###
– Gryffindor traci dwadzieścia punktów! – ryknął Snape. – Gdzieś ty się włóczył?! Mało ci było ataku po południu? Jesteś w niebezpieczeństwie, nie rozumiesz?!
Harry podniósł głowę i spojrzał swemu wujowi prosto w oczy.
– Teraz się o mnie troszczysz? – spytał cicho. – Czemu nie wcześniej? Dlaczego mnie nie zabrałeś?! Byłeś tam pierwszy! – krzyknął z głębi serca. – Pamiętam jednorożca, miał czarne oczy, czarną grzywę i ogon... I złoty róg... – dodał, gorączkowo gestykulując.
Snape zamarł. Wyglądał na niesamowicie zaskoczonego. Wreszcie przemógł bezwład.
– Jakże niezwykła jest pamięć dziecka – westchnął ciężko.
– Harry, o czym ty mówisz?! – jęknęła ze zgrozą i zdumieniem profesor McGonagall. – Gdzie Severus był pierwszy? I jaki jednorożec z czarną grzywą i złotym rogiem?! Takich jednorożców nie ma! – zakończyła dobitnie, wpatrując się w chłopca z niepokojem.
– Ależ są! – Hermiona, Ron i bliźniacy wypowiedzieli te dwa słowa jednocześnie i idealnie zgodnie.
– Jeden istnieje na pewno – oznajmiła spokojnie Luna. – Innych takich nie widziałam – dodała wyjaśniająco.
– Krukonka – mruknął z przekąsem Dean. – Precyzja wypowiedzi to podstawa porozumienia – dopowiedział kpiąco.
– Jak mawiała mądra Rowena. – Luna obojętnie skwitowała drwiny Gryfona. – Przestrzeganie tej zasady nikomu nie zaszkodzi.
Ta wymiana zdań umknęła uwadze Harry'ego. Wpatrywał się w Snape'a tak intensywnie, że aż oczy zaszły mu łzami.
– Byłeś tam... – powtórzył jak w transie.
– Tak, byłem. Pierwszy – potwierdził Snape. – Chcesz się dowiedzieć prawdy?
– Tak! Chcę! – zażądał chłopak.
W pokoju zapanowała przeraźliwa cisza.
– Jak już wiesz, twoja matka umierając wypowiedziała dwa imiona. Twoje i ukochanego mężczyzny...
Snape zerknął na Lupina, który w tym momencie drgnął lekko i spuścił głowę.
– Usłyszałem to, bo nasze umysły były związane zarówno przez magię pokrewieństwa jak i poprzez rytuał Przymierza Krwi... – Snape mówił cicho, ale jego głos docierał do wszystkich. – Chwilę potem potworny ból promieniujący z Mrocznego Znaku pozbawił mnie przytomności. Trwało to kilka sekund. Jak tylko się ocknąłem, natychmiast teleportowałem się do Doliny Godryka.
– Z Francji! – wyrwało się Hermionie. Patrzyła na mężczyznę z ogromnym podziwem.
– Tak, panno Granger – odparł Mistrz Eliksirów zadziwiająco uprzejmie, pomimo, że mu przerwała.
– Przepraszam... – szepnęła zmieszana dziewczyna. Przez chwilę mężczyzna przyglądał się jej uważnie, po czym podjął opowieść.
– Twój płacz słychać było aż na ulicy – zwrócił się do Harry'ego. – Drzwi wejściowe leżały na trawniku, ze wszystkich okien powypadały szyby. Wszedłem do środka. W salonie zobaczyłem martwego Pottera... Twego ojca. Przeskoczyłem przez jego ciało i wbiegłem po zrujnowanych schodach na górę. Wpadłem do twojego pokoju. Lily leżała na wznak, z rozrzuconymi rękami. Nie musiałem jej dotykać, widziałem, że nie żyje... Leżałeś obok niej zanosząc się szlochem. Twoje łóżeczko było wywrócone na bok. Miałeś zakrwawioną twarz i ściskałeś misia... Usiłowałem zetrzeć ci krew z czoła, ale gdy cię dotknąłem powaliła mnie nowa fala bólu. A po niej przyszła następna. Upadłem obok Lily. Nie wiem, jak długo leżałem. Chyba kilka minut... A może kilkanaście? Przytomność odzyskałem na szczęście we właściwym momencie. – Snape wykrzywił usta w gorzkim grymasie. – Usłyszałem rumor i głos Hagrida. Rzuciłem na siebie zaklęcie niewidzialności, ale wyczerpało mnie to tak, że nie byłem w stanie zrobić nic więcej. Ledwo, ledwo odczołgałem się pod ścianę. A i tak, choć skuliłem się najbardziej jak tylko mogłem, Hagrid się o mnie otarł.
