###
Zamek zamieniony na hotel – Château de Chevalier–Blois, poniedziałek, 15 lipca 1996 roku, wczesny poranek, godzina siódma.
Colin zbudził Dennisa. Młody nie miał ochoty na wstawanie, ale opryskany zimną wodą poderwał się błyskawicznie, usiadł i cisnął w brata poduszką.
– Odwaliło ci?! – wrzasnął.
– Wypad z wyra! Czeka nas wspaniały dzień! – odwrzasnął Colin.
Dennis niechętnie wygramolił się z pościeli. Zatoczył się widowiskowo i ostentacyjnie ziewnął, jednocześnie trąc oczy. Colin chichotał obserwując tę demonstrację. Młody wreszcie przestał się wygłupiać. Ziewnął jeszcze raz, ale chyba tylko pro forma i poszedł do łazienki.
O wpół do ósmej zadzwonił telefon. Colin podniósł słuchawkę.
– Zapraszam na śniadanie – usłyszał głos Valerie. – Wiem, że już nie śpicie.
– Zaraz zejdziemy – odpowiedział. – A skąd wiesz, że nie śpimy? – zainteresował się.
– Bo otworzyliście okna. Mam w recepcji czujniki sygnalizujące otwieranie okien – wyjaśniła. – Goście często zapominają je zamknąć.
– Ach tak... – mruknął. „Takie proste" – pomyślał. Poczuł ukłucie niepokoju. Czy mają tu też zamontowane kamery?
Na widok dziewczyny Dennis aż gwizdnął z uznaniem. Wyglądała olśniewająco w sukience z jakiegoś lejącego się i połyskującego metalicznie materiału w srebrzysto–błękitnym kolorze.
– Młody, zachowuj się! – skarcił brata Colin.
– Och, nie gniewam się! – zaśmiała się dziewczyna. – Rozumiem, że to był wyraz uznania dla mojej urody?
– Oczywiście! – potwierdził Dennis.
Przyjemna rozmówka urwała się w sposób naturalny, gdy Valerie zaprowadziła ich do małej salki, której głównym umeblowaniem był stół. Otoczony krzesłami. Obaj chłopcy przełknęli ślinę na widok tego, co na tym stole stało. Najwyraźniej miało to być „śniadanko po francusku"! I było. Valerie gestem zaprosiła ich do stołu. Sama też nie zamierzała się ociągać. Szybko usiadła i sięgnęła po pieczywo. Colin, zanim zrobił to samo co ona, przez chwilę delektował się wrażeniami czysto wizualnymi. Stół udekorowano z iście francuskim wdziękiem. Posiłek zapewne miał być elegancki, więc zadbano o odpowiednią oprawę. Obrus, serwetki, ciężkie srebrne sztućce. Żywe kwiaty. Wszystko idealnie dobrane. Porcelanę z Sevres rozpoznał na pierwszy rzut oka. Naoglądał się jej tyle w ciągu ostatnich paru dni, że nie miał wątpliwości. Ostrożnie ujął w dłoń filiżankę i z zainteresowaniem przyglądał się namalowanemu starannie pejzażowi. Usiłował sobie przypomnieć, co słyszał od przewodniczki w muzeum.
– Czy to okolice Sevres? – spytał, stukając delikatnie paznokciem w rysunek. – To wzór z osiemnastego wieku? Dobrze zauważyłem? – Popatrzył z ciekawością na Valerie. Dziewczyna się roześmiała.
– O, widzę, że jesteś znawcą! – stwierdziła z uznaniem. – Tak, ale nie tylko wzór. Ten serwis wyprodukowano jako jeden z pierwszych w tej manufakturze, czyli też pochodzi z osiemnastego wieku! – wyjaśniła z satysfakcją.
– Ojej! – Dennis był pod wrażeniem. – Serwujecie tu posiłki na osiemnastowiecznej zastawie?!
– Zapewniam, że nie wszystkich gości tak honorujemy. – Valerie błyskawicznie spoważniała. – Ale wy nie jesteście zwykłymi gośćmi! – dodała z naciskiem, patrząc Colinowi w oczy.
– Dziękuję w takim razie w imieniu swoim i młodego – skwitował Colin. Czuł się mile połechtany. Sięgnął po croissanty. Przez chwilę przeżuwał kruchy rogalik z marmoladą truskawkową. Valerie nalała mu kawy.
– Aha – podjął swobodnym tonem konwersację. – Nie jestem znawcą. Po prostu zwiedziliśmy tu tyle muzeów, że trudno było przeoczyć coś tak charakterystycznego.
Jego wyznanie skwitował wybuch śmiechu.
###
Samochód Valerie to był oczywiście Citroen. Srebrzystobłękitny. Doskonale kolorystycznie pasował do jej sukienki. Jazda była bardzo przyjemna. Klimatyzowane wnętrze auta i wygodne siedzenia zapewniały komfort, a opowieści Valerie o okolicy – rozrywkę. Dziewczyna kochała tę ziemię i z pasją snuła historie o mijanych miejscowościach. Zanim chłopcy się obejrzeli, już przemknęli przez przedmieścia Nuits Saint Georges i wjeżdżali na podjazd ich pensjonatu. A po chwili wpadli w ramiona nieco zdenerwowanej matki. Z żalem pożegnali Valerie, która porozmawiała chwilę z recepcjonistką z Hostellerie la Gentilhommière – Kay Croisille i odjechała. Musiała niestety szybko wracać.
Colin i Dennis weszli do holu pensjonatu. Nie rozglądali się na boki, zajęci opowiadaniem matce o swoich przygodach. Nie szło im najlepiej, ponieważ ich rodzicielkę trudno było usatysfakcjonować. Wciąż żądała nowych szczegółów i zadawała coraz bardziej kłopotliwe pytania. Wybawienie od ciekawości matki przybyło nagle i z nieoczekiwanej strony.
