###

W tym samym czasie, gdy w Hogwarcie towarzystwo zgromadzone w Wielkiej Sali z podziwem oglądało przedramię Dracona Malfoya oczyszczone z Mrocznego Znaku – na Hawajach, w Polsce, w Norwegii, w Japonii, we Francji i w kilkunastu innych miejscach na świecie wiele osób obserwowało na wielkich ekranach oraz na małych monitorach komputerów zwijającego się z bólu Toma Marvolo Riddle'a. Na zneutralizowanie klątwy potrzebował ponad pół godziny.

###

– Mam wam do przekazania jeszcze parę informacji – zakomunikował Dumbledore donośnie, uciszając gwar. Rozmowy umilkły i wszyscy popatrzyli na dyrektora z zaciekawieniem i odrobiną obawy.

– Czy będą to może wreszcie jakieś dobre nowiny? – spytała zgryźliwie McGonagall.

– Pierwsza z całą pewnością, Minerwo – odparł z uśmiechem dyrektor. – Otóż francuscy aurorzy uwolnili dziś w nocy wszystkie dzieci porwane przez Czarnego Rogogona. Za parę godzin nasi uczniowie będą w Hogwarcie.

– To wspaniale – zawołał radośnie Flitwick.

– Nie ciesz się tak, Filiusie. – Wicedyrektorka ostudziła radość profesora zaklęć. – Po pierwsze, będą musieli tu zostać do końca wakacji, bo nie mają się gdzie podziać. Wiesz przecież, że ich rodziców aresztowano. Zablokowano im również konta. Wszystkie, nie tylko te u Gringotta, więc pieniędzy także nie mają. A zatem po drugie, będziemy musieli uruchomić rezerwy finansowe szkoły na ich utrzymanie – podkreśliła.

– No tak... – mruknął nieco zdetonowany Flitwick. – Rzeczywiście, o tym nie pomyślałem, ale czy naprawdę ta kwestia może stanowić jakiś problem? – spytał, patrząc na dyrektora.

– Nie, TO nie. Mamy na to środki. – Dumbledore już się nie uśmiechał. – Najważniejsze jest co innego...

– Otóż to – wpadła dyrektorowi w słowo McGonagall. – Żadne z nich nie będzie w radosnym nastroju, oględnie mówiąc. I o tym właśnie musimy pomyśleć – zakończyła z naciskiem.

Draco i Blaise popatrzyli na siebie. Czy powinni się cieszyć z rozwoju wydarzeń, czy raczej wręcz przeciwnie? Nie byli tego pewni.

Zabini zerknął spod oka na matkę. Siedziała spokojnie, a jej twarz nie wyrażała żadnych uczuć. No cóż, nikogo z aresztowanych śmierciożerców nie zaliczała do przyjaciół, a formalną znajomość zawsze można zerwać.

Malfoy spuścił głowę i nie patrzył na nikogo.

– I co z nimi będzie? – zapytała cicho profesor Vector.

– Zobaczymy... – westchnął ciężko Dumbledore. – Zdajecie sobie sprawę, jak trudne stoi przed nami zadanie? Będziemy musieli pomóc tym dzieciom, ale nie tylko... – znacząco zawiesił głos.

– Rozumiem – wycedził przez zęby Snape. – Naszym głównym zadaniem jest przekonanie ich, że popieranie Voldemorta to błąd i że powinni, mówiąc wprost, wystąpić przeciwko własnym rodzinom, czy tak?

– Mówiąc wprost... Tak – potwierdził z naciskiem Dumbledore.

– To będzie niełatwe – odezwała się nagle pani Zabini. – Chcecie, żeby zdradzili swoich rodziców?

– Określiłaś to bardzo dosadnie, ale trafnie – skwitował jej słowa Mistrz Eliksirów. – Tak.

– To się nie uda... – powiedział cicho Draco.

– Zatem masz przed sobą wyzwanie, panie Malfoy – oznajmił Moody zlośliwie. – Przekonaj ich. Kogo jak kogo, ciebie przynajmniej wysłuchają!

Draco się zachłysnął. Tego się nie spodziewał. Patrzył na aurora ze zgrozą, kompletnie osłupiały.

Opanował się z trudem. Ale po chwili nagła myśl sprawiła, że poczuł przypływ adrenaliny. Już wiedział, co zrobi.

###

– Masz bardzo ładną bransoletę, Potter – odezwał się nagle Draco.

– Należała do mojej mamy – odpowiedział odruchowo Harry, machinalnie obracając bransoletkę na przegubie. Zatopiony w myślach nawet nie spojrzał w stronę Malfoya. Ron trącił go łokciem.

– Chłopie, ocknij się! – szepnął.

Harry drgnął i spojrzał nieco nieprzytomnie na przyjaciela.

– Mówiłeś coś? Zamyśliłem się...