– Hagrid opowiadał mi... Że wyciągnął mnie z gruzów... – mruknął Harry.
– Na wasz dom profesor Dumbledore nałożył zaklęcie alarmowe – wyjaśnił Snape, patrząc na dyrektora.
– Gdy zadziałało, od razu wiedziałem, że stało się coś strasznego... Że Voldemort wtargnął do waszego domu, Harry. Nie miałem nadziei, że ocaleliście – wtrącił cicho dyrektor. – Po tym, jak twój ojciec odrzucił moją propozycję, wciąż czułem niepokój. James upierał się, że Syriusz zostanie waszym Strażnikiem i że będziecie całkowicie bezpieczni pod jego ochroną. Nikt nie miał pojęcia, co naprawdę wykombinowali do spółki... Zastanawiałem się też, dlaczego James sam nie został Strażnikiem swojej rodziny. Bolało mnie, że mi nie zaufał, choć dziś myślę, że to raczej nie on a Lily nie miała do mnie zaufania. I wreszcie wiem, dlaczego – spojrzał ze smutkiem za Snape'a.
– Mało tego! – Olaf Goldstone podszedł do Harry'ego i spojrzał mu w oczy. – Twoja matka, Harry, zastosowała dodatkowe środki ostrożności, ale głupota Jamesa i Syriusza je zniweczyła!
– Jak to? – wybuchnął Harry.
– Wasz dom i cały ogród obłożono strefą antyteleportacyjną. Dla bezpieczeństwa. A kominek oczywiście odcięto od sieci fiuu – wyjaśnił Norweg. – Ale to nie tylko broniło was przed wtargnięciem obcych do was, ale niestety odcinało też wam drogę ucieczki. Lily natychmiast się w tym zorientowała i przygotowała szczelinę aportacyjną w tej osłonie. Oraz ratunkowe świstokliki do Hogwartu.
– Niestety, twój ojciec zlikwidował szczelinę, twierdząc, że to kuszenie losu... A świstokliki ukradł Glizdogon. O czym dowiedziałem się od niego samego... Niedawno – dopowiedział Mistrz Eliksirów.
– Alarm się rozdzwonił, a ja miałem w tym momencie na karku szefa aurorów i zastępcę ministra Magii – powiedział posępnie Dumbledore. – Natychmiast wysłałem Hagrida świstoklikiem do Doliny Godryka. Chciałem się tam aportować jak najszybciej, ale udało mi się to dopiero wieczorem następnego dnia. Niestety nie mogłem się ruszyć, musiałem pozbyć się moich gości. Co nie było wcale łatwe. Jeszcze siedzieli u mnie w gabinecie, gdy Hagrid przysłał mi sowę, że żyjesz i jesteś razem z nim w Hogwarcie. Kazałem mu wezwać Poppy Pomfrey, żeby pomogła się tobą zająć. Miał cię schować u siebie i oczywiście nikomu nie mówić co się stało. Kilka minut później pojawił się kolejny wysłannik od minister Bagnold i musiałem się udać do Ministerstwa. Wieści się rozeszły i ludzie zaczęli świętować klęskę Voldemorta. Choć nikt jeszcze nie wiedział, jak do tego doszło. Jedyne, co udało mi się załatwić, to wysłanie Minerwy pod dom twojej ciotki, Harry.
– To prawda – potwierdziła żywo profesor McGonagall. – Obserwowałam Dursleyów przez cały następny dzień. Oczywiście w mojej kociej postaci.
Dumbledore ciężko westchnął.
– Mów dalej, Severusie – poprosił cicho.
Mistrz Eliksirów skrzyżował ręce na piersi.
– Zrozumiałem, że profesor Dumbledore uważał was wszystkich za martwych... Domyśliłem się, że nie mógł przybyć sam i dlatego przysłał do Doliny Godryka Hagrida. Zdecydowałem się polecieć za nim do Hogwartu. Nie wiedziałem wtedy jeszcze, co zrobię. Była już głęboka noc i liczyłem na to, że ukryję się w zamku i w ten sposób się dowiem, co postanowił dyrektor odnośnie twego losu, Harry... Układałem sobie plany na następny dzień, gdy nagle pojawił się Black!
