###
Poniedziałek, 15 lipca 1996 roku, godzina szósta wieczorem – Francja, rynek miasteczka Nuits Saint Georges.
Colin, Dennis i ich rodzice stali na rynku Nuits Saint Georges w tłumie widzów oglądających z ogromnym zainteresowaniem niezwykłe przedstawienie. Historia miłosna z czasów średniowiecza bardzo się wszystkim podobała. Sztuka była komedią. Znająca świetnie język gospodarzy pani Creevey tłumaczyła swoim mężczyznom tekst. Jeśli nawet nie wszystkie żarty zdążyła przetłumaczyć, to i tak bawili się znakomicie. Chłopcy i ich ojciec nie znali francuskiego ni w ząb, ale aktorzy grali tak sugestywnie, że i bez tłumaczenia prawie wszystko było dla nich zrozumiałe.
A główna heroina średniowiecznego romansu miała piękną szmaragdowo–zieloną suknię z wyhaftowanym na gorsie jednorożcem...
Pokaz walki na miecze wzbudził równie wielki entuzjazm. Mężczyźni w replikach średniowiecznych zbroi dokonywali cudów zręczności, zadając i parując ciosy ciężkimi mieczami, które w ich rękach chwilami przypominały migoczące promienie. Przed pokazem rycerze pozwolili widzom wziąć do ręki swoją broń. Oczywiście Creeveyowie wykorzystali okazję. Dennis niestety nie dał rady nawet odrobinę unieść dwuręcznego miecza, choć bardzo się starał. Colinowi udało się to z jednoręcznym, a ich ojciec z wyraźnym trudem podniósł i zadał cios – oczywiście w powietrze, wyimaginowanemu przeciwnikowi – półtoraręcznym mieczem o prostej klindze. Właściciel morderczego narzędzia pochwalił się, że sam wykuł sobie ten miecz z pióra resorowego. Zapytany przez panią Creevey co robi „w cywilu", gdy nie uprawia swego oryginalnego hobby, wyznał, że jest mechanikiem samochodowym. No, tak, to wiele wyjaśniało.
Colin i Dennis nie mogli się doczekać zakończenia spektaklu. Gospodarze imprezy – czyli władze miasteczka, zapowiedzieli jeszcze pokaz ogni sztucznych i zabawę taneczną, ale Creeveyowie musieli przecież jakoś dopaść „damę z jednorożcem". Wampir dał im wytyczne, co mają robić i obaj chłopcy zamierzali skrupulatnie się do nich zastosować.
Najprostsze pomysły są zawsze najlepsze. Rodzice zauważyli oczywiście cielęcy zachwyt, a jakim obaj ich synowie wpatrywali się w dziewczynę w zielonej sukni. Wreszcie ojciec chichocząc zaproponował im, żeby podeszli do niej i poprosili o autografy. Sami nie wymyśliliby tego lepiej! Pan Creevey podsunął im doskonały pretekst do wykorzystania. Bracia spojrzeli na siebie i prawie biegiem ruszyli na zaplecze prowizorycznej sceny, gdzie aktorzy wypoczywali po spektaklu. Odprowadzani szczerym śmiechem rodziców.
Dama z jednorożcem uśmiechnęła się, gdy do niej podeszli i gestem zaprosiła ich do maleńkiej klitki spełniającej najwyraźniej rolę garderoby i magazynu strojów jednocześnie, bo na wieszakach wisiało kilkanaście sukien. Nie zamknęła drzwi. Zostawiła je uchylone.
– Anglicy? – spytała.
– Tak! – potwierdzili chłopcy. – Prosimy o autografy! – zażądali głośno na użytek osób kręcących się na zapleczu.
Dziewczyna zaśmiała się i sięgnęła do stosu reklamowych prospektów zwalonych na malowniczą stertę na malutkim stoliczku obok wielkiego lustra.
– Jak masz na imię? – zwróciła się po angielsku do Colina.
– Colin Creevey, a to mój brat Dennis – odpowiedział szybko.
Dziewczyna puściła do nich oko i otworzyła szerzej drzwi do klitki.
– Jeanne! – zawołała. – Nie masz długopisu?
– Nie, Sophie – wymamrotało jakieś strasznie rozczochrane stworzenie w na wpół rozpiętej bluzce i z rozmazanym makijażem.
– Ja mam – zaoferował potężnie zbudowany mężczyzna, wyciągając w stronę Sophie pożądane narzędzie do pisania.
Chłopcy zrozumieli, o co chodzi, mimo, że cała rozmowa toczyła się oczywiście po francusku.
Właściciel długopisu mrugnął do nich znacząco i zasłonił swoim ciałem szparę w drzwiach. Sophie wyjęła zza dekoltu długi łańcuszek z dziwnym wisiorkiem. Był to medalion z purpurową klepsydrą w środku. Błyskawicznie zarzuciła łańcuszek na ich szyje, tak, że wszyscy troje byli nim opleceni i obróciła kilkakrotnie klepsydrę.
– Uwaga... – jej szept był cichy jak tchnienie delikatnego powiewu wiatru.
Wysunęła z rękawa różdżkę i szybko uderzyła w czubek głowy najpierw Colina, potem Dennisa, a na końcu siebie. Obaj chłopcy mieli wrażenie, jakby strumień chłodnej wody spłynął im po ciele. W chwilę potem poczuli szarpnięcie i polecieli gdzieś w oszałamiającym tempie. Otaczała ich ciemność. Lot trwał bardzo krótko, po kilku sekundach uderzyli stopami o twardy bruk. Stanęli na rynku Nuits Saint Georges, ale nad ich głowami świeciło słońce. Colin zamrugał oślepiony. Czuł obok siebie obecność brata i dziewczyny, ale nie widział nikogo. Ani Dennisa, ani Sophie, ani siebie samego! Najwyraźniej Sophie rzuciła na nich zaklęcie niewidzialności. I dlaczego słońce stoi tak wysoko na niebie? Czyżby cofnęli się w czasie? Harry Potter opowiadał na zajęciach GD o zmieniaczach czasu... W medalionie Sophie była klepsydra... Nie zdążył się nad tym porządnie zastanowić. W powietrzu tuż przed jego nosem pojawił się długopis.
– Chwyćcie to – szepnęła Sophie.
Colin posłuchał natychmiast. Poczuł spocone palce Dennisa ocierające się o jego dłoń. Znów szarpnięcie, tym razem znacznie ostrzejsze, i kolejny lot. Okropne uczucie wirowania. „Świstoklik!" pomyślał i w tym samym momencie obroty ustały. Z wrażenia puścił długopis i upadł uderzając kolanami o coś miękkiego. Lekkie dotknięcie w czubek głowy zmobilizowało go do podniesienia się z klęczek. Tym razem nie było uczucia chłodu, tylko ciepło rozchodzące się po całym ciele.
Rozejrzał się. Byli na jakiejś łące, w oddali majaczył las, niedaleko rosły niewielkie drzewa. Obok niego stała Sophie, kilka kroków dalej leżał Dennis. A nad Młodym pochylał głowę wielki chiński ogniomiot, barwny jak rajski ptak. Smok uniósł łeb i spojrzał na Colina.
