###
Wtorek 16 lipca 1996 roku, południe – Paryż, Rue de Rivoli, ekskluzywny sklep z butami.
Personel salonu obuwniczego – czyli cztery młode kobiety – zerkały nieufnie na jedyną w tej chwili obecną w sklepie klientkę. Wszystkie czuły dziwny niepokój, jakby wraz z tą Brytyjką (jak się zorientowały po jej akcencie, choć po francusku mówiła bardzo dobrze) pojawiło się jakieś niebezpieczeństwo. Pozornie nic się nie działo złego, ale wszystkie wyczuwały instynktownie, że coś jest nie tak…
Młoda dziewczyna z wściekle różowymi włosami z radosnym zachwytem oglądała w skupieniu buty, które przyniosła jej sprzedawczyni. Lada zawalona była pudełkami i stosami różnobarwnych par damskiego obuwia. Różowowłosa grzebała w nich w upojeniu. Od jednej pary zwłaszcza nie mogła oderwać oczu. Na pudełku naklejono zdjęcie bardzo eleganckiego starszego pana trzymającego w dłoniach damski bucik, a podpis pod fotką głosił: Manolo Blahnik. Cena przyprawiała o zawrót głowy, ale dziewczyna nie zdawała się tym kłopotać. Kiedy sprzedawczynie ujrzały w drzwiach sklepu dziwacznie ubraną postać, w pierwszym odruchu chciały ją wyprosić, bo nawet jak na paryskie standardy wydawała się zbyt nietypowa, a szczególnie tu, w luksusowych świątyniach handlu na Rue de Rivoli. Powstrzymał je widok kilkunastu toreb z innych ekskluzywnych sklepów paryskich, które potencjalna klientka piastowała w objęciach. Neonowo różowe włosy, powyciągany podkoszulek z koszmarnym bohomazem przedstawiającym jakichś zarośniętych facetów i angielskim napisem „Fatalne Jędze" na piersi, sprane dżinsy porozdzierane w tak wielu miejscach, że chyba jedynie cudem utrzymywały się w całości. Na bosych stopach miała tenisówki nie do pary, prawa była żółta z czarną plamą, którą obsługująca ją ekspedientka zidentyfikowała jako sylwetkę borsuka, ale mogła się oczywiście mylić. Zaś druga tenisówka była czerwona i ozdobiona złotym haftem skrzydlatego czworonożnego stwora z głową orła. Zwieńczeniem wizerunku oryginalnej kobiety był wytatuowany na ramieniu otoczony płomieniami wilk szczerzący zęby.
Wparowała do wnętrza z hałasem, upuściła dwie torby, z których wypadły sprawunki i w drodze do lady potknęła się trzy razy.
– Biorę te! – Dziewczyna wskazała na czerwone sandałki na niebotycznym obcasie. – I te! – zdecydowała po chwili, biorąc do ręki szarobeżowe szpilki ozdobione z przodu kwiatem z czarnych i srebrnych koralików.
Młoda ekspedientka włożyła szpilki do pudełka i zapakowała je w firmową torbę. Następnie sięgnęła po sandałki, ale klientka chwyciła ją za rękę.
– Proszę nie pakować! – krzyknęła. – Te włożę!
Ekspedientka z zaciekawieniem obserwowała, jak dziewczyna zakłada buty. Po chwili popłynęła wręcz po posadzce. Te czerwone sandałki na szpilce były jakby specjalnie dla niej zaprojektowane.
– Wspaniale! – klasnęła w ręce i roześmiała się dźwięcznie.
– Buty są rzeczywiście doskonałe – zgodziła się sprzedawczyni – ale nie pasują do spodni…
– Och, mam tu coś odpowiedniego! – wykrzyknęła dziewczyna, sięgając do jednej z toreb. Wyjęła z niej przepiękną czerwoną suknię, którą ekspedientka rozpoznała od jednego rzutu oka. Była to kreacja zaprezentowana na ostatnim pokazie mody Diora miesiąc temu. „Senne marzenie w malinach i płatkach róż" – uszyto ich tylko dziesięć egzemplarzy. Osiem na zamówienie i dwa wystawione na aukcję w sklepie firmowym. To musiała być jedna z tych dwóch…
– Mój narzeczony padnie z wrażenia – oznajmiła z satysfakcją klientka. – Yyy… Czy mogę się tu przebrać? Nie macie przebieralni…
– Zapraszamy na zaplecze – powiedziała pospiesznie kierowniczka, gestem wskazując różowowłosej drogę. Była już pewna, że warto okazać ekscentrycznej dziewczynie najwyższą uprzejmość. A widząc jej bieliznę, pogratulowała sobie samej. Miała nosa! Stanik, majtki i koszulka z naturalnego jedwabiu, idealnie dopasowane i ozdobione prawdziwą klockową koronką – na taką wykwintną bieliznę mogła sobie pozwolić tylko osoba bajecznie bogata.
