

– Spakujemy się i zaraz będziemy gotowi – oznajmia.

– Pospieszcie się – warczy głuchym głosem duch Wikinga. – Jeden zwiał.

###

Poniedziałek 15 lipca 1996 roku, godzina wpół do szóstej rano – Francja, rejon Bordeaux, willa na przedmieściach miasteczka Saint–Emilion.

Blaise Zabini wstał z łóżka. Czuł się fatalnie po nieprzespanej nocy. Słońce wzeszło już dawno, ale nie chciało mu się ruszać, łóżko było takie wygodne! Próbował wmawiać sobie, że wszystko będzie dobrze, jednak znów opadły go złe myśli. Czuł coraz silniejszy niepokój. Zastanawiał się, czy dowie się czegoś więcej, niż powiedziano mu wczoraj i kiedy zwrócą mu różdżkę. Wampirzyca powiedziała wprost, że nie jest ich więźniem ale różdżkę mu zabrała. Bo, jak stwierdziła – nie ufają mu. Obiecała tylko, że jutro... to znaczy... no, już teraz to dziś – wieczorem odeślą go do Hogwartu. Pomyślał z pewną ulgą, że w dzień jej nie spotka, bo wampiry egzystują nocą. Nie czuł się pewnie w jej towarzystwie. No i jeśli w tym domu oprócz tej... Colette i Pomyluny Lovegood nie ma nikogo więcej, to w ciągu dnia zobaczy pewnie tylko skrzata. Nie widział go jeszcze, w pokoju gościnnym zastał posłane łóżko i na stole przygotowaną kolację. Na towarzystwo Pomyluny nie liczył. Chociaż ku swemu wielkiemu zdziwieniu stwierdził z niejakim zawstydzeniem, że nie miałby nic przeciwko temu...

Podszedł do okna i delikatnie rozchylił dwa listki żaluzji. Ujrzał ogród tonący w blasku porannego słońca. Na niebie nie było widać ani jednej chmurki, słoneczne promienie odbijały się od tafli stawu z fontanną pośrodku. Tuż przy domu rozciągała się olbrzymia płaszczyzna zielonej murawy. Nie przypominała angielskich strzyżonych trawników. Bardziej łąkę. Trawa była najwyraźniej długo niekoszona i poprzerastana kępami stokrotek i koniczyny. Ale nie wyglądało to na zaniedbanie. Ten łąkowaty trawnik przylegał do tarasu i obramowany był szpalerami róż i hortensji.

Nagle tuż nad trawnikiem pojawiło się jakieś dziwne zawirowanie. Na tle bezchmurnego nieba pojawił się smok. Wyglądało to tak, jakby wyłonił się z nicości. Chłopak zamarł. Stał jak spetryfikowany. Nie mógł się ruszyć. Pierwszą myślą było, że go znaleźli... Ale smok – wielki walijski zielony – nie zdradzał żadnych agresywnych zamiarów. Z gracją usiadł na trawniku. Blaise patrzył zachłannie, co będzie dalej. I nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył. Cofnął się w głąb pokoju i opadł ciężko na fotel. Co to było?! Iluzja? A jeśli nie?! Miał tylko całkowitą pewność, co do jednego. Nie może powiedzieć absolutnie nikomu o tym, co widział...

Po kilku minutach chłopak podniósł się z fotela i wszedł do łazienki. Puszczając wodę do wanny pomyślał, że mimo wszystkich niemiłych rzeczy, jakie mu się ostatnio przydarzyły, właśnie przeżywa wspaniałą przygodę...

Mocząc się w wannie, intensywnie rozważał, jak powinien się teraz zachować. Zawsze najlepiej mu się myślało w kąpieli, teraz też nie było inaczej. Zanim jednak zdążył opracować najlepszą strategię postępowania, usłyszał piskliwe nawoływanie. Bez wątpienia był to domowy skrzat.

– Kąpię się! – zawołał.

– Grysik poczeka – odkrzyknął skrzat.