– Zemdlał? – spytał z niepokojem.
– Witaj, Skąpany W Tęczy – odpowiedział nerwowo Colin i podbiegł do brata. – Dennis! – wrzasnął, szarpiąc Młodego za ramię.
– No co... – wymamrotał Dennis w odpowiedzi. Podniósł się na czworaki, a potem z trudem wstał. Colin go podtrzymał.
– Co jest, mały? – szepnął.
– Trrrochę mi niedobrze – jęknął Dennis.
– Pierwszy raz w życiu podróżowałeś świstoklikiem, to dlatego – stwierdziła Sophie. – Wypij to – rozkazała podając chłopcu fiolkę z jasnoniebieskim eliksirem. Okazał się znakomity, chłopak po wypiciu leku natychmiast poczuł się lepiej.
– Cofnęliśmy się o sześć godzin – wyjaśniła dziewczyna patrząc uważnie na chłopców.
– Zmieniacz czasu. – Colin skinął głową, ucieszony, że jego przypuszczenia okazały się słuszne. – A co to było za zaklęcie, które na nas nałożyłaś? – zapytał z ciekawością.
– Zwykłe zaklęcie kameleona – odpowiedziała żywo.
– Jeśli obaj czujecie się już dobrze, to możemy zacząć szkolenie. Mamy niecałe sześć godzin przed sobą. Niemało, ale nie wolno nam tego czasu zmarnować – oznajmił smok. – Wrócicie w to samo miejsce, z którego wyruszyliście, dokładnie po piętnastu sekundach, licząc od momentu, w którym cofnęliście się w czasie.
I tak się stało.
Cztery godziny później Creeveyowie jechali samochodem w stronę Beaune. Mieli spędzić jedną noc w tym mieście, a następnego dnia rano wyruszyć dalej. Może do Doliny Rodanu? Jeszcze nie wiedzieli. Pewne było tylko jedno – Francja oferowała tak wiele ciekawych miejsc do obejrzenia, że wakacje nie wystarczą by zwiedzić choć drobną część z nich. Ojczyzna wina i serów to nie był nudny kraj, o nie!
Colin pogłaskał delikatnie okładkę reklamowego przewodnika turystycznego po Francji, który dała im Sophie. Ze swoim autografem, oczywiście. Tylko on i Dennis mogli przeczytać ukryty w nim tekst. Plan ich szkolenia oraz trasę, po której powinni się poruszać.
Colin rozparł się na tylnym siedzeniu i próbował zasnąć. Obok niego pochrapywał rozkosznie Dennis, ale do starszego z braci sen nie chciał przyjść. Colin czuł się okropnie zmęczony, ale i zadowolony z siebie. Skąpany W Tęczy okazał się bardzo wymagającym i surowym trenerem, choć nie można mu było odmówić umiejętności pedagogicznych. Najważniejszą sprawą, od której zaczęli, okazała się magia bezróżdżkowa.
###
Poniedziałek 15 lipca 1996 roku, godzina ósma wieczorem – Hogwart, pokój wspólny Gryffindoru.
Harry patrzył osłupiały na Dumbledore'a i zastanawiał się, jakimi drogami wędrują myśli tego starego człowieka. Niewątpliwie był mądry. Bardzo mądry... Niestety, brakowało mu w tej mądrości... Czegoś. Wyczucia? Harry wciąż był na niego zły, że zostawił go u Dursleyów i nie zrobił NIC by te prymitywy traktowały go przyzwoicie. Chłopak z przykrością przypomniał sobie, że listy, które dostał gdy miał pójść do Hogwartu, były adresowane: „komórka pod schodami". Czyli Dumbledore jednak WIEDZIAŁ! Czy może uważał, że takie przeżycia go zahartują?! A teraz stał przed nim z tym swoim łagodnym uśmiechem i mówił, że Harry powinien się pożegnać z „krewnymi"! Czy naprawdę starzec nie zdawał sobie sprawy z tego, że marzeniem Harry'ego było nigdy już nie spotkać nikogo z nich? „Ciotka" – no, rzeczywiście! Nie wspominając o reszcie tych tak zwanych „krewnych"...
– Nie – powiedział twardo, patrząc wyzywająco na dyrektora. – Nie mam zamiaru się z nimi ŻEGNAĆ! I naprawdę wątpię, czy oni chcieliby pożegnać się ze mną!
– Każdy zasługuje na drugą szansę, Harry. – Dumbledore prawie szeptał, ale w pokoju wspólnym panowała niezwykła cisza, więc wszyscy to słyszeli.
Harry pomyślał gniewnie, że dyrektor świadomie rozmawiał z nim przy tylu świadkach. Wiedział, cwaniak, że to pohamuje jego temperament i Harry nie powie tego, co naprawdę myśli. Ale chłopak nie zamierzał ustąpić.
– I niby na czym ma polegać ta „druga szansa" dla Dursleyów? – spytał szorstko. – Przypominam panu, że mieli tych „szans", jak pan to określił, bardzo wiele, a nie wykorzystali żadnej!
– Wiem, Harry... – Dumbledore zawahał się. – Może się znowu mylę, ale... jeśli nie chcesz tego zrobić dla nich, to zrób to dla siebie. Pomyśl, że zapewne nie spotkacie się już nigdy więcej...
– To nie jest dobry pomysł, panie dyrektorze – wtrącił się nieoczekiwanie Snape.
Harry spojrzał na niego z wdzięcznością. Pomyślał, że Nietoperz rozumie go o wiele lepiej niż dyrektor.
– Więc idźcie razem. Ty również, Severusie, powinieneś się z nimi pożegnać. Przecież Petunia jest twoją... – Dumbledore urwał i przez chwilę milczał, jakby szukał właściwego słowa. – Bardzo bliską krewną... – zakończył.
Harry poczuł się jak złapany w pułapkę. Powinien wiedzieć, że jak Dumbledore coś sobie wbije w głowę to nie ma zmiłuj. Mistrz Eliksirów najwyraźniej miał też dość tego wszystkiego.
– To bezsensowna dyskusja, dyrektorze – powiedział ostro, oschłym tonem. – Dobrze. Ale pan też pójdzie z nami.
– Ja muszę, jako gospodarz... – dyrektor uśmiechnął się promiennie, bardzo zadowolony.
Dursleyowie stali w Wielkim Holu, a obok nich spakowane torby. Ich ubrania nie były już tak niechlujne, jak wcześniej. Pewnie skrzaty doprowadziły je do porządku. Wszyscy czworo mieli żałosne miny. Ale Harry zauważył, że na jego widok w oczach Petunii zapalił się jakiś niedobry błysk.
– Przyszliśmy się z państwem pożegnać – zagaił Dumbledore.
„Naprawdę mam nadzieję, że więcej was nie zobaczę" – pomyślał Harry posępnie.
– Och, Harry – powiedziała słodko Petunia. – Jak to miło z twojej strony!
