A ten odcinek dedykuję wspaniałej dordze. Dorgo – jesteś WIELKA!
###
Poniedziałek 15 lipca 1996 roku, godzina siódma po południu – Hogwart, gabinet dyrektora.
Remus Lupin i Nimfadora Tonks nie wyglądali na zaskoczonych. Spodziewali się tego, co właśnie usłyszeli od Dumbledore'a. Tonks nawet nie próbowała ukryć zadowolenia.
– Strasznie się cieszę! – wykrzyknęła z radością w głosie.
– Z... czego? – zdumiał się Remus. – Mamy przed sobą wyjątkowo trudne zadanie, a ty...
– Ojej, nie bądź tak sceptycznie nastawiony! – przerwała mu niecierpliwie. – Straszny z ciebie zrzęda, kotku! I dlaczego tak pesymistycznie oceniasz nasze szanse? – W tym pytaniu zadźwięczała wyraźna nagana.
– A znasz stare powiedzenie, o tym, jaka jest różnica między pesymistą i optymistą? Ano taka, że pesymista jest po prostu lepiej poinformowany – zadrwił z kąta Severus Snape.
– Severusie, czyżbyś wiedział o czymś, co może uniemożliwić Remusowi i Nimfadorze dogadanie się z naszymi francuskimi sojusznikami? – spytał dyrektor surowo. – Skoro tak, to może nas o tym poinformujesz?
– Po to tu jestem, panie profesorze – odpowiedział spokojnie Snape.
– Słuchamy zatem. I rozumiem, że zajmie to co najmniej kilka minut, a więc... – Stary czarodziej machnięciem różdżki wyczarował trzy wygodne krzesła i zaprosił gestem pozostałą trójkę by usiedli. Sam zajął fotel. Lupin i Tonks szybko skorzystali z zaproszenia. Severus Snape niechętnie osunął się na ostatnie wolne krzesło.
– Po pierwsze, Lupin, powinieneś coś wiedzieć o swoich francuskich krewnych – powiedział szorstko Mistrz Eliksirów.
– Wiem... Ojciec i dziadek sporo mi opowiadali – mruknął niechętnie Remus.
– Więc zapewne słyszałeś także o... Drakonidach? – Snape z napięciem czekał na odpowiedź.
Lupina zaskoczyło to pytanie. Ale po chwili w jego oczach błysnęło zrozumienie.
– Czy ci... „drakonidzi" mają coś wspólnego ze smokami? To są... Władcy smoków? – spytał.
– Tak, dokładnie – Mistrz Eliksirów skinął głową z zadowoloną miną. – Tak. Są to rody czarodziei, którzy znają mowę smoków. Czyli właśnie „władcy smoków". Pamiętasz, rozmawialiśmy o nich z ministrem. Drakonidzi w większości są przeciwko Czarnemu Rogogonowi, niestety wielu z nich go popiera. Zwłaszcza młodzi. Ale z przeciwnikami tego szaleńca nawiązaliśmy współpracę. I tu dochodzimy do sedna sprawy. Lupinowie bali się ich, można powiedzieć, od zawsze. Teraz też raczej nie będą zbyt przychylnie nastawieni do idei współpracy. Tym bardziej, że nie lubią i metamorfomagów... – popatrzył na dziewczynę zmrużonymi oczami.
– Dlaczego?! – oburzyła się Tonks. – Coś takiego!
– Lepiej, żebyście o tym wiedzieli. – Snape ostrzegawczo podniósł rękę. – Masz listy od Digorry'ego, co jest sporym atutem i będziesz rozmawiać z najrozsądniejszym ze swoich krewniaków, który na szczęście ma spore wpływy w większości klanów. Cały problem w tym, że wielu francuskich wilkołaków skłaniało się do współpracy z Voldemortem, bo on obiecywał im równe prawa. Choć we Francji likantropów się nie prześladuje, bo po prostu są zbyt silni i dobrze zorganizowani, to oni sympatyzowali z brytyjskimi i dlatego byli gotowi popierać Riddle'a.
– Rozumiem. – Remus skinął głową. – Diggory dał mi te listy do przeczytania... Napisał wprost o zmianach uregulowań prawnych dotyczących wilkołaków i proponuje współpracę...
– Bardzo dobrze. Ale jak już powiedziałem, francuscy Lupinowie mogą nie zgodzić się na sojusz z Drakonidami, bo po pierwsze boją się smoków, a po drugie mogą nie uwierzyć, że oni w większości jednak nie popierają Czarnego Rogogona. Wstępne rozmowy mogą ci się udać, masz spore atuty, Lupin, ale nie wychylaj się za mocno i nie obiecuj zbyt wiele...