– Nie, nic takiego – mruknął Ron. Miał nadzieję, że nikt poza nim nie zwrócił uwagi na tę wymianę zdań. Ani Ron, ani Harry nie spojrzeli już na Ślizgonów i żaden z nich nie zauważył, że Malfoy i Zabini przyglądali się im ukradkiem.

Blaise Zabini pomyślał, że pojawił się nowy, niespodziewany element do skomplikowanej układanki, jaką tworzyły poznane przez niego fakty. Rzeczywistość jawiła się całkowicie odmienna niż ta, którą do tej pory uważał za prawdziwą. I fascynująco niebezpieczna.

###

– Skoro już ustaliliśmy wstępnie, jakie działania podejmiemy odnośnie naszych uczniów – odezwał się ponownie dyrektor – przejdźmy do innych spraw.

Wszyscy momentalnie ucichli, zwracając spojrzenia na Dumbledore'a. Niezwykła powaga na twarzy dyrektora sugerowała, że ma do przekazania arcyważne informacje.

– Otrzymałem dziś rano list z Francji. Od francuskich ureuszy.

– Czy to jakiś żart?! – wybuchnął Moody.

– Nie, Alastorze – odpowiedział spokojnie Dumbledore.

– Albusie... – jęknęła profesor McGonagall. – Ile jeszcze niespodzianek dla nas przygotowałeś?!

– Tym razem to jednak nie ja, Minerwo. – Mężczyzna uśmiechnął się promiennie. – Oni zaraz tu będą.

Nie zważając na zszokowane miny większości obecnych, wstał od stołu i podszedł do okna. Wszyscy milczeli, śledząc go wzrokiem. Przez kilka długich chwil panowała głęboka cisza. Wreszcie dyrektor odwrócił się. Skinął na Moody'ego i Shacklebolta.

– Już są – powiedział. – Alastorze, King, chodźcie ze mną ich powitać. Będziecie reprezentować Ministerstwo.

Obaj mężczyźni zerwali się z krzeseł i podążyli za Dumbledore'em.

Szczur na kominku zadrżał i wcisnął się głębiej za ozdobny gzyms.

Harry wstał i podbiegł do okna. Nie był jedyny. Wszyscy uczynili to samo.

Nad Zakazanym Lasem pojawiło się jakieś zawirowanie, z którego wyłoniły się dwa olbrzymie, skrzydlate węże. Oślepiająco biały i złocisty. Ich skrzydła były błękitne. Harry podziwiał grację, z jaką się poruszały. Zastanowił się mimo woli, czy on sam w swojej animagicznej postaci też sprawia takie wrażenie. Ureusze rozłożyły skrzydła i ślizgiem poszybowały w stronę zamku. Po chwili wylądowały na dziedzińcu przed główną bramą. Harry niezwykle uważnie obserwował ich lądowanie. Będzie musiał przecież jak najszybciej zacząć treningi latania, więc podpatrzenie innych ureuszy na pewno mu się przyda. Przyglądając się gościom bardzo szybko doszedł do wniosku, że miał rację. Postanowił z nimi porozmawiać. Oby tylko mu w tym nikt nie przeszkodził! Następnych parę chwil poświęcił rozważaniom, jak to zrobić. Wreszcie zdecydował, że po prostu poprosi ich o rozmowę na osobności. A jeśli ktokolwiek zaprotestuje, to niech idzie do diabła! Z zaciętością pomyślał, że nie pozwoli już więcej sobą sterować. Jednocześnie dojrzewała w jego umyśle pewna decyzja.

W Wielkiej Sali panowała absolutna cisza, gdy dwa olbrzymie węże wpełzały przez wrota zachęcane zapraszającymi gestami Dumbledore'a. Dyrektor uśmiechał się serdecznie do gości. I tylko on. Większość obecnych miała w oczach lęk, którego nie potrafili ukryć.

Szczur zerkający zza wypukłego gzymsu kominka marzył o tym, by nikt go nie zauważył. Na szczęście dla niego, wszyscy byli zaabsorbowani gośćmi i żadne spojrzenie nie zabłądziło w okolice jego kryjówki.

Ureusze zatrzymały się na środku sali i skłoniły głowy przed Dumbledore'em. Oddał im ukłon i grzecznie powitał. Po francusku.

– Pozdrowienie, profesorze – wysyczał biały. W mowie węży. Harry uśmiechnął się w duchu. Nie znał francuskiego, ale nie miał wątpliwości, że porozumie się z nimi bez problemu, chociaż można było w wymowie mężczyzny usłyszeć wyraźne grasejowanie. Nigdy dotąd się nad tym nie zastanawiał, choć teraz wydawało mu się rzeczą oczywistą, że wężouści, posługując się językiem węży, zachowują swój narodowy akcent nakładający się na wężowe syczenie. Zaskakujące odkrycie. No, ale skoro on rozumiał ich, to zapewne oni zrozumieją jego. Bardzo dobrze.

Dumbledore pokręcił głową ze smutkiem.

