###

Poniedziałek 15 lipca 1996 roku, godzina trzecia po południu – Francja, rejon Bordeaux, willa na przedmieściach miasteczka Saint–Emilion.

– Opowiedz mi o Czarnym Panu – poprosił Blaise. – Przypuszczam, że wiecie o nim bardzo wiele...

– Słusznie przypuszczasz – potwierdził żywo Hans. – Wiemy sporo, choć oczywiście na pewno nie wszystko, ale zebraliśmy informacji ile się tylko dało. Wroga trzeba poznać jak najdokładniej! A co ty sam o nim wiesz? – zapytał zdawkowo.

– Nooo... Jest potomkiem Salazara Slytherina... – zaczął chłopak, ale przerwał mu wybuch głośnego śmiechu mężczyzny.

– A to dobre! – wykrzyknął Hans. – No, nie... Oj, nie uważałeś na historii! Chociaż... – urwał i zerknął spod oka na oniemiałego chłopca. – Wybacz, chyba rozumiem... Binns jest strasznym nudziarzem i nieuważanie przez uczniów na lekcjach historii w Hogwarcie wcale mnie nie dziwi... Ale czy ty nie czytałeś życiorysów Założycieli Hogwartu? – wyglądał na szczerze zaintrygowanego.

– Czytałem... – mruknął skonfundowany Blaise. – Co jest śmiesznego w tym, że Czarny Pan jest potomkiem Salazara Slytherina?! – spytał ostrym tonem.

– Sęk w tym, że NIE JEST. Salazar Slytherin nie miał dzieci. Nie spłodził ŻADNEGO dziecka. Adoptował syna swojej ciotecznej siostry, ale WŁASNYCH dzieci nie miał! A Salazar junior, adoptowany syn Slytherina miał troje dzieci: dwóch synów i córkę. I żeby było śmieszniej, to Harry Potter jest jego potomkiem, a nie Voldemort! – zaśmiał się drwiąco Hans.

– No, nie... – Blaise osłupiał. – Czy ty sobie ze mnie żartujesz?

– A niby jaki mógłbym mieć w tym cel? – Niemiec wyraźnie się zdziwił. – Te informacje są w Hogwarcie, w starych kronikach rodowych. Wystarczy przejrzeć drzewa genealogiczne i wszystkiego się można dowiedzieć. Co prawda rodowód matki Harry'ego został sfałszowany, ale jak ktoś jest dociekliwy, to dojdzie prawdy.

– Ty je przeglądałeś? – chłopak spojrzał na rozmówcę z szacunkiem. – Ale... Jak?! Byłeś w Hogwarcie?! Te księgi nigdy nie opuściły murów zamku! Jest na nie nałożony specjalny czar, nie da się ich wynieść nawet poza teren biblioteki!

– Istnieje coś takiego jak Eliksir Wielosokowy, chłopcze... – wyjaśnił kpiąco mężczyzna. – Mam przyjaciół wśród absolwentów Hogwartu – dodał.

Blaise zamilkł. Poczuł mdłości. A więc ci czarodzieje spoza, jak to określił Hans: „getta" – potrafili bez trudu przeniknąć do ich społeczności. I nie mieli skrupułów. Właściwie, to nie było w tym nic dziwnego. Matka kiedyś wspomniała mu, że są czarodzieje ukrywający się wśród mugoli, bo nie chcą uznać władzy przywódców magicznych społeczeństw. Ale niewiele na ten temat wiedziała, poza tym, o tej sprawie w ogóle się nigdy nie mówiło i Blaise po prostu o tym nie myślał. Nie przypominał też sobie, żeby w szkole ktoś choćby napomknął, że tacy istnieją. Nic o nich nie pisano w „Proroku"... A teraz miał przed sobą żywego i zadowolonego z siebie przedstawiciela tej tajemniczej społeczności. Czyżby Ministerstwa Magii; nie tylko brytyjskie, ale również inne, celowo ukrywały prawdę o nich? Pewnie tak. Skoro ci czarodzieje nie uznawali władzy Ministerstw, zatem potrafili się obronić przed narzuceniem sobie praw społeczności magicznej, których przestrzegania Ministerstwa pilnowały... To oznacza, że musieli dysponować wiedzą i siłą, których władze magicznych społeczności po prostu się bały! Łatwiej było ukrywać prawdę. Nie była to miła myśl. Postanowił wyjaśnić tę sprawę. I to natychmiast. Informacje o Czarnym Panu mogą chwilę poczekać.