– Nawet nie mogę, bo nie zostałem do tego upoważniony – przerwał Remus.
– Lepiej o tym pamiętaj! – sarknął Snape.
– Czy to wszystko, Severusie? – zapytał spokojnie Dumbledore, patrząc na niego uważnie.
– Nie, ale myślę, że na początek wystarczy – odparł ponuro Mistrz Eliksirów.
– Niech będzie – dyrektor jeszcze przez chwilę przyglądał się Severusowi, jednak ten milczał. Dumbledore sięgnął do szuflady i wyjął skórzaną aktówkę, którą wręczył Lupinowi. – Wylatujecie jutro rano samolotem do Paryża. Z Heathrow. Lądujecie na Orly. W środku są bilety lotnicze, rezerwacja hotelu, pieniądze i karty kredytowe – poinformował. – Oprócz tego dwa telefony komórkowe i dokładne instrukcje, jak tego wszystkiego używać. Dołożyłem jeszcze kilka map i przewodnik po Francji. Ten przewodnik to wasz świstoklik do Londynu. Uaktywni się o szóstej rano. Zapoznajcie się dokładnie z tym co wam dałem. To wszystko.
– Przepraszam, panie dyrektorze, muszę panu coś powiedzieć! – zawołała z determinacją Tonks. – A z tobą też mam do pogadania! – odwróciła się gwałtownie do Lupina.
– Dobra, Lupin, idziemy stąd – Severus zerwał się z krzesła i pociągnął zaskoczonego Remusa za sobą. – Ja też mam z tobą do pogadania!
Tonks została w gabinecie.
###
Chwilę później.
– Nimfadoro, co się dzieje? – Dumbledore nie ukrywał zaniepokojenia. Tonks rzuciła mu mordercze spojrzenie.
– Scrimgeour mi się oświadczył! – wybuchnęła wściekle.
Dyrektor przez chwilę milczał. Nie wyglądał na zaskoczonego.
– Co się za tym kryje? – spytał cicho.
– On twierdzi, że jesteśmy kuzynami. I powinniśmy się pobrać, tym bardziej, że oboje jesteśmy metamorfomagami! I jeszcze oznajmił, że trzeba podtrzymać ciągłość rodową...
– To nie jest prawdziwy powód – stwierdził sucho stary czarodziej.
– Oczywiście, że nie, nie wierzę – warknęła dziewczyna. – Choć podejrzewam, że to o pokrewieństwie, zawiera jakieś ziarno prawdy...
– To znaczy?
– Zgłosił się do mnie facet, który powiedział mi, że moi przodkowie kilka pokoleń temu mieli konflikt z resztą rodu i opuścili rodzinę... A ja powinnam wrócić na, jak się wyraził, „łono rodu"... Śmieszne, co? I poślubić kogoś odpowiedniego! Powiedziałam, że mam narzeczonego i żeby się wynosił, na co on... – wciągnęła ze świstem powietrze. – Zaproponował mi pieniądze! – zakończyła z oburzeniem.
– I co ty na to? – zaciekawił się dyrektor, prezentując niezwykłe wręcz opanowanie podczas słuchania tej zdumiewającej opowieści.
– Spuściłam go ze schodów! – wrzasnęła z furią.
– Hmm... – mruknął Dumbledore, przyglądając się jej z takim wyrazem twarzy, jakby się nad czymś głęboko zastanawiał. – Dlaczego nie byłaś w Gryffindorze? – spytał cicho, jakby zadał to pytanie sobie, a nie jej.
Ku jego zdziwieniu, Tonks odpowiedziała natychmiast.
– Tiara chciała mnie przydzielić do Ravenclawu, ale ja prosiłam o Hafflepuff, bo tam trafiła moja najlepsza przyjaciółka. Tiara zgodziła się, ale powiedziała mi, że jestem dzieckiem powietrza, że niebo jest moim żywiołem i że będę żyła w locie! A Trelawney powiedziała mi kiedyś, że będę żyła z tym, który tak jak ja lata wysoko, choć o tym nie wie. I była jakaś dziwna...
– Miała takie szkliste oczy i mówiła grubym, szorstkim głosem, tak? – spytał z napięciem Dumbledore. – Coś jeszcze powiedziała?
– Tak. To było głupie, bredziła totalnie, jak zwykle – mruknęła dziewczyna z niesmakiem. – Że mój lotnik uratuje życie ognistego jednorożca!