– Wybaczcie – powiedział. Tym razem po angielsku. – Nie jestem wężousty, ale jest wśród nas ktoś, kto jest obdarzony tą zdolnością. Czy zgodzicie się, by Harry Potter był tłumaczem podczas naszej rozmowy?

Oba węże pokiwały zgodnie głowami.

– Witamy cię, Harry Potterze – zasyczał biały.

– Miło mi was poznać – odpowiedział natychmiast Harry w mowie węży, podchodząc do nich. Musiał zadrzeć głowę, żeby spojrzeć im w oczy. Omal się nie roześmiał na głos, obserwując ukradkiem zszokowane miny większości zebranych w sali.

– Nazywam się Herve de Charente–Maritime – przedstawił się biały wąż. – A to moja córka Françoise – dodał, patrząc na złotoskórą towarzyszkę.

Harry szybko powtórzył prezentację tłumacząc słowa ureuszy na angielski. Jakoś poszło.

Dyrektor wyglądał na niezwykle zdumionego.

– Jestem zaszczycony – powiedział z ogromnym respektem. – Nie spodziewałem się... Cieszę się, że uznaliście moją prośbę za tak ważną! Moi drodzy – Dumbledore odwrócił się do ludzi zgromadzonych w Wielkiej Sali – naszymi gośćmi są Senior Przewodniczący i Dyrektorka Departamentu Współpracy Międzynarodowej Europejskiej Rady Wężokształtnych.

Wszyscy podnieśli się i skłonili głęboko, jak należy przed tak ważnymi personami. Harry poszedł w ich ślady, a choć nie miał pojęcia, czym jest owa Rada Wężokształtnych, czuł intuicyjnie, że sprawa jest niezwykle poważna.

– Zdecydowałem się osobiście poprowadzić negocjacje z panem, profesorze Dumbledore, ponieważ nasza społeczność także jest zagrożona – oznajmił sucho przybysz. Harry szybko przetłumaczył jego słowa. Dyrektor przyjął to bez uśmiechu. Skinął tylko głową.

Następna godzina była dla Harry'ego niezwykle męcząca. Przypomniał sobie informację, którą przeczytał kiedyś w jakiejś gazecie – że tłumacze uczestniczący w rozmowach dyplomatycznych w trakcie każdego takiego spotkania tracą kilka kilogramów wagi. Teraz całkowicie w to uwierzył. Tłumaczył wypowiedzi ureuszy na język angielski, starając się jak mógł najlepiej, by tłumaczenie było dokładne, ale utrzymywanie napiętej uwagi, by czegoś nie przekręcić, straszliwie go wyczerpywało. A nikt nie mógł mu pomóc, bo tylko on z całego towarzystwa posługiwał się mową węży! Na domiar złego, musiał cały czas pamiętać o Peterze Pettigrew ukrywającym się na kominku w Wielkiej Sali, więc uważał na każde wypowiadane słowo.

Negocjacje okazały się niełatwe. Ureusze chyba niezbyt ufały ludziom, co Harry'ego wcale nie dziwiło. Czarodzieje przejawiali aż za wiele ksenofobii, a istoty magiczne, nawet tak potężne i dobrze zakamuflowane jak Wężokształtni, miały za dużo złych doświadczeń, żeby mogły zgodzić się bez zastrzeżeń na pełną współpracę. Nawet Dumbledore nie zdołał ich do tego przekonać. Nie udało mu się to, mimo jego wysokich umiejętności dyplomatycznych.

Były gotowe do daleko idącego współdziałania i koordynacji wszelkich wspólnych poczynań skierowanych przeciwko Voldemortowi i Czarnemu Rogogonowi, ale nie zamierzały poddać się dowództwu czarodziei. Natomiast niewątpliwym sukcesem dyrektora była zgoda ureuszy na wymianę informacji. Chociaż w tym punkcie także nie obyło się bez tarć.

###

– Odprowadzę naszych gości – oznajmił głośno Harry. – Accio Błyskawica! – wrzasnął, częściowo wyładowując w tym okrzyku przepełniającą go frustrację i machnął różdżką. Z rozmysłem zignorował zdumione i zszokowane miny większości obecnych. Trudno, niech się dziwią. Głośny świst oznajmił przybycie jego miotły. Błyskawica wpadła do sali. Chłopak wskoczył na nią i śmignął przez okno najszybciej jak tylko mógł, by nikt nie zdążył go zatrzymać. Ureusze dołączyły do niego po kilku sekundach.

– O czym chciałeś z nami porozmawiać na osobności, dziecko? – spytał rozbawionym głosem biały wąż, podlatując do chłopaka z prawej strony. Był tak blisko, że prawie ocierał się bokiem o miotłę.

– Jestem taki sam jak wy – powiedział szybko Harry. – Chciałbym się nauczyć latać, jeszcze tego nigdy nie robiłem...

