Ten odcinek dedykuję Wspaniałej Arien Halfelwen wraz z gorącym podziękowaniem za zgodę na wykorzystanie Jej POMYSŁU...

Wieszczu! Niech Cię WEN nie opuszcza!

###

Wtorek 16 lipca 1996 roku, po północy – Hogwart – gabinet dyrektora.

– Panie dyrektorze! – zawołał Gruby Mnich podnieconym głosem. – Musimy porozmawiać! Mamy dla pana informacje!

Profesor Dumbledore stłumił westchnienie. Czuł się zmęczony i bardzo, bardzo stary.

– Proszę, wejdźcie – powiedział cicho.

Do gabinetu wpłynęły dwa duchy: Gruby Mnich i profesor Binns.

Następne dwie godziny upłynęły dyrektorowi błyskawicznie, nawet nie zauważył kiedy. Duchy wykonały solidną robotę, zdobywając zdumiewające informacje. O inteligentnych smokach, o Goldstone'ach – kotołakach, o francuskich politykach, o klanach wilkołaków – Lupinów, o wampirach... Dumbledore'owi zakręciło się w głowie. Zanotował starannie wszystkie rewelacje. Z uznaniem patrzył na jaśniejących z zadowolenia profesora historii i Grubego Mnicha. Spisali się na medal! Czego nie omieszkał im powiedzieć, oczywiście. Zawsze był zdania, że pochwały najlepiej mobilizują do pracy.

###

Wtorek 16 lipca 1996 roku, godzina siódma rano. Samolot lecący z Londynu do Paryża.

– Czy coś państwu podać? – Uśmiechnięta stewardessa pochyliła się nad Remusem.

– Mocną kawę poproszę. – Lupin skinął głową ślicznej dziewczynie, zerkając jednocześnie na śpiącą obok niego Tonks.

– Ja również poproszę o kawę – odezwał się mężczyzna siedzący naprzeciwko niego. Remus wyprostował się w fotelu. Napotkał uważne spojrzenie ciemnych oczu. Patrick O'Hare nie sprawiał wrażenia sennego. Za to jego żona spała spokojnie i uśmiechała się przez sen. Zasnęła tuż po starcie. I nie wyglądała na osobę z jakimikolwiek problemami.

Stewardessa zaprezentowała profesjonalny wyszczerz pod hasłem: „wszystko–jest–pod–kontrolą–zajmujemy–się–państwem–doskonale–i–umilamy–podróż–bo–za–to–nam–płacą" – dając tym samym do zrozumienia, że przyjęła zamówienie, po czym wdzięcznie odpłynęła do następnego rzędu foteli. Obaj mężczyźni odprowadzili ją wzrokiem.

– Ciekawe, jak długo będziemy czekać na ożywczy nektar – zagaił lekko kpiącym głosem O'Hare.

– Może niedługo – podjął konwersację Remus, zastanawiając się jednocześnie, jak powinien się zachowywać wobec towarzysza podróży. Dumbledore twierdził, że O'Hare jest godny zaufania, ale zalecał ostrożność. Intuicja podpowiadała Remusowi to samo. Węszył kłopoty. No i był absolutnie pewien, że O'Hare to nie jest prawdziwe nazwisko jego kolegi z pracy. Wiedział o nim niewiele, ale takie przecież były zasady. Lecz to, co już wiedział o Patricku, to było dość, by domyślał się jego prawdziwej tożsamości. Na szczęście to nie był jego problem, a „domyślanie się" nie było pełną wiedzą o sprawie. No i mógł mieć prawie pewność, że nikt nie będzie go o to pytać. Oby! Gdyby ktokolwiek nabrał jakichkolwiek podejrzeń mogłoby się to źle skończyć. Dla nich obu. I dla dziewczyn. Choć obie były doskonale wyszkolonymi agentkami, Remus w głębi duszy nie mógł pogodzić się z faktem, że narażają się na niebezpieczeństwo. To nie było zajęcie dla kobiet!

Ale cóż... Mieli do czynienia ze zdziczałymi barbarzyńcami, których trzeba jak najszybciej unieszkodliwić. A kto sam nie umiał się bronić... czyli większość ludzi... musiał liczyć na takich jak oni. Remus Lupin, Nimphadora Tonks i państwo O'Hare.

Pomyślał, że gdyby jeszcze miesiąc temu ktoś mu przepowiedział, że będzie pracować w mugolskiej policji jako agent do zadań specjalnych, poradziłby „wróżowi" wizytę w świętym Mungo. A nazwisko jego towarzysza... Patrick O'Hare... Jeśli jego domysły były słuszne, to wyjątkowo chłopakowi pasowało. No, cóż, on sam też przecież dostał nowe. Nazywał się teraz John R. Latino. „R" od „Romano". Zabawne. Sheen uśmiechał się pod nosem wręczając mu dokumenty. Pewnie pamiętał ich pierwszą rozmowę i to co mu Remus powiedział o sobie – że urodził się w Rzymie...

Rozmyślania przerwała mu stewardessa podając kawę. Pierwszy łyk był jak uchylenie wrót rajskiego ogrodu. Remus obdarzył rozradowanym spojrzeniem Patricka i doczekał się wzajemności. Irlandczyk wypił swoją kawę dość zachłannie i natychmiast się rozpogodził.

– Uff... – stęknął. – Nie jestem rannym ptaszkiem. Wczesne pobudki wprawiają mnie zawsze w zły humor.

– Kawa pomaga? – zaciekawił się Lupin.

– Nie zawsze, ale zazwyczaj tak. Pod warunkiem, że jest dobra. Jak trafię na jakąś lurę, to tylko mnie rozdrażni – wyznał O'Hare.

– Mam nadzieję, że będziemy o czasie – mruknął Remus.

Patrick błyskawicznie spoważniał.

– Nawet o tym nie myśl, że nie wylądujemy punktualnie – warknął.

Lupin skinął głową. Obaj umilkli.

###

Wtorek 16 lipca 1996 roku, godzina wpół do ósmej rano – Hogwart, lochy, korytarz prowadzący do mieszkania Mistrza Eliksirów i kwater Slytherinu.

Draco Malfoy i Blaise Zabini wyszli z pokoju wspólnego Slytherinu. Obaj byli w podłych humorach. Malfoy wciąż nie mógł się zdecydować, co ma powiedzieć Snape'owi. Jednocześnie bał się konfrontacji z bandą Gryfonów, wciąż pozostających w zamku. Postanowił jednak, że pójdzie na śniadanie. Im prędzej będzie mieć za sobą to wszystko, tym lepiej. Zerknął na Zabiniego. On też nie miał wesołej miny. Draco czuł przez skórę, że jego kolega coś ukrywa. Pomyślał, że może to i dobrze. Czasem nie warto wiedzieć za wiele. Chociaż był ciekaw, co to może być takiego.

Pochodnie świeciły jasnym blaskiem i korytarze były na tyle dobrze oświetlone, że potwornego węża zagradzającego im drogę do schodów, ujrzeli w pełnej krasie. Wypełzł z bocznego korytarza i zatrzymał się kilka jardów od nich. Malfoy odruchowo sięgnął po różdżkę, i dopiero w momencie, gdy natrafił na pustkę w kieszeni przypomniał sobie, że przecież Snape odebrał mu jego magiczny instrument. Draco zaklął w myślach i cofnął się o krok. Zabini przeciwnie. Szybkim ruchem wydobył swoją różdżkę i posuwając się bokiem próbował zajść gada od tyłu. Wąż jednak nie był w ciemię bity. Błyskawicznie zwinął się i machnął ogonem wytrącając chłopakowi broń z ręki.

Obaj chłopcy zamarli. Przerażenie wyostrzyło im zmysły. Oczy rejestrowały szczegóły wyglądu węża: cielsko grube jak pień trzystuletniej jodły, szeroki kaptur rzucający cień, lśniące łuski koloru świeżych kasztanów, rozjaśnione na brzegach i ciemniejsze w środku, zielone jak Avada skrzydła za kapturem kobry i szkarłatne oczy o pionowych źrenicach. W uszach Ślizgonów suchy szmer, gdy wąż przesuwał się po kamiennej posadzce, brzmiał nienaturalnie głośno. Ale gad miał zamknięty pysk i nie atakował. Wyglądało na to, że chce ich tylko zatrzymać.

„Ureusz" – pomyślał tępo Malfoy. – „Skąd się tu wziął? Czy wysłał go Czarny Pan?!"

W dalszych rozważaniach przeszkodził mu znajomy szelest. Od strony laboratoriów nadchodził Snape łopocząc peleryną.

Na widok węża zatrzymał się gwałtownie. Na jego twarzy pojawił się wyraz zaskoczenia... i gniewu. Ślizgoni wpatrując się zachłannie w swego opiekuna nie zauważyli u niego ani śladu lęku.

– Co tu robisz?! – warknął mężczyzna z irytacją, zwracając się do węża. – Kto ci pozwolił włóczyć się po korytarzach?! Natychmiast wracaj do swojego pokoju!

Dopiero w tej chwili obaj chłopcy zorientowali się, że korytarz z którego wyłonił się wąż prowadzi do mieszkania ich opiekuna. Mistrz Eliksirów podszedł do węża i klepnął go lekko po grzbiecie. Potwór zasyczał coś przepraszająco i zawrócił.

– Dobrze, dobrze – mruknął mężczyzna. – Nie gniewam się, ale nie rób tego więcej – zażądał ostro. Wszedł do korytarza za wężem i otworzył drzwi do swojej kwatery. Wąż zniknął za nimi. Dopiero, gdy szczęknął zamek, Snape zwrócił uwagę na swoich wychowanków.

– Idźcie na śniadanie – polecił łagodnie. – A potem porozmawiamy.

Drugie zdanie zabrzmiało już zgoła inaczej. Jak groźba.

Zabini znalazł swoją różdżkę i obaj z Malfoyem skierowali kroki do Wielkiej sali. Szli ze spuszczonymi głowami. Spojrzeli na siebie dopiero gdy usiedli przy stole.