Dyrektor westchnął.
– Tej zagadki teraz nie rozwiążemy – stwierdził. – Szkoda, że nie powiedziałaś mi tego wcześniej.
– Nie sądziłam, że to ważne – odpowiedziała Nimfadora z urazą. – Teraz i tak nie będę się nad tym zastanawiać! Ja nie chcę tego wyleniałego lwa! Ja chcę Remusa! – wrzasnęła i nieoczekiwanie się rozpłakała.
Ze ściany rozległo się oburzone prychnięcie i kilka chichotów, ale zamarły pod potępiającym wzrokiem Dumbledore'a.
– Nie ma się z czego śmiać – powiedział spokojnie aktualny dyrektor Hogwartu patrząc znacząco na portrety swoich poprzedników. Wstał z fotela i podszedł do skulonej na krześle pochlipującej dziewczyny.
– Nie mogę kazać Remusowi cię poślubić. – Delikatnie pogłaskał ją po malinowych włosach, które szarzały w błyskawicznym tempie.
– On mówi, że jest dla mnie za stary, za biedny i zbyt niebezpieczny! – Tonks siąknęła nosem. – A ukradł mi fotografię i nosi w kieszeni szaty! – zdradziła. – I myśli, że ja o tym nie wiem!
– Porozmawiam z nim, ale nie teraz – obiecał jej Dumbledore. – „Jak wrócicie z Francji, to może ten temat już będzie passé" – pomyślał. – „Ale parę innych kwestii będziemy musieli przedyskutować."
###
Kilka minut później, Hogwart, kwatera Mistrza Eliksirów.
– Severusie, to... niemożliwe! Ja jestem dla niej za stary, zbyt biedny, zbyt niebezpieczny! – jęknął Remus Lupin.
– Lupin, ja nie żartuję! – W głosie Severusa Snape'a brzmiał autentyczny gniew.
– Nie mogę uwierzyć, że namawiasz mnie do poślubienia tej młodej, niewinnej dziewczyny!
– Wiesz ty co, Lupin? – Snape złapał się za głowę, zdesperowany. – Nie posądzałem cię o naiwność. Niewinna, rzeczywiście! Zresztą, to akurat jest tu najmniej istotne. To, co tu ci powiedziałem, to tylko między nami. Nie możesz tego nikomu powtórzyć!
– Nawet szefowi? – spytał cicho Remus.
– Przede wszystkim jemu. Te rozgrywki go nie dotyczą i to nie jego sprawa. A co do twojego małżeństwa z Tonks... Tłumaczyłem ci, że wasz mariaż, to sprawa polityczna! Może nawet ważniejsza, niż związki dynastyczne koronowanych głów!
– Nie przesadzaj...
– Jeszcze nie zrozumiałeś, o co chodzi? Lupin, nie udawaj idioty! NIE! JESTEŚ! TĘPAKIEM! – Ostatnie trzy słowa, Mistrz Eliksirów wywrzeszczał.
– Kocham ją – jęknął Remus. – Ale ja jestem...
– Wiem. Mówiłeś – przypomniał drwiąco Snape. – Za stary, zbyt biedny, zbyt niebezpieczny... – powtórzył kpiąco. – Nie dotarło do ciebie jeszcze, co tu jest grane? Waszych uczuć nikt nie bierze pod uwagę. A że się kochacie, to inna kwestia. To się bardzo dobrze składa... I jeśli nie odłożysz na bok swoich skrupułów, to twoja najdroższa zostanie zmuszona do poślubienia Rufusa Scrimgeoura! Albo jakiegoś innego metamorfomaga – warknął Snape. – Pamiętasz co nie tak dawno powiedziałem ci o pokerze? I że dostałeś znów pulę wygrywającą? Widziałem, że ta mała energicznie na ciebie leci; mówiąc wulgarnie, więc radzę skorzystać. Raz umknęła ci wielka szansa...
– Już teraz wiem, czemu nie możesz mi tego darować – szepnął Remus z rozpaczą. – Bardzo ją kochałeś...
– Kochałem w życiu sześć kobiet – zaśmiał się niewesoło Severus. – Z tych sześciu żyje już tylko jedna. Pozostałe pięć zamordowano. Wiesz o tym. Pierwszą była moja matka. I wiesz, kto ją zabił... Lily padła ofiarą jako druga z kolei. Ofiarą szaleństwa Voldemorta...
– Czy myślisz, że gdybym ja... Wtedy... Żyłaby dzisiaj? – Lupin zacisnął pięści, bo nie zdołał opanować drżenia dłoni.