Blaise bez pośpiechu wyszedł z wanny. Kiedy po paru minutach wszedł do pokoju, ze zdziwienia otworzył usta. No, nie! Tego się nie spodziewał.

– Jesteś... wolnym skrzatem? – spytał nieco głupio.

– A nie widać? – odpowiedział buńczucznie skrzat, wyzywająco zadzierając brodę.

– Widać, widać... – mruknął chłopak. Opanował się już i postanowił, że nie będzie robił więcej żadnych uwag. Nie był u siebie i to nie była jego sprawa, a zachowania Francuzów zawsze uważał za niepojęte.

Przez chwilę kontemplował wyszukany ubiór małej istotki. Skrzat miał na sobie płócienne spodnie w odcieniu morelowym i pomarańczową koszulę z krótkimi rękawami. I buty. Ściślej mówiąc – sandały. Dla odmiany czerwone.

– Śniadanie będzie za półtorej godziny – poinformował skrzat. Po angielsku mówił z francuskim akcentem i wyraźnym grasejowaniem.

– Aha... – westchnął Blaise. – Czyli o wpół do ósmej. Rozumiem, że przyniesiesz mi jedzenie tutaj?

– Nie, panienka Colette zaprasza pana do jadalni – wyjaśnił skrzat.

– Uhm... Nie wiem, gdzie w tym domu jest jadalnia – uświadomił Blaise skrzata. – Przyjdziesz po mnie? – upewnił się.

– Panienka przysłała Grysika, żeby zapytał, czy chce pan zejść na dół i posiedzieć z nią i jej gośćmi na tarasie, czy woli zostać w pokoju i obejrzeć jakiś film na wideo, czy chce pan jeszcze pospać. – Skrzat wyrecytował jednym tchem litanię możliwości na spędzenie wolnego czasu przed śniadaniem.

– Ach, tak... – Chłopak zastanowił się. Nie bardzo miał ochotę na towarzystwo wampirzycy, która dała mu wczoraj od pierwszej chwili znajomości do zrozumienia, że go nie lubi, ani mu nie ufa, ale była tam przecież jeszcze Lovegood. Co prawda też niezbyt życzliwie do niego nastawiona, lecz ją przynajmniej znał od dawna. No i był tam chyba jeszcze ktoś. Skrzat powiedział: „goście". Hmm...

– Posiedzę na tarasie z panienką Colette i jej gośćmi – zdecydował. – Powiedz mi tylko jedno – przypomniał sobie. – Co to jest „film na wideo"? – spytał z ciekawością.

– Grysik zaraz to panu pokaże – obiecał skrzat z zapałem. Podbiegł do małej szafki i wyciągnął z szuflady jakiś płaski, prostokątny przedmiot pokryty mnóstwem różnokolorowych guziczków. Pstryknął jednym z nich i wiszący na ścianie szarosrebrny prostokąt, który Blaise uznał wcześniej za jakieś dziwne lustro, rozjarzył się błękitnawym światłem. Skrzat znów zaczął grzebać w szafce. Wyjął czarny, niezbyt gruby prostopadłościan i z cichym szczęknięciem wrzucił go do stojącej na szafce srebrnoszarej skrzynki. Na boku skrzynki zapaliło się kilka światełek. Czerwonych i zielonych. Skrzat ponownie pstryknął guziczkiem na płaskim prostokącie i na błękitnawo świecącym lustrze coś zaczęło się poruszać. To był ruchomy obraz... Blaise zafascynowany patrzył na wybuchający wulkan i słuchał ryku żywiołu.

– To jest właśnie wideo! – oświadczył skrzat z dumą w głosie.

– Niesamowite... – wyjąkał Blaise. Nagle coś sobie przypomniał. Co prawda nie chodził na mugoloznawstwo, ale szla... to znaczy... mugolacy i półkrwi opowiadali o różnych niemagicznych sposobach na utrwalanie ruchomych obrazów. Nawet słowo „wideo" nie było mu tak zupełnie obce. Choć w Slytherinie nie było mugolaków, ale kilka osób półkrwi trafiło do Domu Węża. Można się było od nich coś niecoś dowiedzieć o mugolach. Nie, żeby Blaise się specjalnie starał. Świat ludzi bez magii nie interesował go, ale od czasu do czasu coś mu w ucho wpadło.