– Colin! Dennis! – zawołał radosny dziewczęcy głos za ich plecami.
Odwrócili się gwałtownie i ujrzeli Lunę Lovegood. Nie była sama. Towarzyszyły jej dwie osoby. Kobieta tak piękna, że wydawała się wręcz istotą nie z tego świata i... Blaise Zabini.
Colin odetchnął.
– Mamo, to nasza koleżanka i kolega ze szkoły – powiedział szybko. Przedstawił Lunę i Blaise'a, po czym odwrócił się do nieznanej mu dziewczyny, patrząc na nią pytająco. Pani Creevey też oczywiście nie przeoczyła towarzyszącej obojgu pięknej kobiety.
– Colette de Brasier – przedstawiła się ślicznotka. – Jestem przyjaciółką Luny – dodała, wyjaśniając swoją obecność.
Colin pomyślał złośliwie, że panna Colette wygląda jak ożywiona lalka Barbie. Tym bardziej, że ubrana była na różowo. Wszystko miała różowe: sukienkę, buty, torebkę, nawet przepaskę na włosach! Oczywiście makijaż także. Jej bladoróżowe usta błyszczały jak polakierowane, a powieki również czymś posmarowała, bo ich ciemnoróżowy kolor na pewno nie był naturalny.
– Co tu robicie? – zainteresował się Colin.
Luna roześmiała się i poklepała sofę, na której siedziała, jednoznacznie zapraszając ich by usiedli przy niej. Chłopak uśmiechnął się do matki przepraszająco, jednocześnie błagając ją w myślach, by zostawiła jego i Dennisa w towarzystwie Luny i jej kompanii. Nie miał wątpliwości, że ta trójka nie znalazła się tu przypadkowo. Sądząc po wyrazie twarzy młodego, on też myślał tak samo. Jedno tylko było niezrozumiałe. Skąd się tu wziął ten... Ślizgon?
Pani Creevey miała wyczucie i natychmiast się zorientowała, że jej synowie chcą porozmawiać ze znajomymi bez świadków. Zanim odeszła zapytała tylko, czy jedli śniadanie. Na szczęście mogli ją bez wyrzutów sumienia zapewnić, że nie są głodni. Dennis zdobył się nawet na dowcip, sugerując, że wszystkie matki mają tę samą wadę fabryczną – najbardziej dbają o żołądki swoich pociech. Matka najpierw szczerze się roześmiała, ale zaraz przybrała surową minę i oznajmiła nie znoszącym sprzeciwu głosem, że na obiad mają się stawić punktualnie i nigdzie po drodze nie zabłądzić! Obiecali oczywiście, że spełnią jej rozkaz skrupulatnie.
– Chodźmy na taras – zaproponowała Luna, gdy pani Creevey zostawiła ich samych.
– Dobrze – powiedział krótko Blaise. Pochylił się w stronę Creeveyów i uniósł górną wargę ukazując wampirze kły. Colin wzdrygnął się. Ale natychmiast zrozumiał.
– Mentor? – szepnął.
– Uhm... Tak – potwierdził rzekomy Zabini z uznaniem.
– Jak długo zamierzacie pozostać we Francji? – spytał wampir, gdy już usiedli na tarasie zajazdu pod olbrzymim parasolem. Oczywiście solidnie zaopatrzeni w całą baterię napojów.
– Do piętnastego sierpnia. Taki był początkowo plan. Ale raczej zostaniemy dłużej, do końca wakacji – odpowiedział Colin. – Coś nie tak? – bąknął niepewnie. Miał wrażenie, że z jakichś powodów jest to nie na rękę wampirowi, który przyglądał się im z pochmurną miną, bębniąc palcami po blacie stołu.
– Owszem – westchnął mężczyzna po dłuższej chwili. – Przygotowałem dla was program szkolenia – oznajmił bez wstępów. – Trzeba będzie go skorygować.
Colin i Dennis popatrzyli na siebie zaniepokojeni.
– To znaczy? – spytał zdenerwowanym głosem Dennis.
– To znaczy, że nie tylko powinniście rozpocząć szkolenie, co jest sprawą bardzo pilną. Mówiłem wam przecież o tym wczoraj. Ale jednocześnie, my musimy wam zapewnić ochronę i zrobić to tak, byście nie zwrócili na siebie uwagi osób, które nie powinny nic o was wiedzieć – wyjaśnił szorstko Mentor.
– Od czego zaczniemy? I jak chcecie nas chronić? – Colin chciał dowiedzieć się jak najwięcej.
– Dzisiaj wieczorem na rynku Nuits Saint Georges odbędzie się pokaz walki na miecze i przedstawienie teatralne będące inscenizacją życia w średniowiecznej Francji. Czy coś w tym stylu... Po przedstawieniu podejdziecie do aktorki w zielonej sukience z wyhaftowanym na gorsie jednorożcem. Taka będzie tam tylko jedna. Ona wam powie co dalej. Natomiast jeśli idzie o samo wasze bezpieczeństwo, to dostaniecie ochroniarzy. Nie powiem wam, kim będą, bo lepiej żebyście tego nie wiedzieli. I... No, cóż... Pamiętajcie, że sami też musicie bardzo uważać! – podkreślił z naciskiem wampir.
Powaga w jego głosie zaalarmowała Colina. Chłopak nagle z przeraźliwą jasnością uświadomił sobie, że naprawdę JEST w niebezpieczeństwie. Dopiero teraz... Można rzec, że przecież wiedział o tym wcześniej, w końcu kilkanaście dni temu próbowano go zabić! I jego bliskich. No, właśnie dlatego przyjechali do Francji! Ale dopiero to proste i banalne ostrzeżenie wypowiedziane przez tylko co poznanego człowieka... Człowieka?! Tak! Colin wzdrygnął się wewnętrznie, gdy uzmysłowił sobie, że pomyślał o wampirze – „człowiek". Zaskoczyło go to, ale po chwili skonstatował z ironią, że ten wampir jest bardziej ludzki niż niektóre ze znanych mu humanoidalnych istot – „niewątpliwie ludzi"... Zerknął na Dennisa. Młody skulił się na krześle z wystraszoną miną. Do niego też dotarła groza sytuacji.