###

Mały, wyleniały szczur dygotał w najciemniejszym kącie korytarza w lochach. Gdy olbrzymi wąż zniknął w kwaterach Mistrza Eliksirów, szczur pomknął co sił w łapkach za młodymi Ślizgonami. Udało mu się niepostrzeżenie przedostać do Wielkiej Sali i ukryć za obluzowanym kamieniem największego kominka.

###

W jadalni stał tylko jeden stół. Dyrektor i prawie wszyscy członkowie kadry pedagogicznej aktualnie obecni w zamku już przy nim siedzieli. Oraz matka Blaise'a. A także Gryfoni: posępny jak chmura gradowa Neville Longbottom i kontrastowo radośni bliźniacy Weasley. Brakowało Snape'a, „Złotej Trójcy", małej Weasleyówny, Deana Thomasa oraz Luny Lovegood. Który to brak został uzupełniony w chwilę potem. Harry i Luna wpadli do Wielkiej Sali zanosząc się śmiechem, za nimi wbiegli Ron i Hermiona chichocząc nie wiadomo z czego i równie rozbawieni Ginny i Dean, trzymając się za ręce. Jako ostatni weszli Snape i Alastor Moody. Obaj mieli kwaśne miny i wyraźnie boczyli się na siebie.

Draco spojrzał na emerytowanego aurora i przez małą chwilę zastanawiał się, co on tu robi. Ale porzucił rozważania na ten temat i usiłował skupić się na swoim problemie. Niestety, nie udało mu się. Wciąż jeszcze nie ochłonął po niesamowitym spotkaniu z ureuszem. Poza tym rozpraszały go śmiechy współbiesiadników i przeszkadzał pulsujący ból w skroniach. Ze złością popatrzył na radosnych Gryfonów. Poczuł palącą zazdrość. Oni najwyraźniej nie mieli żadnych kłopotów ani zmartwień.

„Ciekawe, co by powiedzieli na tego potwornego węża, którego Snape trzyma w lochach!" – pomyślał. – „I czy stary Dumbel o tym wie? A inni nauczyciele?" – zerknął spod oka na dyrektora pogrążonego w cichej rozmowie z McGonagall. Wyglądali na zatroskanych. Dracona przelotnie zaciekawiło o czym rozmawiają. Po chwili wyzbył się wszelkich wątpliwości. Oboje spojrzeli na niego. Rozmawiali o nim!

Szum skrzydeł oderwał myśli chłopaka od przygniatających go zmartwień i skierował jego uwagę na nadlatujące sowy. Było ich kilkanaście i wszystkie niosły zwinięte gazety. Szybko włożył drobne pieniądze do woreczka na nodze puchacza, który rzucił mu na talerz „Proroka" i sięgnął po pachnącego farbą drukarską dostarczyciela bieżących informacji.

Obok niego Zabini niecierpliwie miętosił swój egzemplarz gazety.

Rzut oka na pierwszą stronę zepsuł Malfoyowi humor do reszty. Całe dwie szpalty zajmowało jego zdjęcie. Ktoś mu je zrobił w świętym Mungu, bo za jego głową, w tle, widniał portret Rackharrowa, wynalazcy zaklęcia wypruwającego wnętrzności. Draco ukradkiem zacisnął pięści. Wyglądał koszmarnie. Jego podobizna łypała na niego spode łba. Podbite oczy, podrapane policzki i czoło, włosy sklejone błotem i zaschniętą krwią... Brr! Uniósł głowę i napotkał wzrok Pottera. Złoty Chłopiec Gryffindoru patrzył na niego... Ze współczuciem! No nie! To było zbyt wiele niż mógł znieść.

– Nie gap się tak na mnie, Potter! – warknął. Ku jego najwyższemu zdumieniu, Gryfon uśmiechnął się łagodnie i pokiwał głową.

– Jak sobie życzysz, Malfoy – odpowiedział spokojnie.

Ale tego Draco już nie darował.

– Dobrze się bawicie? – wysyczał, patrząc zaczepnie na rozbawionych kolegów. – Zajmijcie się swoimi sprawami!

– Cały czas się nimi zajmujemy – zapewnił go Ron Weasley, krzywiąc się złośliwie. – Przeczytaj lepiej, co napisała Rita Skeeter o wczorajszych wydarzeniach.

– Trzeba oddać pannie Moskito sprawiedliwość – mruknął z ironią Snape. – Postarała się rzetelnie!

Przez kilka następnych minut nikt nic nie mówił, słychać było tylko szelest papieru i stłumione chichoty oraz gniewne mamrotania.

– Wyobrażam sobie, co napisałaby, gdyby zobaczyła pańskiego ureusza, panie profesorze! – Blaise Zabini, przerwał ciszę, patrząc wyzywająco na Snape'a. – Ale na szczęście chyba nic o nim nie wie – dodał drwiąco.

– Blaise, kochanie, o czym ty mówisz?! – zawołała ze zgrozą pani Zabini.

– Mówię o „zwierzątku" pana profesora – Blaise uroczo się uśmiechnął mrużąc oczy. – Spotkaliśmy je przed chwilą w lochach...

– Ureusze to inteligentne stworzenia, panie Zabini. Czego nie da się powiedzieć o niektórych ludziach – odpowiedział chłodno Mistrz Eliksirów.

– Obawiam się, Severusie, że niestety masz słuszność – skomentowała lodowatym tonem stwierdzenie Snape'a profesor McGonagall.

Blaise zauważył, że spoglądała przy tym karcąco na swoich Złotych Gryfonów, jakby była pewna, że coś przeskrobali. Ciekawe...

Malfoy zacisnął szczęki, piorunując wzrokiem Zabiniego. „Co temu idiocie strzeliło do łba, żeby o tym wspominać!" – pomyślał z rozpaczą. Snape się przecież wścieknie! Draco szybko się rozejrzał. Na twarzach większości obecnych widać było głęboki szok połączony ze zdumieniem. Ale nie u wszystkich. Dumbledore i McGonagall sprawiali wrażenie tylko lekko poirytowanych. Wiedzieli! Ślizgon zyskał pewność co do tego. I chyba nie tylko oni... Czyżby? Chłopak natychmiast spostrzegł, że dyrektor z zastanowieniem przyglądał się Złotej Trójcy. Potter miał podejrzanie niewinną minę i widać było, że z wysiłkiem tłumi śmiech. Weasley zaczerwienił się tak mocno, że pod rumieńcem zniknęły jego piegi. Granger dla odmiany okropnie zbladła, spuściła głowę i wpatrywała się w swój talerz. Siedząca obok Pottera Pomyluna była natomiast zupełnie niezainteresowana tematem. Spoglądała gdzieś w przestrzeń i uśmiechała się do siebie. Równie mało zainteresowania rozmową przejawiali mała Weasleyówna i jej chłopak. Patrząc sobie w oczy prowadzili „podstołową konwersację" przy użyciu rąk i stóp, w związku z czym wypowiedź Blaise'a najpewniej całkowicie umknęła ich uwadze.

Powszechny bezwład nie mógł trwać długo. Jako pierwsi poruszyli się Fred i George. Obaj otworzyli usta, ale nie zdążyli nic powiedzieć, ponieważ ubiegł ich opiekun Ravenclawu.

– Czy ja dobrze usłyszałem? – spytał podniecony Flitwick, zwracając się do Dumbledore'a i jednocześnie zerkając na Mistrza Eliksirów. – Ureusz? Prawdziwy ureusz? W Hogwarcie?

Chyba zamierzał zasypać dyrektora gradem pytań, lecz mu to uniemożliwiono. Został zagłuszony rykiem starego aurora.

– Snape! – wrzasnął Moody. – Ty naprawdę masz... UREUSZA?! Mało ci smoków? Nie odpowiedziałeś na moje pytanie, skąd je masz, nie myśl, że nie pamiętam jak wykręciłeś się marnym żartem! Czy może tego gada też SPŁODZIŁEŚ?!

– Nie, jego nie – odpowiedział Mistrz Eliksirów z zimnym spokojem. Opanowanie Snape'a jeszcze bardziej rozjuszyło aurora.

– Co ty nie powiesz – wysyczał wściekle. – To gdzie go znalazłeś?

– Obiecałem jego matce, że się nim zaopiekuję. I mam zamiar wywiązać się z tego zadania jak najlepiej!

– Ciekawe, co jeszcze ukrywasz w tych swoich lochach – żołądkował się Moody. – Może śmierciotulę w łazience? I czasem używasz jej jako peleryny?! Zeżreć cię na pewno by nie chciała, bo nawet takie głupie bydlę ma swój rozum i doskonale wie, że by się tobą nie tylko otruła, ale i udławiła!

– Wiesz co, panie Moody, to niezła myśl... – zastanowił się Snape. – Dzięki za pomysł. Ale to nie będzie ona, tylko on. Samice śmierciotuli są zbyt chimeryczne – stwierdził tonem doświadczonego hodowcy tych miłych stworzonek. – I nazwę go Zygfrydem na cześć mojego pradziadka. W skrócie Zzzz...

Moody wyglądał, jakby go miała zaraz trafić apopleksja.

– Jeśli myślisz, ty warzycielu niedowarzony, że tym razem ci odpuszczę, to się mylisz! – zagroził.

Snape z wściekłością cisnął na stół zmiętą serwetkę.

– Dość tego, panie aurorze! – wysyczał gniewnie. – Ten dzieciak ma piętnaście lat. Jego rodzice nie żyją, a dotychczasowi opiekunowie traktowali go parszywie. Mam zamiar to zmienić i nikomu nie pozwolę się do tego wtrącać! Ciebie to absolutnie nie dotyczy, więc bądź łaskaw się odczepić!

Moody pochylił się w stronę Snape'a i głęboko zajrzał mu w oczy.

– Interesujące – wycedził. – Ureusze podobno wymarły za czasów Ramzesa Wielkiego. A tu się nagle okazuje, że przynajmniej JEDEN – podkreślił z naciskiem – istnieje...

– Nie wiem, skąd czerpiesz informacje, panie Moody – Mistrz Eliksirów wzruszył ramionami. – Zapewniam, że nie wymarły. Jest ich sporo i mają się dobrze.