Niestety, nie trzeba było mieć szczególnie wyczulonego ucha, by usłyszeć w jej głosie nieopisany fałsz. Brzmiało to tak, jakby ten jej głos aż się lepił od lukru.
– A dlaczego on z nami nie jedzie? – wypalił nagle Dudley.
– Zostaję tutaj – odpowiedział spokojnie Harry.
– Och... – wymamrotał Dudziaczek.
„No, on nigdy nie był błyskotliwy" – pomyślał Harry złośliwie.
– Och, Harry, będziemy za tobą tęsknić – pisnęła Petunia.
W tym momencie Harry ostatecznie stracił cierpliwość.
– Nie, nie będziecie! – warknął. – Może za moimi pieniędzmi. Nie myślcie, że nie wiem – syknął patrząc w oczy siostry swojej matki. Tak inne od jego własnych... Które miał po Lily...
Na policzkach Petunii pojawiły się szkarłatne plamy. A twarz Vernona zrobiła się wręcz fioletowa.
– Ty bezczelny... – wybuchnął, ale Petunia uciszyła go jednym ostrym spojrzeniem.
„I to tyle, jeśli chodzi o „drugą szansę" Dursleyów" – pomyślał Harry z ironią.
– Mam nadzieję, że wszystko się dla was jednak dobrze skończy – powiedział głośno. – Życzę powodzenia.
Ukłonił się i cofnął. Miał nadzieję, że to wystarczy. Nie było chyba nic więcej do dodania.
– Ja również – włączył się Snape. Jego głos brzmiał tak, jakby przed chwilą wyjął go z lodówki.
– Obiecuję, że zrobimy wszystko, żeby nasze plany się powiodły – oświadczył Dumbledore. – Wasz przewodnik będzie tu za chwilę, a powóz już czeka – wskazał drzwi wejściowe. – Chodźcie.
Dursleyowie ruszyli do wyjścia za dyrektorem. Dudley nagle stanął i zawrócił. Podbiegł do Harry'ego z wyciągniętą ręką. Harry podał mu swoją, zanim zdążył się zastanowić co robi.
– Dziękuję – wykrztusił Dudley. Uścisnął Harry'emu dłoń, gwałtownie skinął głową, chwycił swoją torbę i rzucił się do drzwi, jakby przestraszony tym, co zrobił.
– Dudziaczku! – zawołała Petunia.
– Idę! – wrzasnął Dudley i zniknął za drzwiami.
Harry spojrzał na stojącego obok niego Snape'a. Mistrz Eliksirów miał kamienną twarz, ale w jego czarnych oczach błysnęło zdziwienie, którego nie zdołał ukryć.
###
Poniedziałek 15 lipca 1996 roku, godzina dziewiąta wieczorem – Hogwart, pokój wspólny Slytherinu.
Draco z coraz bardziej posępną miną snuł się niespokojnie między zielono–srebrnymi fotelami i kanapami. Od momentu, gdy Snape... Snape? A może nie Snape? ...odprowadził go do siedziby Slytherinu... nie usiadł ani na chwilę. Nie tknął jedzenia dostarczonego przez skrzaty.
Dręczył go strach i niepewność. Co powinien zrobić? ONI wszystko wiedzieli! W jaki sposób? JAK to się stało? Czuł oszołomienie i nie mógł zebrać myśli.
Bał się konfrontacji ze Snape'em. Opiekun Slytherinu powiedział w gabinecie dyrektora, że „muszą porozmawiać" i chłopakowi skręcał się żołądek na samą myśl o tym jak będzie wyglądać ta „rozmowa". Nie obawiał się oczywiście, że Snape zacznie w niego miotać klątwami, ale teraz, gdy poznał prawdę o roli Mistrza Eliksirów wśród śmierciożerców, miał wrażenie, że ma do czynienia z kimś zupełnie obcym. Ktoś, kogo jak sądził, znał doskonale, okazał się być kimś całkowicie innym. Draco nie potrafił się z tym pogodzić. Jego świat rozpadał się na kawałki.
Drzwi otworzyły się i do pokoju wspólnego Slytherinu weszli Snape i Dumbledore.
Snape nie bawił się w subtelności.
– Expeliarmus! – krzyknął i zanim zaskoczony Draco zdołał wykonać jakikolwiek gest, jego różdżka utkwiła w dłoni Mistrza Eliksirów.
– Severusie! – zawołał Dumbledore karcąco. I jakby z lekkim wyrzutem.
– Nie będę ryzykował, panie dyrektorze – odparował ostrym tonem Mistrz Eliksirów.
– Rozumiem – powiedział cicho Malfoy, patrząc na opiekuna. – Nie ufa mi pan.
– Odwracając sytuację, Draco – warknął Snape. – Czy ty byś mi zaufał, będąc na MOIM miejscu?
– Nie – przyznał chłopak. – Nie zaufałbym.
– Coś postanowiłeś? – spytał szorstko mężczyzna.
– Ja... – Draco urwał, czując w głowie kompletną pustkę. – Nie wiem – szepnął. – Nie wiem co mam zrobić! – wykrzyczał.
– Chcesz być niewolnikiem oszalałego psychopaty? – Snape zadał to pytanie zwodniczo łagodnym głosem.
Draco podniósł na niego wylęknione oczy. Nie próbował już niczego udawać.
– A jeśli Czarny Pan wygra?! – jęknął z głębi serca.
– To i tak nic ci to nie da – prychnął z pogardą Mistrz Eliksirów. – Zrozum wreszcie, że nie jesteś w takiej komfortowej sytuacji, byś mógł stać z boku i czekać na wynik wojny. Żeby przyłączyć się do zwycięzców – dodał z ironią.
Chłopak zadrżał.
– Nie o tto... mi chodziło... – wykrztusił z rozpaczą.
– Owszem, właśnie o to – stwierdził zimnym tonem mężczyzna. – Za dobrze cię znam. Ale uświadom sobie, że wybór masz dość ograniczony. I jesteś między, jak to mówią, różdżką a dementorem.
– Severusie, mamy niewiele czasu – wtrącił się nagląco Dumbledore.
– Przepraszam, dyrektorze – westchnął Snape i ponownie skupił uwagę na chłopaku. – Draco, zacznij wreszcie myśleć! – powiedział szorstko.
Malfoy objął głowę rękami.
– Nie mogę myśleć – szepnął.
Dyrektor i Mistrz Eliksirów wymienili spojrzenia. Dumbledore przymknął oczy i rozłożył ręce.
– Decyzja należy do ciebie, Severusie – powiedział stanowczo. Snape znów westchnął i skinął głową.
– Daję ci czas do jutra rana, Draco – oznajmił oficjalnym tonem. – Jeśli zdecydujesz się stanąć po naszej stronie, usuniemy ci Mroczny Znak. To jest możliwe, ale uda się tylko wtedy, gdy TY naprawdę będziesz tego chciał, rozumiesz?
– Taaak... – wykrztusił chłopak. Mężczyzna przyglądał mu się uważnie.