I zdusiła w zarodku chęć, by powiedzieć klientce, że taką suknię nosi się wyłącznie wieczorem na specjalne okazje. Chociażby bankiet, lub premiera w operze.
Bo jak się ma mnóstwo pieniędzy, to można sobie pozwolić na paradowanie w południe po ulicy w wieczorowej kreacji za kilkanaście tysięcy franków.
A gdy dziewczyna w czerwonej sukience opuściła sklep wszystkie ekspedientki łącznie z kierowniczką życzyły sobie więcej takich klientów. Żadna z nich nie pamiętała już o niepokoju, jaki poczuły na widok różowowłosej.
###
Wtorek 16 lipca 1996 roku, południe – Francja, gdzieś w Prowansji.
Wielki łabędź wylądował na środku małego jeziorka. Złożył skrzydła i majestatycznie popłynął po wodzie zostawiając za sobą pasmo piany. Zatrzymał się kilka metrów przed porastającymi brzeg trzcinami i łypnął czarnym okiem w stronę budynków widocznych w pobliżu. Wysoki mężczyzna wyszedł spomiędzy domów, kierując się ku wodzie. Uśmiechnął się obserwując ptaka, który przekrzywił głowę i wyciągnął szyję w jego stronę z wyraźną nadzieją na poczęstunek.
– Niestety, nic nie mam – zaśmiał się człowiek i rozłożył ręce.
Łabędź gniewnie zasyczał. Chyba się obraził. Niewątpliwie zrozumiał, że nic nie dostanie. Odwrócił się, rozpędził biegnąc po wodzie i odleciał. Zatoczył w powietrzu kilka kręgów nad jeziorkiem i domami, złapał odpowiedni prąd powietrza i po chwili zniknął rozpływając się w błękicie nieba. Mężczyzna odszedł kręcąc z rozbawieniem głową. Lubił ptaki, a łabędzie zawsze podziwiał. Żałował, że nie miał nic, czym mógłby nakarmić skrzydlatego gościa. Ten był wyjątkowo piękny. No, cóż. Nie chodził z chlebem w kieszeniach.
###
Nimfadora Tonks szalała ze szczęścia. Jej nieznany stryjeczny prapra… no, nieważne ile tych pra…
dziadek zmarł dziesięć dni temu, uprzejmie pozostawiając jej i jej ojcu olbrzymi majątek wraz z dodatkiem – tytułem książęcym. Francuskim zresztą. Tytuł jej nie interesował, ale pieniądze dały swobodę, jakiej nigdy wcześniej nie zaznała. Państwo Tonks rozpoczęli przebudowę i remont domu, a w pierwszej kolejności zatroszczyli się o wzmocnienie istniejących już wokół ich niewielkiej posiadłości osłon magicznych, oraz o założenie nowych. A ona kupiła sobie mnóstwo rzeczy, na które nigdy wcześniej nie było jej stać i nawet nie marzyła, że kiedykolwiek będzie. No i pomyślała o tych, którzy nie mieli takiego szczęścia. W porozumieniu z rodzicami przekazali znaczne dotacje dla szpitala świętego Munga.
Przeglądając się w lustrze uśmiechnęła się do siebie, rozkoszując się myślą o minie Remusa, gdy ją zobaczy…
Oczywiście obsługa sklepu nie zauważyła, jak rzucała na czerwone sandałki zaklęcie równowagi.
###
Percy czuł się fantastycznie. Jego dziedziczne zdolności okazały się bardzo przydatne.
– Pat… Znalazłeś? Naprawdę?! – Pytanie zawisło w powietrzu. Hans przyglądał mu się z niedowierzaniem zmieszanym z nadzieją.