W oczach Mistrza Eliksirów błysnęła nienawiść. Harry wzdrygnął się.
– Ten kun... – Snape urwał, krzywiąc się boleśnie. – Black miał wtedy cholerne szczęście – ciągnął z wysiłkiem. Byłem zbyt osłabiony, by rzucić na niego jakiekolwiek zaklęcie. Bo gdybym miał choć trochę sił, trzasnąłbym go Avadą! A on... Ku memu zdumieniu oddał Hagridowi swój motor i zniknął. Teraz wiem, że ścigał Glizdogona... – Potarł czoło, wyraźnie usiłując zebrać myśli. – Niestety, zachował się jak idiota. Przecież wszyscy byli przekonani, że to on jest Strażnikiem Potterów. Powinien był się gdzieś schować i spróbować wyjaśnić sprawę, choćby pisząc list do profesora Dumbledore'a! Ale nie, on uważał, że musi... MUSI! natychmiast dopaść i ukarać zdrajcę! Nie doceniał go nigdy, zawsze nim pogardzał, a Pettigrew wciągnął go w pułapkę. Nie da się ukryć, że nie było to trudne... Nie wiedziałem wtedy, oczywiście, jaka jest prawda, ale dla mnie najważniejsze było, co będzie z tobą... – spojrzał na Harry'ego. – Pomyślałem, że Blacka dorwę później, a jak go aurorzy złapią wcześniej, to i dobrze!
– Syriusz mówił, że to był jego pomysł, ten z zamianą Strażników – odezwała się nagle Hermiona. – A jeśli...
– Co „jeśli"?! – warknął Snape.
– Jeśli to był naprawdę pomysł Pe... Glizdogona? Może skonfundował Syriusza i wmówił mu, że to on to wymyślił?
Wszyscy popatrzyli na nią zaskoczeni.
– Wątpię, żeby Pettigrew na to wpadł... Jeśli tak było – odpowiedział wolno Mistrz Eliksirów, patrząc na nią z uznaniem. – To raczej mógłby być plan samego Voldemorta. A ten mały tchórz wcale nie był aż tak beznadziejnym łamagą, jak o nim wszyscy myśleliśmy. Ja też mu się dałem nabrać – dodał z nutką żalu w głosie. – No, cóż. To tylko domysł. Ale prawdopodobny, panno Granger – zakończył.
McGonagall westchnęła ciężko.
– Nie tylko ty, Severusie, dałeś się nabrać – powiedziała ze smutkiem. W jej głosie dźwięczało poczucie winy. – Ale wróćmy do twojej opowieści. Co zrobiłeś, jak Hagrid zabrał Harry'ego do Hogwartu?
– Musiałem odczekać parę godzin. Byłem zbyt osłabiony, żeby przedsięwziąć cokolwiek. Mroczny Znak wciąż mnie palił jak ogniem, ale jego działanie zanikało. Oczywiście, nie mogłem zostać w ruinach domu Potterów. Dobrnąłem do lasu i ukryłem się tam, czekając, aż wrócą mi siły...
Słuchając swego wuja, Harry przypomniał sobie jego opowieść sprzed zaledwie kilku dni:
...I nie miałem żadnych wątpliwości, że się nie omyliłem – zdrajcą był Black! Wszyscy wtedy byli przekonani, że to on był Strażnikiem. Wróciłem natychmiast do Anglii, ale już było za późno...
...Dowiedziałem się od razu, że ty ocalałeś...
...I bardzo żałuję, że cię nie zabrałem. Za bardzo zawierzyłem panu, panie dyrektorze...
...Niestety, pańska ocena sytuacji okazała się zbyt optymistyczna! Zabrałbym chłopaka, ale to, – wskazał na Mroczny Znak – mnie powstrzymało. Piętno nie zniknęło, co oznaczało, że ten parszywa gadzina przeżył. I na pewno zrobi wszystko, żeby wrócić...
...Lily powiedziała mi o przepowiedni, ale wtedy, mając świadomość, że ona przed chwilą została zamordowana, a ja byłem oddalony od niej o tak wiele mil i nic nie mogłem zrobić... byłem zbyt zrozpaczony, żeby myśleć jasno i zdać sobie sprawę ze wszystkich możliwych skutków tego, co się wydarzyło...
A więc tak to wyglądało! Słuchał uważnie słów brata swojej matki, patrząc mu w twarz.
„Jakie to dziwne..." – pomyślał.