– Diggory to nie Knot, nie da się przekupić – stwierdził cierpko Mistrz Eliksirów. – I chce się zemścić za śmierć syna. To po pierwsze. Po drugie jeśli jeszcze tego nie wiesz, to dowiedz się, że Voldemort naprawdę nazywa się Tom Marvolo Riddle i jest synem mugola i charłaczki. Po trzecie, jest bezczelnym łgarzem...
– Co?! – wybuchnął Draco. – Jak to?
– A tak to! – zaszydził Snape. – Kłamie, że jest potomkiem Salazara Slytherina, bo Salazar nie miał dzieci! Ty, taki dumny arystokrata, czystokrwisty czarodziej... Jesteś niewolnikiem, co tu ukrywać... szlamy! Rozważ to.
– Nieprawda! – jęknął chłopak. – Niemożliwe...
– Jak najbardziej możliwe. Spójrz prawdzie w oczy – powiedział drwiąco mężczyzna. – Wiesz już doskonale, czym naprawdę jest służenie „czarnemu panu"; jak go nazywasz. Jeśli nie porzucisz tego psychopaty, czeka cię Azkaban, a gdybyś wpadł w jego łapy to możesz być pewien śmierci poprzedzonej potwornymi torturami. No i zanim cię zadręczy będziesz zmuszony patrzeć, jak znęca się nad twoimi rodzicami!
Malfoy podniósł głowę i spojrzał na Snape'a z dziwnym błyskiem w oku.
– A jak pana zabiję? – spytał cicho.
Mistrz Eliksirów wzruszył ramionami.
– Nie mam zamiaru dać się zabić – prychnął. – Ale nawet jakby ci się przypadkiem udało, to możesz być pewien, że pożyjesz tylko kilka minut dłużej ode mnie. – Ostatnia groźba została wypowiedziana dziwnie miękko i jednocześnie śmiertelnie poważnie.
– Nie chcę pana zabić – szepnął chłopak.
– Mam nadzieję, że powtórzysz mi to jutro rano z większą pewnością, co do swojej decyzji. Bo jeśli nie...
– Wiem – przerwał Draco. – Jeśli nie, to trafię do Azkabanu!
– Dokładnie tak, panie Malfoy – podsumował dyskusję Dumbledore. – A jeśli przejdzie pan na naszą stronę, usunę panu symbol pańskiego zniewolenia.
Obaj mężczyźni wyszli z salonu Slytherinu. Snape ostentacyjnie schował do kieszeni różdżkę Dracona.
Gdy przebrzmiał trzask zamykanych drzwi chłopak osunął się na fotel trzęsąc się jak osika. Przez całą rozmowę stał przed Snape'em i nawet nie przemknęło mu przez myśl, żeby usiąść...
###
Poniedziałek 15 lipca 1996 roku, godzina dziesiąta wieczorem – Hogwart, pokój wspólny Slytherinu.
Nie wiedział jak długo to trwało. Po prostu siedział z twarzą ukrytą w dłoniach. Trzask otwieranych drzwi wyrwał go z odrętwienia. Draco poderwał głowę i ze zdumieniem spojrzał na wchodzącego do pokoju Zabiniego.
– Co ty tu robisz?! – wykrzyknął. – Smok cię nie porwał? – wyrwało mu się głupio.
– Jak widzisz, nie porwał – wyszczerzył się drwiąco Blaise. – A TY co tu robisz? – odwzajemnił się, unosząc kpiąco brew. – Spodziewałbym się ciebie raczej w Azkabanie – mruknął, przypatrując się Malfoyowi zmrużonymi oczami.
– Co... Dlaczego? – W zamyśle Draco miało to zabrzmieć wyzywająco i gniewnie, ale wbrew zamiarom chłopaka głos mu zadrżał.
Zabini oparł się nonszalancko o ścianę.
– Draco, czy ty naprawdę dostałeś od Czarnego Pana rozkaz, by zabić Snape'a? – spytał cicho.
Malfoy zerwał się z fotela zaciskając pięści, ale po chwili bezsilnie zwiesił głowę siadając na powrót.
– Tak... Więc już wiesz... – szepnął z rezygnacją.
– Na Merlina – westchnął Blaise. – On mnie nie bajerował...
– Kto?! – warknął Draco.
– Opowiem ci – Zabini odkleił się od ściany i ułożył na kanapie. – A potem pogadamy. No i radzę, żebyś się wygodnie usadowił, bo moja opowieść będzie długa.
Malfoy, ku swemu własnemu zdumieniu, posłuchał. Opowieść Zabiniego była rzeczywiście długa i barwna. I bardzo ciekawa. Gdy Blaise wreszcie skończył, Draconowi kręciło się w głowie od nadmiaru wrażeń.
– Powiedziałeś, że ten... Hans... nauczył cię wyświetlać wspomnienia... – poruszył ostrożnie najważniejszy dla niego temat.
– Tak! I to wcale nie jest trudne – potwierdził żywo Blaise. – Nauczyłem się w pół godziny.
– Czy to ma coś wspólnego z legilimencją? – dociekał Malfoy.
– A skąd! To trochę jak odwrotność oklumencji. Pokazujesz, a nie ukrywasz. I oczywiście wyłącznie swoje wspomnienia. Musisz nad nimi zapanować, bo inaczej będzie to tylko chaos barw i dźwięków zmieszanych z zapachami. I nic więcej.
– Aha... Czy w takim razie mógłbyś mi coś pokazać? – zapytał Draco pozornie niedbale.
– Owszem, mógłbym. Na przykład... Twoją rozmowę z Czarnym Panem. Hans mi TO właśnie wyświetlił – odpowiedział Blaise z powagą. – I ty sam ocenisz, czy to jest prawdą, czy nie.
Malfoy zamarł jak spetryfikowany. Tego absolutnie się nie spodziewał.
– Nie! – jęknął. – Już mi to pokazali... Pokazał – poprawił się.
– Kto? – zdziwił się Blaise.
– Snape... – szepnął Draco.
Zabini zawahał się. Poczuł, że coś jest nie tak. A jednak...
– No, właśnie – mruknął. – Nasz opiekun... O nim też chciałbym z tobą porozmawiać. Ale to za chwilę... – urwał nagle, widząc wyraz twarzy kolegi. Draco miał oczy zaszczutego zwierzątka. Blaise zauważył też, że jego platynowe włosy oklapły i przybrały szarosrebrną barwę. I nie wyglądały tak nieskazitelnie jak zwykle.
– A ty... Co zdecydowałeś? – wychrypiał Malfoy.
– No, cóż – mruknął Zabini, ważąc słowa. – Ja i moja matka podjęliśmy już decyzję...
– Jaką? – spytał Draco patrząc z napięciem na rozmówcę. Przez chwilę obaj chłopcy mierzyli się oczami.
– Żadne z nas nie zamierza wspierać przegranych – odpowiedział wreszcie enigmatycznie Blaise unosząc jednocześnie lewy kącik ust w złośliwym uśmieszku.
– A kto waszym zdaniem będzie zwycięzcą? – drążył Malfoy.