– Czy wobec tego nie powinniśmy jak najszybciej stąd wyjechać? – spytał cicho Dennis.
– Bardzo słusznie – westchnęła obleczona w różowości Colette.
– Właśnie miałem to zasugerować – stwierdził wampir. – Przygotuję dla was szkic trasy, po której powinniście się poruszać, ale może się okazać, że trzeba będzie ją zmieniać... w razie potrzeby – dodał szybko.
– Kiedy to dostaniemy? – chciał wiedzieć Colin.
– Wieczorem – obiecał Mentor.
– Od tej... „damy z jednorożcem"? – błysnął dowcipem Dennis.
– Tak, od niej – potwierdziła Luna. Nie uśmiechała się już...
– Dam wam cztery świstokliki... – Zawahał się na moment i przyjrzał im mrużąc oczy. – Co wiedzą wasi rodzice? – spytał bez ogródek.
– Wszystko! – odpalił natychmiast Dennis.
– Kiedy śmierciożercy wdarli się do naszego domu, opowiedzieliśmy rodzicom wszystko co wiemy o... Czarnym Panu i jego sługach... – zająknął się Colin. – Wtedy ojciec zdecydował, że wyjedziemy do Francji – dokończył cicho.
– Więc nie muszę z nimi rozmawiać? – upewnił się wampir.
– Nie – zapewnili go jednym głosem obaj chłopcy.
Mężczyzna machinalnie bawił się srebrną bransoletą otaczającą jego prawy przegub, przyciągając uwagę Colina. Dennis gapił się na Colette i nic nie zauważył. A Colin przypomniał sobie, w nagłym błysku olśnienia, kto nosił identyczną bransoletę. Widział ją raz. Długie, smukłe męskie palce obracały srebrną bransoletę wokół prawego nadgarstka...
###
Poniedziałek 15 lipca 1996 roku, godzina wpół do dziewiątej rano – Francja, rejon Bordeaux, willa na przedmieściach miasteczka Saint–Emilion.
Blaise Zabini z nieopisanym zdumieniem przyglądał się Colette. Wampirzyca spowita w różowości od stóp do głów wyglądała niezwykle ponętnie, słodko i niewinnie. Blaise pomyślał o Umbridge. Porównanie nasuwało się natrętnie i nie sposób było od niego uciec. No, cóż... Ropucha wyglądała w różowościach jak karykatura i nie zdołała ukryć prawdy o sobie. Przeciwnie! Różowe puchate sweterki, kokardki i bufki tylko podkreślały złe cechy jej charakteru. A Colette – wręcz przeciwnie. Ona wyglądała jak naiwna panienka zadziwiona wszystkim dookoła i zagubiona w rzeczywistości, oglądająca świat wielkimi błękitnymi oczami bezmyślnej laleczki. Tym większy kontrast stanowił jej rzeczowy ton i wcale nie dziewczęcy głos, którym wydawała rozkazy domowym skrzatom. A one jak poczwórne echo powtarzały co chwila:
– Tak jest, panienko! Wszystko będzie zrobione tak, jak panienka każe!
– Odstrzeliłaś się jak szczur na otwarcie kanału – zauważył ironicznie wampir.
– Nie kpij, mam spotkanie z kontrahentem – odpowiedziała spokojnie Colette. – I teraz nic do mnie nie mów, bo muszę poćwiczyć niepewne uśmiechy i naiwne spojrzenia – dodała wyjaśniająco.
Pierwsza parsknęła śmiechem Luna, a po chwili zawtórowali jej wszyscy trzej mężczyźni.
– Słusznie, a jak już obedrzesz biedaka ze skóry, to nie zapomnij uśmiechnąć się słodko i robiąc przeciąg rzęsami zaproponować mu następny interes – pouczył ją z poważną miną Grün.
– Przecież nigdy o tym nie zapominam! – odpaliła Colette.
– Jasne, dlatego osiągasz takie duże zyski... Twoi klienci tak głupieją, że gotowi są na wszystko, żeby cię tylko jeszcze raz zobaczyć – mruknął drwiąco jej kuzyn.
– Jakoś sobie nie krzywdują... – stwierdziła pogodnie Colette.
Blaise pomyślał rozbawiony, że Francuzka wie, jak korzystać z darów natury. I nie zdołał powstrzymać chichotu, gdy ujrzał jej samochód. Srebrzystoszare auto miało wymalowanego na masce zielonego walijskiego smoka, a całą karoserię gęsto zdobiły różowe kwiatki. Do dopełnienia obrazu – kierownicę owinięto różową skórą...
Dopiero, gdy samochód z parą wampirów i Pomyluną zniknął za bramą posiadłości, Blaise zdołał otrząsnąć się z szoku kolorystycznego, który zafundowały mu do spółki Colette i Lovegood. Bo pomimo ataku różu na jego zmysł wzroku zdołał jeszcze zauważyć, że Pomyluna wystroiła się w jaskrawo pomarańczową sukienkę i dodatki równie rażące oczy ostrym oranżem.
Niemiec obserwował go z nieco ironiczną miną.
– No, to zostaliśmy sami na gospodarstwie – stwierdził. – Chodź, chłopcze, zastanowimy się jak zabić czas do wieczora... Aha, mów mi Hans. Co się będziemy certolić!
– Blaise – uśmiechnął się chłopak. Zapowiadało się, że dzień spędzi ciekawie...