– Ilu jest takich... jak ty i twoja rodzina? – spytał niepewnym głosem. – Przecież się kontaktujecie ze sobą i ...

– Kolejne dobre pytanie – skwitował leniwie Hans. – Powinieneś być Krukonem, nie Ślizgonem. Ale to tak na marginesie. A co do twojego pytania... Jest nas bardzo wielu. Dokładnej liczby ci nie podam, ale tak lekko licząc, to jesteśmy od was dziewięć... a może nawet dziesięć razy liczniejsi.

Blaise zamarł. Nie, czegoś takiego absolutnie się nie spodziewał! Ale to by tłumaczyło różne dziwne zdarzenia, a także milczenie Ministerstwa... i prasy. Co prawda sama przewaga liczebna tych... (chyba można ich określić jako „zbuntowanych"?) – czarodziejów jeszcze o niczym nie świadczy. Niestety, to nie tylko o ilość tu chodzi, ale także o jakość. Blaise pomyślał gniewnie, że jego domysły były słuszne. Władze ich magicznej społeczności rzeczywiście po prostu się bały!

– Nie zdziwiło cię, że nazwałem waszą społeczność „gettem"? – Hans zadał to pytanie kpiącym tonem i najwyraźniej nie oczekiwał odpowiedzi, ale Blaise miał już dość. Nie pozwoli się traktować jak małe dziecko!

– Owszem – odpalił ostro. – Może nie tyle zdziwiło, co zastanowiło! – warknął. – Odnosisz się do mnie z pobłażliwym lekceważeniem... Nie myśl, że nie zauważyłem! Wy chyba nami pogardzacie, prawda? – spytał zimnym tonem.

Mężczyzna spoważniał. Przez chwilę przyglądał mu się z twarzą bez wyrazu, jakby coś rozważał.

– Dobrze – zdecydował po kilku sekundach. – Zdaję sobie sprawę, że czujesz się bardzo... Hmm... Niekomfortowo, nazwijmy to tak... Nie jesteś dzieckiem i nie jesteś głupi, co daje się zauważyć bez trudu. – Niemiec mówił to spokojnie, porzucając drwiący ton. – W takim razie uświadom sobie, że ta sytuacja jest tylko odwróceniem tego, co czują wśród was ci, których nazywacie „szlamami". No i zastanów się, co ty sam tak naprawdę myślisz o mugolach? Chyba zafundowałem ci małe ćwiczenie z empatii... – roześmiał się cicho, rozładowując trochę napięcie.

– Może i tak – mruknął nieco uładzony Blaise. – Ale chciałbym usłyszeć coś więcej... Bo nie odpowiedziałeś na pytanie! – Mówiąc to, zastanawiał się, czy Niemiec da się podpuścić.

Hans przeciągnął się. I nie wyglądał na rozbawionego.

– Nie odpowiedziałem wprost, bo odpowiedź nie jest oczywista – stwierdził. – Żyjesz wśród ludzi, którzy mają określone poglądy, przejęte od rodziców i nigdy nie kwestionowane. Pogardzacie ludźmi niemagicznymi, nazywając ich obraźliwie „mugolami" nie chcecie nic o nich wiedzieć i bezmyślnie przyjmujecie opinie, których nie weryfikujecie. Uważacie magię za coś co daje wam przewagę nad resztą ludzkości i po prostu jej używacie. I nie zauważacie, że tkwicie w marazmie. Blaise, ty uczysz się z podręczników, które służyły twojej prababce! Wasza nauka praktycznie stoi w miejscu. A tak w ogóle... Czyś ty kiedykolwiek zadał sobie lub komuś pytanie: czym jest MAGIA?!