– Znalazłem. – Twierdząca odpowiedź wywołała wręcz euforię trzech pozostałych mężczyzn obecnych w pokoju. Wreszcie sukces!
###
Wtorek 16 lipca 1996 roku, południe – Francja, Paryż, kawiarnia Café de Flore
W zacisznym wnętrzu w stylu art déco przy bocznym stoliku siedziało dwóch mężczyzn delektując się znakomicie zaparzoną kawą i babeczkami z bitą śmietaną i truskawkami.
– Czy to twoja ulubiona kawiarnia, kuzynie? – spytał młodszy. Starszy uśmiechnął się łagodnie prezentując niewiarygodnie białe zęby.
– Owszem. Dlatego cię tu przyprowadziłem – potwierdził przypuszczenia rozmówcy unosząc do ust filiżankę. – Bywali tu Jean–Paul Sartre oraz Simone de Beauvoir. I nie tylko…
– Ale nie dlatego mnie tu przyprowadziłeś, Bernardzie, że bywali tu wielcy pisarze francuscy – odpowiedział jego kuzyn patrząc wyzywająco w bursztynowe oczy.
– Nie, nie dlatego – przyznał spokojnie mężczyzna nazwany Bernardem. – Po prostu tylko tu możemy swobodnie pogadać. Co do tej kwestii, możesz mi wierzyć, Remusie.
– No, dobrze, wierzę. Zatem o co chodzi? – Remus Lupin spiął się wewnętrznie. Był pewien, że za chwilę usłyszy coś niezwykłego. Nie pomylił się.
– Remus, powinieneś poślubić Nimfadorę Tonks. Jak najszybciej. Najlepiej jutro. Weźcie ślub tu, w Paryżu. Mogę to załatwić od ręki i daję słowo, że małżeństwo będzie ważne. Ręczę za to moim honorem – oznajmił z naciskiem Bernard.
– Zapewniam cię, że mam najszczerszy zamiar ją poślubić… Ale dlaczego nalegasz na taki pośpiech? Czemu ci na tym zależy? O co tu chodzi? – Remus nie ukrywał zdumienia. Jednocześnie zastanawiał się gorączkowo, w jakim stopniu może pozwolić sobie na szczerość wobec tego nowopoznanego kuzyna. Niewiele o nim wiedział, ale intuicja podpowiadała mu, że Bernard zasługuje na zaufanie. Po kilkusekundowym wahaniu zdecydował się na ujawnienie niektórych informacji.
– Przed naszym wyjazdem do Francji jeden z moich znajomych powiedział mi to samo, co ty teraz. Żebym jak najszybciej poślubił Ninni… – powiedział cicho.
– Warzyciel… – mruknął pod nosem Bernard, chyba bardziej do siebie niż do Remusa.
– Tak – potwierdził Remus z westchnieniem. Czyżby jego kuzyn znał Severusa? A jeśli tak… To jaki był stopień ich zażyłości?
– A nie powiedział ci, że wasze małżeństwo to sprawa polityczna? – drążył starszy mężczyzna.
Remus Lupin podjął decyzję. W ostatnich dniach pojawiło się zbyt wiele tajemnic i zaszło zbyt wiele dziwnych zdarzeń, które dotyczyły go bezpośrednio, by mógł to zlekceważyć. Postanowił zażądać wyjaśnień. A senior alfa francuskich wilkołaków, monsieur Bernard de Lupin najwyraźniej mógł mu ich udzielić. I, do wszystkich diabłów – powinien!
– Tak, owszem. TO właśnie mi powiedział. Czy chodzi o tytuł książęcy Ninni? – spytał wprost. – Który ma od kilku dni…
– Między innymi – potwierdził spokojnie Bernard. – Ale nie tylko o to.
– To o co jeszcze? – Remus czuł się coraz bardziej zdezorientowany, a jednocześnie narastała w nim irytacja. Czy Bernard nie mógł niczego powiedzieć jaśniej?
– To dość skomplikowane… – westchnął de Lupin. – Proszę cię o cierpliwość. Powiedziałeś, że Nimfadora Tonks ma tytuł książęcy od kilku dni. Nie. Ma go od zawsze, tylko o tym nie wiedziała. Tak samo, jak jej ojciec. Czy zwróciłeś uwagę, na medalion, który nosi?