– Doskonale cię rozumiemy – zapewniła go wężyca. – Przyślemy ci wiadomość i spotkamy się z tobą bez świadków.

– Kiedy? Trochę trudno będzie, bo najpóźniej jutro przenosimy się z Hogwartu... Yyy... – Harry urwał, bo uświadomił sobie, że nie powinien zdradzać tajemnic, a nie wiedział, na ile jego wuj ufa wężokształtnym.

– Porozumiemy się z Severusem, nie sądzę, żeby miał coś przeciw – uspokoił go senior i chłopak odetchnął. Jednocześnie pomyślał z podziwem, że brat jego matki jest niezwykle przewidujący. Nie miał wątpliwości, że to Snape namówił ureuszy do zaoferowania współpracy Zakonowi Feniksa.

Jego przypuszczenia zastały potwierdzone chwilę później.

– Przekaż Severusowi, że zgadzamy się na jego propozycje – wysyczał pospiesznie biały wąż. – I jeszcze jedno... Ta gra ze szczurem Voldemorta była szalenie ryzykowna. Ale chyba się udało.

Zanim zaskoczony chłopak zdołał sformułować odpowiedź, oba ureusze zniknęły prawie bezgłośnie.

###

Fred i George popatrzyli na siebie. Na ich identycznych twarzach widniały identyczne szelmowskie uśmiechy.

– No, to od czego zaczniemy? – zapytał retorycznie Fred.

– Oczywiście od spisania wszystkiego co wiemy, co przypuszczamy i co uważamy za prawdopodobne, a co za niemożliwe – odpowiedział George z udawaną powagą.

###

Fred i George zaśmiali się z satysfakcją, a potem obaj jednocześnie przenieśli spojrzenie na kilkanaście gęsto zapisanych kartek.

– Braciszku, czasem zadziwiamy sami siebie! – stwierdził chełpliwie Fred.

– Oczywiście i niewątpliwie – potwierdził z dumą George.

Przybili piątkę i sięgnęli po plony swojej kilkugodzinnej ciężkiej pracy. Fred zrzucił ze stołu kilkanaście numerów „Quibblera", zaczepiając łokciem o stosik magazynów niechlujnie ułożony na krawędzi blatu. George podniósł leżący na samym wierzchu lipcowy numer. Trzepnął nim o dłoń i zachichotał triumfalnie. Fred dołączył do niego i obaj zanieśli się śmiechem.

– No i popatrz, wystarczyło tylko pomyśleć... – zaczął Fred.

– I już wszystko wiemy – dokończył George.

– Prawie wszystko, braciszku, prawie – skorygował z fałszywą miną skromnisia Fred, spuszczając oczy.

– Masz rację, co przyznaję z bólem serca – westchnął George, z miną dla odmiany świadczącą o tym, że jego samozadowolenie leciuteńko sklęsło. Po chwili jednak twarz rozświetlił mu znowu szelmowski uśmiech. Wziął do ręki jeden szczególnie pobazgrany arkusz. – Luna Lovegood – przeczytał z emfazą. – Musimy to skonfrontować z „Quibblerem". – Podał bratu kolejną kartkę.

– No, właśnie... – westchnął Fred. – Przewertujmy to jeszcze raz. Mam przeczucie, że o czymś nie pomyśleliśmy.

– Nie tylko ty, ja też – upewnił go George.

– Pokaż. – Fred sięgnął po kartkę i obaj zgodnie pochylili nad nią głowy.

– Heliopaci... Knot morduje gobliny... – mamrotał Fred. – Trucizny w Departamencie Tajemnic... – Podniósł głowę i spojrzał na brata. George westchnął.

– Czytałeś dokładnie dzisiejszego „Proroka"? – spytał.

– Nie – przyznał się Fred.

– To przeczytaj...

Przez minutę słychać było jedynie szelest papieru.

– Jakim cudem ja to przeoczyłem?! – jęknął Fred.

– Ja też tylko co o tym pomyślałem – mruknął George. – Kiedy Lovegood o tym pisał? – zapytał po namyśle. Fred bez słowa podał mu dwa numery „Quibblera".

Przez długie sekundy obaj zgodnie milczeli.

– Zastanawiam się, skąd ten cwaniak to wszystko WIE – odezwał się wreszcie Fred.

– Nie jesteś jedyny – skwitował George. – Też chciałbym to wiedzieć!

– Może wrócimy do biblioteki? – zaproponował Fred. –

– Mamy szczęście, że Pince jeszcze nie wróciła – mruknął George.

– A pewnie. Urwałaby nam co nieco, za robienie bałaganu w jej sanktuarium – zachichotał Fred. –Wyobrażam sobie jakie piekło urządzi dyrowi za wpuszczenie nas do biblioteki pod jej nieobecność! – dodał radośnie.

– I za wynoszenie do dormitorium czasopism – przypomniał George. – Dobrze, że nie są obłożone zaklęciami zabezpieczającymi jak Kroniki.