– Nie rozumiem – skrzywił się chłopak. – Jak to: czym jest magia?

– Magia, Blaise, to nie są jakieś cuda! – wykrzyknął mężczyzna. – Magia nie łamie praw natury. Jest to tylko... a może AŻ... pewna forma energii, którą najzwyczajniej w świecie wykorzystujemy. I wbrew temu, co głoszą różni durnie, wszystkie żywe organizmy są w stanie ją przetwarzać. I to robią. Nawet bakterie i wirusy. Nie istnieją tak naprawdę „istoty niemagiczne". Wszystkie żywe stworzenia są „magiczne". Mniej lub bardziej. A energia i materia są ze sobą powiązane. I są w ciągłym ruchu, materia przechodzi w energię i odwrotnie. Tworzą nasz Wszechświat.

Niemiec gardłowo zachichotał, patrząc na minę Blaise'a.

– Tak zwane „magiczne istoty" wykorzystują energię w sposób bardziej efektywny niż inne... – podjął wyjaśnienia.

– Tak po prostu? – westchnął Blaise.

– Tak po prostu – potwierdził Hans. – Najpierw działo się to spontanicznie, później coraz bardziej świadomie. Im wyżej rozwinięty mózg, tym większe możliwości świadomego przetwarzania energii. Niestety, nie każdy organizm jest przystosowany do tego, większość żywych istot przetwarza energię głównie na poziomie komórkowym i molekularnym. Czyś ty się choć raz zastanowił, jakie zjawiska fizyczne są związane z lewitacją... na przykład?

– Nie...

– No, właśnie. Uczycie się zaklęć i to wszystko. Badanie istoty zjawisk natury to coś, czego albo w ogóle nie robicie, albo robią to „wybrani" w ministerialnych Departamentach Tajemnic! Studiujecie magię wyrywkowo i powierzchownie, nie próbując nawet zrozumieć tego, co się dzieje! – w głosie mężczyzny znów pojawiła się drwina. – My postępujemy inaczej. Odwrotnie. Oczywiście, też uczymy się zaklęć, ale przede wszystkim od najmłodszych lat uczymy się twórczo podchodzić do magii. U was dzieciom i młodzieży zabrania się używania różdżek, prawda?

– Tak... – szepnął Blaise. Przełknął ślinę. Podejrzewał, co za chwilę usłyszy i ani trochę mu się to nie podobało.

– U nas jest dokładnie odwrotnie. – Podejrzenia Blaise'a się niestety potwierdziły. Niemiec powiedział dokładnie to, czego się chłopak spodziewał. – My ZACZYNAMY od różdżek, a potem przechodzimy do magii bezróżdżkowej i niewerbalnej, bez stosowania zaklęć. Wymawianie zaklęć i różdżki to tylko protezy pomagające w opanowaniu energii, ale NIC PONADTO. Rozumiesz? I uczymy się od najmłodszych lat. Matka sprezentowała mi różdżkę na piąte urodziny. Specjalnie wybraliśmy się po nią do Bułgarii, do Gregorowicza. W Niemczech jest wielu wytwórców różdżek, ale matka upierała się, że Gregorowicz to geniusz i robi najlepsze na świecie. Dlatego dostałem różdżkę rok później niż powinienem, bo u nas dzieci otrzymują różdżki w wieku czterech, a nawet trzech lat. A kolejka u tego różdżkarza była zawsze długa. Babka zapisała do niego mnie i mego brata jak tylko się urodziliśmy. Zaś termin realizacji zamówienia był odległy. Mimo to, mama i babcia zdecydowały, że lepiej poczekać, niż kupić byle co. Moja różdżka jest naprawdę wspaniała. Mam do niej wielki sentyment, chociaż już jej właściwie nie używam. Ostatni raz to było chyba... jakieś pięć lat temu. Wyczarowałem fajerwerki na ślubie mojego brata.