– Tak. Oczywiście. Ten wisiorek sprawił nam mnóstwo kłopotów – wyznał Remus uśmiechając się bezwiednie do swoich myśli. Opanował się i postanowił, że wysłucha kuzyna do końca.
– Bo jest srebrny – stwierdził Bernard, również się uśmiechając. – Czy coś ci o nim powiedziała?
– Powiedziała mi, że dostała go od swojej prababci, babci ojca. Bardzo ją kochała i doskonale pamięta, choć ona zmarła, gdy Ninni miała pięć lat. Prababcia surowo nakazała, żeby nigdy nie zdejmowała medalionu i moja mała obiecała jej to. I dotrzymuje obietnicy – wyjaśnił Remus.
– A co zrobiliście, żebyś się nie poparzył? – zaciekawił się starszy wilkołak.
– Nałożyliśmy na niego zaklęcie tarczy uwzględniające tylko moją osobę – pochwalił się Remus.
– Sprytne – wyraził uznanie Bernard. – A czy poinformowała cię CZYM to naprawdę jest? – Śmiertelna powaga w głosie mężczyzny zaalarmowała Remusa.
– O co chodzi?! – warknął. Znów poczuł ukłucie niepokoju. Co się dzieje?!
– To jest laindré… – powiedział cicho senior alfa francuskich wilkołaków.
– Pierwsze słyszę – przyznał się Remus po krótkiej chwili milczenia. – Domyślam się, że to coś bardzo… niezwykłego. Ale CO?!
– To symbol… Prastarych. Jeden z ich najstarszych symboli… a może nawet najstarszy. Twoja dziewczyna pochodzi z naprawdę bardzo starego rodu. Nikt, kto nie ma prawa do laindré, nie mógłby go nosić. Podejrzewam, że ani ona, ani jej ojciec tego nie wiedzą, skoro nic ci nie powiedziała… – Bernard z wyraźnym zakłopotaniem potarł policzek.
Remus milczał. Kochał Nimfadorę Tonks, ale bał się, że ją skrzywdzi. Czy miał prawo z nią być? Starszy od niej o kilkanaście lat, biedny i niebezpieczny… I ONA. Księżniczka z Prastarych. Metamorfomag z silną magią. Młoda, promienna dziewczyna…
Starszy mężczyzna obserwował go spod oka.
– Remus! – warknął tak nagle, że Lupin aż drgnął. – Nigdy więcej nie myśl, ani nie mów, że jesteś dla niej za stary, zbyt biedny i zbyt niebezpieczny! – powiedział ostro. – My żyjemy długo – ciągnął patrząc mu w oczy. – Wystarczająco długo, żeby różnica wieku między tobą i nią była zupełnie nieistotna. Biedny już nigdy nie będziesz. Należysz do rodu Lupinów i przysięgam na głowy moich dzieci, że masz prawo do wszystkich rodowych zasobów. Dzielimy krew, jasne?! A co do twoich obaw, że jesteś niebezpieczny, to wybacz, ale jesteś z tym zwyczajnie śmieszny. Nie trzeba być wilkołakiem, żeby wzbudzać strach. Wystarczy być człowiekiem.
Ostatnie zdanie Bernard de Lupin powiedział bardzo cicho. Remus Lupin spuścił głowę.
– Porozmawiam z Ninni – szepnął. – I dziękuję – dodał.
– My, Remus, nie mamy aż tak imponującego pochodzenia, jesteśmy tylko Starożytni – zaśmiał się cicho Bernard. – Ale tak wspaniałą okazję trzeba maksymalnie wykorzystać. Nie żartuję. A znając historyczne fakty i dopóki mam coś do powiedzenia w Radzie Rodu, nie dopuszczę do tego, by Lupinowie popełnili te same błędy, co Prastarzy… Przynajmniej niektórzy z nich. Tak dbali o czystość krwi, że zdegenerowali się i wymarli. Przeważająca większość ich linii rodowych już nie istnieje. Taki sam błąd popełniają niektórzy czystokrwiści czarodzieje i niemagiczni arystokraci.
Remus zmarszczył brwi. To samo mówił Severus. I wampir Jörge. Coś mu zaczęło świtać.