– Na pewno nie Czarny Pan – stwierdził stanowczo Blaise.
– Więc... Dumbledore? – wymamrotał Draco z trudem. Odniósł wrażenie, że gardło ma suche jak wiór. Z wysiłkiem przełknął ślinę.
– Jest najbliżej i sprzymierzył się z tymi magami co żyją w symbiozie z mugolami – odpowiedział swobodnym tonem Zabini.
– Zdrajcy czarodziejów! – warknął wściekle Draco, wyładowując frustrację. Nie potrafił rozeznać się w swoich uczuciach. Rozpacz, nadzieja i strach na przemian brały górę w jego umyśle. A jednocześnie usiłował skupić się na tym, czego dowiedział się od Zabiniego. Wstrząsnęło nim to mocniej, niż chciałby się do tego przyznać sam przed sobą. No i nie mógł się oszukiwać co do jeszcze jednej rzeczy. Niesamowicie go to wszystko zafascynowało! Słyszał wcześniej tylko jakieś mętne plotki, że wśród mugoli żyją czarodzieje ukrywający się przed Ministerstwem. Prawda okazała się gorzka. Oplatała ich sieć kłamstw!
Blaise zachichotał złośliwie.
– Przypuszczam, że większość czarodziejów podległych naszym władzom... Czyli Ministerstwu... Gdy się o nich dowiedzą... JEŚLI się dowiedzą... to tak samo jak ty uznają ich za zdrajców. Tylko, że ONI mają nas za głupców – podsumował sprawę.
Draco wciągnął ze świstem powietrze. Pomyślał ponuro, że Blaise doskonale to określił. Nie zamierzał już więcej sam siebie oszukiwać. Jego kumpel nie kłamał. Znał go wystarczająco dobrze, żeby mieć pewność co do jednego – powiedział prawdę. Może nie całą. Ale prawdę.
– Ten Niemiec mówił ci o sobie coś więcej? – spytał. – Oprócz tego, że jest narzeczonym wampirzycy?
– Tak, nawet sporo – odparł żywo Blaise. Uśmiechnął się do siebie. Oczywiście, wypytywał Hansa o jego rodzinę. Dowiedział się, że Niemiec jest mieszańcem półkrwi. Tylko jego matka i rodzeństwo są, jak się wyraził, „istotami magicznymi", a ojciec jest niemagiczny i jest porządnym farmerem z dziada pradziada. Powtórzył to Malfoyowi.
– Byliście razem cały dzień. Zabawiał cię, pokazywał ci mugolskie sprzęty, a wszystko po to, żebyś uznał świat mugoli za interesujący – stwierdził Draco.
– I wart bliższego poznania – dopowiedział Blaise. – Zależało mu na tym, niewątpliwie.
– No właśnie... – Draco zastanowił się nad tą kwestią. Do głowy przyszła mu nowa myśl. – Twierdził, że śledzą poczynania Czarnego Pana mugolskimi sposobami. Myślisz, że to prawda?
Zabini momentalnie spoważniał. Natychmiast zrozumiał o co Malfoyowi chodzi.
– Tak – potwierdził z powagą. – Pokazał mi jak oni łączą technikę mugoli z magią. Pomyśl... Różdżki dostają mając trzy, cztery lata. Hans co prawda swoją otrzymał, jak mi tłumaczył, dopiero gdy skończył pięć lat, ale to dlatego, że jego matka koniecznie chciała by miał różdżkę od Gregorowicza. Nikt im nie zabrania używania magii poza szkołą... O, do diaska! Zapomniałem go zapytać, czy mają jakieś szkoły magii, czy uczą się tylko w domu. Chyba muszą jakieś mieć... Jak sądzisz?
– Wydaje mi się oczywiste, że jakieś mają – wyraził swoją opinię Draco. – Jeśli są tak liczni. Wierzysz w to?
– Że jest ich tak wielu? Dziesięć razy więcej niż nas? – upewnił się Blaise.
– Tak, o to mi chodziło – westchnął Draco.
– A wiesz, że wierzę... Może trochę przesadził z tym: „dziesięć razy więcej", ale jestem przekonany, że jest ich o wiele więcej niż nas, no i potrafią na pewno więcej! Mówiłem ci...
– Owszem, mówiłeś – przerwał Malfoy. – Przekonał cię, że są lepsi w magii od nas. Ale, Blaise... To, że posługują się nią inaczej niż my, to wcale nie znaczy, że są lepsi! – Znów, ku irytacji chłopaka, jego głos miał błagalny ton. Tak, jakby sam siebie chciał upewnić, że... No, właśnie. Że co?
Usiłował się skupić, ale w głowie miał kompletny chaos. Nie chciał uwierzyć w to, co usłyszał od Zabiniego, wszystko w nim krzyczało: „NIE! TO NIEPRAWDA!" Potarł dłońmi skronie.
– A może ty byś mi coś opowiedział? – Głos kolegi dochodził jak zza kłębów waty.
– Co...? – jęknął. – O... ataku... smoków na nasz dom? Nie...
– Nie, to widziałem...
– Co?! – wrzasnął Draco. – Tego mi nie mówiłeś!
– Po co? – mruknął Blaise. – Myślałem, że nie chciałbyś...
– Pokaż mi to! – zażądał gwałtownie Draco.
– Co? – zdumiał się Blaise. – Naprawdę chcesz...
– Tak! Chcę! Jeśli rzeczywiście nauczyłeś się, jak mówisz: „wyświetlać" swoje wspomnienia, to pokaż mi to!
– Dobrze. Ale to chwilę potrwa. Muszę się skupić – oznajmił Zabini.
Malfoy obserwował go w napięciu. Potrwało nie chwilę, ale znacznie dłużej. Wreszcie... Jeden z gobelinów w pokoju wspólnym zasnuł się srebrzystą mgłą. Wyłonił się z niej niesamowicie wyraźny obraz Malfoy Manor widziany z lotu ptaka. Nad dachem dworu nagle zmaterializowały się dwa wielkie smoki – czarny rogogon i zielony walijski. Jakby wyłoniły się z nicości. Draco zerwał się zaciskając pięści. Bez tchu wpatrywał się w przerażające sceny. Zionące ogniem skrzydlate potwory rozwaliły ścianę jego pokoju. Najwyraźniej były doskonale zorientowane w rozkładzie pomieszczeń budynku. Chłopak uświadomił sobie, że gdyby nie siedział wtedy z matką w salonie zostałby porwany. W chwilę potem runęła cała ściana frontowa odsłaniając wszystkie komnaty... Jak w jakimś powiększonym do absurdalnych rozmiarów domku dla lalek. Jego matka i on sam, miotający zaklęcia... Upadł popchnięty przez nią, a ona osłaniając go własnym ciałem podjęła heroiczną walkę. Smoki ciskały zaklęciami... O, na Merlina! Teraz dopiero dotarła do niego prawda. To były inteligentne smoki, o których mówił Zabiniemu ten Niemiec!