Malfoy stwierdził, że większość obecnych nadal jest w szoku. Sprout siedziała nieruchomo, z otwartymi ustami. Zdaniem Ślizgona, wyglądała wyjątkowo głupio. Matka Blaise'a trzymała się kurczowo oparcia krzesła. Jej twarz była zupełnie szara. Vector śledziła wymianę zdań między Moodym i Mistrzem Eliksirów, przerzucając spojrzenie z jednego na drugiego, jakby obserwowała pałkarzy odbijających tłuczka. Kingsley Shacklebolt rozparł się na krześle jak basza, ale rękę trzymał w kieszeni i nie spuszczał wzroku ze Snape'a. Za to ryży bliźniacy patrzyli na niego z uznaniem i wyglądali, jakby szczerze zazdrościli mu udanego kawału.

– Myślę, Alastorze, że dobrze byłoby mieć ich po swojej stronie – wtrącił łagodnie Dumbledore.

Moody spojrzał na niego z niebotycznym zdumieniem.

– Albusie! Ty chcesz zaufać tym... Gadom? Współpracować z nimi?! – W głosie aurora brzmiał bolesny wyrzut. – A jaką możesz mieć pewność, że oni już nie przyłączyli się do...

– Voldemorta? – wpadł mu w słowa Snape.

Moody wstrząsnął się.

– Tak, właśnie! – potwierdził kąśliwie. – Może ten twój... „Dzieciak", jak go nazwałeś jest jego szpiegiem!

– Na pewno nie, panie paranoiku! – odpalił szorstko Snape. – Syczek nienawidzi Voldemorta i ma do tego naprawdę wystarczające powody!

– Syczek? – odezwało się jednocześnie kilka osób.

– Tak go nazywam, bo niestety nie potrafię wymówić jego imienia w wężomowie – wyjaśnił obojętnie Mistrz Eliksirów. – On nie ma nic przeciwko temu.

Moody rzucił mu mroźne spojrzenie.

– A jak się z nim porozumiewasz? – spytał. – Skoro, jak sam przed chwilą powiedziałeś, nie znasz wężomowy?

– A to już moja sprawa! – Snape uśmiechnął się wrednie.

– Chcę z nim porozmawiać! – zażądał ostro stary auror.

– Wykluczone! – sprzeciwił się mistrz Eliksirów. – Miał dość traumatycznych przeżyć, nie będę go narażał na kolejne!

– Alastorze, daj spokój – mitygował Dumbledore. – Ja dobrze znam podopiecznego Severusa. I mam nadzieję, Severusie, że dopilnujesz, aby Syczek nie włóczył się sam po zamku – powiedział uśmiechając się dobrodusznie. McGonagall skinęła głową, jednocześnie patrząc na Mistrza Eliksirów ze znaczącą miną. Snape wzruszył ramionami.

– Panie dyrektorze, pani profesor, znacie go przecież oboje i doskonale wiecie, że on jest wyjątkowo krnąbrny, nieposłuszny i przekorny – stwierdził rzeczowym tonem. – Łatwiej upilnować worek pcheł niż jego!

– Może trochę racji w tym jest, co mówisz, Severusie – zaśmiał się dyrektor. – Ale to dobry chłopak, choć faktycznie odrobinę niesforny.

– To prawda – przyznała McGonagall.

W tym momencie Harry Potter parsknął śmiechem a Ron Weasley zachichotał. Hermiona Granger natomiast wyprostowała się gwałtownie i z oburzoną miną odwróciła do dwóch pozostałych części Złotego Tria.

– Uspokójcie się! – syknęła.

Niestety, obaj Gryfoni najwyraźniej dostali głupawki, bo chichotali coraz głośniej, przyciągając uwagę wszystkich zgromadzonych przy stole. Nawet Pomyluna oderwała się od swoich rozmyślań i z zaciekawieniem spoglądała na rozbawionych chłopaków.

– Aha... – mruknął sarkastycznie Snape, przyglądając im się uważnie.

– Draco, mam wrażenie, że wiem, komu zawdzięczamy nasze urocze poranne randez vous z ureuszem – oznajmił odkrywczo Blaise.

Malfoya ogarnęła rozpacz i wściekłość jednocześnie. Po co ten Zabini prowokuje Snape'a! Niestety, przypuszczenia Blaise'a, że Gryfoni maczali w tym zdarzeniu palce, były aż nazbyt prawdopodobne. Ich zachowanie dobitnie o tym świadczyło. Mała Weasleyówna i jej absztyfikant też musieli coś wiedzieć, bo odkleili się od siebie i uśmiechali się kpiąco. Jedynie opiekunka Domu Lwów i Panna Wiem–To–Wszystko nie wyglądały na rozbawione.

– Nie wiem, który z was go do tego namówił – powiedziała ostrym tonem McGonagall, patrząc potępiająco na swoich Gryfonów, którzy odpowiadali jej spojrzeniami będącymi wcieleniem niewinności. – Możliwe zresztą, że sam wpadł na pomysł, żeby powałęsać się po lochach i ewentualnie postraszyć kogo się da – mruknęła.

– Z tego wynika, że tego twojego ureusza, Snape, powinieneś zamknąć i dobrze pilnować! – zapienił się Moody. – Przecież ten gad jest jadowity! A co będzie, jak kogoś ugryzie?!

– To ciebie, panie aurorze, nie powinno się puszczać luzem! Bo zaraz kogoś przeklniesz! Jesteś niebezpiecznym paranoikiem – warknął Snape, najwyraźniej tracąc cierpliwość. – Syczek was NIE ZAATAKOWAŁ! – stwierdził stanowczo, odwracając się do Ślizgonów.

Draco poczuł mentalne dotknięcie mężczyzny i szybko odwrócił wzrok. „Pieprzony legilimens!" – pomyślał. Postanowił jednak się odezwać i spróbować Mistrza Eliksirów choć trochę ułagodzić. Zabini narozrabiał, drażniąc ich opiekuna, a zły humor Snape'a był w tej chwili ostatnią rzeczą, jakiej chłopak potrzebował.

– Nie, nie zaatakował – potwierdził szybko.

– Wytrącił mi różdżkę – wtrącił Blaise.

„Czy on już do reszty zgłupiał?!" – Draco miał ogromną ochotę przywalić koledze. – To ty go chciałeś zaatakować! – wytknął, obiecując sobie w duchu, że przy pierwszej okazji rzuci na Blaise'a jakąś klątwę. Możliwie bolesną...

– A ty to niby nie! – odciął się Zabini. – Tylko, że nie miałeś czym... – dołożył złośliwie.

– Dość! – powiedział ostro Snape i obaj Ślizgoni umilkli. – Syczek ani was nie zaatakował, ani nie zamierzał. Ale doskonale rozumiem waszą reakcję, więc przestańcie się kłócić. Natychmiast! Mamy inną ważną sprawę do załatwienia... – Mistrz Eliksirów zawiesił głos, patrząc znacząco na Malfoya. Chłopak poczuł, że zamiera w nim serce.

– Zaraz, zaraz! Jeszcze nie skończyliśmy! – Moody nie zamierzał dać się zbyć. – Albusie! Jak możesz pozwolić, żeby takie jadowite zwierzę szwendało się bez nadzoru! – stary auror rozpędził się i wyrzucał z siebie słowa z szybkością pędzącej lawiny. – Sam mówiłeś, że to–to jest niesforne i nieposłuszne!

– Alastorze! – Dumbledore tylko nieznacznie podniósł głos, ale zabrzmiało to tak stanowczo, że auror umilkł natychmiast. – Biorę na siebie całkowitą odpowiedzialność za obecność Syczka w Hogwarcie. Porozmawiamy o tym później – dodał nieco łagodniej.

– Ureusze to nie zwierzęta – powiedziała karcąco McGonagall. – A akurat ten nikomu nie zagraża! No i za parę godzin go tu nie będzie!

Moody spojrzał na nich spode łba, ale porzucił temat. Nikt jednak nie wątpił, że tylko chwilowo.

– Czy moglibyśmy wreszcie zająć się tym, co jest w tej chwili najważniejsze? – spytał cierpko Snape, patrząc na dyrektora.

Draco poczuł mdłości. Wiedział co nadchodzi i zrobiło mu się słabo ze strachu.

Mistrz Eliksirów położył rękę na ramieniu blondyna.

– Draco! Spójrz na mnie! – rozkazał.

Chłopak uniósł głowę. Oczy mężczyzny były jak bezdenne czarne tunele. Nie mógł z nich nic wyczytać, widział tam jedynie czający się gdzieś głęboko swój własny lęk.

Czarny Pan unosi różdżkę. – Crucio! – syczy i całe ciało eksploduje bólem...

...

Szlamy nie powinny być dopuszczane do naszej społeczności, synu. – Głos Lucjusza ocieka jadem. – Czarny Pan powrócił i wreszcie zrobi z tym porządek!

...

Synku, ojca aresztowano i zesłano do Azkabanu... – Narcyza chowa twarz w dłoniach.

...

Dwa skrzydlate, zionące ogniem potwory zajadle atakują Snape Manor. Jeden z nich wyciąga po niego łapę. Pchnięty przez matkę pada i potworne szpony mijają go o włos. Jego zaklęcie, w które wkłada całą swoją moc odbija się od smoczych łusek, krzesząc iskry. Fioletowy promień z różdżki Narcyzy trafia smoka w oko. Smok ryczy. Złoty płomień muska ramię kobiety. Narcyza cofa się i upada przygniatając go swoim ciałem. Z jej różdżki wydobywa się chmura ciemnego dymu i oślepiająco białych płomieni, ogarniając oba smoki. Potwory znikają. Draco słyszy jęk matki.

Maaaamo!

Czy to był jego głos?

...

Pana matka została bardzo ciężko ranna. – Głos uzdrowiciela jest cichy i beznamiętny.

Czy... – Reszta słów więźnie mu w gardle.

Nie wiemy, czy uda się ją uratować. – Mężczyzna odpowiada na niezadane pytanie. – Jest przytomna i chce z panem rozmawiać. Proszę do niej wejść, ale tylko na chwilę.