Blaise słuchał z coraz większym osłupieniem. Czuł jak szczęka mu opada. No, tak...

– Czy to znaczy, że każdy z was... Tworzy swoje własne zaklęcia? – Pomimo wysiłków, żeby opanować wzburzenie, Blaise nie zdołał ukryć, jak bardzo jest zbulwersowany.

– Oczywiście – potwierdził obojętnie Hans. – Tylko, że to są już zaklęcia niewymawialne. Używanie magii polega na koncentracji i dokładnym wyobrażeniu sobie, co chcemy osiągnąć. Uczymy się tego poprzez medytacje. Dzieci posługują się magią spontanicznie, nie potrafią się kontrolować. Różdżka pomaga się skupić, a proste zaklęcia uczą panowania nad własną mocą. I jednocześnie uczymy się optymalnego wykorzystania swoich sił. Używanie magii wyczerpuje, chyba wiesz o tym!

– Flitwick nam o tym mówił. Na zaklęciach – przyznał Blaise. – No i sam nieraz to odczułem.

– Otóż to. Po etapie używania różdżki przechodzimy na kolejny poziom szkolenia, czyli kształtowanie energii siłą woli. I jak tego już się nauczymy, to trenujemy całe życie.

– Może powiedz coś jeszcze o waszej nauce – poprosił chłopak.

– Najważniejsze już wiesz – westchnął Niemiec. – Prowadzimy badania naukowe. Razem z niemagicznymi, czyli „mugolami" jak ich nazywacie. Wielu z nas po prostu pracuje na uczelniach i w instytutach naukowych. „Mugole" doskonale zdają sobie sprawę z istnienia magii, tylko inaczej ją nazywają. I starają się wymyślić i zbudować urządzenia, które im dadzą te same możliwości, które magia daje nam. Antygrawitacja, kolapsy grawitacyjne powodujące zburzenia w czasoprzestrzeni...

– NIE ROZUMIEM – przerwał mu Blaise.

Hans urwał i zaczął się śmiać.

– Pociesz się, przeważająca większość ludzi tych spraw nie rozumie – powiedział uspokajająco. – Hipotezy o naturze czasoprzestrzeni, teoria względności, dyskusje naukowe o wszechświatach równoległych i innych tego typu sprawach w gruncie rzeczy interesują tylko wąskie grono specjalistów. Reszta ludzkości zadowala się uproszczonymi objaśnieniami. Za to z wynalazków chętnie korzystają! A uczeni szukają wyjaśnień i badają naturę, zaciekle wydzierając jej kolejne tajemnice. A potem... próbują wykorzystać praktycznie to, czego się dowiedzieli!

– Czy to znaczy, że mug... Eee... Niemagiczni mogą stworzyć bez magii na przykład... pelerynę niewidkę? – zapytał Blaise.

– Owszem. Nawet już stworzyli. Co prawda jeszcze niedoskonałą, ale to dopiero początek – odparł żywo Hans.

Blaise skrzywił się z rezygnacją. Pomyślał z goryczą, że odcinanie się od ludzi niemagicznych nie przyniosło czarodziejom nic dobrego. Nie spodobało mu się to. Ale Blaise nie był tchórzem i nie znosił samooszukiwania się. Zerknął spod oka na Hansa. Mężczyzna spokojnie sączył piwo, a na ustach błąkał mu się kpiący uśmieszek.

– Eee... wróćmy do tego o czym mówiliśmy wcześniej... – zaproponował Blaise.

– Jak sobie życzysz... – zgodził się mężczyzna. – Co jeszcze chcesz wiedzieć o Voldemorcie?

– Wszystko co ty wiesz! – zażądał stanowczo chłopak. – Aha... Dlaczego nazwałeś go „szlamą"?