– Chcesz wprowadzić do naszego rodu krew Prastarych? – spytał.
– I owszem. A pośpiech jest wskazany dlatego, że jeśli nie usankcjonujecie szybko swojego związku, to twoja księżniczka może znaleźć się w poważnych tarapatach – powiedział Bernard ostrzegawczo.
– Co jej grozi? – Słowa kuzyna przeraziły Remusa. Gdzie czaiło się niebezpieczeństwo?
– Przymusowe małżeństwo z mężczyzną wybranym przez Radę Rodu, do którego należy z racji urodzenia – wyjaśnił sucho de Lupin.
– Chyba żartujesz – jęknął Remus. To zabrzmiało absurdalnie!
– Nie. Nie żartuję – oświadczył z naciskiem Bernard. – Mogą ją nawet próbować porwać – wyraził przypuszczenie. – Niestety, większość w ich Radzie to konserwatyści, wyjątkowo rycerska banda, bo mają wszyscy zakute łby! Wcześniej, przez tysiąclecia, niepokornych wypędzali z rodziny i skazywali na banicję. A teraz rozpaczliwie poszukują potomków tych buntowników, bo grozi im wymarcie, jak egipskim Ureuszom. Żyjący dziś Wężokształtni to potomkowie odstępców, którzy „zmieszali krew" z ludźmi. Tak to wygląda.
– To znaczy, że jakiś przodek Ninni odszedł dobrowolnie albo został wypędzony z rodziny…
– Jej prapra… pięć… nie, sześć pra… babka poślubiła czarodzieja i to w dodatku mającego niemagicznych rodziców! No, skandal był okropny. Oczywiście wypędzono ją z rodziny i z klanu z wielkim hukiem. Wzięła ze sobą na nową drogę życia tylko swoje laindré, bo tego jej nie mogli odebrać. Teraz nosi je twoja Nimfadora. – Bernard zaśmiał się szczerze.
Remus przez chwilę przetrawiał w myślach usłyszane rewelacje. Nagle sobie uświadomił, że Tonks wyruszyła w rajd po paryskich sklepach i zrobiło mu się zimno ze strachu. To przecież idealna okazja do ataku na nią!
– Przepraszam, Bernard, ale muszę natychmiast znaleźć Ninni! Mówiłeś, że jest zagrożona, że mogą ją porwać – wybełkotał usiłując się zerwać z krzesła, ale nie zdołał tego zrobić, bo kuzyn chwycił go mocno za ramię.
– Spokojnie, zadbałem o to. Moi zaufani ochroniarze jej pilnują, nikt jej nie skrzywdzi – zapewnił.
– Dzięki – odetchnął Remus. – Przewidujący jesteś… A co z… – chciał spytać o O'Hare'ych, ale urwał uświadamiając sobie, że nie powinien rozmawiać o Patricku i Kate. Oni mieli swoje zadanie do wykonania.
– Nie martw się o swoich przyjaciół, ich pilnują Drakonidzi. – Bernard klepnął go uspokajająco w ramię. – Przeczytałem listy, które mi dałeś i już wysłałem odpowiedzi – dodał. – Tym się nie kłopocz.
– W porządku – skwitował Remus z ulgą. – Zadzwonię do ciebie jutro rano i dam ci odpowiedź, co ustaliliśmy z Ninni.
– Doskonale! – ucieszył się Bernard.
Kilkanaście minut później, Remus Lupin raźno maszerował ulicą zmierzając w stronę hotelu. Nagle zatrzymał się jak wryty. Szła ku niemu tanecznym krokiem w czerwonej sukience a jej czarne oczy lśniły jak dwa słońca. Malinoworóżowe włosy miały barwę o ton ciemniejszą od koloru sukni.
– Och, Tonks… – pomyślał oniemiały z zachwytu.
###
Wtorek 16 lipca 1996 roku, południe – Snape Manor
Świstoklik przeniósł ich tym razem bezpośrednio do salonu w Snape Manor. Harry upadł na kolana śmiejąc się histerycznie. Nie mógł się uspokoić. Obok niego zanosili się śmiechem pozostali. Luna i Ginny chichotały obejmując się wpół. Ron i Dean rżeli i zataczali się jak pijani. Hermiona ze śmiechu dostała czkawki. Zachwiała się, ale nie upadła, bo Snape ją podtrzymał. On i Olaf także się śmiali.