– Nigdy pan tego nie widział? – spytał uprzejmie skrzat, ale jego ton nie spodobał się chłopakowi. Był jakiś taki... protekcjonalny. Można było wyczuć w nim nutkę politowania i nieco pogardy. Blaise zacisnął zęby.

– Nie, nie widziałem, ale wiem co to jest. Słyszałem o tym – warknął. – Dobra, zamknij to i zaprowadź mnie do panienki.

Rezydencja wampirzycy była imponująca i Blaise musiał się bardzo starać, żeby zachować obojętny wyraz twarzy. Czuł coraz większy podziw, zachwyt i zdumienie. Schody prowadzące na parter grały jak ksylofon. Każde stąpnięcie na kolejny schodek wywoływało dźwięk. Schodzenie w dół brzmiało jak dwukrotne zagranie pełnej gamy i trzech trójdźwięków. Blaise miał absolutny słuch i nie wyłapał żadnego fałszu.

A prawie cały parter budynku był jednym wielkim pomieszczeniem pełnym światła. Kilka wydzielonych małych pokoi miało ściany z półprzezroczystych szklanych cegieł, a ściany zewnętrzne zawierały więcej okien niż muru.

Odsunięta tafla szkła ukazywała wejście na taras. Skrzat wskazał mu je i zniknął z cichym pyknięciem.

Blaise przekroczył próg oddzielający kamienną posadzkę wnętrza od kamiennej wykładziny tarasu i wyszedł na spotkanie „panienki Colette" i jej gości. W pierwszej chwili oślepiony jaskrawym słońcem nie zauważył nikogo, ale gdy pod powiekami przestały mu migotać kolorowe plamy, stwierdził, że sytuacja na tarasie jest co najmniej... nieskromna.

Część tarasu ocieniała biała markiza. Stał tam stół i drewniane krzesła wyściełane poduszkami. Na stole okazała bateria butelek i szklanych dzbanków wypełnionych kolorowymi płynami, oraz patery pełne ciastek i owoców wabiły spragnionych i zachęcały do grzechu obżarstwa. Reszta przestrzeni rekreacyjnej tonęła w słońcu. Stało tu kilka leżanek i dwie bujawki. Na jednej z leżanek spoczywała wygodnie całkiem naga wampirzyca, a siedzący obok niej mężczyzna z zapałem wcierał w jej piękne piersi jakieś mazidło. Facet też był zupełnie goły... Trzecią osobą obecną na tarasie była oczywiście Pomyluna. Ona jedna coś na sobie miała... No, niewiele. Skąpe, żółte jak słonecznik majteczki i takiego samego koloru staniczek, który więcej odsłaniał niż zasłaniał. Blaise jakimś zakamarkiem zszokowanego umysłu zanotował spostrzeżenie, że Lovegood jest bardzo zgrabna...

Pomyluna okupowała kanapkę bujawki. Wyciągnięta swobodnie, kołysała się leniwie, czytając jakąś książkę.

Wszyscy troje mieli wielkie, ciemne okulary osłaniające i ukrywające oczy.

– Cześć, Zabini – przywitała go Colette. Zdjęła okulary i usiadła. – Miło, że zdecydowałeś się do nas dołączyć – dodała tonem towarzyskiej pogawędki. – To jest Hans Grün – przedstawiła mężczyznę, który skinął głową. Przerwał smarowanie Colette i odwrócił twarz w stronę Blaise'a. Pomimo, że Hans miał na nosie ciemne okulary, chłopak poczuł jego wzrok.

Pomyluna też usiadła. Odłożyła książkę i zakołysała mocniej bujawką.

– Możesz się poopalać – zaproponowała. – Pogoda jest idealna.