– Oki... Naprawdę nazywa się Tom Marvolo Riddle, a nazwałem go „szlamą" bo jest synem mugola i charłaczki. Voldemort nazywa takich jak on sam „szlamami", więc cóż... To oznacza, że siebie też tym mianem określa, więc co mu będziemy żałować, no nie? Jego matka nosiła panieńskie nazwisko Gaunt. Słyszałeś o tej rodzinie?

– Nie... – mruknął Blaise, ale w tym momencie uświadomił sobie, że jednak coś słyszał. Matka kiedyś o nich wspomniała, mówiąc, że „Gauntowie się zdegenerowali, a przecież pochodzą od Peverellów!" Powtórzył to Hansowi.

– No tak, zgadza się – potwierdził Niemiec. – Gauntowie byli potomkami zarówno Peverellów jak i Slytherinów. Byli spokrewnieni ze Slytherinami, ale pochodzą z bocznej linii. Nazwiska zarówno „Peverell" jak i „Slytherin" już nikt nie nosi, bo męskie linie rodowe wygasły. Ten psychopata łże, twierdząc, że jest potomkiem Założyciela Domu Węża. Nikt nie jest jego potomkiem. Ale poprzez matkę faktycznie jest spokrewniony z Salazarem. Mieli wspólnych przodków. I to by było na tyle.

Blaise w milczeniu pokręcił głową. Nie zamierzał już dopytywać się o szczegóły rodowodu Czarnego Pana. Postanowił zajrzeć do kronik w Hogwarcie. Teraz pora na ważniejsze sprawy.

– On jest wężousty – stwierdził. – I Potter też. Czy to jest dziedziczne? Po Slytherinach?

– Nie wszyscy z tej rodziny byli wężouści i nie tylko Slytherinowie posiadali takie zdolności. Harry odziedziczył to po matce, a ona po swoim ojcu. Ale na przykład przyrodni brat matki Pottera nie jest wężousty, choć ich ojciec był. A rodzona siostra Lily Potter nie jest czarownicą.

– Czyli zdolności nie zawsze się dziedziczy – mruknął Blaise.

– Czy was nie uczyli biologii? Nic nie wiesz o genetyce? – zdziwił się szczerze Niemiec.

– Nie – warknął Blaise. – Wiem, co to są geny, profesor Sprout mówiła na zielarstwie. Ale o „genetyce" nie wspomniała. Domyślam się, że to nauka o genach? – zapytał na poły drwiąco, a na poły ze złością.

– Tak – potwierdził lakonicznie mężczyzna. – Może pokażę ci parę filmów popularnonaukowych – zaproponował. – To są bardzo ciekawe rzeczy. Jak ci się nie spodoba, to puszczę coś innego...

– Na wideo? – zainteresował się gwałtownie Blaise.

– Właśnie.

Blaise poderwał się z fotela. Kilka następnych godzin minęło błyskawicznie. Chłopak nawet nie zauważył, że nadszedł wieczór i w ogrodzie zapłonęły latarnie.

Na podjazd przed domem wjechał samochód w różowe kwiatki. Colette i jej kuzyn wrócili na kolację.

Wampir dotrzymał słowa. Dał mu świstoklik. Blaise ujął w dłonie breloczek w kształcie żaby i po kilku minutach lotu uderzył stopami w podłogę na środku gabinetu dyrektora Hogwartu. Zachwiał się, ale nie upadł. Jego szyję otoczyły ramiona matki i poczuł zapach jej perfum. Najpiękniejszy zapach na świecie.

###

Poniedziałek 15 lipca 1996 roku, godzina pierwsza po południu – Hogwart, Wieża Gryffindoru.

– Panie Longbottom – powiedział Snape po dłuższej chwili ciszy.

– Słucham, panie profesorze... – szepnął Neville ledwie dosłyszalnie.