– Wszystko się wspaniale udało – stwierdził Snape, któremu jako pierwszemu udało się opanować atak wesołości. – Mam nadzieję, że szczęście nas nie opuści – dodał poważniejąc.
– Ja w to wierzę – oznajmił Olaf gromko.
Radosny nastrój trwał jeszcze przez chwilę. Ten oczyszczający atmosferę śmiech był reakcją na napięcie ostatnich dni i godzin. Ale ulga jaką przyniósł była krótkotrwała i wszyscy zdawali sobie z tego sprawę.
Pojawienie się Hortensji zakończyło radosne zamieszanie. Skrzatka zaprowadziła Lunę, Deana i Ginny do przygotowanych dla nich gościnnych pokoi nakazując jednocześnie surowo całemu towarzystwu, że mają się punktualnie stawić na przygotowany przez nią obiad.
Reszta gości miała przybyć do Snape Manor wieczorem.
###
Wtorek 16 lipca 1996 roku, popołudnie – Hogwart, pokój wspólny Slytherinu.
– Nie podoba mi się tutaj! – warknął potężnie zbudowany Gryfon, zakładając ręce na piersi.
– Nie rozumiem, dlaczego wszyscy musimy gnieść się w ślizgońskich lochach! – zawołała buntowniczo ciemnowłosa Gryfonka, rozsiadając się bezczelnie w najwygodniejszym fotelu koło kominka.
Pansy Parkinson na ten widok ogarnęła furia.
– Wynocha! – wrzasnęła przyskakując do Gryfonki i wyciągnęła rękę z oczywistym zamiarem wyrzucenia jej z zajmowanego miejsca. Na zamiarze się skończyło. Oślepił ją jaskrawy błysk. Oszołomiona upadła na podłogę boleśnie obijając sobie tyłek. Gdy kipiąc z wściekłości usiłowała pozbierać się z podłogi, odkryła, że ma spętane nogi.
– Ty gryfońska suko! – zawyła histerycznie.
– Silencio! – Ktoś krzyknął. Zaskoczona Pansy odwróciła głowę i zamarła z otwartymi ustami. Blase Zabini celował w nią różdżką.
„Zdrajca!" – pomyślała z oburzeniem.
Obok Blaise'a stał Draco z rękami założonymi na piersi, przyglądając się jej beznamiętnie.
– Spokój! – wysyczał Zabini. – Finie Incantatem! – Machnął różdżką i Pansy wreszcie mogła wstać.
– To ty?! – wydyszała, bardziej zdumiona niż wściekła. Zabini przeciwko niej? A Draco? Co się z nimi dzieje? Chłód w oczach Malfoya zranił ją dotkliwie.
– Nie ja cię rzuciłem na glebę – odpowiedział niecierpliwie Zabini. – Ani nie spętałem nóg – dodał. – A teraz zamknijcie się! – zażądał ostrym tonem, tocząc groźnym wzrokiem po obecnych.
O dziwo, wszyscy umilkli wpatrując się w niego z napiętą uwagą.
– Jesteśmy wszyscy w tej samej sytuacji, więc proponuję, żebyśmy się dogadali – powiedział Zabini.
– A przynajmniej możemy spróbować – skomentował drwiąco Malfoy.
– Jeśli zaczniemy się żreć i obrzucać klątwami – ciągnął Blaise, patrząc gniewnie na Gryfonkę, – to się to dla nas źle skończy! Dumbel i kocica nie będą wyrozumiali, a Snape'a i Flitwicka nie ma w Hogwarcie. Obaj gdzieś wybyli. I na Sprout to nie ma co liczyć, że w czymś pomoże…
– Wiadomo… – mruknął ktoś.
– Taa… zielarka nie będzie się wtrącać – westchnął któryś z Krukonów. – Ona tylko swoich Puchonków lubi – zadrwił, łypiąc nieprzyjaźnie w stronę trójki z Huffleppufu.
– No, co ty nie powiesz! – obruszyli się solidarnie wszyscy troje reprezentanci Domu Helgi.
– Dość! – warknął Zabini. – Wieże Gryffindoru i Ravenclawu zamknięto i zapieczętowano, tak samo lochy Huffleppufu.