###
– Czy mógłbyś mi coś opowiedzieć, czy... – zaczął Blaise, kiedy już wygodnie ułożeni na leżankach na tarasie oddawali się błogiemu lenistwu.
– Czy będziemy pieprzyć głupoty? – dopowiedział usłużnie Hans.
Zabini roześmiał się. Ale po chwili spoważniał.
– Najpierw chciałbym się upewnić co do jednego. – Chłopak postanowił, że spróbuje wyjaśnić najważniejszą wątpliwość. – Czy wymażecie mi pamięć?
Mężczyzna usiadł i przez dłuższą chwilę wpatrywał się intensywnie w oczy Blaise'a.
– Nie – odpowiedział w końcu. – Nie zdradziliśmy ci do tej pory żadnych tajemnic, których nie powinieneś poznać. I ode mnie też nic takiego się nie dowiesz. Natomiast mam szczery zamiar postarać się, żebyś zdobył wiedzę, która ci się przyda – zakończył uśmiechając się enigmatycznie.
– No, to nie zwlekajmy! – zażądał Blaise.
– Po prostu zadawaj pytania, a ja będę odpowiadał. No, chyba, że spytasz o coś, na co nie będę mógł, albo umiał ci dać odpowiedzi – zaproponował Grün.
– Hmm... Może opowiedz coś o sobie? Na dobry początek... – Blaise gorączkowo zastanawiał się, jak wykorzystać sytuację. Nie ufał Niemcowi, ale jeśli rzeczywiście nie wymażą mu pamięci, to może naprawdę zdoła dowiedzieć się czegoś przydatnego?
Mężczyzna zawahał się przez ułamek sekundy.
– A, dobrze – zdecydował. – Może być. Mam dwadzieścia osiem lat, uczę w szkole podstawowej. W tym miasteczku – uściślił.
– Czego uczysz? – zaciekawił się Blaise.
– Matematyki w klasach początkowych i fizyki w starszych – Hans uśmiechnął się figlarnie, widząc zdumienie w oczach chłopaka. – Mieszkam tutaj... W tym domu. Colette jest moją narzeczoną. Ona ma dwadzieścia siedem lat. Kieruje własną firmą developerską, to znaczy sprzedaje i kupuje ziemię i domy. Albo kupuje działkę, buduje domy pod klucz i sprzedaje. We wrześniu planujemy ślub... – rozmarzył się.
Blaise postanowił zachować dla siebie cisnące mu się na usta komentarze. Nie chciał drażnić rozmówcy, a zamierzał wyciągnąć z niego ile się da informacji. Tylko ostrożnie...
– Eee... A jak się poznaliście? – spytał lekkim tonem.
– W dość dramatycznych okolicznościach... Miałem wtedy szesnaście, a ona piętnaście lat... – Niemiec spoważniał. – Colette lubi latać... W słońcu. Wybrała się na wycieczkę w góry Bawarii. Do Landkreis Berchtesgadener Land – uściślił.
– Nic mi to nie mówi – mruknął Blaise.
– To piękna kraina – uśmiechnął się mężczyzna a jego bladoniebieskie oczy zalśniły ciepłym blaskiem. – Moje ojczyste strony. Moi rodzice, brat, dwie siostry i inni krewni mieszkają tam. Nad rzeką Salzach, w Alpach Bawarskich. Hmm... To był pogodny dzień. Zaczęły się wakacje... Mój brat zaproponował, żebyśmy się trochę powspinali.
– Co takiego?! – zdumiał się Blaise.
– Zapomniałem, że wy, czarodzieje z getta, nie uprawiacie poza quidditchem i może czasami jazdą konną, żadnych sportów – mruknął z przekąsem Hans. – Pokażę ci potem na wideo o co chodzi... Wiesz, co to jest wideo? – spytał z lekką drwiną.
– Wiem – odwarknął gniewnie Blaise.
– Dobra, w porządku, nie złość się – powiedział ugodowo mężczyzna. – Jest za gorąco, żeby się kłócić. Wróćmy do mojej opowieści... Przymierzaliśmy się do wspinaczki, kiedy usłyszeliśmy rozpaczliwe krzyki. Dochodziły z góry. Podnieśliśmy głowy i zobaczyliśmy, jak dwa smoki osaczają wampira. Znaliśmy ich obu doskonale. Dwa wredne gnojki, które spędzały czas na awanturach i robieniu szkód gdzie się dało. Wampir był obcy, ale ani mój brat, ani ja nie zamierzaliśmy pozwolić tym bandziorom na taką „zabawę"! Przegnaliśmy ich i ściągnęliśmy zszokowaną dziewczynę na ziemię. No, dopiero na dole zorientowaliśmy się, że to dziewczyna. I to bardzo ładna! Miała poranione skrzydło i trzęsła się jak galareta...
– To była Colette? – upewnił się Blaise.
– Oczywiście. Zabraliśmy ją do domu, opatrzyliśmy jej rany i opowiedzieliśmy rodzicom co się stało. Nasi życiodawcy wściekli się i zwołali zebranie mieszkańców z całej okolicy. Tego już było za wiele. Wszyscy mieli dość tych drani. Miejscowi ich świetnie znali, ale napaści na turystkę nie mogliśmy puścić płazem. Rozumiesz – turystyka daje dochody, no, wiesz...
– Rozumiem – przerwał chłopak. – Rozrabiali i odstraszali turystów, a to było wam nie na rękę.
– Nie, bo moi rodzice mają gospodę i gospodarstwo agroturystyczne. I nie tylko oni...
– Co to takiego? Pierwsze słyszę – westchnął z rezygnacją Zabini.
– Po prostu hotel z restauracją w której podaje się potrawy z miejscowych produktów. Najczęściej z własnego gospodarstwa – wyjaśnił Niemiec.
– No, dobrze, ale to przecież były smoki... A ty mówisz o nich tak, jak o ludziach! – wykrzyknął Blaise.