– Nie przypomina pan w niczym swojego ojca. Na szczęście nie jest pan do niego ani trochę podobny – oznajmił Mistrz Eliksirów, przyglądając się uważnie twarzy Neville'a.

– Nie... Nie rozumiem? – jęknął chłopak.

– Ma pan sumienie – wyjaśnił spokojnie Snape.

Wszyscy zamarli. Mężczyzna uśmiechnął się sardonicznie, odwrócił na pięcie i wyszedł trzasnąwszy portretem.

– O, na Merlina! – wykrzyknęła z wyraźną rozpaczą profesor McGonagall.

###

Poniedziałek 15 lipca 1996 roku, godzina trzecia po południu – Hogwart, Wieża Gryffindoru.

Ron popatrzył błagalnie na opiekunkę Gryffindoru.

− Czy naprawdę nie możemy trochę potrenować? – spytał. – Przecież na terenie szkoły powinno być bezpiecznie! Sam dyrektor zakładał zabezpieczenia! A boisko quidditcha jest blisko zamku!

Profesor McGonagall wyraźnie się wahała. Argumenty chłopaka brzmiały sensownie, ale czuła, że jednak nie powinna im na to pozwolić.

– Kto chce trenować? – spytała surowo, chcąc zyskać na czasie.

– Ja, Harry i Ginny – odpowiedział szybko rudzielec. Nie wspomniał oczywiście, że sam usilnie ich oboje do tego namawiał.

Miał dziwne przeczucie, że zdarzy się coś niezwykłego... A swoim przeczuciom Ron nauczył się już ufać. Poza tym, chciał oderwać siostrę i przyjaciela od roztrząsania tego wszystkiego, co się zdarzyło. No i nikt inny nie mógł im towarzyszyć... Ron nawet sam przed sobą z trudem przyznawał się do tego, że pragnął by jego siostra i Harry byli parą. Dlatego ucieszył się z nadarzającej się okazji do zaaranżowania takiej sytuacji, gdzie byliby właściwie sami. On oczywiście nie zamierzał im przeszkadzać. I gorąco dziękował losowi za to, że sprzyjał jego planom.

Dean opuścił zamek na kilka godzin z Kingsleyem Shackleboltem, który pojawił się po obiedzie i gdzieś chłopaka zabrał. Mieli wrócić na kolację. Bliźniacy i Hermiona zostali zapędzeni przez Snape'a do wykonania jakiegoś eliksiru, który był pilnie potrzebny. Neville dostał Eliksir Bezsennego Snu i chrapał teraz w dormitorium, zaś Lunę Dumbledore i Snape zabrali do Munga. Miała odwiedzić chorą ciotkę ojca. A Malfoy siedział zamknięty w lochach!

Mogli mieć całe boisko dla siebie! Oby tylko McGonagall dała im zgodę!

###

– Harry! Ginny! – wrzasnął Ron wpadając do pokoju wspólnego. – Zgodziła się! Bierzcie miotły i jazda na boisko!

Ron patrzył jak oboje wstają z kanapy, na której siedzieli i posłusznie idą do swoich dormitoriów. Zatarł ręce. Kiedy wychodził z wieży w poszukiwaniu ich opiekunki, jego siostra i przyjaciel byli pogrążeni w dyskusji na temat tego, co Snape powiedział o ojcu Neville'a. Ron miał tych rozważań po dziurki w nosie. Dlatego namawiał ich na trening. Żeby oderwali się od roztrząsania w kółko tych kwestii. Bardzo to było przygnębiające, i bez tego naprawdę mieli już dość zmartwień!

###

Zanim Harry usłyszał przeraźliwy krzyk Ginny i wrzask Rona, poczuł mroźny powiew. Okrutne zimno prawie dosięgało serca. Chłopak chwycił różdżkę i spojrzał w górę. Niebo przesłoniła ciemna chmura błyskawicznie opadająca prosto na boisko.