– Kto wie, Lupin? Kto wie... – westchnął Mistrz Eliksirów.
###
Poniedziałek 15 lipca 1996 roku, godzina ósma wieczorem – Hogwart, pokój gościnny.
Blaise Zabini siedział w fotelu naprzeciwko matki i zbierał siły do zasadniczej rozmowy. Nie wiedział, jak zacząć. Poczuł w głowie kompletną pustkę. Nagle wszystkie wymyślone przez niego wcześniej zwroty, jakimi planował rozpocząć tę rozmowę z matką wydały mu się płytkie, trywialne i sztuczne. Pozostała tylko naga, niemiła prawda. Prawda, której jeszcze nie poznał, a która mu się należy!
Matka uniosła głowę i obrzuciła go czujnym spojrzeniem.
– Mamo, jestem już dorosły – powiedział Blaise stanowczo. – Chcę wiedzieć...
– Masz rację – przerwała mu z determinacją. – Powinieneś wiedzieć. Od czego mam zacząć?
– Od śmierci ojca...
– Słusznie, synku, od tego się wszystko zaczęło – przyznała ponuro. – Zatem... Nie, chyba jednak nie od tego powinnam rozpocząć moją spowiedź. – Miało to zapewne zabrzmieć ironicznie, ale jakoś nie wyszło. Blaise obserwował ją spod przymkniętych powiek. Denerwowała się...
– Myślę, że zrozumiesz... – szepnęła. – A przynajmniej mam taką nadzieję – popatrzyła na niego ze smutkiem. – Obiecuję, że będę szczera. Dowiesz się prawdy.
Blaise skinął głową nie spuszczając wzroku z twarzy matki i poprawił się w fotelu.
– Bardzo kochałam twojego ojca. Miałam trzynaście lat, gdy rodzice... To znaczy, twoi dziadkowie... – Uśmiechnęła się ciepło, tak jakoś w głąb. – Zabrali mnie na wakacje do Włoch. Tam poznałam twojego ojca. To były najpiękniejsze wakacje w moim życiu – westchnęła. – Mój ojciec prowadził rozległe interesy, a matka spotkała się z Mistrzynią Białej Magii. To była babka Kingsleya Shacklebolta. Znasz go przecież...
– Znam – potwierdził Blaise. – Przed oczami stanęła mu czarna twarz łysego mężczyzny, ozdobiona szerokim uśmiechem. Jednocześnie w uszach zabrzmiało pytanie zadane ironicznym tonem: „Ty naprawdę wierzysz, chłopcze, w te bzdury o czystej krwi?" Skrzywił się w duchu. W gruncie rzeczy Shacklebolt miał przecież rację. To były bzdury!
– Mów dalej, mamo – ponaglił.
– Tak, że dla twoich dziadków ten wyjazd nie do końca był odpoczynkiem. Twoja babcia szykowała się do objęcia stanowiska Najwyższej Kapłanki Kultu Białej Magii, a dziadek finalizował transakcję, która miała mu przynieść miliony...
– Przyniosła? – Mimo woli zainteresował się Blaise.
– A i owszem! Nawet dziesięć razy więcej niż się spodziewał – zaśmiała się niewesoło pani Zabini. – Jego partnerem w interesach był twój ojciec. Miał wtedy dwadzieścia pięć lat. Dwa lata wcześniej odziedziczył wielki majątek po swoim bezdzietnym stryju. Czego nie mógł mu darować jego własny ojciec, czyli twój drugi dziadek.
– Dlaczego? – wyrwało się Blaise'owi ze zdumieniem. Nie znał tych rodzinnych tajemnic i nigdy nie poznał swego włoskiego dziadka. Czyżby właśnie miał się dowiedzieć, dlaczego?
– Ojciec twojego ojca był utracjuszem, kobieciarzem i hulaką. Twój pradziadek podzielił swój ogromny majątek między obu synów naprawdę sprawiedliwie. Starszy, czyli brat twego dziadka odziedziczył siedzibę rodową i wszystkie nieruchomości, a młodszy, czyli twój dziadek, równowartość majątku w gotówce.
– Pamiętam – mruknął chłopak. – Tata mi opowiadał, że takie praktyki w rodzinach czystej krwi są powszechne.
– Zgadza się – potwierdziła pani Zabini. – Twój dziadek przetracił wszystko co miał w przeciągu kilku lat, a było tego niemało i musiał prosić o pomoc brata. Stryj twego dziadka obiecał mu utrzymanie i niewielką miesięczną rentę, ale postawił bratu warunek, że on wychowa jego syna jak własnego.