– Bo to były inteligentne smoki – zaśmiał się Hans. – Na tyle, że rozumiały, co się do nich mówi. No, powiedzmy, że inteligentne... – dodał powątpiewająco.
– Czekaj... Znów nie rozumiem... – jęknął chłopak.
Hans przyglądał mu się ze zdziwieniem.
– Czego was uczą w tych waszych magicznych szkołach... A właściwie, to czego nie uczą... – westchnął, przewracając oczami. – Są dwa rodzaje smoków – wyjaśnił tonem wykładowcy. – Jedne dorównujące inteligencją ludziom. Natomiast te drugie, to złośliwe i agresywne bestie. Te inteligentne żyją wśród ludzi i współpracują z nimi. A te drugie...
– Zaraz... – Blaise poderwał się gwałtownie i usiadł potrząsając głową z wrażenia. – Nie, no... Tego nie wiedziałem!
– Ach, tak... – Niemiec nie stracił spokoju. – No, cóż... Teraz już wiesz. I może łatwiej ci będzie zrozumieć, dlaczego Czarny Rogogon jest tak niebezpieczny – dodał bardzo poważnie.
– Dogadał się z inteligentnymi smokami... – szepnął Blaise z przerażeniem.
– Otóż to... – potwierdził Hans z przygnębieniem.
###
Poniedziałek 15 lipca 1996 roku, godzina jedenasta przed południem – wioska Little Hangleton.
W krzakach otaczających zrujnowany Dom Riddle'ów czaił się wielki czarny pies o płonących bladych oczach. Obserwował budynek i unosił górną wargę szczerząc śnieżnobiałe kły. Gdyby ktokolwiek go w tym momencie zobaczył, odniósłby wrażenie, że bestia się śmieje.
###
Poniedziałek 15 lipca 1996 roku, godzina jedenasta przed południem – Hogwart, Wieża Gryffindoru.
Harry wydał okrzyk radości, zerwał się z fotela i chwycił w ramiona drobną, jasnowłosą dziewczynę, która właśnie weszła do pokoju wspólnego Gryffindoru.
– Luna! – zawołała Ginny.
Luna oddała Harry'emu uścisk, po czym wysunęła się z jego objęć.
– Witajcie – powiedziała po prostu. – Już wiecie?
Pytanie zawisło w powietrzu.
– O czym? – mruknęła Hermiona, przyglądając się jej nieufnie.
Luna delikatnie dotknęła policzka Harry'ego, po czym odwróciła się do Hermiony.
– Szef aurorów, Rufus Scrimgeour jest wampirem! – oznajmiła.
Hermiona przygryzła wargi. Wyglądała na nieco oszołomioną. Bliźniacy zachichotali, ale pod piorunującym spojrzeniem Hermiony natychmiast ucichli.
– Obawiam się, Luna, że mamy poważniejsze problemy, niż zajmowanie się wampiryzmem szefa aurorów – powiedziała cicho Hermiona.
– Rozumiem – odpowiedziała Luna z powagą. Przełknęła ślinę. – A więc... To znaczy... Wiecie już, że zabiliśmy człowieka...
– Tak. Wiemy – oznajmiła Ginny drżącym głosem.
– Ojciec mi powiedział... – szepnęła cicho Luna. Usiadła skulona na kanapie i owinęła się ramionami, jakby chciała się odgrodzić od całego świata. Teraz widać było, że drży. Harry szybko usiadł obok niej i mocno ją przytulił.
– To był Neville – powiedziała Luna ledwo słyszalnie, bo wtuliła się w ramię obejmującego ją chłopaka.
– To też już wiemy – poinformowała ją znużonym głosem Hermiona.
###
Godzinę później...
– Za chwilę będzie tu Neville – zawołał Ron wpadając jak burza do pokoju wspólnego Gryffindoru.
– Co mu powiemy? – szepnęła Ginny.
– Prawdę – odpowiedział zdecydowanie Harry. – Należy mu się tak samo jak nam!
Portret odchylił się i przez dziurę wsunął się Neville Longbottom. Zatrzymał się i popatrzył na zwrócone ku niemu przerażone twarze. Wszyscy zamarli.
– A więc już wiecie – powiedział cicho Neville. – Tak to prawda. Zabiłem człowieka. Dziś rano...
Chwiejnym krokiem podszedł do najbliższej kanapy. Opadł na nią ciężko i ukrył głowę w ramionach.
###
Poniedziałek 15 lipca 1996 roku, godzina dwunasta w południe – Francja, rejon Bordeaux, willa na przedmieściach miasteczka Saint–Emilion.
– Czy mi się dobrze wydaje, że to co jemy, to nie są francuskie potrawy? – Blaise przełknął kawałek knedla i uniósł głowę.
– Oczywiście, że nie – zaśmiał się Hans, obracając w dłoni widelec z nadzianym kawałkiem mięsa. – To jest karkówka bawarska, do tego mamy bawarską ziemniaczaną sałatkę, a knedle są robione według przepisu mojej prababci – wyjaśnił i wpakował sobie mięso do ust.
– Piwo też z Bawarii? – upewnił się Zabini ujmując w rękę kufel.
– Jaaasne – mężczyzna potwierdził domysł chłopaka. Pociągnął tęgi łyk ciemnego napoju z błogą miną. – Wszystko z moich stron – oznajmił.
Na deser były drożdżówki i strucla z jabłkami. Blaise już nie pytał o pochodzenie potraw. Nie miał wątpliwości, że to także bawarskie specjały.
Usadowieni wygodnie w fotelach raczyli się kawą i ciastem.
– Powiedz mi – zaczął Blaise kolejną rundę indagacji. – Dlaczego żyjecie wśród mugoli?