– Nie uważasz, że w moim przypadku opalanie się nie ma sensu? – prychnął ironicznie Blaise.

– Dlaczego? – zdziwiła się szczerze Colette. – A co to przeszkadza, że jesteś mulatem? Przecież to nie ma tu żadnego znaczenia! Też się możesz opalać.

– Nie lubię się smażyć na słońcu. A mulatem nie jestem. Jeśli już, to kwarteronem – sprostował drwiąco Blaise. – Mój ojciec był biały, matka jest mulatką.

– Nie, to nie – powiedziała obojętnie wampirzyca. – A twoi rodzice... Tak, rzeczywiście, pamiętam. Twój ojciec był Włochem, stąd twoje włoskie nazwisko – kontynuowała konwersację. – A jak nie chcesz się opalać, to usiądź sobie w cieniu. Na stole są różne soki, piwo i...

– Ciastka i owoce – dokończył chłopak, przerywając jej. – Widzę. Rozumiem, że mam się poczęstować?

– Oczywiście – wampirzyca uznała formalności za zakończone i opadła z powrotem na leżankę, poddając się zabiegom kosmetycznym Grüna.

Blaise podszedł do stołu, nalał sobie granatowego soku (jak się zaraz okazało – z czarnej porzeczki) i usiadł na jednym z foteli. Wybrał taki, z którego mógł obserwować swobodnie całe towarzystwo. Pomyluna ponownie zagłębiła się w swojej lekturze, od czasu do czasu sięgając po szklankę stojącą na stoliczku ocienionym małym parasolem. Książka, którą czytała, wyglądała dziwnie mugolsko... Mężczyzna skończył smarowanie Colette i wyciągnął się na drugiej leżance, którą ustawił tuż obok leżanki wampirzycy. Teraz Blaise mógł go dokładnie obejrzeć. Grün był wysoki, solidnie umięśniony i sprawiał wrażenie bardzo silnego. Jego skóra była lekko złotawa, ze śladami słabej opalenizny, a włosy wyglądały jak spłowiały len. Barwę oczu ukrywał za ciemnymi szkłami okularów, ale Blaise sam ze sobą założył się, że te oczy są bladoniebieskie. Pozornie nie zwracali na niego uwagi...

– Może popływamy trochę? – zaproponowała nagle Colette. – Mamy pół godziny do śniadania.

– O! – wykrzyknęła Pomyluna zrywając się i odrzucając książkę na stoliczek.

– Wspaniały pomysł! – zawołał radośnie Grün, siadając i zdejmując okulary. I tak, jego oczy rzeczywiście były bladoniebieskie...

– Nie mam kostiumu – powiedział z żalem w głosie Blaise.

Grün zlustrował go od stóp do głów nie ukrywając zdumienia.

– Po co ci kostium? – zdziwił się. Zabrzmiało to tak naiwnie, że Blaise mimo woli się roześmiał.

– My, Anglicy, jesteśmy bardzo pruderyjni – wyjaśniła Pomyluna spokojnie.

– Pan Zabini jest chyba bardziej Włochem niż Anglikiem – zaprotestowała Colette kpiąco.

– Bez znaczenia. – Chłopak podchwycił grę w przekomarzanie się. – Włosi są jeszcze wstydliwsi od Anglików.

– Pożyczę ci kąpielówki. – Mężczyzna przerwał zabawę, ku nieskrywanemu żalowi damskiej części towarzystwa. Gry słowne najwyraźniej go nudziły. – To idziemy.

– Gdzie? – mruknął Blaise, patrząc na nich niepewnie.

– Tam – Colette wskazała tonący w zieleni budynek ze szklanymi ścianami. Stał nieco z boku. Z rezydencją łączył go oszklony pasaż.

– To basen i oranżeria – wyjaśniła Pomyluna.

Colette wezwała skrzata. Pojawiła się skrzatka w pomarańczowej sukience, takim samym kapelusiku i zielonych sandałkach.

– Trzykrotka słucha! – wykrzyknęła, zamiatając nosem płyty tarasu.