„Dementorzy..." – pomyślał tępo. Machinalnie podleciał do Rona tkwiącego nieruchomo przy środkowej pętli. Rudowłosy wyglądał, jakby go sparaliżowało. Gdy Harry znalazł się tuż przy nim, oprzytomniał i też złapał za różdżkę.

– Ex... Expecto Patronum... – wykrztusił celując w niebo, ale z końca jego magicznego patyka wydobył się tylko strzęp srebrnej mgiełki.

Harry objął przyjaciela wpół lewą ręką i przyciągnął do siebie, jednocześnie kierując kolanami Błyskawicę w stronę Ginny, która próbowała uciec na ziemię. Niestety, dementorzy byli zbyt blisko i zbliżali się za szybko. Harry ciągnąc Rona za sobą zdołał podlecieć do dziewczyny na wyciągnięcie ręki, ale ziemia wciąż była daleko, a dementorzy tuż, tuż...

Ginny wyczarowała srebrnego Łabędzia, który latał dookoła niej i syczał na zbliżające się potwory.

Ron, widząc że jego siostra nie straciła głowy, otrząsnął się i zebrał siły do walki. Po chwili wokół trojga młodych ludzi krążyły dwa Łabędzie i Jeleń.

Dementorzy otoczyli ich ze wszystkich stron. Patronusy trzymały potwory na dystans, ale ile jeszcze wytrzymają? Harry starał się nie dopuścić do siebie zwątpienia. Przecież tym parszywcom tylko o to chodzi!

Zamknął oczy.

„Mamo... Pomóż..." – pomyślał rozpaczliwie. Nie wiedział, dlaczego właściwie wzywał zmarłą. Nie pamiętał jej przecież... Chociaż... Zawsze, gdy myślał o matce ogarniało go uczucie ciepła i spokoju. Tak jak teraz...

Uniósł powieki. Ze zdumieniem spostrzegł, że otacza go bardzo gęsta, srebrzysta mgła, w której migają jakieś cienie. Wyczuwał tuż obok obecność Rona i słyszał głos Ginny.

Opadli na murawę boiska. Harry uderzył piętami o ziemię. Srebrna mgła nie zniknęła, nadal ich otaczała prawie nieprzejrzystym woalem. Harry uśmiechnął się. Dementorów właściwie już nie czuł, gdzieś tam byli, ale daleko. Stali we trójkę obok siebie, a wokół nich krążyły... Cztery patronusy! Dwa Łabędzie, Jeleń i... Łania! Dopiero teraz chłopak uświadomił sobie, że Ginny i Ron patrzą na niego z podziwem i osłupieniem jednocześnie.

– Harry... – wykrztusiła dziewczyna. – Ty jesteś...

– Potężny – dopowiedział Ron kręcąc głową.

– Szybko do zamku! – Harry błyskawicznie przejął inicjatywę, postanawiając odłożyć na później wszelkie wyjaśnienia.

– Tuuutaj! – usłyszeli wołanie McGonagall.

Pobiegli kierując się w stronę jej głosu. Srebrna mgła nadal kłębiła się i wirowała wokół nich i zdawała się wciąż gęstnieć. Ledwo widzieli siebie nawzajem. Chłopcy chwycili Ginny pod ramiona, ciągnąc ją za sobą. Harry czuł kłucie w boku, jak wówczas, gdy pędził jak szalony, bo prawie spóźnił się na drugie zadanie Turnieju Trójmagicznego. Teraz z trudem dotrzymywał kroku długonogiemu Ronowi. Tylko, że tym razem był to wyścig o życie.

Nagle mgła nieco się rozrzedziła. Ujrzeli kilka kroków przed sobą wejście na dziedziniec z fontanną. Chwilę później wpadli w objęcia śmiertelnie bladej McGonagall, która prawie płacząc wyściskała całą trójkę.

– To moja wina! – jęczała.

Harry i Ron popatrzyli na siebie ponad głową Ginny. Ich opiekunka niezwykle rzadko traciła panowanie nad sobą. A teraz obwiniała się za to, że pozwoliła im na trening... No, ale kto mógł przewidzieć, że Voldemort jest aż tak zdesperowany, żeby poważyć się teraz na zaatakowanie Hogwartu!