– Mego ojca! – krzyknął Blaise.
– Tak. Twój stryjeczny dziadek zostawił twemu ojcu majątek, z zastrzeżeniem w testamencie, że jego brat będzie tak jak dotychczas dostawać tylko niewielką rentę. I wtedy stało się...
– Przepraszam, a co z babcią? Umarła młodo, tyle wiem... – przerwał Blaise.
– Popełniła samobójstwo. Wpadła w depresję, jak twój dziadek w ciągu jednej nocy przegrał w karty jej posag – westchnęła matka.
– No, tak. Pewnie się wcale nie zmartwił – skonstatował zgryźliwie chłopak.
– O, bez wątpienia masz rację – zgodziła się z nim matka. – A twój dziadek po śmierci brata pojechał do Monte Carlo i udało mu się rozbić bank.
– Użył czarów? – Ni to zapytał, ni to stwierdził Blaise z dezaprobatą.
– Nie, to było niemożliwe. Grimaldi są czarodziejami i potrafią się obronić przeciwko takim jak twój dziadek...
– Grimaldi to czarodzieje? – zdumiał się chłopak.
– Nie wszyscy, ale to nie należy do naszych spraw – skarciła go.
– No, taaak... Słusznie, mamo, kontynuuj więc... – westchnął Blaise.
– Twój dziadek dostał udaru i zmarł błyskawicznie, a jego wygrana trafiła do rąk twojego ojca... Żeby nie przedłużać opowieści... Tego lata zaręczyłam się z twoim ojcem. Do Hogwartu wróciłam już jako narzeczona Roberta Blaise'a Zabiniego. Wyszłam za niego za mąż natychmiast po otrzymaniu dyplomu, a ty urodziłeś się dokładnie dziewięć miesięcy po naszym ślubie.
– Miałem czternaście lat, gdy ojciec zginął – powiedział spokojnie Blaise. – Czy teraz dowiem się wreszcie, CO się naprawdę stało?
– A i owszem, dowiesz się – zapowiedziała złowrogo pani Zabini. – Otóż na pewnym ministerialnym przyjęciu poznaliśmy człowieka, z którym miałeś niemiłą konieczność obcowania jako ze swoim ojczymem numer jeden. Wpadłam mu w oko. Niestety. On zamordował twojego ojca... Bo chciał MNIE!
– A ty go poślubiłaś?! – Blaise zerwał się gwałtownie z fotela zaciskając pięści. – I to w tydzień po śmierci ojca!
– Właśnie – potwierdziła matka z mściwą satysfakcją. – Nasze małżeństwo trwało miesiąc. Dokładnie tyle czasu, ile wymaga uwarzenie Eliksiru Wielosokowego!
Blaise opadł na fotel z wyrazem całkowitego osłupienia na twarzy.
– Że co? – spytał tępo.
– Tuż przez pogrzebem obcięłam twemu ojcu kosmyk włosów. Oczywiście postarałam się, żeby nikt tego nie zauważył. Byłam zdecydowana. Chciałam się zemścić na mordercy. Zaczęłam zbierać ingrediencje do eliksiru. Zajęło mi to tydzień. I przez cały czas ostro urabiałam zbrodniarza. Udawałam zagubioną i pełną lęku o swoją przyszłość. A on rycersko ofiarował się z pomocą... Większość mężczyzn traci instynkt zachowawczy, gdy pożądają kobiety. Pamiętaj o tym! Rozpalałam jego zmysły, a on leciał jak ćma do ognia. Jednocześnie szykowałam pułapkę. Nie było to trudne. Auror to bardzo niebezpieczny zawód... Najęłam kilku obwiesiów do obrabowania jednego ze sklepów jego wuja. To był bardzo bogaty przedsiębiorca... A ja byłam pewna, że mój małżonek osobiście będzie brał udział w interwencji i obławie na rabusiów. I tak się stało. Ukryłam się w pobliżu, zażyłam eliksir z włosem twojego ojca i czekałam.
– Na co? – szepnął Blaise mimo woli. Bo przecież znał odpowiedź.
– Na pojawienie się mego małżonka oczywiście – zaśmiała się bezradośnie pani Zabini. – Bez trudu zwabiłam go do ciemnego, ślepego zaułka. Miałam przygotowany świstoklik. Ten idiota zobaczył mnie i próbował rzucić na mnie zaklęcie. Sparowałam je i oświetliłam różdżką twarz. Nigdy wcześniej nie widziałam tak przerażonego człowieka! Chciałam, żeby wiedział, za co umiera! – warknęła zawzięcie. – Rzuciłam na niego Avadę i uruchomiłam świstoklik. Nikt mnie nie podejrzewał...