– Bo nie moglibyśmy ich zabrać z czytelni – stwierdził Fred. – Na gacie Merlina, korci mnie ta tajemnicza szafka! Ciekawe, co jest w niej schowane...

– Omal jej nie przeoczyliśmy. Ech… Zabezpieczających ją klątw sami nie zdejmiemy... Bill! – wykrzyknął George w olśnieniu.

– Idę po niego – zdecydował Fred. – Na szczęście jeszcze jest w Hogwarcie.

###

Najstarszy z braci Weasleyów z nieruchomą twarzą wysłuchał opowieści bliźniaków.

– Nie będę dociekał, dlaczego chcecie się dobrać do zawartości tej skrytki – powiedział cicho. – Pomogę wam, ale pod jednym warunkiem.

– Chyba domyślamy się, czego chcesz... – jęknęli jednym głosem, jak zwykle z idealną synchronizacją.

– Opowiecie mi wszystko dokładnie i niczego nie zataicie – zażądał Bill, patrząc im w oczy.

– Oczywiście – obiecali. I szczerze zamierzali uczciwie dotrzymać danego bratu słowa.

###

Intrygująca szafka poddała się zabiegom Billa i odsłoniła swoje tajemnicze wnętrze, niechętnie uchylając drzwiczki. Wewnątrz znaleźli gramofon z instrukcją, jak go używać. Zaklęcia uruchamiające grającą machinę były porządnie spisane na mosiężnej tabliczce przymocowanej do bocznej ścianki pudła.

– I to wszystko? – spytał zawiedzionym głosem Fred. George nic nie powiedział, tylko z rozczarowaną miną pokręcił głową.

– Nie – odpowiedział z uśmiechem Bill. – Odsuńcie się.

Bliźniacy pospiesznie odstąpili kilka kroków. Łamacz klątw uniósł różdżkę. Chwilę później jaskrawe, kolorowe gwiazdy wypełniły całe pomieszczenie małej podręcznej czytelni, do której pani Pince dopuszczała tylko nielicznych szczęśliwców. Gdy wreszcie Weasleyowie odzyskali ostrość widzenia po oślepiającym pokazie neutralizowania magii ochronnej, ujrzeli, że szafka odsunęła się od ściany, ukazując wnękę przesłoniętą solidnie wyglądającymi kolejnymi drzwiczkami. Zdejmowanie ostatnich zabezpieczających ją zaklęć trwało prawie godzinę, zanim wreszcie ujrzeli tak pieczołowicie ukrywaną ZAWARTOŚĆ. Były to pudła, pudełka i książki w twardych okładkach. Pudła zawierały płyty gramofonowe, a w pudełkach znaleźli sterty piór i kałamarze wypełnione atramentem oraz tabliczki chińskiego tuszu i pędzelki. Książki okazały się notesami, których karty zabazgrano zapisami nut. Ktoś bardzo starannie poliniował papier, a potem różnokolorowymi atramentami wpisał w pięciolinie nuty i mnóstwo muzycznych symboli. Poszczególne melodie były oddzielone od siebie grubymi czarnymi liniami.

Bill popatrzył na stertę rupieci. Bliźniacy nie ukrywali zdumienia. Co u licha?! Trzej rudzi mężczyźni spoglądali na siebie z zakłopotaniem i zaskoczeniem. Najstarszy z braci westchnął ciężko.

– Mam nadzieję, że rozwiążecie tę zagadkę. Nie rozumiem, o co tu chodzi i jestem naprawdę zaciekawiony, ale nie mam czasu, żeby się w to zagłębiać – stwierdził z żalem.

– Możesz na nas liczyć, bracie! – obiecał z zapałem George.

– I dzięki za pomoc – dodał poważnie Fred. – Sami nie dalibyśmy sobie rady – mruknął samokrytycznie.

###

Godzinę później dormitorium zajęte przez bliźniaków wyglądało jak po przejściu tornada. Obaj chwilowi lokatorzy bardzo zmęczeni, ale ogromnie zadowoleni siedzieli w fotelach i odpoczywali po ciężkiej pracy.

Badanie zawartości skrytki przyniosło rezultaty olśniewające, choć zaskakujące. Pióra okazały się piórami samonotującymi sporządzonymi specjalnie dla muzyków – zapisywały melodie. Atrament zmieniał kolory i natężenie barwy zależnie od wysokości i siły dźwięku. Im głośniejszy dźwięk, tym mocniejszy kolor. Nie rozszyfrowali co prawda wszystkich symboli muzycznych, ani nie próbowali się nawet domyślać, co znaczyły słowa: presto, allegro czy con amore, ale nie zamierzali się tym kłopotać. Notes leżący na wierzchu zawierał zaklęcia i wyjaśnienia dotyczące używania tych akcesoriów, mieli więc bardzo ułatwione zadanie. Po użyciu odpowiedniego zaklęcia, wodząc różdżką po nutach, mogli usłyszeć zapisane melodie.