– Gdzie dementorzy?! – zabrzmiał tuż przy nich gniewny okrzyk Snape'a. Obok Mistrza Eliksirów stali dwaj mężczyźni. Szary na twarzy jak popiół Kingsley Shacklebolt i biały jak kreda Bill Weasley.

– Harry ich pogonił – wychrypiała McGonagall.

– To znaczy?! – domagał się wyjaśnień Snape.

– Wyczarował dwa patronusy i wypuścił tę mgłę, która nas otuliła – wykrzyknął Ron z podziwem.

– Wypuścił... mgłę? – spytał z niedowierzaniem Kingsley Shacklebolt. – Jak?

– Nosem – powiedziała spokojnie Ginny. – A potem, to już sączyła się z niego... No... zewsząd – dodała.

###

Poniedziałek 15 lipca 1996 roku, godzina szósta po południu – Hogwart, Wieża Gryffindoru.

– Nigdy w życiu nie spotkałem się z czymś podobnym! – stwierdził Albus Dumbledore. Był wyraźnie poruszony.

– Podwojony patronus to nie jest nic niezwykłego, ale... – zaczęła mówić McGonagall i urwała z bezradną miną.

– Ale zawsze zwielokrotniony patronus ma tę samą postać – dopowiedział Olaf Goldstone.

– Jak to? – wyrwało się Harry'emu. – To można stworzyć kilka patronusów na raz?

– Jakbyś sam tego nie zrobił... – mruknęła pod nosem Ginny.

– No... tak... – speszył się Harry.

– Gdy byliśmy w trzeciej klasie stworzyłeś niezwykle potężnego patronusa – włączyła się Hermiona. – I wystąpiło podobne zjawisko, co teraz. Tylko, że ja wtedy myślałam, że jest to naturalne.

– To znaczy, że co?! – zdenerwował się Harry. – Mój Jeleń wyskoczył wtedy z różdżki! I nie towarzyszyła mu Łania!

– A srebrna mgła? – spytała spokojnie Hermiona.

– No... Świecił... I... No, tak, był otoczony taką srebrną mgiełką... Rozlała się szeroko... – Harry z wysiłkiem przypominał sobie wydarzenia sprzed paru lat.

– Kiedy do mnie wróciłeś, ta blada mgiełka otaczała cię taką świetlistą otoczką. Zanikała, ale nie rozwiewała się. Wyglądało to tak, jakbyś ją w siebie wchłaniał.

– Nie zwróciłem wtedy na to uwagi – jęknął Harry.

– A teraz? Nie zauważyłeś, że ta srebrna mgła sączy się z ciebie?! – wykrzyknął Ron z niedowierzaniem.

– Nie, bo zamknąłem oczy żeby się lepiej skoncentrować – wyjaśnił Harry. – Kiedy je otworzyłem, mgła już była.

Nie zamierzał im powiedzieć, że wezwał na pomoc matkę. Może rzeczywiście przybyła mu na ratunek, tak jak wtedy na cmentarzu w Little Hangleton podczas Turnieju Trójmagicznego? Postanowił tę tajemnicę zatrzymać dla siebie. Bo i tak to nie mogło mieć przecież żadnego znaczenia.

Harry tak się zamyślił, że nie zauważył dociekliwych spojrzeń Snape'a i Goldstone'a. A w oczach Dumbledore'a pojawiło się ogromne znużenie. I smutek.

###

Poniedziałek 15 lipca 1996 roku, godzina szósta po południu – Dom Riddle'ów, Little Hangleton.

Voldemort z niedowierzaniem i wściekłością patrzył na kilkunastu dementorów.

– Gdzie reszta? – wysyczał.

– Unicestwieni – zawył jeden z potworów.

– Potter! – ryknął z furią Riddle.