– Przynieś z mojego pokoju czarne kąpielówki – polecił Grün.

Dopiero teraz Blaise uświadomił sobie, że płowowłosy ma bardzo twardy akcent. „Sądząc po nazwisku, to chyba Niemiec" – zastanowił się Blaise. Czuł się dziwnie. Drążył go niepokój i ciekawość jednocześnie. To towarzystwo... Wilopodobna wampirzyca opalająca się i biegająca nago w ostrym słońcu. Facet, wpatrujący się w nią z takim zachwytem, jak Hagrid w najpotworniejszego potwora. Luna Lovegood, zachowująca się tak, jakby wszystko to było najnaturalniejszą sprawą na świecie. I smok, lądujący rano na trawniku!

Basen był spory, wszyscy czworo mogli w nim pływać swobodnie bez potrącania się nawzajem. Woda w basenie była słona i ciepła. Blaise odważył się nawet na wypróbowanie wysokiej trampoliny. Chlapał na Lunę i Colette, dał się namówić na wyścig z Grünem (sromotnie przegrany...) na dystansie dwóch długości basenu, ale nie mógł się odprężyć. Mimo tych pozorów sielanki, chłopakiem owładnął narastający niepokój. Gdzieś głęboko w jego umyśle tkwił lęk.

Jak bardzo uzasadniony, przekonał się po kilkunastu minutach. Ich niewinną zabawę przerwało pojawienie się skrzatki Trzykrotki.

– Panienko! – wrzasnęła. – Przybył pan Cor...

– Natychmiast go tu przyprowadź – przerwała jej rozkazująco Colette.

Wysoki blondyn pojawił się na brzegu basenu tak cicho, że Blaise omal nie przeoczył jego przybycia.

– Colette, Luna, zbierajcie się – powiedział szorstko. – Ty, Zabini, zostaniesz tu z Hansem. Do wieczora. Po kolacji dam ci świstoklik do Hogwartu. Twoja matka już tam jest.

– Nie jedliśmy jeszcze śniadania! – wykrzyknęła Colette.

– Wiem. Wyruszamy natychmiast jak zjecie – poinformował blondyn.

– Jasne... – mruknęła wampirzyca. Wyskoczyła z wody omijając drabinkę. Za nią wygramolili się Hans i Blaise. Luna podpłynęła do krawędzi basenu i aportowała się przy blondynie.

– Gdzie jedziemy? – spytała rzeczowo.

– W parę miejsc... – odpowiedział łagodnie i obdarzył dziewczynę olśniewającym uśmiechem prezentując przeraźliwie białe kły.

– Zjesz z nami? – spytała Colette.

– Nie. Śniadanie już jadłem. Ale chętnie napiję się kawy. Nie spałem całą noc – odpowiedział zmęczonym głosem.

Coś niedobrego wisiało w powietrzu...

Śniadanie od strony kulinarnej prezentowało się znakomicie. Jedzenie było bardzo francuskie: sery, sałatki i croissanty nadziewane różnościami: dżemem, mięsem, czekoladą, kapustą z grzybami... Wszystko świeże i bardzo smakowite. Niestety, atmosfera była ciężka i pełna napięcia. Blondyn o imieniu zaczynającym się na „Kor..." przyniósł ze sobą najnowszego „Proroka". Blaise przeczytał tylko informacje, darowując sobie bzdurne komentarze. I bez kretyńskich insynuacji redaktorów tego szmatławca wiedział, że jest bardzo źle. Wojna się zaczęła. Co do tego nikt nie miał wątpliwości. A co gorsza, pojawiła się nowa, złowroga siła. Czarny Rogogon. Blondyn uzupełnił rewelacje gazety, opowiadając im co się działo w nocy. Choć dawkował oszczędnie fakty i ograniczył się do informacji o kilku zaledwie incydentach, chłopak był przerażony. Szczególnie wstrząsnęła nim wiadomość o śmierci starego Goyla rozdartego na strzępy przez smoki. O tym w „Proroku" nie było ani słówka.