Ich błogie lenistwo nie trwało długo.

– Dobra, bracie. Bierzemy się za resztę tego chłamu – zarządził energicznie George. – Zostały nam do obejrzenia i przesłuchania płyty. Zastanawiam się, kim był kompozytor tych dzieł – prychnął. – Muzyka nie brzmiała zbyt interesująco – stwierdził z niesmakiem.

– A mnie zastanawia co innego... – odpowiedział zamyślony Fred.

– Dlaczego to wszystko tak starannie ukryto? – dokończył George.

– To było pierwsze, co mi się nasunęło. – Fred wyciągnął z pudełka płytę leżącą na wierzchu i zamarł. George już otwierał usta, by zadać pytanie co się stało, bo jego bliźniak wyglądał jak spetryfikowany, ale nic nie powiedział, gdyż brat obrócił trzymane w ręku znalezisko, podsuwając mu pod oczy okładkę. Spojrzał i zastygł na chwilę z opadniętą szczęką.

– Na Merlina... – szepnął po długiej chwili, gdy wreszcie zdołał się poruszyć, otrząsnąwszy z osłupienia.

– Wiesz co, bracie? – zadał retoryczne pytanie Fred, pocierając czubek nosa.

– Dużo wiem, ale nie wiem „co"? – podroczył się George. – No? To co wymyśliłeś?

– Trzeba będzie przycisnąć Harry'ego – przedstawił swoje przemyślenia Fred.

– Aha, chcesz go namówić, żeby wyciągnął z Luny prawdę. – Błyskawicznie załapał George. Pomysł brata bardzo mu się spodobał.

– W samo sedno, mój bliźniaku – pochwalił jego domyślność Fred.

– Tylko czy on potrafi dobrze całować? – wyraził wątpliwości George. – Chyba nie ma wielkiego obycia z dziewczynami. Z Cho i Parvati mu nie wyszło...

– Nauczymy go! – zamknął sprawę Fred.

– Dobra, czyli to już ustaliliśmy, więc zastanówmy się teraz nad TYM – wrócił do zasadniczego tematu George, dziabiąc palcem okładkę płyty z muzyką Stubby'ego Boardmana. Ze zdjęcia zdobiącego okładkę puszczał do nich oko... Syriusz Black! Grał na gitarze, jednocześnie nonszalancko bujając się na krześle, niebezpiecznie balansując na jego tylnych nogach.

Bliźniacy bardzo uważnie przyjrzeli się fotografii, niemal wodząc nosami po lakierowanym kartonie. Wniosek z oględzin wypadł zadowalająco.

– To nie Syriusz – wygłosił swoją opinię Fred.

– Zgadzam się z tym spostrzeżeniem – stwierdził George.

Spojrzeli na siebie z pełnym zrozumieniem.

– Wracamy do biblioteki – zdecydował Fred.

– Na szczęście Pince jest wyjątkową pedantką, nawet jak na bibliotekarkę i wszystkie „Proroki" zgromadziła w jednym miejscu, porządnie ułożone rocznikami – zaśmiał się George.

– Nie zawadzi zajrzeć też do „Czarownicy" – myślał głośno Fred. George walnął brata w plecy.

– Genialne, braciszku! – wyraził z entuzjazmem swoje uznanie.

###

– No i popatrz, jakie to było łatwe! – wykrzyknął Fred z triumfem.

– Wystarczyło przejrzeć kilka numerów „Proroka" z właściwego roku… – zaśmiał się George. – No i przyznasz, że to zdjęcie w „Czarownicy" jest wyjątkowo udane – stwierdził, machając bratu przed nosem barwnym magazynem. – Panna Boardman prezentuje się naprawdę olśniewająco!

– Czego nie można powiedzieć o jej domniemanym kochanku – prychnął Fred.

– Ejże! „Domniemanym"?! Masz jakieś wątpliwości? – zdziwił się niebotycznie George.

– Och, nie. Ale takie stwierdzenie jest uprzejme, rozumiesz… – tłumaczył się Fred.

– Przypomniałeś sobie, że nasza mama dokładała starań, żeby nas dobrze wychować – zachichotał George.

Obaj zaśmiali się z satysfakcją.

– Czyli…

– Reasumując…

– Jedyne, czego jeszcze w tej sprawie nie wiemy, to dlaczego nasza biblioteczna cerberka to wszystko tu ukryła!

– Dowiemy się – podsumował stanowczym tonem George.

– Jasne – skwitował Fred.

Przybili piątkę.

###

Dwie męskie dłonie jednocześnie sięgnęły do odtwarzacza. Kierowani tą samą myślą bracia popatrzyli sobie w oczy. George cofnął rękę, a Fred delikatnie uniósł głowicę i ustawił w pozycji wyjściowej. Muzyka umilkła.