– A drugi? – spytał cicho chłopak. Opowieść matki wstrząsnęła nim. Nie potrafił rozeznać się w swoich uczuciach. On też kochał ojca i zdawał sobie aż za dobrze sprawę z tego, że gdyby matka go nie pomściła, to morderca uniknąłby kary. Zbrodniarz pochodził z bogatej, bardzo szeroko i wysoko ustosunkowanej rodziny i był aurorem. Nikt nawet nie próbował go oskarżyć o zabójstwo... Pozostałby bezkarny. Ale czym zawinił jego drugi ojczym? Ślamazarny facet bez krzty inicjatywy i indywidualności. Był mężem pani Zabini przez trzy miesiące... Czyżby jego jedyną winą było to, że przyjaźnił się z jego pierwszym ojczymem?
– Wiedział o zbrodni swego przyjaciela i nie pisnął słówka... Zresztą, ta ich „przyjaźń"... – matka zaśmiała się drwiąco. – Twój drugi ojczym zachowywał się jak niewolnik uwielbiający swojego pana. Nie był zdolny do samodzielnego myślenia – prychnęła. – Podziwiał tego drania i powiedział mi, że czuje się zobowiązany, żeby się mną „zaopiekować" po jego śmierci; jak się wyraził. Domyślasz się, do czego zmierzam – spojrzała na syna spod przymrużonych powiek.
– Tak, mamo, domyślam się, niestety... Nie mam wątpliwości – westchnął Blaise. – W czym zawinił?
– Pomagał w morderstwie twego ojca i zacierał ślady. Podałam mu Veritaserum i wyciągnęłam z niego to wyznanie. Potem wymazałam mu pamięć. To nie było trudne. Marny był z niego czarodziej – wyjaśniła z pogardą. – Ale on też był mężczyzną, więc uwiedzenie go było proste. A zginął warząc wybuchowy eliksir. Pomylił składniki... No, cóż. Tak bywa – zakończyła z błyskiem w oku.
– Mamo... – Wstrząśniętemu chłopakowi zabrakło słów. Ale natychmiast uświadomił sobie, że nie powinien być zdziwiony. Kłębiły się w nim sprzeczne uczucia. Jego matka zamordowała dwóch ludzi. Z zemsty. No, tak, ale gdyby tego nie zrobiła, oni cieszyliby się życiem i bezkarnością. I czyż nie zasługiwali na to co ich spotkało?! Blaise przypomniał sobie, że sam miał ochotę ich zabić. Ze wstydem pomyślał o swoich ówczesnych uczuciach. Chciał zabić tych mężczyzn, dlatego, bo był zazdrosny o matkę. I tylko tyle, nie wiedział nic o tym, co się naprawdę działo, nie znał też motywów jej postępowania. I co teraz? No, ale to przecież jeszcze nie wszystko! Popatrzył matce w oczy. Nie wyglądało na to, że ona czegokolwiek żałuje.
– Nie zamierzałam wychodzić za mąż czwarty raz – kontynuowała swoją opowieść. – Zajęłam się interesami, majątek nie może leżeć odłogiem, a ja nie chciałam niczego zmarnować. Twój ojciec pozaczynał różne transakcje, bardzo korzystnie, więc ciągnęłam to dalej. Jeden z konkurentów Roberta... To znaczy, twojego ojca... okropnie bruździł. Podjęłam pertraktacje. Zaczęliśmy się spotykać... Doszłam do wniosku, że więcej osiągnę jako kobieta niż rywalka w interesach. I słusznie. Negocjacje zamieniły się w zaloty. Garrick, twój trzeci ojczym, adorował mnie nader wytwornie i elegancko – prychnęła kpiąco.
Blaise przypomniał sobie Garricka de Concasser. Facet wyglądał jak wyblakły w słońcu i wiecznie zaspany. Pozory jednak mylą, de Concasser był niezwykle inteligentny i cwany. Próbował się wkraść w łaski Blaise'a, ale nie robił tego nachalnie. Zawarli rozejm, a choć chłopak nigdy go nie polubił, podziwiał szczerze za niezwykły spryt i do perfekcji opanowane umiejętności owijania rozmówców wokół palca. Był mężem matki przez pół roku. Wyglądało na to, że darzyła go szczerą sympatią. Co się z nim stało? Czy jego też zabiła? A jeśli tak, to dlaczego? Zastanowił się, jak zadać pytanie. Wprost? Zanim się zdecydował, matka wyjaśniła sprawę.