...

Podziękuj Severusowi... To on... Nauczył mnie... Smoczych klątw... – Szept Narcyzy zamiera.

Malfoy z najwyższym wysiłkiem odparł mentalny atak Snape'a. Nie do końca mu się to udało, bo wciąż czuł nacisk na swój umysł, ale brutalne lekcje oklumencji, jakie mu zafundowała jego ciotka Bellatrix wreszcie na coś się przydały.

– Proszę... – jęknął chłopak. – Niech pan przestanie...

– Dobrze – zgodził się Mistrz Eliksirów. – Na razie.

Draco wciągnął ze świstem powietrze. Przez te kilka chwil, gdy Snape wtargnął do jego wspomnień wstrzymał oddech i teraz miał wrażenie, że się dusi.

Dyrektor wstał z krzesła i machnął dłonią. Obrusy, cała zastawa i resztki jedzenia zniknęły ze stołu. Chłopak wzdrygnął się.

– Co pan zdecydował, panie Malfoy? – spytał Dumbledore śmiertelnie poważnym tonem. Draco rozejrzał się. Wszyscy się w niego wpatrywali. Nikt się nie uśmiechał.

Chłopak poczuł nagle potworną wściekłość. Czy nie został już wystarczająco upokorzony?! Czy ten wstrętny staruch zamierza go zadręczyć?!

– Powiem panu w cztery oczy! – wybuchnął.

– Nie, panie Malfoy – odpowiedział zimno dyrektor. – Wszyscy tu obecni będą świadkami, a pan Alastor Moody został w tym celu oddelegowany przez ministra.

###

Harry pomyślał, że będąc na miejscu Malfoya też by protestował. Na szczęście Ślizgon nie miał pojęcia jak wygląda prawda i co się rzeczywiście dzieje.

###

Dwie godziny wcześniej – kwatera Mistrza Eliksirów.

– Harry, obudź się! – Brutalne szarpnięcie za ramię gwałtownie wyrwało chłopca z krainy snu. Harry jęknął i błyskawicznie przytrzymał kołdrę, którą usiłował mu odebrać tarmoszący go okrutnik.

– Zostaw... – wymamrotał na wpół przytomnie.

– Harry, wstań – zabrzmiał od drzwi głos Snape'a. – Glizdogon jest w zamku.

Te słowa momentalnie otrzeźwiły chłopaka. Usiadł i założył okulary. Obok łóżka stali Ron i Dean, a jego wujek właśnie wchodził do pokoju.

– Gdzie... – wykrztusił ze zgrozą Harry.

– Ukrył się w lochach, niedaleko schodów – poinformował go rzeczowo Mistrz Eliksirów.

– Trzeba go natychmiast schwytać! – wrzasnął chłopak, zrywając się z łóżka.

– Nie, Harry. Wierz mi, że bardzo chciałbym skręcić kark temu szczurowi, ale musimy z tym zaczekać – westchnął z żalem Snape. – Dyrektor postanowił, że wykorzystamy jego obecność do przekazania Voldemortowi pewnych informacji. Musiałem się z nim zgodzić, to znakomita okazja do pokazania gadzinie tego, co chcemy, żeby zobaczył – wyjaśnił.

– Nie możemy tego zmarnować – powiedział z powagą Olaf Goldstone, wślizgując się za Severusem do sypialni. – Pospiesz się, Harry, mamy mało czasu na przygotowania.

Szybki prysznic sprawił, że Harry pozbył się resztek snu. Ubranie miał już przygotowane przez Zgredka. Skrzat stał obok łóżka trzymając w rękach szklankę soku pomarańczowego.

– Profesor Snape prosił, żeby Zgredek dał Harry'emu Potterowi ten sok! – zapiszczał podając mu szklankę. – To na rozbudzenie, Harry Potter, sir!

Chłopak nie miał zamiaru dyskutować z rozentuzjazmowanym skrzatem. Szybko wypił sok. Natychmiast poczuł rozchodzące się po ciele ciepło. Zapewne wujek dolał mu do napoju jakiegoś eliksiru, ale z pewnością nie było to nic szkodliwego, bo Harry poczuł się świetnie.

Jak burza wpadł do salonu. Chwilę po nim pojawiły się dziewczęta. Harry z zainteresowaniem ocenił sytuację. Oprócz Olafa Goldstone'a i Snape'a w komnacie czekał na nich dyrektor. Siedział w fotelu przy kominku i czytał jakiś list. Ron i Dean usadowili się na kanapie. Byli mocno podekscytowani. Ginny i Hermiona natychmiast do nich dołączyły, a jemu i Lunie Snape wskazał gestem małą sofę.

Dumbledore złożył list i schował go do kieszeni. Popatrzył na szóstkę podnieconych nastolatków.

– To, co zostanie tu za chwilę powiedziane, nie ma prawa opuścić tego pokoju – powiedział, lustrując po kolei ich twarze surowym spojrzeniem. – Czy to jasne?

W jego błękitnych oczach nie było ani śladu uśmiechu.

– Tak, panie dyrektorze! – odpowiedział mu nieskładny chórek sześciu głosów.

– Znakomicie. – Dumbledore skinął głową. – Harry, postanowiłem, że wykorzystamy twoją animagiczną postać...

Harry przełknął ślinę. Słowa dyrektora wzburzyły go i przestraszyły jednocześnie. Chęć dopadnięcia i natychmiastowego ukarania Petera Pettigrew walczyła w nim z podnieceniem, jakie poczuł na myśl o planowanej akcji dywersyjnej.

Dyrektor spojrzał na niego i zawahał się lekko. – Jeśli się zgodzisz, oczywiście – dodał szybko.

Chłopak skinął głową, bo nie był pewien, czy zdoła wydobyć z siebie głos.

– Harry! – wrzasnęła Ginny. – Jesteś animagiem?!

– Rany! Naprawdę?! – zawtórował jej Dean.

– Tak, ureuszem – potwierdziła nieco sennym głosem Luna.

– Panno Lovegood! – krzyknął Snape, odwracając się do niej gwałtownie i podejrzliwie świdrując wzrokiem. – Skąd to pani wie?!

– Ode mnie! – wtrącił się Harry. Rozmawiał wczoraj wieczorem z Luną w cztery oczy. Pochwalił się jej swoją animagią, a ona w rewanżu wyznała mu prawdę o „Quibblerze". Obiecali sobie nawzajem dyskrecję, ale skoro Dumbledore zdradził jego tajemnicę, nie musiał już milczeć. Dziewczyna uścisnęła ukradkiem jego dłoń, dodając mu otuchy.

– Ach, tak – westchnął Olaf. Harry zerknął na Norwega spod oka. Czyżby w głosie mężczyzny pojawiła się nutka rozbawienia?

– Poza nami wiedzą o tym jeszcze tylko profesor McGonagall i Remus Lupin. Oboje obiecali milczeć na ten temat – poinformował rzeczowo Dumbledore. – Chyba, że o czymś nie wiem... Severusie? – Zawiesił głos, zwracając się do Mistrza Eliksirów.

– Bez obaw, panie dyrektorze – odpowiedział spokojnie Snape. – Nie jestem idiotą i naprawdę nie rozpowiadałem o tym na prawo i lewo!

– Doskonale. W takim razie, przejdźmy do działania.

– A dlaczego ja i Dean zostaliśmy dopuszczeni do tajemnicy, a Fred i George nie? – spytała Ginny.

– No, właśnie... Czemu my? – poparł ją Dean.

Dumbledore uśmiechnął się tajemniczo.

– Decyzja profesora Snape'a – odpowiedział żywo. – Sam jestem ciekaw...

– Zdaję sobie sprawę, że bardzo was to intryguje – zauważył Mistrz Eliksirów ironicznie. – Nie byliście zadowoleni, że obudziłem was tak wcześnie i przyprowadziłem tutaj, ale proponuję, żebyście JEDNAK poważnie potraktowali to, co powiem! – zażądał szorstko. – A panu, panie Thomas, przypominam, że obowiązuje ścisła tajemnica, jeśli nasz podstęp ma się udać. NIKOMU ANI SŁOWA! Shackleboltowi też!

– Obiecuję – powiedział cicho Dean.

– W takim razie, Severusie, czekamy na wyjaśnienia – skomentował Olaf.

– Zacznę może od sprawy w tym momencie mało istotnej, ale sądzę, że jest to coś, co powinniście wiedzieć. Nie przeczytacie o tym w książkach do historii. Jest w nich zresztą mnóstwo bredni i zwyczajnej nieprawdy...

– To racja, niestety – westchnął Dumbledore.

– Tak, panno Granger. – Snape popatrzył kpiąco na wyraźnie wstrząśniętą Hermionę. – W „Historii Hogwartu", którą się pani tak zaczytuje, też!

Hermiona rzuciła mu smętne spojrzenie. Poczuła nieokreśloną urazę do obu mężczyzn, ale nie byłaby sobą, gdyby pozwoliła im pozbawić się wyjaśnień. Ciekawość i pragnienie wiedzy były w niej tak głęboko zakorzenione, że wpatrywała się w profesora Snape'a jak urzeczona, starając się niczego nie uronić z jego wypowiedzi.

– Animagiczną postacią Harry'ego jest ureusz. To nie przypadek. Ojciec mój i Lily, czyli dziadek Harry'ego, również przyjmował postać ureusza i tak jak moja siostra był wężousty – mężczyzna spojrzał na chłopaka z uwagą. – Mówiłem o tym, panna Granger i pan Weasley również to słyszeli.

– Ale my nie... – bąknęła cichutko Ginny.

– Dlatego właśnie od tego zacząłem – wyjaśnił Mistrz Eliksirów.

Harry wrócił pamięcią do rozmowy sprzed kilku dni.

...Otóż jesteś potomkiem linii wężoustych animagów. Twoi przodkowie, po których dziedziczysz te zdolności, przybierali postać ureusza. Ojciec twojej matki, czyli twój dziadek...