– Ta muzyka ma w sobie złą magię – mruknął Fred. – Pamiętasz katarynkę z Grimmauld?

– Katarynka usypiała… – przypomniał George.

– Fakt… – westchnął Fred.

– Nie dziwię się już, że od jakiegoś antywielbiciela oberwał w ucho rzepą na koncercie – podsumował swoje wrażenia George. – Ta muzyka jest jak trucizna dla duszy.

– Dlaczego rzepą? A nie pomidorami? – zastanowił się Fred.

– Bo rzepa jest twardsza od pomidorów – wyraził domysł George.

###

Pani Pince była wściekła i wcale nie zamierzała tego ukrywać. Niewinne miny bliźniaków nie oddziaływały na nią pozytywnie. Wręcz przeciwnie.

– Wścibskie diablęta! – syknęła. – Musieliście wetknąć tu swoje nochale?!

– To był przypadek! – jęknął Fred.

– Ale jak natrafiliśmy… – zaczął tyradę George.

– … na tajemnicę… – ciągnął jego bliźniak.

– … to nie mogliśmy… – kontynuował George.

– … zostawić jej nienaruszonej… – gorączkował się Fred.

– … i nie próbować jej rozwiązać… – tłumaczył George.

– … do końca! – przypieczętował sprawę dobitnie Fred.

– Dość! – wrzasnęła bibliotekarka. – Zamknijcie się… – wysyczała. Szybko oceniła sytuację. Jeśli nic tym piekielnym rudzielcom nie powie, to i tak nie odpuszczą i licho wie, do czego się jeszcze dogrzebią. – Dobrze – zdecydowała. – Powiem wam to, co mogę.

– Jasne, są tajemnice, których pani nie może nam wyjawić – wszedł jej w słowa Fred.

– My powiemy pani, co już wiemy, a pani naszą wiedzę uzupełni – zaproponował George.

– Wiemy, że Stubby Boardman jest nieślubnym synem arystokraty Oriona Blacka, czyli przyrodnim bratem Syriusza Blacka. Jego babka, matka jego matki, ukończyła Hogwart w tym samym roku, co pani. Obie byłyście w Slytherinie, zatem musiałyście się dobrze znać. To Madeleine Boardman poprosiła panią o ukrycie tego wszystkiego? – Pytanie zadane przez Freda zawisło w powietrzu. Pani Pince zmrużyła oczy, ale nic nie powiedziała, tylko dała mu znak, żeby kontynuował.

– Plotkarskie szmatławce z tamtych czasów szeroko rozwodziły się o licznych kochankach matki Stubby'ego, a w „Czarownicy" znaleźliśmy jej zdjęcie ze starym Blackiem. Byli razem na jakimś przyjęciu – dopowiedział George.

– Podobno Madeleine Boardman nie żyła z córką w zgodzie, dlatego matka Stubby'ego wyjechała do Hiszpanii, a potem do Italii. W Europie zrobiła karierę. Może nie specjalnie olśniewającą, ale miała liczne grono wielbicieli i wierną publiczność. Jej syn nigdy nie uczęszczał do żadnej szkoły, wszędzie go ze sobą zabierała, a bez przerwy jeździła po całej Europie z koncertami – pochwalił się informacjami Fred.

– Ciekawe, że przyłapano ją tylko z Orionem, żadnej fotki z którymkolwiek innym mężczyzną nigdzie nie było. To intrygujące… – zastanawiał się George.

– Bo nigdy naprawdę nie było innych mężczyzn w jej życiu – westchnęła bibliotekarka. – Takich na poważnie. Jakieś przelotne romanse to tak… – dodała ze smutkiem w głosie. Uniosła głowę i spojrzała im w oczy. – Madeleine i jej córka nie żyją. Nie żyje też już na szczęście Orion Black. Ale wolałabym, żebyście nie powtarzali na prawo i lewo wszystkim dookoła tego, co wam opowiem.

– Obiecujemy… – powiedział uroczystym tonem George.

– ... nie kłapać dziobem do nikogo… – dołożył Fred.

– Chyba, że okaże się to niezbędne – prychnęła pani Pince. – Niech będzie.

– To słuchamy! – zawołali bliźniacy z idealną synchronizacją.

– Madeleine była moją przyjaciółką. Wyszła za mąż za człowieka, który był zdolnym muzykiem. Miał talent, ale pochodził z bardzo konserwatywnej rodziny, gdzie muzykowanie było źle widziane. Niestety, w jego klanie zajmowanie się zawodowo działalnością artystyczną nie było tolerowane. Boardmanowie należą do arystokracji, przestrzegają tradycji, nawet takich, które są totalnie nonsensowne.

Bibliotekarka uśmiechnęła się do siebie i przez moment jej surowa twarz miała ciepły wyraz.

– Tak właśnie myśleliśmy – powiedział Fred. Mrugnął do brata.