– Dopiero nad ranem doszedłem do siebie na tyle, że udało mi się zrobić świstoklik. Nie ryzykowałem aportacji, na to byłem za słaby. Wylądowałem na skraju Zakazanego Lasu. Wciąż byłem niewidzialny, na szczęście, więc oczywiście nikt mnie nie dostrzegł. Podkradłem się do chatki Hagrida i ku mojej radości zobaczyłem, że jest z nim Poppy, a ty śpisz. To mnie uspokoiło. Wślizgnąłem się do zamku. Udało mi się dostać do kuchni. Skonfundowałem skrzaty, które mnie nakarmiły. Zrobiłyby to i bez tego, ale wolałem, żeby nie pamiętały mojej wizyty, więc potem wymazałem im to z pamięci.
Harry ze zdziwieniem stwierdził, że jego wujowi chyba jest przykro, że musiał tak potraktować hogwarckie skrzaty. Ale po chwili przypomniał sobie służących ze Snape Manor i przestał się dziwić. Mistrz Eliksirów cenił i szanował te istoty, w przeciwieństwie do większości czarodziejów.
– Cały dzień spędziłem w Zakazanym Lesie, czekając na kolejny ruch dyrektora. Wreszcie wieczorem zobaczyłem, że Hagrid wychodzi z domku i siada na motor. Poppy wyniosła cię, Harry, opatuliła kocem i napominała Hagrida, żeby uważał. Umieścili cię w przyczepce, a zanim madame Pomfrey pozwoliła Hagridowi ruszyć, upewniła się, że jesteś bezpieczny. Rzuciła na ciebie chyba z tuzin zaklęć zabezpieczających...
– Jakich? – wyrwało się Harry'emu, zanim zdołał ugryźć się w język.
– Och, różnych! – wyjaśnił Snape. – Chroniących cię przed wypadnięciem z kosza motoru, ocieplających, amortyzujących wstrząsy... Połowy nawet nie znałem.
– Powinienem jej podziękować... – mruknął chłopak pod nosem.
– Na pewno – skwitował mężczyzna. – Poleciałem oczywiście za Hagridem. Wiedziałem, dokąd leci, bo jak odebrał sowę od profesora Dumbledore'a, to odczytał list głośno. Podsłuchiwałem pod oknem i słyszałem jak rozmawiał o tym z Poppy. Zastanawiali się oboje, dlaczego nie mógłbyś się wychowywać w Hogwarcie lub u jakiejś rodziny czarodziejów, choćby u Longbottomów...
– Chyba lepiej, że się tak nie stało – powiedział posępnie Neville.
– Z pewnością, panie Longbottom – potwierdził powściągliwie Snape. – Nikt nie miał pojęcia, co się naprawdę stało, bo bardzo niewielu ludzi słyszało o Zaklęciu Największego Poświęcenia. Można je rzucić tylko raz w życiu, bo to zaklęcie zadziała tylko wtedy, gdy rzucający umrze poświęcając swoje życie za kochaną osobę. Voldemort to wiedział i dlatego nie chciał zabić Lily. Przeliczył się...
Harry spuścił głowę. Poczuł, jak dłoń Luny zaciska się na jego nadgarstku. Delikatnie oddał jej uścisk.
– Kiedy pojawiłem się obok domu Petunii, profesor McGonagall właśnie zmieniała postać z kociej na ludzką – Snape popatrzył bez uśmiechu na opiekunkę Gryffindoru. – Słyszałem waszą rozmowę. Poczekałem aż odejdziecie – odwrócił się do Dumbledore'a i wicedyrektorki. Oboje zgodnie skinęli głowami. – Podszedłem do drzwi i posmarowałem ci czoło swoją krwią – podjął zwracając się do Harry'ego. – Czułem działanie ochronnej tarczy, jaka pojawiła się wokół Privet Drive. Pomyślałem, że może rzeczywiście profesor Dumbledore ma rację i Petunia będzie dla ciebie, Harry, lepszą opiekunką niż ja... Nigdy nie poznałem osobiście mojej młodszej siostry, tylko tyle o niej wiedziałem, ile mi opowiedziała Lily. A ona nie mówiła mi wszystkiego. I jej obraz Petunii, choć niezbyt miły, to jednak daleko odbiegał od prawdy. Popełniłem straszny błąd!
– Czy zabrałbyś mnie, gdyby... Gdybyś wiedział, że ona będzie... niedobra dla mnie? – spytał chłopak niepewnie.