Draco nagle zorientował się, że obrazy walki zniknęły, a on gapi się na doskonale mu znany gobelin. Usiadł i potrząsnął głową. Podniósł wzrok i napotkał spojrzenie ciemnych oczu kolegi. Z ulgą skonstatował, że nie było w nich tego, co bał się ujrzeć. Litości.
– Ja też miałem szczęście – stwierdził Blaise rzeczowo. – Lovegood podrzuciła mi świstoklik. Tuż przed atakiem smoka. A sama się deportowała... – zakończył z zastanowieniem.
– Ona jest dopiero w piątej klasie! – wyrwało się Malfoyowi.
– Właśnie – potwierdził Zabini. – I to była teleportacja na olbrzymią odległość, bo z Włoch do Francji! A nie wierzę, żeby miała licencję. Jest za młoda...
– Jeśli trzyma z tamtymi, to może mieć w nosie licencję. ONI nie przejmują się naszym prawem. A przynajmniej tak zrozumiałem z twojej opowieści – mruknął Draco.
– Na pewno ma z nimi ścisłe kontakty – zgodził się Blaise. – I myślę, że nie tylko ona.
– Co chcesz przez to powiedzieć?
– Mama mi opowiedziała, co się działo w gabinecie dyrektora... – odpowiedział powoli Zabini. – jednak mam wrażenie... Że moja rodzicielka o czymś nie wie... Ale TY wiesz – powiedział z naciskiem. – Może mi powiesz?
– O czym? – Malfoy wyglądał na autentycznie zdziwionego.
– Raczej o kim. O naszym opiekunie...
– O co ci chodzi?
Zabini przyglądał się Malfoyowi badawczo, jednocześnie zastanawiając się gorączkowo, ile ze swoich podejrzeń i przypuszczeń może mu wyjawić. Nie ufał zbytnio Draconowi, ale nie było tu niestety nikogo innego, z kim mógłby podyskutować. No i prawdę powiedziawszy trochę mu go było żal. Chłopak strasznie się wkopał, czy jednak miał jakiś wybór? Hans rozmawiał z nim także i o Malfoyu. Blaise odniósł wrażenie, że Niemiec odrobinę współczuje „księciu Slytherinu", ale tylko odrobinę. Bardziej potępia go za głupotę, a jednocześnie rozumie jak trudno wyrwać się takim jak on z zaklętego kręgu uprzedzeń i poglądów wbijanych w głowę niemal od niemowlęcia. Lecz w tym środowisku byli przecież buntownicy, którzy się z tego przeklętego kotła wydostali, choć drogo ich to kosztowało, nieraz nawet życie! Od Hansa Blaise dowiedział się prawdy o Syriuszu Blacku, co solidnie nim wstrząsnęło. Pomyślał o sobie, że ma niesamowite szczęście i jest w komfortowej sytuacji. Jego matka była zbyt mądra, żeby dać się nabrać na jakieś „ideologie". Jej cynizm paradoksalnie uratował i ją samą i jego przed wplątaniem się w wojnę po stronie Czarnego Pana. Choć nie przepadała za „szlamami" to nie stroniła od współpracy z nimi, gdy było to dla niej korzystne. Fakt, popełniła gruby błąd, poślubiając śmierciożercę, ale i tym razem sprzyjało jej szczęście. Udało się jej uwolnić od tego człowieka nie brudząc sobie rąk.
Nie, zdecydował Blaise. Jednak nie będzie rozmawiał z Malfoyem o tym zagadkowym zjawisku, które widział rano, ani o swoich podejrzeniach. Poruszy tylko jedną sprawę. Draco co prawda nie powalał inteligencją, ale nie był zupełnie głupi, no i na pewno też zauważył to, co nachalnie pchało się przed oczy.
– Myślę o tym, że Snape musi mieć kontakty z tymi czarodziejami „spoza"... – wyjaśnił. – Nie widziałem go, ale matka dość dokładnie, jak sądzę, opisała mi całą scenę... Snape był w mugolskim ubraniu i nie był sam. Przybył w dwóch osobach...
– Eliksir wielosokowy – przerwał mu gwałtownie Malfoy.
– To możliwe – przyznał Blaise. – Ale potem? Pojawiło się jeszcze dwóch takich samych Snape'ów, a Dumbledore uznał, że nawet to jeszcze za mało i wyczarował kolejnego. I cała piątka zachowywała się... No, jak prawdziwy Snape. Jeśli był tam tylko jeden autentyczny, co chyba możemy przyjąć za pewnik, to kim byli pozostali? I skąd się wzięli? Bo najpierw tych dwóch przyleciało świstoklikiem i to razem z nieświętą trójcą gryfiaków, a tych trzech kolejnych pojawiło się później.
– Chwilę później – podkreślił Draco.
– Dobra, chwilę później. Czyli co?
Blondyn zamyślił się, odruchowo przygładzając dłonią włosy.
– Nie zastanawiałem się nad tym – mruknął wreszcie. – Miałem... Myślałem o czym innym... Ale masz rację – wykrzyknął zrywając się. Przez chwilę krążył niespokojnie po pokoju. Kopnął krzesło, które znalazło się na jego drodze, zatrzymał się i odwrócił. – Twoja matka bardzo się o ciebie martwiła, a on, to znaczy Snape... jeden z tych pięciu... któryś... powiedział, że jesteś bezpieczny. Wasz skrzat opowiadał o tym, że zniknąłeś, a wtedy Nietoperz oznajmił, że świstoklik, który cię uratował: „podrzucili nasi ludzie"; rozumiesz?! I nie chciał nic wyjaśnić! Chyba masz rację, co do tych kontaktów – stwierdził ponuro. – Jak się dowiedziałem, że on jest szpiegiem Dumbla, to... No, nie mogłem uwierzyć! – wyznał smętnie.
– Hmm... Nazwałeś go „Nietoperzem" przed chwilą...
– No, przecież wszyscy tak o nim mówią... Ej! Czekaj! Myślisz, że Snape jest... Wampirem?!
– Otóż to – potaknął energicznie Blaise. – Wcześniej to się zawsze tylko śmialiśmy, jak słyszeliśmy takie gadanie, ale teraz, jak poznałem te dwa wampiry, to sobie pomyślałem, że to całkiem możliwe, nie sądzisz?
– Nie boją się słońca. Piją krew. Żyją wśród mugoli... Snape WYGLĄDA jak wampir, ale... – mamrotał Draco niepewnie.
– Wygląd może być mylący – zauważył ostrzegawczym tonem Blaise. – Colette przypomina wilę, a ten jej kuzyn też jest blondynem. Nie boją się srebra, on nosi srebrną bransoletę, ona miała srebrny pierścionek. Zaś co do czosnku, to wśród wędlin, które podano na śniadanie była szynka z czosnkiem. Specjalnie uważałem, wampirzyca ją jadła. Ze smakiem. Jej kuzyn niestety wypił tylko kawę, bo mówił, że śniadanie zjadł wcześniej. Zatem co do niego, to nie wiadomo. Ale myślę, że czosnkiem także by nie pogardził. No więc?