...odziedziczył swoje zdolności po swoim ojcu, czyli twoim pradziadku, a pradziadek po swojej matce, czyli twojej praprababce. Ona – po swoim ojcu. I tak dalej... Znałem dobrze twoją praprababkę, pradziadka i dziadka. Nieraz widziałem, jak zmieniają postać...

– Z tego, co pamiętam... W ureusza przemieniała się moja praprababka... Matka mojego pradziadka... – powiedział nieco niepewnym głosem Harry. – Czy to znaczy, że Snape'owie wcześniej... Nie mieli takich zdolności?

– Bardzo dobrze, wyciągnąłeś prawidłowy wniosek z mojej opowieści – pochwalił go wuj. – Twoja prapra... a moja prababka pochodziła z bardzo starożytnego ludu. Jej matka była Litwinką, a ojciec Dakiem. A jego przodkowie z kolei pochodzili z Egiptu. Ureusze to istoty znacznie starsze ewolucyjnie od ludzi. Tak samo jak żywe wampiry i inteligentne smoki. I Łabądziewy...

– Do czego pan zmierza? – spytała szorstko Ginny.

– Cierpliwości, panno Weasley. – Snape obdarzył dziewczynę krzywym spojrzeniem. Potarł czoło, jakby chciał zebrać myśli. – W Egipcie nazywano ureuszy „Prastarymi". Czczono święte kobry, tym gorliwiej, że byli bardzo nieliczni. Wymierali. Kilka tysięcy lat temu żyło ich już niewielu, przeważnie w świątyniach. Za czasów Ramzesa Wielkiego zmarł ostatni z nich, a przynajmniej taka jest oficjalna wersja. Ale to nie jest prawdą.

– To bardzo ciekawe, co mówisz – stwierdził Dumbledore. – Chyba się domyślam, jak przetrwali... – dodał, głaszcząc brodę.

– Przetrwali, łącząc się z ludźmi. Pomogła im magia, oczywiście. Niektórzy z nich potrafili przybrać postać człowieka. I, co ciekawe, okazało się, że w ludzkiej postaci mogą się rozmnażać!

– Czy to oznacza, że ja nie jestem naprawdę człowiekiem? – wykrzyknął Harry.

Snape, ku zdumieniu obecnych nieoczekiwanie wybuchnął szczerym śmiechem.

– Jesteś człowiekiem – oświadczył stanowczym tonem Mistrz Eliksirów, gdy się uspokoił. – Ale zadałeś bardzo trafne pytanie. Ureusze pogardzali ludźmi i nienawidzili mieszańców. Uważali ich za nieczystych. Zauważ, że tak samo zachowują się czystokrwiści czarodzieje – prychnął drwiąco. – A dla „czystych" ureuszy źle się to skończyło. Po prostu dlatego, że ich już nie ma. Przetrwali tylko potomkowie ureuszy i ludzi, mieszańcy. Stopniowo, w kolejnych pokoleniach stawali się coraz bardziej ludzcy. W końcu po prostu STALI SIĘ ludźmi. Dziś istnieje kilkadziesiąt rodzin wężoustych animagów, którzy są potomkami ureuszy. Z jednej z nich pochodziła moja prababka.

– Czyli moja praprababka – mruknął Harry.

– Tak, Harry. Oczywiście – przytaknął Snape. – Dziedzictwem genetycznym potomków ludzi i ureuszy pozostała animagia. Lecz nie wszyscy, którzy mają w sobie krew ureuszy są animagami. Ja na przykład nie, bo u mnie przeważają geny mojej matki. Ale rozumiem wężomowę, choć nie potrafię mówić w języku węży. Podobną drogę przebyliście wy – popatrzył uważnie najpierw na Ginny, a potem na Rona. – Jesteście potomkami Łabądziewy i większość z was potrafi tak jak wasza antenatka zmieniać postać. Ale też nie każdy, kto ma w sobie geny tych dziewcząt – łabędzi staje się animagiem. Niewielu ludzi o tym wie. I niech tak zostanie.

– Wątpię, żeby Tom miał tę wiedzę – stwierdził Dumbledore.

– Też mam taką nadzieję – westchnął Snape poważniejąc. – Teraz wyjaśnię wam, dlaczego właśnie was tu sprowadziłem... – Mężczyzna zamilkł na chwilę, patrząc na nich posępnie. – Wszyscy sześcioro jesteście powiązani więzami uczuciowymi i macie niezwykle silnie rozwiniętą empatię. Pytała pani, panno Weasley, dlaczego nie Fred i George. Ano, dlatego, że oni są związani niesamowicie mocno ze sobą nawzajem, tak bardzo, że miewają problemy z porozumiewaniem się z innymi ludźmi. Wyczuwają bezbłędnie swoje emocje, ale nie potrafią prawidłowo rozpoznać cudzych. I nie bardzo ich one obchodzą. A w tej chwili potrzebujemy dużej ilości mocy magicznej. Skumulowanej, po połączeniu energii kilku osób...

– Przecież to już zrobiliśmy! My dwaj! – wykrzyknął Harry w nagłym olśnieniu. – Tej nocy... Gdy... – Chłopak urwał, z przerażeniem przypominając sobie, co się wtedy stało.

– Gdy zdemaskowano mnie jako szpiega i próbowano zabić – dokończył spokojnie Snape. – Tego między innymi dotyczyła przepowiednia, którą mi pan wygłosił – zwrócił się do Rona. Chłopak wzdrygnął się. Hermiona spojrzała na niego ze współczuciem.

– Ja nie chciałem... – jęknął Ron.

– Wiem! O tym nie będziemy teraz rozmawiać – uciął Snape ze zniecierpliwieniem. – Umiejętność łączenia mocy może się wam bardzo przydać, i to, podejrzewam, w najbliższym czasie. Niewielu czarodziejów to potrafi...

– Trzeba tu jeszcze dodać, że jeśli między ludźmi łączącymi swoje magiczne moce istnieje związek emocjonalny, to takie połączenie jest bardzo efektywne – wtrącił Olaf Goldstone.

– Rozumiem już, dlaczego właśnie my... – zaczęła Hermiona, ale mistrz Eliksirów nie pozwolił jej dokończyć.

– Nie rozpraszajmy się na drobiazgi! – warknął. – Wiecie już o co chodzi i choć może nie zdawaliście sobie z tego sprawy, ale pierwsze doświadczenia w łączeniu swoich mocy macie już za sobą. Wy troje – popatrzył na Harry'ego, Hermionę i Rona – robiliście to bardzo często, spontanicznie, choć oczywiście nieświadomie. Nie wiedzieliście o tym, ale to jest fakt. Po raz pierwszy stało się to, gdy walczyliście z trollem.

– Na pierwszym roku... – szepnęła Hermiona.

– Oczywiście – potwierdził Snape. – I idzie wam to coraz lepiej. W ten układ wpasowała się także pani, panno Lovegood... Nie mówiąc już o pannie Weasley. I, co ciekawe, pan Longbottom. Ale on jest w tej chwili zbyt rozbity psychicznie i nie mógłby uczestniczyć w tym, co teraz robimy. Podczas walki w Ministerstwie połączyliście swoje moce, co dało taki efekt, że suma waszych energii okazała się większa, niż możliwości każdego z was osobno. Może dlatego wyszliście z tego z życiem... Co do pana, panie Thomas, to pan i panna Weasley zespoliliście swoje moce, gdy was napadnięto nad stawem w parku...

Dean potrząsnął głową z niedowierzaniem.

– Chce pan, żebyśmy teraz zrobili to... świadomie? – spytał.

– Tak, właśnie tego chcę – oznajmił stanowczo Mistrz Eliksirów. – Z tym, że będziecie łączyć się i ze sobą i ze mną.

Po tych słowach Snape'a zapadła cisza. Młodzi ludzie niemo się na siebie gapili. Wszystkim zabrakło słów.

– Jak to... Z panem? – Pierwsza odzyskała głos Luna.

– Tak. Ze mną. Będę potrzebował mnóstwa energii, żeby wprowadzić w błąd Voldemorta – wyjaśnił Snape.

– Chodzi o młodego Malfoya... – powiedział cicho Dumbledore z troską w głosie.

– Ja też chciałbym go uratować... – westchnął ze smutkiem Snape. – Jestem bardzo zły na Lucjusza, bo to, co się stało z Draco, jest jego winą!

– No, nie tylko! – zaprotestował energicznie Olaf Goldstone.

– Oczywiście, że nie tylko – zgodził się bez oporu Mistrz Eliksirów. – Charakter chłopaka też niestety miał na to wpływ... No, cóż... Trzeba to będzie wykorzystać! Ale do rzeczy. Wiecie, co Voldemort rozkazał mu zrobić, prawda?

– Zabić pana... – szepnęła Hermiona.

Nikt już się nie uśmiechał. Luna i Ginny wymieniły przerażone spojrzenia.

– Właśnie. Zabrałem mu wczoraj różdżkę i postawiłem ultimatum. Do rana miał czas na zastanowienie się i podjęcie decyzji, co wybiera – wyjawił Snape.

– Byłem przy tym i obiecałem, że usunę mu Mroczny Znak, jeśli zdecyduje się opuścić Toma – włączył się w wyjaśnienia Dumbledore. – I jestem pewien, że Draco tak wybierze.

– A ja nie jestem pewien, ponieważ dobrze go znam... – mruknął ponuro Mistrz Eliksirów.

Dyrektor zignorował tę uwagę swego podwładnego.

– Zamierzałem zrobić to, co mu obiecałem, – mówił dalej – ale pojawiły się nowe nieoczekiwane okoliczności. Mianowicie, wcześnie rano doniesiono mi, że Peter Pettigrew próbuje dostać się do Hogwartu. Oczywiście w swojej animagicznej postaci...

– Doniesiono?! – wykrzyknął Dean z niedowierzaniem. – Eee... przepraszam... – bąknął zmieszany i skulił się, gdyż Snape rzucił mu gniewne spojrzenie.