– Rozumiem, że wieże, ale dlaczego nasze lochy? – zastanowił się jeden z Puchonów.
– Przecież to oczywiste – zaśmiała się Astoria Greengrass. – Chcą mieć na nas oko, dlatego wsadzili nas tu razem.
– Cicho bądź gówniaro, nikt cię nie pyta o zdanie – warknęła wściekle starsza z sióstr Greengrass.
– To ty się nie odzywaj! Jesteś skończoną kretynką, Dafne! – odpyskowała siostrze Astoria.
– Zdrajczyni – burknął Marcus Flint, rzucając Astorii nieprzyjazne spojrzenie.
Młodsza Greengrassówna wybuchnęła śmiechem. Zawtórowała jej Gryfonka. Spojrzały na siebie porozumiewawczo. Uwadze Blaise'a nie uszło, że puściły do siebie oko. Komitywa między Ślizgonką i Gryfonką? W najwyższym stopniu podejrzane!
– O co chodzi Marcus?
– Rozmawiały z naszym strażnikiem! – warknął Flint, gniewnie marszcząc brwi.
– I dowiedziały się bardzo wiele – powiedziała zimno Astoria.
– No, rzeczywiście – zadrwił Nott. – Naiwniaczki!
– Rozmawiałyśmy z facetem cały dzień. Z przerwą na obiad i kolację – wyjaśniła rzeczowo Gryfonka. – Gęba mu się nie zamykała. Wystarczyło słuchać.
– I notować! – zaśmiał się jeden z młodszych Ślizgonów. Zabini przypomniał sobie, że chłopak powinien od września chodzić do trzeciej klasy. Obok niego siedziała niesamowicie do niego podobna dziewczynka, jego bliźniacza siostra. Uśmiechając się z satysfakcją, wymachiwała dużym czerwonym notesem.
– Zapisaliśmy wszystko słowo w słowo! – zapiszczała.
– Bardzo dobrze – pochwalił ich Malfoy. – Wybitnie po ślizgońsku.
Ślizgoni zszokowani wpatrywali się w księcia Slytherinu. Przeżyli nielichy wstrząs. Draco Malfoy wyraził uznanie młodszym kolegom?! Niemożliwe…
– Mam propozycję – przerwał ciszę Zabini. – Opowiedzcie, co się z wami działo. Po kolei. A potem ja i Draco uraczymy was w rewanżu opisem swoich przeżyć i wydarzeń, których byliśmy świadkami.
– A mamy sporo do opowiedzenia – dołączył swoją kwestię Malfoy. Zanim ich koledzy przybyli do Hogwartu, dokładnie omówili z Zabinim strategię postępowania i możliwe warianty przebiegu rozmowy. Przez chwilę panowała cisza. Młodzi czarodzieje spoglądali po sobie niepewnie. Ktoś musiał zacząć mówić pierwszy. Zabini uśmiechnął się w duchu. Stawiał na małą Greengrassównę.
Draco ukradkiem przyglądał się Astorii. Zaskoczony, z niemałym zdziwieniem stwierdził, że jest znacznie ładniejsza niż Dafne. Jakoś wcześniej tego nie zauważył. No, nadęta mina nie dodawała starszej Greengrassównie urody. Oj, wyglądało na to, że dotychczasowa niekwestionowana Miss Piękności Slytherinu została zdetronizowana przez młodszą siostrę.
– Samo porwanie było czymś koszmarnym. Smok zburzył całą ścianę naszego dworu, chwycił nas obie i teleportował się – powiedziała Astoria. Dafne tylko skinęła głową potwierdzając opowieść siostry.
– Z nami też tak było! – wykrzyknęły unisono bliźnięta.
– Przypuszczam, że reszta relacji brzmiałaby identycznie, więc proponuję je pominąć – wysunął sugestię starszy Krukon.
– Może wasza – warknął Goyle. – Mój ojciec zasłonił mnie własnym ciałem i smoki rozdarły go na strzępy!
Zapadła mroźna cisza. Przerażone spojrzenia młodych ludzi świadczyły o tym, że doznali szoku.
– O Merlinie, Greg… – szepnęła ze zgrozą najstarsza Ślizgonka, Luiza Brighton. – Dlaczego nic nam nie powiedziałeś?!
– Bałem się – szepnął chłopak. – One tam były… Za oknami.