– Gdybym potrafił przewidzieć do czego jest naprawdę zdolna, zabrałbym cię sprzed drzwi natychmiast – odpowiedział mężczyzna gniewnie. – Może nie chciałem dopuścić do siebie myśli, że ona jest naprawdę zła? To też moja siostra. Niestety...
– Rozumiem – odpowiedział Harry smutno. – A... Po co... ta krew? Dla wzmocnienia ochrony? Nie tylko twoja, prawda? – chłopak wstał i podszedł do Snape'a. – Tego jednorożca też!
– Naprawdę to pamiętasz... – Mistrz Eliksirów pokręcił z niedowierzaniem głową.
– Pamiętam jednorożca. Przypomniałem go sobie wczorajszej nocy. Widziałem jak spaceruje po trawniku... W towarzystwie ducha klaczy... I wtedy sobie przypomniałem. No i jest jeszcze coś. – Harry skrzywił się okropnie. – Dursleyowie strasznie narzekali, że tego dnia, gdy mnie podrzucono... A raczej tej nocy... Ktoś pochlapał srebrną farbą drzwi ich domu. I pomazał ściany sprayem. W jakieś wzorki. Nie dało się tego zmyć, więc pomalowali dom na szaro, a drzwi na srebrno. I tak często mi to wypominali, że trudno, żebym o tym nie wiedział. A tu, w Hogwarcie dowiedziałem się, że krew jednorożca jest srebrna! – Harry wygłosił to wszystko jednym tchem.
– Użyłeś krwi jednorożca, Snape?! – wrzasnął milczący dotąd Moody.
– Zapewniam cię, panie aurorze, że ten jednorożec żyje i ma się świetnie – odwarknął Mistrz Eliksirów patrząc drwiąco na aurora. – I nie wtrącaj się, dobrze?! A te „wzorki", Harry, to były runy ochronne. Wzmocniłem w ten sposób ochronę krwi Lily – wytłumaczył.
– Zaraz... Jaki jednorożec? – zażądała wyjaśnień profesor McGonagall.
– Jednorożec ze Snape Manor – odpowiedzieli jednocześnie Hermiona i Ron.
– To śliczny ogier! Ma wspaniałą czarną grzywę i ogon, jego sierść jest tak biała, że aż się skrzy, a róg ma długi i złoty, nie perłowy, jak inne... I piękne, czarne oczy! – opisywała zwierzę z zapałem Hermiona.
– Podszedł do nas, jak siedzieliśmy wczoraj wieczorem w altanie – uzupełnił Ron.
– Ja go widziałam tu, w Hogwarcie, nad jeziorem – oznajmiła spokojnie Luna. – Też do mnie podszedł i zajrzał mi przez ramię jak się uczyłam eliksirów.
– My też go spotkaliśmy! – zawołali bliźniacy.
– Tylko do nas nie chciał podejść – powiedział jeden.
– Prychał na nas i groził nam rogiem! – dokończył z teatralnym oburzeniem drugi.
– Więc Hagrid nie miał zwidów – westchnął Dumbledore. – A ja mu nie wierzyłem, gdy o nim opowiadał. To twój, Severusie? Był z tobą tej nocy w Dolinie Godryka? A potem w Hogwarcie? – upewnił się, patrząc pytająco na Snape'a.
Mistrz Eliksirów skinął głową twierdząco. Dyrektor przez chwilę uważnie mu się przyglądał.
Podniósł dłoń przyciągając uwagę całego towarzystwa.
– Nie przyszedłem tu ani wysłuchiwać przepowiedni, ani po to, by dowiadywać się rewelacji o wydarzeniach sprzed lat – powiedział, tocząc wzrokiem po komnacie. – Niestety, dzisiejsze wydarzenia dowiodły, że i tu, w Hogwarcie nie jest tak bezpiecznie, jak niektórzy twierdzą i musimy wzmocnić ochronę. Zajmiemy się tym jeszcze dzisiaj, razem z Alastorem – zerknął spod oka na aurora. – Ale w związku z tym, zastosujemy kamuflaż. – Pstryknął palcami i nagle w pokoju wspólnym powstał niesamowity tłok. Przy każdym obecnym w salonie pojawiło się po kilka jego sobowtórów. Po krótkiej chwili zaskoczenia wszyscy wybuchnęli śmiechem.
– Proszę o spokój! – zawołał Dumbledore przekrzykując powstały hałas. Gdy trochę się uciszyło, znów zabrał głos. – Zajmiecie inne dormitoria niż te, w których nocowaliście, a wasze kopie będą nocować w pozostałych. Natomiast ty, Harry, panna Granger, panna Lovegood i pan Ronald Weasley dzisiejszą noc spędzicie w kwaterach profesora Snape'a. Zaś wasze fantomy zostaną tutaj. Zbierajcie się! – To już był rozkaz.