– Dobre pytanie... Czekałem na nie od początku – wyznał Hans ze śmiechem. – Prawda jest taka, że gdybyś wiedział więcej o świecie bez magii, to byś tego pytania nigdy nie zadał. Aha... Rzecz bardzo ważna! W obecności czarodziejów nie uznających władzy Ministerstw Magii... Żadnych Ministerstw! Nigdy nie używaj słowa „mugol" – dodał z naciskiem. – To słowo jest obraźliwe i wulgarne i można za to oberwać w dziób.
– Uhm... Zapamiętam – mruknął chłopak. Od razu zakonotował sobie, żeby nawet przypadkiem nie użyć słowa „szlama", które zapewne jest również w tym towarzystwie na indeksie.
– No, dobrze... Spójrz uważnie na ten dom. – Hans zatoczył dłonią koło. – Został zbudowany całkowicie bez magii. A nasze skrzaty narzekają trochę, bo mają za mało pracy... – Niemiec schował nos w kuflu, ale Blaise widział, że się śmieje.
– Na przykład? Czego nie muszą robić? – zaciekawił się.
– Chociażby myć okien – mężczyzna popatrywał na niego spod oka, tłumiąc śmiech. – No, raz na pół roku... Ale to robi specjalna firma. Niemagiczna. A nie skrzaty. A uprzedzając twoje kolejne oczywiste pytanie: nie muszą myć okien, bo szyby są wykonane w specjalny sposób. Mają powierzchnię spreparowaną na podobieństwo płatków kwiatu lotosu. Brud się na nich nie trzyma. Zawsze są czyste!
– I to wymyślili mug... eee... niemagiczni? – Blaise był szczerze zdziwiony.
Hans zachichotał.
– Tak naprawdę, to wymyśliła to natura. Ludzie jedynie podpatrzyli i skopiowali – wyjaśnił. – Spójrz...
Mężczyzna wziął w rękę niewielki płaski przedmiot. Zabini wiedział już, że jest to „pilot", którym można sterować urządzeniami wymyślonymi przez mugo... no, ludzi niemagicznych. Na zawieszonym na ścianie wielkim ekranie telewizora pojawił się jakiś obrazek.
– Mam telewizor podłączony do komputera – powiedział wyjaśniającym tonem Hans.
Przez chwilę obraz migotał, po czym na ekranie pojawił się przepiękny kwiat lotosu. Obraz zaczął się powiększać, jakby oglądany przez coraz silniejsze soczewki, aż w końcu cały ekran pokrył zupełnie abstrakcyjny wzór. Bruzdy, załamania i haczyki na białym tle.
– Tak wygląda powierzchnia płatka lotosu w bardzo dużym powiększeniu – do uszu Blaise'a dobiegł głos Niemca. Chłopak zafascynowany patrzył, jak obraz oddala się i przybliża. Coś opadło na płatek i nagle obraz wrócił do normalnej wielkości kwiatu. Natychmiast okazało się, że na płatki sypie się brunatny pył.
– Kwiat został obsypany specjalną mieszaniną cząstek pyłu różnej wielkości – ciągnął wyjaśnienia Hans. – Teraz zostanie skropiony wodą, a potem oblany.
– Oblany czym? – zdziwił się chłopak nieco nieprzytomnie.
– Wodą z dzbanka – usłyszał w odpowiedzi. – Patrz!
Po kilku chwilach kwiat był znów idealnie biały.
– Z tych szyb, – mężczyzna wskazał na taflę szkła przed nimi – mniejsze zabrudzenia odpadają same, a większe zmywa każdy deszcz. Oczywiście, są niestety takie ślady, którym deszcz nie da rady. Trzeba wtedy umyć okna. Wystarczy raz na pół roku...
– To już słyszałem – westchnął Blaise. – Mówiłeś, że powierzchnia tych szyb ma taką samą strukturę jak powierzchnia płatków lotosu... W jaki sposób to odkryto? – Naprawdę go to zaciekawiło.
– Znaleźli się tacy żądni wiedzy, którzy pooglądali sobie kwiatki przez mikroskop elektronowy, bo chcieli wiedzieć, czemu się nie brudzą – zaśmiał się Hans. – A jak już się dowiedzieli, to wykorzystali!
Blaise milczał ogarnięty dziwnym uczuciem. Postanowił, że później spyta o ten „mikroskop elektronowy". Hans co chwila używał niezrozumiałych słów i wyrażeń, ale na szczęście, zapytany od razu wszystko wyjaśniał. Przed obiadem pokazał Blaise'owi różne urządzenia, którymi był wypełniony ten dom i zapewnił, że przeważająca większość ludzi niemagicznych z nich korzysta na codzień. Blaise niechętnie przyznał się sam przed sobą, że zaimponowało mu to. Ale mimo tego, wcale nie był przekonany, że warto porzucić świat magii i żyć tak jakby jej nie było. A Hans ani razu nie użył różdżki, nie rzucił żadnego zaklęcia... Niemagiczny nie był, co do tego nie było wątpliwości. Więc... dlaczego? Chłopak zamyślił się tak głęboko, że aż podskoczył, gdy Niemiec znów się odezwał.
– Pogardzacie światem istot niemagicznych, a ludzi, którzy nie są czarodziejami nazywacie kpiąco „mugolami" i uważacie ich za coś gorszego. – Powaga w głosie mężczyzny zaskoczyła chłopca. – A szkoda. Moglibyście się wiele nauczyć... Od nich. Tych waszym zdaniem „nic niewartych mugoli"! Pomyśl, co osiągnęli...
– No, co?! – spytał ostro, bojowym tonem Blaise.
Hans znów się zaśmiał.