– Ja nie jestem wampirem, a czosnku nie cierpię. – Draco z obrzydzeniem zmarszczył swój arystokratyczny nos. – A co do srebra... Snape też nosi srebrną bransoletę. – chłopak skrzywił się z irytacją. – Na prawym przegubie. Chyba jakaś rodowa...
– Zauważyłeś. – Blaise uśmiechnął się z zadowoleniem. – Bo widzisz, ja też ją zauważyłem. I bransoleta naszego opiekuna, jeśli dobrze ją zapamiętałem, jest identyczna jak ta, którą miał na PRAWYM PRZEGUBIE – podkreślił z naciskiem – wampir o imieniu zaczynającym się na „Kor"...
Popatrzyli na siebie bez słowa.
###
Godzinę później – jedno z dormitoriów w Slytherinie.
Blaise Zabini siedział na łóżku w jednym z pustych teraz dormitorium siódmoklasistów. Był sam, co bardzo mu odpowiadało. Malfoy został w ich starej sypialni. Nie rozmawiali na ten temat, Blaise po prostu powiedział koledze „dobranoc" i wyszedł. Potrzebował samotności. Bo miał o czym myśleć. Skupił się i metodycznie roztrząsał posiadane informacje. Jednak czuł niedosyt. Wiedza uzyskana od Hansa Grüna, wampirów, matki oraz Malfoya zdecydowanie wymagała uzupełnienia. Postanowił, że zaraz po śniadaniu uda się do biblioteki i przewertuje stare kroniki rodowe. Zaklęcie przeszukujące katalogi opanował na szczęście już na trzecim roku, więc znalezienie właściwych woluminów nie powinno mu zająć dużo czasu.
Zaś dyskusja z Malfoyem okazała się niestety czystą stratą czasu. Nie doszli do żadnych konstruktywnych wniosków. Draco miał zresztą myśli zajęte własnymi problemami, więc Blaise szybko zrezygnował z rozmowy z nim. Zachował też dla siebie najbardziej intrygującą tajemnicę, na jaką natknął się w rezydencji pięknej wampirzycy. Musiał być ostrożny, intuicja podpowiadała mu, że przyznanie się do tego, co zaobserwował, może być dla niego niebezpieczne. Miał przy tym dziwne wrażenie, że niedawno gdzieś coś czytał, co mogłoby mu pomóc w rozwikłaniu zagadki, ale nie mógł sobie przypomnieć, co to było. Potarł skronie z zastanowieniem. Już miał się poddać i położyć spać, gdy nagle zaskoczył. I uświadomił sobie, że przecież ma sposób, by sprawdzić, czy jego pamięć zadziałała właściwie.
Zeskoczył z łóżka.
– Plątek! – zawołał.
– Jestem, paniczu! – Skrzat kłaniając się, tradycyjnie dotknął nosem podłogi.
– Czy nasz dom, ten w Anglii, jest całkowicie zburzony? – spytał chłopak.
– Nie, paniczu – uspokoił go skrzat. – Tylko jedna ściana jest mocno uszkodzona.
– Świetnie. Posłuchaj uważnie... Udasz się natychmiast do domu i przyniesiesz mi wszystkie egzemplarze „Quibblera" jakie znajdziesz. A najbardziej zależy mi na ostatnich. Rozumiesz?
– Tak, paniczu! Plątek zaraz to zrobi! – oznajmił skrzat i zniknął z cichym pyknięciem.
###
Blaise niecierpliwie kartkował ostatni numer „Quibblera". Jest! Jednak dobrze pamiętał! Przeczytał ponownie i bardzo uważnie artykuł sygnowany literami l.p.n. Poprzednio ubawił się setnie, czytając pseudonaukowe – jak sądził wtedy – rozważania zainspirowane atakami smoków na siedziby najbardziej znanych zwolenników Tego–Którego–Imienia–Nie–Wolno–Wymawiać. Oni mieli wtedy szczęście. Ich dom zostawiono w spokoju podczas pierwszej fali ataków. Zapewne Czarny Rogogon uznał, że nie warto sobie zawracać głowy podrzędnym śmierciożercą, jakim był jego ojczym. Ale jego matka się wystraszyła i kazała mu wyjechać do Włoch. Miała cholerną rację!
Chłopak odłożył pisemko i zamyślił się. Po chwili ponownie sięgnął po magazyn i jeszcze raz przejrzał artykuł. Zadał sobie zasadnicze pytanie: co powinien zrobić? Jedyną osobą, której mógł zaufać, była jego matka. Ale ona niewiele wiedziała o animagii, bo nigdy się tym nie interesowała. Niestety, on sam też nie...
No i naprawdę nie miał pewności, czy rzeczywiście widział to, co miał wrażenie, że widział, czy mu się tylko zdawało? Kilka sekund, nie dłużej!
Przez chwilę rozważał, czy mógłby znaleźć cośkolwiek w bibliotece. Postanowił spróbować, choć nie żywił co do tego wielkich nadziei. Ale spróbować nie zawadzi.
Jak na ironię, z kolei, jedyne dwie osoby obecne w tej chwili w zamku, od których zapewne mógłby uzyskać wiarygodne informacje, na pewno nic mu nie powiedzą. McGonagall i Pomyluna. A niech to hipogryf zeżre! Nie może pójść ze swoim pytaniem ani do jednej, ani do drugiej. Wyleniała kocica jest uprzedzona i nie lubi Ślizgonów. Nieraz ich karała niesprawiedliwie i zawsze stawała po stronie swoich wychowanków. A szczególnie wtedy, gdy Gryfoni ewidentnie zawinili. Nie było sensu nawet próbować z nią rozmawiać. No i musi wziąć pod uwagę jeszcze jedno... Może jednak ona nic nie wie... o TYM? Hmm... Nie, opiekunka Lwów odpada. Blaise z westchnieniem zaczął się zastanawiać nad drugą kandydatką do... no, dyskusji. Pomyluna. Już prędzej Krukonka posiada wiedzę o TYM. To przecież jej ojciec wydaje „Quibblera" i możliwe, że on sam napisał ten artykuł. Zastanawiał się, co może znaczyć skrót l.p.n.? „l" jak Lovegood, a dalej? Eee... Też miał o czym myśleć!
Ale rozmowa z Pomyluną, to także chyba nie był dobry pomysł. Nie, na pewno nie. Lovegood raczej nic mu nie powie. Albo będzie udawać wariatkę, jak zwykle. Przyjaźni się przecież z wampirzycą i na pewno trzyma z tymi „niezależnymi" czarodziejami. Jeśli zna ich tajemnice, to będzie je chronić...
No dobrze, to czemu w takim razie Lovegood pisał o tym w swoim pisemku?
I pojawiało się kolejne oczywiste pytanie: skąd stary Lovegood czerpie informacje?! I skąd wie, co się dzieje w Ministerstwie? A może właśnie od „niezależnych" czarodziejów? Oni mają szpiegów w społeczności magicznego „getta" – Hans poinformował go przecież o tym wprost. Jeśli tak, to czy wiedzą, jak Lovegood wykorzystuje kontakty z nimi? Był nielojalny wobec przyjaciół córki i zmarłej żony, albo... Robi to za ich zgodą?