– Tak, Dean. Wiecie przecież, że pilnujemy Voldemorta i wszystkich śmierciożerców – potwierdził dyrektor. – Tom rozkazał mu zakraść się do zamku i zdobyć jak najwięcej wszelkich możliwych informacji na temat tego, co się tu dzieje. Rozważyłem sprawę i podjąłem decyzję. Postanowiłem wykorzystać jego obecność. Uchyliłem osłonę. Nieznacznie, oczywiście. Tylko na tyle, żeby mały szczur mógł się wślizgnąć. Zapewniam was, że nie zamierzam ryzykować, jest pilnowany bez chwili przerwy. Spójrzcie...

Dumbledore pstryknął palcami i nagle jedna ze ścian pokoju zniknęła. Ujrzeli korytarz w lochach i schody prowadzące do holu. Obraz się przybliżył i powiększył. W kącie pod schodami pojawiła się nikła bladobłękitna poświata. Otaczała małego, wyleniałego szczurka skulonego tuż przy pierwszym stopniu prowadzącym na górę.

– Czy to błękitne światło... – zaczęła Hermiona i urwała patrząc niepewnie na Snape'a.

– Tak, panno Granger, to zaklęcie śledzące – potwierdził mężczyzna. – On go nie czuje, co jest chyba dla pani jasne, prawda? A przynajmniej powinno być – dokończył z lekką drwiną.

– Tylko my je teraz widzimy – wyjaśnił spokojnie dyrektor. – Nikt inny go nie zobaczy – dodał uspokajającym tonem.

– Czy to jednak nie jest zbyt wielkie ryzyko? – zatroskała się Hermiona.

– Ryzyko istnieje zawsze, panno Granger – wytknął kpiąco Olaf Goldstone.

– To prawda – potwierdził Dumbledore. – Ale zminimalizowaliśmy zagrożenie. Ludzie obecni w zamku zostali obłożeni tarczami ochronnymi. Wy też – zapewnił pospiesznie, widząc pełne sceptycyzmu miny młodzieży. – Poinformowałem oczywiście wszystkich już wczoraj o podjęciu nadzwyczajnych środków w celu wzmocnienia ochrony Hogwartu, więc nawet, jak ktoś coś poczuje, to nie będzie niczego podejrzewać.

Harry zacisnął szczęki. Widok Glizdogona wzburzył w nim krew. Czuł nienawiść do tego tchórzliwego zdrajcy i wszystko w nim krzyczało, że ten szczur musi być ukarany! Jednak gdzieś w głębi duszy cichutki głosik szeptał mu, że Pettigrew nic nie zyskał na swojej zdradzie, a wręcz przeciwnie, wszystko stracił. I że jest żałosnym, małym człowieczkiem. Nikt się z nim nigdy nie liczył i nigdy nie będzie. Teraz też... Dyrektor uznał, że nie warto go łapać, za to można wykorzystać jego obecność w Hogwarcie do oszukania Voldemorta. Sam Glizdogon był tu kompletnie nieważny. Posłuży jako narzędzie... Nieprzyjemna myśl zakiełkowała w głowie chłopaka. Czy Dumbledore tak patrzył na ludzi? Jak na narzędzia? Przydatne lub nie. Czy jego też tak potraktował? Zostawił go u Dursleyów „na przechowaniu" i sięgnął po niego, gdy uznał, że czas go „użyć"? Nie! Harry usiłował odepchnąć od siebie te podejrzenia. Dyrektor go lubił, nieraz dawał mu tego dowody! Ale czy na pewno? Wątpliwości nie zrodziły się w nim nagle, teraz, w tej chwili. Nie dopuszczał ich do świadomości wcześniej, ale one tam były. Czaiły się głęboko i gryzły podstępnie... Chłopak opanował się z trudem. Postanowił to przemyśleć, ale nie w tym momencie. Teraz stali przed poważnym wyzwaniem i musieli mu sprostać. Ale Glizdogona nie wolno lekceważyć! Trzeba o tym przypomnieć.

– Pettigrew już udowodnił, że potrafi być groźny – powiedział szorstko, natychmiast przyciągając uwagę. – Wszyscy zawsze go mieli za nieudacznika, a wcale taki nie jest!

– Słusznie, Harry – zgodził się z nim wuj.

– Kto nic nie ryzykuje, ten wojny nie wygrywa – stwierdził sucho dyrektor. – Nie łudźmy się. A co do Glizdogona... Założyłem też blokadę, nastawioną specjalnie na jego magiczną aurę – dodał. – Gdyby spróbował rzucić jakikolwiek czar, moja zapora go powstrzyma.

– Nie wiedziałam, że takie coś jest możliwe... – szepnęła Ginny.

– Czarodzieja może zablokować tylko ktoś silniejszy od niego, o większej mocy – wtrąciła szybko Hermiona.

– Oczywiście, czytała pani o tym – stwierdził Snape. O dziwo, w jego głosie nie było ironii. Dziewczyna skinęła twierdząco głową.

– Taką blokadę można przełamać, ale jest to bardzo trudne – dodał Mistrz Eliksirów. – I oczywiście, trzeba dysponować wystarczającym potencjałem magicznym...

– A jeśli połączymy swoje moce, to on nic nie będzie mógł zrobić! – wykrzyknął uradowany Dean.

Harry rzucił mu podejrzliwe spojrzenie. Skąd Dean wiedział o Glizdogonie i jego animagii? W wywiadzie dla „Quibblera" Harry o tym na pewno nie mówił! Ani w żadnych innych okolicznościach. Niewiele osób znało tę tajemnicę. A Thomas o nic nie spytał. Czyżby Ginny opowiedziała to swemu chłopakowi? A może po prostu... Dumbledore?

– Nie o to chodzi, żeby zablokować Glizdogona – przypomniał Dumbledore. – Obiecałem młodemu Malfoyowi, że usunę mu Mroczny Znak, jeśli zmieni strony. Ale to nie ja to zrobię. Zrobi to profesor Snape. Chcę, żeby Tom myślał, że Severus dysponuje wystarczającą mocą do tego zadania. Gdybym ja go wspierał swoją magią, Tom natychmiast by mnie wyczuł. Im silniejszy czarodziej, tym ma wyrazistszą aurę. W każdym rzuconym zaklęciu zostaje drobny ślad aury osoby, która je rzuciła.

– Jak odcisk palca – wyrwała się Hermiona.

– Dokładnie – przytaknął Snape. Harry popatrzył na wuja ze zdumieniem. Dlaczego nie zbeształ dziewczyny za przerywanie dyrektorowi?

– Można też przekazać czystą energię i zerwać kontakt, albo podłączyć kogoś do swojego źródła... Hmm... Tak bym to określił. Wtedy trudno jest, albo w ogóle niemożliwe, wykrycie, że nie działamy sami. Spontaniczne dzielenie się energią zdarza się, choć wcale nie tak często, jak moglibyście przypuszczać, sądząc po tym, że akurat wam się to przydarzyło... – Dumbledore podczas tych wyjaśnień nie spuszczał z nich wzroku. Harry'ego nieco to peszyło, a jednocześnie utwierdził się w przekonaniu, że sprawa jest niezwykle poważna.

– Dlatego zrobimy to zaraz po śniadaniu i przy asyście licznych świadków – oznajmił Mistrz Eliksirów. – A tak naprawdę, będzie to przedstawienie dla jednego widza.

– Voldemorta? – upewnił się Harry.

– Tak – potwierdził Olaf Goldstone, uśmiechając się złośliwie. – Przekazane mu oczami Glizdogona.

– Pozostali uczestnicy tego wydarzenia też powinni być przekonani, że to Severus usunął Mroczny Znak – powtórzył dyrektor.

– Niestety, nie będę przy was, bo ludzie obecni w tej chwili w Hogwarcie nie powinni mnie widzieć – westchnął nieco smętnie Olaf. – Ale z uwagą będę wszystko śledzić stąd. Jak najdokładniej. No a jeśli idzie o łączenie mocy... Ponieważ już to robiliście, jestem pewien, że się wam uda. To nie jest wcale trudne. Ja i Severus możemy połączyć swoje moce nawet, gdy jesteśmy bardzo daleko od siebie. Ale my mamy w tym wieloletnią wprawę. Tobie, Harry, też udało się przekazać Severusowi swoją energię magiczną na wielką odległość! – dodał poważnie Norweg.

– To może spróbujemy? – Harry wstał z sofy gotów do natychmiastowego działania, pozostała piątka też ochoczo się poderwała, ale Dumbledore pokręcił głową.

– Jeszcze chwilkę poczekajcie – ostudził zapał młodzieży.

– Musimy wszystko zaplanować jak najdokładniej, żeby Voldemort nie nabrał podejrzeń – powiedział Mistrz Eliksirów.

– No i nie wiemy, czy Tom nie opętał Glizdogona... – zauważył Dumbledore. – Jest to raczej mało prawdopodobne, ale taką możliwość też musimy brać pod uwagę.

– A może jesteś w stanie to sprawdzić, Harry? – spytał nagle Olaf Goldstone z ożywieniem. Popatrzył zachęcająco na chłopaka, ignorując zszokowane miny Ginny i Deana.

– Mogę spróbować... – szepnął Harry. Dotychczas jego połączenie z Voldemortem uaktywniało się spontanicznie, gdy Riddle był wściekły albo czymś bardzo podniecony. Po jednostronnym zablokowaniu tej więzi przez zaklęcia Dumbledore'a i Snape'a, Tom stracił szansę na podsuwanie Harry'emu fałszywych wizji, ale niestety jego silne emocje były w stanie uderzyć w tę barierę na tyle mocno, by Harry je odczuł, lecz teraz już tylko od niego zależało, czy nawiąże kontakt z umysłem Voldemorta.

– Absolutnie nie! – wykrzyknął Snape, rzucając Norwegowi gniewne spojrzenie. – Olaf, opamiętaj się! Owszem, Harry, jestem pewien, że dałbyś radę to zrobić, – odwrócił się do chłopaka – ale brak ci jeszcze wprawy i gadzina mógłby wyczuć twoją ingerencję w jego umysł. Lepiej nie ryzykujmy.

– Przepraszam, to było głupie – przyznał Goldstone.