– Po poślubieniu Madeleine komponował w tajemnicy. Ona go kochała i nie miała nic przeciwko. Grał w domu, dla niej. Jeszcze większe zdolności przejawiała ich córka, matka Stubby'ego. Miała na imię Aida, bo jej ojciec uwielbiał operę. Ale na scenie występowała jako Camillea Silverstar.

– Czyli talent do muzyki jest dziedziczny – stwierdził George.

– Nie tylko do muzyki – mruknął Fred.

– Jako młoda dziewczyna wpadła w kłopoty – ciągnęła opowieść bibliotekarka. – Wdała się w romans z żonatym facetem, w dodatku niebezpiecznym. To był zwykły oszust, omamił ją i wykorzystał. Kto to był? No, cóż. Orion Black.

– Ojciec Syriusza i Regulusa – mruknął Fred.

– Owszem – westchnęła pani Pince. – Ona go kochała i był jej jedynym mężczyzną. Jak Madeleine się o tym dowiedziała, to wpadła w panikę. Jej mąż już nie żył, a córka była w ciąży z Orionem. Madeleine bała się, że on zabije Aidę. To był straszny łajdak. Dla ukrycia romansu mógł zabić kochankę. Na szczęście Madeleine była nie w ciemię bita. Aida już poznała się na Blacku i też się bała. Obie ustaliły, że panna Boardman będzie udawać, że miała wielu kochanków, żeby Orion nie myślał, że dziecko jest jego.

– No, sprytne! – zawołał z uznaniem George.

– Szczęśliwie się złożyło, że akurat jej zespół muzyczny miał odbyć tournée po Europie, więc wyjechała i Stubby urodził się w Hiszpanii. Madeleine przyjechała do córki i pomagała jej w pielęgnowaniu małego, ale oficjalnie udawały obie, że są pokłócone. Orion dał się nabrać i w ogóle nie interesował losami byłej kochanki. Zresztą miał ich wiele… Dlatego Stubby od najmłodszych lat włóczył się z matką po świecie. I nie chodził do szkoły. Był niesamowicie podobny do ojca i do Syriusza, więc żeby nikomu nie wpadło w oko to podobieństwo, Aida siedziała w Stanach, Kanadzie i Australii oraz oczywiście na kontynencie, głównie we Włoszech i Hiszpanii. Jak Stubby występował na scenie, to używał niesamowitych charakteryzacji. Za namową mamy... A potem jego podobieństwo do Blacków przestało mieć znaczenie.

– Bo Orion zmarł i nikt nie kojarzył Boardmana z Blackami – stwierdził domyślnie Fred. – Do czasu. Afery z Syriuszem...

– Tak, właśnie – potwierdziła bibliotekarka. – I to wszystko – powiedziała, wyraźnie dając rudzielcom do zrozumienia, że jej opowieść dobiegła końca.

– Nie! – zaprotestowali obaj gorąco.

– Nie wiemy jeszcze… – zaczął Fred.

– ...dlaczego te płyty… – ciągnął George.

– ...tak starannie pani schowała? – dokończył pytanie Fred.

Pani Pince popatrzyła surowo na bliźniaków, marszcząc brwi.

– Tacy jesteście inteligentni, a nie wpadliście na rozwiązanie zagadki? – zadrwiła.

Weasleyowie popatrzyli na siebie.

– Okładka tej płyty ukazuje Stubby'ego bez charakteryzacji – szepnął Fred. – O to chodzi?

– To jest projekt, który został odrzucony. Aida przekonała syna, że nie powinien pokazywać swojej prawdziwej twarzy, bo nikt z jego fanów go nie rozpozna i nie kupią płyty. Orion wtedy jeszcze żył – potwierdziła domysły chłopaka. – A Madeleine Boardman, czując zbliżającą się śmierć, poprosiła mnie o schowanie tych wszystkich materiałów, notesów swego męża i płyt z muzyką wnuka, bo bała się, że po jej śmierci ktoś odkryje prawdę, a to może być dla jej ukochanego wnuczka niebezpieczne.

– Czyli wszystko jasne! – zawołał radośnie George.

– Dziękujemy pani… – powiedział uroczystym tonem Fred.

– ...i obiecujemy… – dołożył swoje trzy knuty George.

– ...że nie będziemy tego rozgłaszać! – zakończył Fred.

– Świetnie – westchnęła pani Pince. – Mam nadzieję, że dotrzymacie słowa. A te płyty i notesy możecie sobie zatrzymać. Ja nie mogę słuchać tej muzyki. Mam zupełnie inne gusta – wyznała nieoczekiwanie. Sarkastyczny ton, jakim wypowiedziała ostatnie zdanie, zaskoczył bliźniaków. Ale nie byli zdziwieni.

Ukłonili się grzecznie i opuścili bibliotekę.

###

Pakując kufry, radośnie chichotali. Nie musieli nic mówić, rozumieli się bez słów.

Tajemnice Snape Manor czekały na odkrycie!