Blaise zagryzł wargi z frustracji. Coś mu się klarowało, ale... Niejasny domysł nagle nabrał realnych kształtów. Na chybił trafił przekartkował kilka numerów „Quibblera" i cisnął je z przekleństwem na podłogę. Przed oczami migały mu tytuły: „Czy Korneliusz Knot zamierza przejąć Bank Gringotta?"; „Magia heliopatów"; „Tajemnice w Departamencie Tajemnic – straszliwe trucizny"; „Potter przemówił – cała prawda o powrocie Tego–Którego–Imienia–Nie–Wolno–Wymawiać"...
Wszystko było jasne. Ludzie to banda idiotów. Jak to się stało, że nikt nie dostrzegł czegoś tak oczywistego?!
Chrapaki krętorogie! Zasłona dymna.
###
Blaise nie mógł wiedzieć, że kilka komnat dalej Severus Snape i jego przyjaciel Olaf Goldstone robią dokładnie to samo, co on. Przeglądają stare numery „Quibblera", klnąc przy tym bardzo ordynarnie i obrazowo. W kilku językach.
– Jak go dorwę, to mu zdejmę łeb z karku, potem przykleję z powrotem, a potem zerwę jeszcze raz! – zagroził nieziemsko wściekły Snape.
– Też mam ochotę zrobić to samo – przyznał z westchnieniem Goldstone.
– Maniak – mruknął Mistrz Eliksirów.
– Maniak, fakt, nie da się ukryć – zgodził się Olaf. Nagle roześmiał się głośno. – Ale, Sev, nie możesz zaprzeczyć, że ten Krukon jest genialny!
– Nie miałem pojęcia o kontaktach jego żony z Charlotte i Colette de Brasier. A teraz się dowiedziałem, że Lovegoodowie przyjaźnili się z de Brasierami i Cordaymi od trzech pokoleń. Ojciec Charlotte Corday–Brasier, Juvet, był spokrewniony z rodzicami Anette Rosenberg, czyli późniejszej pani Lovegood, a rodzice Ksenofiliusa Lovegooda studiowali razem z de Brasierami w Oksfordzie – powiedział z goryczą Snape, pomijając milczeniem uwagi o genialności wydawcy „Quibblera".
– Pisze prawdę, ale tak, że nikt w to nie wierzy – zauważył Olaf.
– Jak wydrukował wywiad z Potterem, to zrzucił maskę – warknął Snape.
– Ale przyznasz, że poza tym jednym wyskokiem, wszystko co napisał wygląda na niepoważne brednie – stwierdził Olaf.
– Racja – mruknął Snape niechętnie. – Tylko weź pod uwagę, że choć myślenie nie jest najbardziej ulubionym zajęciem osobników ludzkich, zawsze znajdzie się kilka sztuk, które potrafią używać mózgu. I to bardzo sprawnie.
– Myślisz o pannie Granger. – Goldstone uśmiechnął się złośliwie.
– A chociażby... – potwierdził Mistrz Eliksirów. Jego ponure spojrzenie było aż nadto wymowne. – Przypomnij sobie, że to ona nam to zasugerowała. – Wskazał dłonią rozsypane w nieładzie stare egzemplarze „Quibblera".
– Ciekawe, że w hogwarckiej bibliotece znaleźliśmy prawie wszystkie numery tego kontrowersyjnego pisemka... – zakpił Goldstone.
– Komiksy o Szalonym Mugolu Muggsie też tu są – prychnął Snape. – Jak Dumbledore został dyrektorem Hogwartu, to od razu stworzył w bibliotece dział „literatura piękna" – wyjaśnił. – Wcześniej nic takiego tu nie było. Sprowadził klasykę, ale i mnóstwo śmiecia. Bo, jak stwierdził: „Nie samą nauką uczeń żyje".
– A kto najgłośniej protestował? – zaciekawił się Olaf.
– Oczywiście McGonagall, któżby inny – zachichotał Severus.
– Nie ma numeru z wywiadem z Potterem – zauważył Goldstone, przerzucając magazyny.
– Pince go schowała, żeby Ropucha tego nie zniszczyła – wyjaśnił Snape. – Ale nie będę grzebał tej zasuszonej molicy książkowej w jej tajnych skrytkach, boby mnie za to utrupiła. Zresztą nie muszę, ten akurat numer mam w domu. Jedyny numer „Quibblera" jaki kupiłem – westchnął.
– Chętnie przeczytam go jeszcze raz – zadeklarował Olaf.
Popatrzyli na siebie.
– Co robimy? – spytał rzeczowo Goldstone.
– Musimy porozmawiać z panną Lovegood i jej ojcem. Natychmiast – stwierdził Snape.
– Kto pierwszy? Ona? – zastanowił się Norweg.
– Nie. On! – zdecydował Mistrz Eliksirów.
###
Poniedziałek 15 lipca 1996 roku, godzina jedenasta wieczorem – Dom Riddle'ów, Little Hangleton.
– Ssss... Nagini! Ssss...
Wąż się nie pojawił. Zaniepokojony Voldemort wyszedł przed dom. Rozejrzał się, ale nie zauważył ulubienicy. Powinna już była wrócić z polowania!
Znów zasyczał. Odpowiedzi nie było. Czując coraz silniejszy niepokój, wyszedł na łąkę za domem. Nagini lubiła tu przebywać.
W nozdrza uderzył go smród krwi. Znał świetnie ten zapach...
Omal nie nadepnął na szczątki węża. Powoli, jak we śnie, schylił się i podniósł skrwawioną głowę Nagini. Wzdrygnął się. Oczy... zamiast jej oczu były tylko dwie wypalone jamy. Jakby ktoś niezwykle precyzyjnie wycelował rozgrzanymi igłami w wężowe ślepia. Głowę od ciała oddzieliły potężne kły. Czarny Pan przykucnął i z uwagą przyjrzał się leżącemu nieopodal cielsku wężycy. Porwane na strzępy... Poszarpana skóra i mięśnie, kręgosłup przecięty jak nożem. Ślady potwornych kłów nie pozostawiały wątpliwości jak zginęła.
Wokół widniały ślady psich łap. Olbrzymie. Zryta i przesiąknięta krwią ziemia była dowodem, że Nagini nie poddała się łatwo.
Swąd spalenizny... Na trawniku wypalone plamy. Do gołej ziemi.
Mężczyzna zadrżał i szybko się rozejrzał. Nikogo.
Wyciągnął różdżkę i zaczął rzucać zaklęcia wykrywające. Ale żadnej innej krwi niż węża nie było ani kropli. Szybko sprawdził gruczoły jadowe. Rezultat był porażający. Wężyca nie zdołała ugryźć swego zabójcy...
Poczuł ulgę, że jest tu sam i nikt z jego podwładnych go teraz nie widzi. Absolutnie nie mógł sobie pozwolić na ujawnienie przed nimi, że się boi.