– Bywasz czasami zbyt porywczy – wytknął przyjacielowi oskarżycielskim tonem Mistrz Eliksirów.

– Przyganiał kociołek probówce – odparował kpiąco Norweg. – Ale masz rację, oczywiście.

– Severusie, przedstaw nam swój plan – zażądał Dumbledore. Snape skinął głową.

– Zaczniemy od pokazania Glizdogonowi Harry'ego w animagicznej postaci – Mistrz Eliksirów uśmiechnął się do siostrzeńca porozumiewawczo. – A przy okazji obejrzą cię też Malfoy i Zabini. Gdy wyjdą z pokoju wspólnego na korytarz odezwie się sygnał. Przy drzwiach mamy czujnik, który sygnalizuje, gdy ktoś przez nie przechodzi – dodał wyjaśniająco.

Dyrektor uniósł brew.

– I jak sądzę podobne czujniki są zainstalowane we wszystkich lochach i na korytarzach? – spytał z zaciekawieniem.

– Oczywiście – potwierdził Snape spokojnie.

Dumbledore pokiwał głową, ale nie skomentował tego.

– Mów dalej, Severusie – poprosił.

– Ty, Harry, zmienisz postać i pojawisz się przed nimi – kontynuował Mistrz Eliksirów. – Ja wcześniej pójdę do laboratorium. Glizdogon mnie zobaczy, gdy będę tam szedł. Wyjdę stamtąd kilka chwil po tym, jak oni obaj cię spotkają. Pewnie spróbują cię zaatakować, ale się tym nie przejmuj. Zabini nie rzuci żadnego czaru bo blokada mu to uniemożliwi, a Malfoy nie ma różdżki. Odegramy małą scenkę. Ja zażądam, żebyś wrócił do pokoju, a ty mi odpowiesz w wężomowie, że nie chciałeś nikogo przestraszyć. Ma to wyglądać jak najbardziej naturalnie, bo jeśli Voldemort opętał Glizdogona to patrzy jego oczami, a jeśli nawet nie, to obejrzy sobie dokładnie wszystko co szczur widział, używając legilimencji. Aha, jeszcze jedno. Bardzo ważne! Pamiętaj, żeby nie otwierać za bardzo pyska, bo w postaci ureusza jesteś potwornie jadowity. Jad ureusza jest równie groźny jak jad bazyliszka. Musisz uważać!

Harry wzdrygnął się. O tym w ogóle nie pomyślał!

– Będę ostrożny, obiecuję – zapewnił żarliwie.

– Wierzę – stwierdził sucho Snape. – Mam nadzieję, że wreszcie nauczyłeś się odpowiedzialności – dodał z przekąsem.

– Tak... – szepnął chłopak.

– To świetnie. Twoje spotkanie z moimi Ślizgonami będzie pierwszym aktem przedstawienia. Następny rozegramy przy stole, podczas śniadania. Po spotkaniu z Malfoyem i Zabinim ja wrócę z tobą do moich kwater, bo musimy dać czas Glizdogonowi na prześlizgnięcie się do Wielkiej Sali. Odczekamy parę minut i wejdziemy tam... Najlepiej parami. Ja przyjdę z Moodym... To wszystko MUSI! – podkreślił z naciskiem – wyglądać naturalnie.

– A co potem? – spytała szybko Hermiona. – Przecież nie możemy przewidzieć co kto powie i jak się to wszystko rozwinie!

– Słuszna uwaga. Niestety, będziemy musieli trochę improwizować, ale jestem pewien, że zdołacie wykrzesać z siebie dość zdolności aktorskich, żeby nikt się nie domyślił prawdy. Potraficie doskonale bajerować nauczycieli, więc i teraz dacie sobie z tym radę. A co do przewidywań... – Snape posłał Hermionie złośliwy uśmieszek. – Nie jest tak źle. Któryś z moich podopiecznych na pewno wspomni o spotkaniu z ureuszem. Stawiam na Zabiniego, Malfoy jest za wielkim tchórzem. Jeśli żaden z nich się na to nie zdobędzie, wtedy ja albo pan dyrektor, – spojrzał na Dumbledore'a – tak pokierujemy rozmową, żeby ich do tego skłonić. Poza tym, obaj będziemy kontrolować przebieg konwersacji przy stole, opracowaliśmy parę możliwych wariantów... No, zobaczymy jak to wyjdzie...

– Czy my powinniśmy udawać, że nie mamy pojęcia o niczym? – Ginny wysunęła kolejną wątpliwość.

– Nie wydaje mi się, panno Weasley – odpowiedział Dumbledore. – Raczej wręcz przeciwnie, powinniście dać do zrozumienia, że wszystko wiecie. Profesor McGonagall nie uczestniczy w naszym małym spisku i będzie podejrzewać, że albo Harry sam wpadł na głupi pomysł postraszenia Ślizgonów, albo, że któreś z was go do tego namówiło. Nie zdradzi tajemnicy animagii Harry'ego, ale oczywiście da wam do zrozumienia, że nie pochwala takiego wybryku.

– Hermiono, ty też powinnaś okazać nam niezadowolenie! – zawołał z ożywieniem Ron. – Nikt się nie kapnie! I wszystko wyjdzie świetnie!

– O! Racja! – podchwycił pomysł Harry.

Dziewczyna rzuciła im złe spojrzenie, ale skinęła potakująco.

– Moody na pewno zrobi piekielną awanturę – wysunął przypuszczenie Snape.

– Bardzo na to liczę – stwierdził spokojnie dyrektor. – Aha, Harry, musisz sobie wymyślić jakieś imię dla swojej animagicznej postaci.

Harry nie zastanawiał się długo.

– Syczek! – oznajmił stanowczo.

– Doskonale – skwitował Olaf Goldstone. – Ładnie i trafnie!

– No, to teraz bierzemy się za ćwiczenia... – zarządził Dumbledore.

###

Hogwart – Wielka Sala.

Draco Malfoy rozejrzał się. Wszyscy wpatrywali się w niego intensywnie. Ale pomimo ogarniającej go paniki, która wypierała gniew z jego umysłu, zdołał zauważyć, że nikt z obecnych nie okazuje mu wrogości. Nawet Moody! Nieco podniosło go to na duchu.

Decyzję właściwie już podjął, ale strasznie ciężko było oznajmić to na głos. Przyznać się do popełnienia błędu...

– Chcę odejść od Czarnego Pana – powiedział cicho.

– Voldemorta, Draco – poprawił go Snape, śmiertelnie poważnym tonem. – Mówiłem ci już i powtórzę to teraz... Nie wystarczy sama deklaracja. TY musisz tego chcieć! Naprawdę chcieć, bo inaczej wszystko na nic. Rozumiesz?

– Tak... – wybąkał z trudem Draco.

– I dlatego powinieneś wymawiać jego imię. Nie „Czarny Pan" ani Sam–Wiesz–Kto tylko po prostu Voldemort. Albo Tom Marvolo Riddle. No i żaden „Lord", oczywiście! – zaznaczył Snape szyderczo.

– Voldemort... – wykrztusił Malfoy. Potrząsnął głową zdumiony faktem, że zdołał wypowiedzieć przeklęte imię.

– Bardzo dobrze – pochwalił go Dumbledore.

Snape zdjął dłoń z barku Dracona i obnażył swoje lewe przedramię. Nie było na nim nawet śladu po Mrocznym Znaku.

– Spójrzcie. – Mistrz Eliksirów uniósł rękę do góry, by wszyscy mogli się dobrze przyjrzeć. – Usunąłem sobie ten głupi tatuaż – oznajmił pogardliwym tonem. – Już mi nie jest potrzebny, więc się go pozbyłem. Problem w tym, Draco, – spojrzał na chłopaka poważnie – że nade mną Voldemort nigdy nie miał władzy. A ty wciąż jesteś jego niewolnikiem. Czy jesteś gotów i naprawdę chcesz zerwać te więzy?

– Tak – potwierdził Malfoy pewnym głosem.

– Czy przejdziesz na naszą stronę? I czy gotów jesteś walczyć przeciwko Voldemortowi? – spytał Moody oficjalnym tonem.

Draco przełknął ślinę.

– A czy mam inne wyjście? – jęknął. – Jeśli pan mi usunie Mroczny Znak, to... Czy... On to poczuje? – popatrzył na Mistrza Eliksirów przerażonym wzrokiem.

– Zapewniam cię, że poczuje i to bardzo mocno, bo prześlę mu na pożegnanie paskudną klątwę – obiecał Snape wykrzywiając usta w złośliwym uśmiechu.

– Więc niech pan działa – szepnął Draco. – Przechodzę na waszą stronę...

– Obnaż rękę i oprzyj na stole – polecił Snape. – I usiądź. Uprzedzam, że Voldemort będzie przeciwdziałać. Musisz mu się przeciwstawić, rozumiesz?

Chłopak skinął głową. Nie mógł wydobyć z siebie głosu, przerażenie odebrało mu mowę. Szybko spełnił polecenie.

– Gdy Znak zniknie, złożysz mi przysięgę na różdżkę – zapowiedział mężczyzna.

– Tak – zgodził się cicho Malfoy. – „Niech to się już skończy" – pomyślał.

Snape wyjął z kieszeni dwa małe flakoniki zamknięte zalakowanymi korkami.

– Wzywam wszystkich obecnych na świadków! – powiedział bardzo wyraźnie i stanowczo.

###

Mały szczurek ukryty przy kominku wytrzeszczał ze wszystkich sił czarne oczka, ale niewiele mógł zobaczyć zza obluzowanego kamienia, za którym się ukrył. Modląc się, aby nikt go nie spostrzegł szybko wdrapał się na gzyms obramowania paleniska. Teraz już widział wszystko dokładnie.