– Okazał się całkiem niezłym człowiekiem, mężczyzną też...
Blaise uśmiechnął się mimowolnie na to wyznanie. Matka mrugnęła do niego porozumiewawczo.
– Niestety, jego wspólnikowi nie spodobało się nasze małżeństwo, choć bardziej chodziło mu o to, że nie pozwalałam Garrickowi wplątać się w interesy, które były moim zdaniem niezbyt czyste. Wspólnik był wściekły i po wielkiej awanturze opuścił przedsiębiorstwo. Sprawił nam mnóstwo kłopotów, bo musieliśmy podzielić firmę. Twierdził, że go oszukaliśmy. To nie była prawda, nigdy nie oszukiwałam w interesach, a tego człowieka chciałam się jak najszybciej pozbyć. Nie ufałam mu. Okazało się, że intuicja mnie nie zawiodła. Interes, którego Garrick uniknął, skończył się dla jego byłego kompana katastrofą. Niewiele brakowało, żeby trafił do Azkabanu. Wykręcił się gigantyczną łapówką, w czym pomógł mu stary Malfoy.
– Taa... – mruknął Blaise. – Ten to umie robić takie rzeczy. Pamiętam jak ojciec opowiadał o jego sprawkach.
– Fakt, ale utrzymywaliśmy z Malfoyami i Blackami poprawne stosunki. Czysty pragmatyzm synu – stwierdziła pani Zabini cynicznie. – Ciekawe, jak długo Lucjusz posiedzi w Azkabanie – zastanowiła się złośliwie.
– To nieważne mamo – uciął Blaise. – Co się stało z Garrickiem?
– Jego były wspólnik go zabił. – W oczach matki Blaise ujrzał prawdziwą wściekłość. – Urządził wszystko wyjątkowo sprytnie i oczywiście miał alibi, ale nie ze mną takie mydlenie oczu. Pozwolisz, że nie będę wdawała się w szczegóły? Nie mogłam tego puścić płazem!
– Co zrobiłaś? – Blaise oblizał wargi. Czuł suchość w gardle. Z trudem przełknął ślinę.
– Drań był ostrożny i chyba zdawał sobie sprawę, że ja wiem, bo próbował zabić także mnie. Cudem wręcz uszłam z życiem z dwóch sprokurowanych przez niego wypadków.
– Oczywiście nie dało się go o to oskarżyć? – Chłopak z najwyższym trudem zapanował nad głosem. W głębi ciała czuł narastający dygot.
– Nie. Zrozumiałam, że muszę sobie zapewnić ochronę – westchnęła ciężko pani Zabini.
– Dlatego poślubiłaś... – W pamięci Blaise'a pojawiła się twarz kolejnego męża matki. Twardy góral, Szkot z klanu Sutherland. Miał siedmiu wojowniczych braci, kilka sióstr, a wszystkie miały mężów. Czy wejście do tej rodziny zapewniło matce bezpieczeństwo? Chyba tak...
– Tak, dlatego. Moja rodzina zabawiła się w swatów i bardzo szybko podpisaliśmy ślubny kontrakt. Lewis był bardzo miły, ale dla mnie najważniejsze były inne jego zalety. Miał udziały w bankach zarówno w mugolskich jak i u Gringotta, no i niezwykłe wręcz wyczucie w interesach. Co jak się domyślasz bardzo mi się przydało... No, cóż. Moje kolejne małżeństwo wzbudziło prawdziwą panikę mordercy Garricka. Kilka dni po naszym ślubie przeżyłam kolejny zamach. Lewis mnie ochronił... Ty na szczęście byłeś bezpieczny w Hogwarcie... – Matka zająknęła się. – Pamiętasz, jak zabroniłam ci przyjechać do domu na święta wielkanocne? Bałam się o twoje życie... Po tym incydencie, mój mąż zwołał klanową naradę. Opowiedziałam Lewisowi i jego krewnym jak i dlaczego zginął Garrick. Uznali ten zamach na mnie za zniewagę. Szkoci to bardzo honorowy naród. Dyskusja była długa i burzliwa, ale skończyło się tym, że Lewis i jego bracia otrzymali zgodę na „dowolne działania". Tak się wyraził senior klanu, a jego słowo było dla wszystkich Sutherlandów prawem. Lewis zdecydował że należy problem zlikwidować radykalnie i ostatecznie, czyli zabić byłego wspólnika Garricka. I że tylko to zapewni mi bezpieczeństwo. Do spółki z dwoma swoimi braćmi przygotował ładunki wybuchowe, bo postanowili zabić go w „mugolskim ataku terrorystycznym". A ja... Nie zamierzałam ich powstrzymywać.