Blaise żuł rogalik z czekoladą, ale prawie nie czuł jego smaku. Spojrzał na blondyna i zauważył, że wampir znużonym gestem pociera czoło. Luna też przyglądała mu się uważnie. Nagle sięgnęła po nóż i kieliszek do wina. Delikatnie przeciągnęła ostrzem po nadgarstku i zapełniła kieliszek do połowy krwią. Machnęła różdżką zasklepiając nacięcie na ręce i podała kieliszek blondynowi.

– Wypij, poczujesz się lepiej – powiedziała ze współczuciem w głosie. – Zawsze mówiłeś, że krew kobiety smakuje lepiej niż krew mężczyzny...

– Dzięki, Luna – szepnął wampir i jednym haustem opróżnił kieliszek. – Masz bardzo smaczną krew – uśmiechnął się z wdzięcznością.

– Ty też powinnaś się jeszcze napić – odezwał się Grün do Colette. Szybko sięgnął po czysty kieliszek i napełnił go do połowy swoją krwią.

Wampirzyca piła krew małymi łyczkami delektując się nią jak winem. Blaise poczuł mdłości. Opanował się z najwyższym trudem. Odwrócił oczy. Jednak dręcząca go ciekawość okazała się silniejsza. Postanowił zapytać ich o sprawę, która nurtowała go od pierwszych chwil, gdy tu trafił.

– Czy moglibyście mi coś wyjaśnić? – odezwał się, modląc się w duchu, by nie uznali tego za nietakt i natręctwo. Ale nie mógł się powstrzymać.

– Zapewne chcesz wiedzieć, czemu nie szkodzi nam srebro i dlaczego nie boimy się słońca – stwierdził ze zrozumieniem w głosie blondwłosy wampir.

– Tak, właśnie. – Blaise westchnął. No tak, TO pytanie było oczywiste.

– No, cóż... TO, czego cię uczono o wampirach, jest częściowo prawdą, ale większość informacji na nasz temat, jakie poznałeś to wierutne bzdury – zaśmiał się wampir. – Pijemy krew, ale dość rzadko. Niektórzy, prowadzący spokojny tryb życia nie piją krwi całymi latami – dodał.

– A niespokojny? Tryb życia oczywiście? – spytał Blaise nieco przekornie.

– Krew dodaje nam energii i wzmacnia nasze siły witalne. Bez żadnej przenośni – zaznaczyła Colette.

– Ach, tak... – mruknął Blaise.

– Oczywiście powinna to być krew ludzi lub zwierząt, zawierająca hemoglobinę – dodał mężczyzna.

– Że co? – zdziwił się chłopak. – Hemoglobinę? Dlaczego? Chodzi o żelazo?

Mętnie sobie przypominał, że Snape coś mówił o tym, że hemoglobina jest czerwona, bo zawiera żelazo.

– Tak, właśnie. Żelazo z hemoglobiny jest dla nas najłatwiej przyswajalne – powiedział wampir tonem, jakiego zawsze używał Snape podczas wykładów. – I wiedz, że krew krwi nierówna. Różnią się między sobą, każda istota ma inną krew. No, i inaczej smakuje krew zwierząt magicznych i niemagicznych, jeszcze inaczej ludzi... Możemy też pić krew innych wampirów, jak już nie mamy nic innego. A najsmaczniejszą krwią, jaką w życiu piłem, jest krew mojego ojca... – dokończył z westchnieniem.

– Nie dał ci się napić? – zdumiała się Colette.

– Nie widzieliśmy się już dość długo. Niestety... Ale jak tylko się spotkamy, to się napiję – mruknął wampir.

– Czy pana ojciec nie jest wampirem? – pytanie wymknęło się z ust Blaise'a, zanim zdążył się zastanowić co mówi.

– Nie, nie jest. Moja matka była Skrzydlata – wyjaśnił wampir sucho.

Chłopak zamilkł. I w tym momencie sobie przypomniał, kto nosił taką samą srebrną bransoletę, jak ten jasnowłosy wampir.