– Taak... – mruknął Harry kierując się ku schodom. – Chyba jednak nie będę aurorem, bobym pewnie się zanudził na śmierć w czasie służby.
– A pewnie! – prychnął Ron. – Po takich atrakcjach jak dzisiejsze...
– Nie, Harry! Nie powinieneś! – zawołała Luna.
– Czego nie powinienem? – zdumiał się chłopak. Zatrzymał się i spojrzał na dziewczynę z niepokojem.
– Zostać aurorem – wyjaśniła szybko Luna. – Aurorzy odwalają krecią robotę, żeby zniszczyć Ministerstwo Magii za pomocą kombinacji czarnej magii i choroby dziąseł. Stworzyli Sprzysiężenie Czarnego Kła!
Harry osłupiał. Tu i ówdzie rozległy się chichoty, ale szybko umilkły. Hermiona patrzyła na Lunę z niepokojem, a Snape... I Olaf Goldstone... Czy mu się to wydawało, czy w oczach ich obu pojawiło się przerażenie?! Opanowali się natychmiast, ale... Dumbleodre też im się przyglądał! I się nie uśmiechnął.
– Panno Lovegood... – odezwał się Snape szorstko i urwał, gdyż Olaf ścisnął go za ramię.
– Może lepiej ja, Severusie – powiedział miękko.
– Dobrze – zgodził się Mistrz Eliksirów.
W salonie panowała głucha cisza. Goldstone podszedł do Luny.
– Proszę przyjąć ode mnie i od mego przyjaciela dobrą radę – powiedział stanowczo. – Naprawdę dobrą. Niech pani trzyma język za zębami! Żarty się skończyły panno Luno. Pani ojciec już to zrozumiał. Rozmawialiśmy z nim kilkanaście minut temu. Obiecał nam, że następny numer „Quibblera" wyda dopiero we wrześniu i uzgodni z nami jego treść. Urządził sobie pyszną zabawę i panią w to wciągnął, nie wątpię, że była to znakomita rozrywka, ale to już jest zbyt niebezpieczne. Czy to jasne?
– Tak – odpowiedziała dziewczyna patrząc mu w oczy.
– Mam nadzieję, że dotrzyma pani słowa. Dla swego własnego dobra. – Tym razem w głosie Norwega zabrzmiała prośba.
– Dobrze. Obiecuję... – Luna energicznie skinęła głową.
###
– George, czy myślisz o tym samym co ja?
– Nie wątpię w to, Fred.
– Że myślisz?
– A kiedyś było inaczej?
– Tylko się upewniam, braciszku!
– Chciałbym wiedzieć choć połowę tego, co wie Luna...
– Ja też...
– No, to pozostaje nam się dowiadywać!
– Przypuszczam, że czeka nas niezła harówka, George!
###
Wtorek 16 lipca 1996 roku, po północy – Hogwart, lochy – kwatery Mistrza Eliksirów.
Harry odłożył na szafkę fiolkę z eliksirem bezsennego snu. Nie musiał o niego błagać, wuj dał mu go sam bez jakiegokolwiek marudzenia i uwag. Chłopak był mu za to głęboko wdzięczny. Zerknął na Rona. Rudzielec chrapał pogrążony w głębokim śnie. Harry westchnął bezwiednie. Jego przyjaciel zasnął, zanim jeszcze dotknął głową poduszki. Musiał być bardzo zmęczony...
Rozwinął piżamę i ze zdziwieniem stwierdził, że na jego łóżku leży MIŚ. Wziął zabawkę w rękę i uśmiechnął się do siebie. Wrzucając rano w pośpiechu zmiętą piżamę do torby, nie zauważył zawiniętego w nią pluszaka.
Jego pierwsza zabawka...
Szybko się przebrał i wsunął pod kołdrę pachnącą lawendą. Spojrzał na fiolkę leżącą na blacie nocnej szafki. Zawahał się...
Zacisnął palce na łapce MISIA...
###
...Lily zbiera kwiaty na łące. Maki, chabry i jakieś inne z żółtymi i białymi płatkami...
...Macha do niego dłonią...
Harry Potter uśmiecha się przez sen. Fiolka wypełniona błękitno opalizującym eliksirem leży obok jego okularów.