– Chcesz przykładów? Proszę bardzo! Porozumiewają się błyskawicznie. Sowa z Anglii do Japonii leci wiele dni, a ja mogę rozmawiać bezpośrednio z całym światem. Mam przyjaciela w Japonii i w Norwegii. I na Hawajach. W każdej chwili możemy uciąć sobie pogawędkę, tak, jakbyśmy siedzieli obok siebie w jednym pokoju. Zbudowali urządzenia obliczeniowe tak szybkie, że żadna magia za nimi nie nadąży. Wymyślili materiały tak trwałe i skomplikowane, że odtworzenie ich magią trwałoby dłużej niż istnieje Wszechświat. Polecieli na Księżyc i wysłali na Marsa roboty, które przekazały stamtąd obrazy i wyniki badań...
– Ale nie potrafią się teleportować, nie potrafią stać się niewidzialni, nie potrafią zamieniać się w zwierzęta! – wykrzyknął Blaise gwałtownie.
– Nad teleportacją, niewidzialnością i antygrawitacją prowadzą badania od dawna i mają już osiągnięcia – skontrował swobodnie Hans. – Zdziwiłbyś się... Co do badań nad genetyką, to ich wiedza przewyższa waszą, choć rzeczywiście nie potrafią stawać się animagami. Widzisz, Blaise, gdybyście znali osiągnięcia naukowe ludzi niemagicznych, to i magia by na tym sporo zyskała. Nie chcecie znać ani nas, czarodziejów żyjących w społecznościach niemagicznych, ani tych ludzi, których uważacie za gorszych... No, dobrze. Spójrz!
Hans nagle podniósł się z fotela i wyciągnął rękę w stronę wazonu z różami. Nie wykonał żadnego innego gestu, nie powiedział głośno zaklęcia, a jednak musiał użyć magii, bo jeden kwiat wyskoczył z wazonu i wsunął się mu w dłoń. Blaise zamrugał. Tuż przed nim pojawił się olbrzymi obraz kwiatu róży. Powiększał się, tak jak wcześniej kwiat lotosu. Po chwili chłopak miał przed oczami dokładnie odwzorowaną w trzech wymiarach powierzchnię płatka, a właściwie jego coraz mniejszy fragment. Za moment pojawiły się obrazy komórek, potem wnętrze jednej komórki... I nagle wszystko zniknęło. Hans odesłał kwiat z powrotem do wazonu i spokojnie wrócił na fotel.
– No i jak ci się to podobało? – spytał swobodnym tonem. Usta mu drgały od tłumionego śmiechu.
Blaise był pod wrażeniem pokazu.
– Co to było? – Nie zamierzał ukrywać uznania.
– Magia iluzji, ale nie tylko. Zastosowałem zaklęcia powiększające, ale nie sam przedmiot, tylko jego obraz – wyjaśnił mężczyzna.
– Nie użyłeś różdżki – szepnął Blaise.
– Nie. Szczerze mówiąc, to wolę magię bezróżdżkową – wyznał Niemiec. – Ty się bez różdżki czujesz zupełnie bezbronny, prawda?
– Właściwie tak – mruknął chłopak ponuro.
– Nie uczą was magii bezróżdżkowej? – zaciekawił się Hans.
– Nie – Blaise się skrzywił. Tak, Hans miał rację mówiąc mu, że dowie się wielu ciekawych rzeczy! A to zapewne był dopiero początek. Do wieczora daleko.
Gdzieś w holu zabrzmiał dziwny dźwięk. Powtarzający się rytmicznie melodyjny gong.
Hans poderwał się.
– Chodź! – wrzasnął. – Zobaczysz coś bardzo ciekawego!
Zaintrygowany Blaise pospieszył za nim. Zbiegli po grających schodach do piwnicy. W sporym pomieszczeniu bez okien stało kilka foteli i małych stoliczków, a na jednej ścianie był zamontowany wielki srebrzystoszary prostokąt. Wszystkie fotele były zwrócone w jego stronę. Chłopak natychmiast zrozumiał, że jest to wyjątkowo wielki ekran. Hans wskazał fotele i rozsiadł się wygodnie w jednym z nich, więc Blaise zrobił to samo. Ekran rozjarzył się i... Gdyby nie siedział w fotelu, Blaise bez wątpienia odskoczyłby do tyłu. Ujrzał spore pomieszczenie z kamiennymi ścianami i wielkim tronem pośrodku. Na tronie siedział Czarny Pan! A u jego stóp pełzała olbrzymia kobra...
– Patrz uważnie, Blaise, Voldemort zwołał śmierciożerców z Wewnętrznego Kręgu – odezwał się Hans z napięciem w głosie.
Blaise spojrzał na Niemca z niedowierzaniem.
– Co... To... – szepnął. Nie umiał znaleźć słów.
– Nie musisz szeptać – zbeształ go Hans. – Oni nas nie słyszą. My ich owszem.
– Jaką magią to robicie? Podglądacie... Czarnego Pana?! – wybuchnął chłopak.
– Żadną magią. – Hans skrzywił się z niesmakiem. – Używamy do tego mugolskich środków. Zamontowaliśmy tam kamery i mikrofony. Żadna magia tego nie wykryje. No, stosujemy jeszcze inne sposoby na śledzenie śmierciożerców... – uśmiechnął się złośliwie.
– Czy to, co widzimy... Dzieje się teraz? W tej chwili? – spytał Blaise. Ochłonął już, choć wstrząs przeżył potężny.
– Tak, owszem. To dzieje się teraz – odpowiedział poważnie Hans.
Blaise patrzył zafascynowany i przerażony. Bo to, co widział, było odrażające. Śmierciożercy w białych maskach i czarnych szatach klęczeli przed tronem, pokornie schylając głowy. Ten–Którego–Imienia–Nie–Wolno–Wymawiać syczącym głosem wydawał rozkazy i rzucał na każdego po kolei klątwę Cruciatus. Był bardzo niezadowolony ze swoich sług...