Blaise milczał. Pomyślał ponuro, że zachowywał się do tej pory jak rasowy tchórz. Dlaczego dowiadywał się tego wszystkiego dopiero teraz?! Bo wcześniej nie chciał wiedzieć. Zamykał oczy i udawał sam przed sobą, że wszystko jest w porządku! Nie, obiecał sam sobie. Dość tego. Koniec z chowaniem głowy w piasek.
Teraz CHCIAŁ wiedzieć... No, to przecież właśnie się dowiaduje!
Matka obserwowała go z posępną miną. Przez dłuższą chwilę patrzyli sobie w oczy.
– Zamach się udał, ale nie do końca. Morderca zginął, tak jak było zaplanowane, niestety Lewis został bardzo ciężko ranny... Zmarł następnego dnia, ale przed śmiercią wymógł na mnie przyrzeczenie, że poślubię jego starszego brata, który był wdowcem od dwudziestu lat. Chciał mnie zabezpieczyć. Obiecałam mu to...
– No, tak, pamiętam – mruknął Blaise. – Nawet go lubiłem, był zabawny... Zmarł na atak serca.
– Zmarł na zawał. Chorował na serce od dzieciństwa – uzupełniła matka z westchnieniem.
– A ten ostatni? – warknął Blaise gniewnie. – Czemu poślubiłaś tego prostaka? Śmierciożercę?!
– Tym razem intuicja mnie zawiodła – przyznała pani Zabini niechętnie. – Wiedziałam, że Czarny Pan powrócił i chciałam zabezpieczyć ciebie i siebie. Sądziłam, że Ten–Którego–Imienia–Nie–Wolno–Wymawiać będzie zwycięzcą, więc pozycja żony śmierciożercy zapewni nam obojgu spokój. Jakże się pomyliłam! No i nic nie wiedziałam o tym... Czarnym Rogogonie. Teraz myślę, że najlepiej będzie stanąć po stronie Dumbledore'a... – westchnęła. – Chyba nie mamy wyjścia synku... – urwała i popatrzyła na niego niepewnie. – Naprawdę nie wiem...
Blaise zacisnął pięści. Był wściekły i zrozpaczony jednocześnie. Miał wrażenie, że coś w nim pękło.
– To jest potworne! Nie, brak mi słów – wywarczał wściekle. Wyprostował się i szybko wstał. Górował nad matką wzrostem i z premedytacją to teraz wykorzystał. – Jak mogłaś?!
Matka również wstała, podeszła do niego i objęła go mocno, jak to robiła zawsze gdy był mały.
– Synku – szepnęła gorąco. – Wszystko robiłam dla ciebie...
Blaise usiłował ją odepchnąć bo nagle zrobiło mu się duszno. Ten zapach jej perfum! Zmienił zamiar i trochę wbrew sobie przytulił się do niej zaborczo. To była przecież jego matka. Kocha ją, do diabła! Nieważne, co zrobiła. Ale nie może już robić tego nigdy więcej!
Benvenuta Zabini wyczuła zmianę nastroju syna i oddała mu uścisk. Blaise odsunął się.
– Mamo – powiedział nadspodziewanie spokojnie. – To się musi skończyć. Nigdy nikomu nie powtórzę tego, co mi powiedziałaś, ale obiecaj mi... Żadnych więcej mężów! Teraz ja się tobą zaopiekuję!
– Dobrze, synku. – Pani Zabini uśmiechnęła się smutno. – Dorosłeś... Musimy jednak postanowić, co dalej. Jest wojna...
– Wiem! Aż za dobrze... – Blaise pomyślał, że to dobry moment na prawdziwie szczerą rozmowę. Opowie matce o swoich przygodach. I zastanowią się oboje, jak powinni postąpić oraz z kim zawrzeć sojusz. Jednego był pewien. Czarny Pan nie miał żadnych szans. Uśmiechnął się złośliwie w myślach. Co za szczęście, że aurorzy uczynili jego matkę wdową po raz siódmy, uwalniając ją od zaślepionego fanatyka.
Następną godzinę Blaise Zabini i jego matka spędzili naradzając się. Oboje byli absolutnie zgodni co do jednego. Nie zamierzali angażować się po stronie przegranych...