###

Snape odkorkował obie małe buteleczki i wypił zawartość jednej z nich, a eliksir z drugiej wylał na rękę Malfoya. Chłopak poczuł lekkie łaskotanie, ale nie było to nieprzyjemne uczucie. Mikstura pokryła dokładnie Mroczny Znak tworząc na nim cienką skorupę. Draco przez chwilę przyglądał się temu z fascynacją. Mistrz Eliksirów podniósł różdżkę. Draco drgnął i szybko się rozejrzał. Wszyscy w skupieniu wpatrywali się w opiekuna Slytherinu. Potter i Pomyluna tulili się do siebie, tak samo Łasic i szlama Granger, oraz mała Wiewióra ze swoim ciemnoskórym chłopakiem, Thomasem.

Dumbledore zmierzył go surowym spojrzeniem.

Z różdżki Mistrza Eliksirów najpierw wystrzeliła smuga błękitnego światła, a potem zaczęła się z niej sączyć bladoniebieska mgiełka, która w szybkim tempie wypełniła całą Wielką Salę.

Wraz z mgłą pojawił się dziwny zapach. Chłopak poczuł słaby aromat z nutą konwalii i narcyzów. Takich perfum używała jego matka...

Snape wykonał serię skomplikowanych ruchów różdżką.

– Aura pamięci – powiedział. – Utrwali w umysłach wszystkich tu obecnych przebieg wydarzeń. Nawet po latach każdy z nas zdoła je odtworzyć z najdrobniejszymi szczegółami.

Mgiełka lekko zadrgała, jakby była żywą istotą i rozumiała co się dzieje.

– Draco, patrz mi w oczy! – zażądał Snape. Dotknął różdżką Mrocznego Znaku. Malfoy poczuł straszliwy ból, jakby jego rękę trawił żywy ogień. Wrzasnął przeraźliwie i zachwiał się na krześle. Mistrz Eliksirów chwycił go lewą ręką za kark, chroniąc przed upadkiem.

– Trzymaj się! – usłyszał okrzyk Snape'a. Czuł teraz jego obecność w swoim umyśle. Miał wrażenie, że obaj znaleźli się w jakiejś niezmierzonej przestrzeni. Wokół była pustka wypełniona aksamitną ciszą, a oni szli przed siebie w stronę błękitnego światła, które migotało gdzieś bardzo daleko od nich. Za nimi była absolutna ciemność. Stąpali po czymś twardym i gładkim jak szkło. Draco bał się, że poślizgnie się i upadnie, ale w tym momencie towarzyszący mu mężczyzna otoczył go ramieniem. Ból zniknął a obecność Snape'a dodawała mu otuchy.

„Niczego się nie bój!" – dotarła do niego myśl opiekuna. – „Zaraz dojdziemy, to naprawdę nie jest tak daleko, jak byłoby, gdybyś szedł sam."

Błękitne światło było coraz jaśniejsze. Zbliżało się do nich...

Nagle na ich drodze pojawił się cień. Czarna sylwetka wysokiego mężczyzny przesłoniła światło. Błysnęły złowrogo czerwone oczy.

– Zdradzasz mnie głupi dzieciaku?! – krzyknął piskliwie. – Stój, głupcze! Nie pozwolę ci odejść!

Draco zamarł, ale Snape trzymał go mocno i pociągnął za sobą, uniemożliwiając zatrzymanie się. Chłopak bezwolnie ruszył za nim. Szli coraz szybciej, wprost na stojącego przed nimi Voldemorta. Draco ze zdumieniem zauważył, że choć Voldemort stoi twardo jak posąg, to jednocześnie zdawał się odsuwać od nich. Był coraz mniejszy i bardziej odległy. Zaś błękitne światło wypełniało już całą przestrzeń.

– Sssnape, ty zdrajco... – wysyczał Czarny Pan. – Puść go! Nie dasz rady... Jesssteś słaby...

Ale Mistrz Eliksirów tylko roześmiał się urągliwie i niewzruszenie szedł dalej. A jego ciało zaczęło świecić. Teraz chłopak ujrzał, że ten blask udziela się także i jemu...

Nagle pomiędzy nimi a światłem błyskawicznie zaczął wyrastać czarny mur. Zapadła ciemność i tylko błękitna poświata sącząca się z ich ciał sprawiła, że widzieli się nawzajem. Jednocześnie ze wszystkich stron zabrzmiał złośliwy chichot.

– Nie przejdziecie!

Snape się nie cofnął. Wyciągnął przed siebie prawą dłoń. Draco patrzył z niedowierzaniem. Jego opiekun trzymał złoty róg jednorożca! Wytrysnęła z niego błękitna błyskawica i mur runął. I zniknął. Jakby go nigdy nie było. Czarny Pan znów stał przed nimi i wydawał się coraz mniejszy.

– Zanim cię zabiję, Draconie Malfoyu, będziesz patrzył jak umiera w mękach twoja matka! – warknął Voldemort.

I to był jego błąd. Draco poczuł gwałtowną wściekłość. Przed oczami chłopaka przemknęły wspomnienia. Matka tuli go... Uśmiecha się do niego...

Ten zwyrodnialec... Ośmiela się grozić, że... O, nie!

– Won stąd! – ryknął. – Idź precz, odrażająca kreaturo! Ty szlamo! Nie tkniesz mojej matki!

Wypełniające go światło gwałtownie rozbłysło. Błękit zamienił się w czerwień. Draco poczuł, że Mroczny Znak zsuwa się z jego przedramienia i z oszałamiającą prędkością leci w stronę Voldemorta. Jakby uciekał... Lecz ucieczka Znaku się nie powiodła. Snape cisnął za nim ognistą kulę, która go pochłonęła i dosięgła Voldemorta. Eksplodowała bezgłośnie i ciemność zniknęła. Razem z Czarnym Panem. Draco usłyszał jeszcze jego piskliwy krzyk, a potem przeraźliwe wycie.

###

– Draco!

Ktoś go wołał. Potrząsnął głową i uświadomił sobie, że wciąż siedzi przy stole w Wielkiej Sali. Wokół niego stali ludzie... Spojrzał na swoją rękę. Na białej skórze nie było żadnego śladu. Mroczny Znak zniknął!

– Udało się... – szepnął. Popatrzył na Snape'a, który uśmiechał się do niego. NAPRAWDĘ się uśmiechał!

– Tak, udało się – potwierdził Mistrz Eliksirów. Stał nieporuszony. Nie wyglądał na wyczerpanego...

– Myślałam, że Mrocznego Znaku nie można się pozbyć – odezwała się profesor Vector. – Stworzyła go Czarna Magia... Severusie, jak ty to zrobiłeś?

– Tak naprawdę, to nie ja to zrobiłem, tylko sam pan Malfoy – oświadczył Snape.

– Jak... to? – zawołał Flitwick.

– Ten zgadziały idiota zagroził, że zabije Narcyzę... – wyjaśnił Snape. – Wtedy Draco go odepchnął. Twoja miłość do matki dała ci siłę – zwrócił się do chłopca. – Nie myślałem, że okaże się to aż tak proste – dodał z pogardą. – Nastawiłem się na ciężką walkę...

– Co to było... Dlaczego on tak krzyczał? – spytał Draco.

– Bo odesłałem mu twój Mroczny Znak razem z paskudną klątwą – zaśmiał się złośliwie Snape. – Nie mam złudzeń, oczywiście, co do tego, że szybko się jej pozbędzie, ale co oberwał, to oberwał.

– Oficjalnie potwierdzam, że Mroczny Znak pana Draco Malfoya został usunięty – powiedział Moody chłodnym tonem, patrząc na Snape'a z nietajoną niechęcią. – To teraz pozostaje złożenie przysięgi. Ja jestem pierwszym gwarantem, a profesor Dumbledore będzie drugim.

Draco poczuł ciarki. Miał złożyć Wieczystą Przysięgę! Spojrzał z rozpaczą na Mistrza Eliksirów. Snape skinął głową i podał mu jego głogową różdżkę.

Kiedy jego różdżka wyemitowała strumień błękitnego światła, który połączył się z takim samym strumieniem z różdżki Snape'a, a świetlne wstęgi z różdżek Dumbledore'a i starego aurora owinęły się wokół ich dłoni, Draco poczuł dziwny spokój. Powtarzał za dyrektorem słowa przysięgi, że będzie walczył z Voldemortem aż do jego całkowitego pokonania, z absolutną szczerością i przekonaniem, że dotrzyma przysięgi.

Gdy skończyli, zabrzmiały oklaski.

– Okazuje się, że Voldemort nie jest taki potężny, jak to usiłuje wszystkim wmawiać – stwierdził profesor Flitwick.

– Do tej pory wmawiał to nam skutecznie – warknął Moody. – I słaby też nie jest!

– On nie ma skrupułów – powiedziała pani Zabini. – Ani sumienia... – dodała w zamyśleniu.

– Ale profesor Snape okazał się lepszy od niego! – zaśmiał się Blaise. – No i pan ma fajniejszego węża – stwierdził, patrząc na Snape'a z uznaniem. – Co to jest taka Nagini przy pańskim ureuszu!

– Zabini, ureusze to inteligentne istoty, a Syczek nie jest moim zwierzątkiem, tylko wychowankiem – odpowiedział z nieukrywaną irytacją Mistrz Eliksirów. – Zaś co do Nagini, to jej już nie ma.

– Jak to? Co się z nią stało? – padły pytania.

– Mogę wam pokazać, CO się z nią stało, ale uprzedzam, że to będzie bardzo... nieprzyjemne widowisko – ostrzegł Snape.

– Pokaż – zażądał ostro Moody.

– Tak, chcemy zobaczyć! – Wszyscy byli zaintrygowani.

– Proszę bardzo...

Snape pstryknął palcami i na ścianie naprzeciwko kominka pojawił się wielki ekran.

###

Mały szczur z przerażeniem patrzył jak olbrzymi, czarny pies morduje Nagini. Najpierw celnie plunął ogniem, precyzyjnie wypalając wężycy oczy, a potem... Szczątki wielkiej kobry leżały rozrzucone na łące. Czarny potwór starannie wytarł pysk o trawę i wpełzł pomiędzy porastające łąkę krzaki. Gdy Czarny Pan oglądał ścierwo Nagini, pies ukryty w krzakach obserwował go uważnie, a w jego bladych oczach płonął ogień.

Szczur drżał.

Mściciel powrócił.