Blaise ukrył twarz w dłoniach. Gdyby jego ojczym nie zginął, to być może i on nie uniknąłby takiego losu. Chyba, że uciekłby z domu, albo matka zabiłaby swego męża... Blaise kochał matkę, ale przerażała go czasami jej bezwzględność. Nie był naiwny i nie miał wątpliwości, że maczała palce w śmierci swoich kolejnych mężów. Jedynym wyjątkiem był jego ojciec. Żyła z nim piętnaście lat i chyba go kochała... Był pierwszym z plejady jej małżonków. Został zamordowany przez pewnego aurora. Podobno przez pomyłkę... Matka poślubiła mordercę, który zginął w akcji miesiąc po ślubie. Zostawiając Benvenucie Zabini olbrzymi majątek... Kolejnych czterech ojczymów Blaise pamiętał dość dobrze. Choć żaden z nich nie przeżył w małżeństwie z panią Zabini zbyt długo. Rekordzista pół roku. Ostatni, siódmy, okazał się śmierciożercą. Obiecał Czarnemu Panu, że Blaise zostanie naznaczony i będzie mu służył. Gdy Blaise się o tym dowiedział, pomyślał, że jeśli matka nie pozbędzie się tego łotra, to on będzie musiał to zrobić. Na szczęście drań zginął kilka tygodni temu w jakiejś akcji. Blaise nie zamierzał się oszukiwać. Odetchnął z ulgą. Nie wiedział, jakie były okoliczności śmierci jego ostatniego ojczyma, ale był autentycznie wdzięczny losowi, że aurorzy wybawili go od strasznego losu. Nie miał złudzeń, co oznacza służenie Czarnemu Panu. Niech sobie Malfoy gada co chce, bycie śmiercożercą to niewolnictwo i upodlenie!
Ekran zgasł i ohydny spektakl się skończył. Blaise popatrzył na Hansa, który pisał coś szybko w małym notesie. Niemiec podniósł głowę i spojrzał chłopcu w oczy.
– Słyszałeś? – spytał. – Voldemort nie zamierza nic zrobić dla swoich niewolników. Nie będzie szukał ich porwanych dzieci. Idiota! – skwitował z wyraźnym zadowoleniem w głosie.
Blaise nie skomentował opinii Hansa o Czarnym Panu. Pomyślał, że zyskał niepowtarzalną szansę na zdobycie informacji o tym, co naprawdę się dzieje i o planach przeciwników tego szaleńca. Jak zamierzają się z nim rozprawić? Bo że im się uda nie miał już prawie żadnych wątpliwości. Jeśli go podglądają i wiedzą o wszystkim, co robi, to jakie on może mieć szanse na zwycięstwo z przeciwnikami znającymi jego każdy krok?
– Czy śledzicie Czarnego Pana poza domem też? – spytał, by się upewnić.
– Oczywiście. Chyba nie jesteś na tyle naiwny, by sądzić, że zaniedbaliśmy tę sprawę? Śledzimy go bez przerwy – potwierdził jego domysły Hans.
– Jak? – spytał prędko Zabini.
– A tego to ci nie powiem – zaśmiał się Hans. – Wiesz tyle, ile powinieneś.
###
Poniedziałek 15 lipca 1996 roku, godzina pierwsza po południu – Hogwart, Wieża Gryffindoru.
– Neville, to mógł być każdy z nas! – Harry usiłował podnieść Neville'a na duchu. Położył rękę na ramieniu Longbottoma i delikatnie uścisnął.
– Zabiłem dwóch ludzi – szepnął Neville. – Nigdy bym nie przypuszczał...
– Jest wojna – powiedziała ostro Hermiona. Nie zdążyła dodać nic więcej, bo do salonu Gryfonów weszli Snape i McGonagall.
– Panie Longbottom – powiedział szorstko Mistrz Eliksirów.
Neville uniósł głowę i spojrzał na niego z przerażeniem, po czym gwałtownie zerwał się i stanął niemal na baczność.
Snape podszedł do niego i podał mu małą fiolkę z mieniącą się tęczowo zawartością.
– To eliksir na uspokojenie – poinformował go. – Proszę to natychmiast wypić!
Neville odkorkował fiolkę jak w transie i jednym haustem wypił zawartość. Odetchnął głęboko i oddał puste szkiełko profesorowi, po czym opadł na kanapę, jakby załamały się pod nim kolana. Mistrz Eliksirów potoczył wzrokiem po zmartwiałych nastolatkach. A McGonagall nie patrzyła na nikogo. Na twarzy miała wyraz znużenia. Snape podniósł dłoń przyciągając uwagę obecnych.
– Ludzie mogą zrobić bardzo wiele gołymi rękami. Wybudować dom, pogłaskać dziecko po głowie i zabić. Czy to znaczy, że należałoby ludziom ręce poucinać? – powiedział cicho.
Wszyscy popatrzyli na niego niebotycznie zaskoczeni.
– Nie pamiętam, kim był autor tego aforyzmu, ale chcę, żebyście sobie to przemyśleli – oznajmił profesor surowym tonem. – Szykowaliście się do walki przez cały poprzedni rok szkolny. Polecieliście do Londynu, do Ministerstwa, żeby walczyć. Nie braliście pod uwagę, że to niestety oznacza ZABIJANIE? – spytał dobitnie.
– Ma pan rację, profesorze – odezwała się Luna. – Nie... Nie myśleliśmy o tym. Przynajmniej ja... Nie myślałam... Czy cytując ten aforyzm miał pan na myśli to, że każde zaklęcie można wykorzystać do walki? No... prawie każde? Tak jak dłonie...
– Tak, panno Lovegood. Właśnie to miałem na myśli. Żeby zabić nie potrzeba Avady, ani czarnomagicznych klątw. Wystarczy Diffindo, żeby podciąć komuś gardło. Albo Vingardium Leviosa. W połączeniu z Petryficusem. Spetryfikować kogoś, wylewitować na kilkadziesiąt stóp w górę i puścić wolno... Jak sądzicie, czym to się skończy?
Nikt nie odpowiedział.