– Niech to szlag! – zaklął Zabini. – Czytaliśmy o tym w Proroku. Współczuję ci, Gregory.
Malfoy podszedł i uścisnął ramię Goyle'a nic nie mówiąc.
– Dziękuję… – szepnął Goyle. To bezgłośne, delikatne wsparcie przyjaciela pomogło chłopakowi.
Zabini potrząsnął głową.
– Obawiam się, że najwcześniej jutro będziemy mogli o tym porozmawiać – stwierdził.
– Wiem – westchnął Goyle. – Dumbel już mi to zapowiedział – mruknął ze złością.
– Wróćmy do tematu – zażądał Malfoy.
– Nie wszyscy byliśmy razem – odezwała się Puchonka. – My troje – wskazała na siedzących obok niej współdomowników – i mój brat – dodała, trącając łokciem młodszego Krukona – byliśmy więźniami smoków bardzo krótko. Francuscy aurorzy uwolnili nas po kilku godzinach.
– No, tak, faktycznie, nie było was z nami – stwierdziła Luiza Brighton.
– Porywacze nie zdążyli przenieść nas do tego zamku, gdzie byliście uwięzieni – wyjaśniła Puchonka.
– A dlaczego akurat was zgarnęli razem? – chciał wiedzieć Malfoy.
– Bo byliśmy wszyscy w naszym domu. Świętowaliśmy moje urodziny… – wyjaśnił brat Puchonki.
Draco usiłował przypomnieć sobie, jak się ten mały nazywa, ale niestety, miał w pamięci czarną dziurę. Chociaż nie było w tym nic dziwnego, nigdy nie interesował się Krukonami, a ten dzieciak niczym się nie wyróżniał.
– Dobra, możemy uznać, że sprawę porwań mamy omówioną – stwierdził rzeczowo Zabini. – Czy może nie? – spytał rozglądając się.
– Ja się zgadzam – oznajmiła Brighton. – Reszta chyba też…
Odpowiedzią były potwierdzające pomruki i skinięcia głowami.
– Co było dalej? Rozumiem, że nie od razu trafiliście do… zamku? Dobrze słyszałem? – ciągnął indagację Blaise.
– Zamek! – prychnęła Astoria.
– To był raczej pałac… – zaśmiała się ciemnowłosa Gryfonka. – Nie miałabym nic przeciwko, żeby pobyć tam dłużej – westchnęła marząco.
Goyle poderwał się jak na sprężynie. Rzucił się w stronę dziewczyny z zaciśniętymi pięściami. Na szczęście Crabbe i Flint wykazali się refleksem i zdążyli go przytrzymać, zapewne zapobiegając kolejnej burdzie. Gregory zwisł im w rękach bezwładnie. Chwilowy atak agresji minął. Usiadł na kanapie opierając twarz na rękach.
– Ależ wy obie jesteście durne! – jęknęła milcząca dotąd Anais Ellis, Ślizgonka z piątego roku.
– A co, wolałabyś, żeby cię przykuli łańcuchem do ściany w ciemnym, śmierdzącym lochu? – szydziła Astoria.
– I nie mów, że tak, bo nikt w takie łgarstwo nie uwierzy – dołożyła dobijająco Gryfonka.
– Czyli trzymano was w dość… luksusowym więzieniu? – spytał zaintrygowany Draco.
– Każdemu z nas przydzielono pokój z łazienką. Właściwie apartament… Pokoje były wspaniale urządzone, łazienki równie wielkie jak sypialnie też… – powiedział z niechęcią starszy Krukon. – Mogliśmy korzystać z biblioteki i salonu.
– Z przytulnymi fotelami, miękkimi kanapami – wpadła mu w słowa piękniejsza połowa bliźniaczego tandemu – i tevele… telve… no, jak to się nazywa… – zacukała się.
– Telewizor – podsunął uprzejmie Blaize.
– Głodem też nas nie morzono – uzupełnił informacje męski bliźniak.
– Bardzo to intrygujące – westchnął Zabini. – Jaki mieli cel? – zastanowił się.
– Chcieli nam pokazać, że są lepsi od nas pod każdym względem – stwierdziła Dafne, patrząc potępiająco na Astorię. Niestety, na młodszej siostrze nie zrobiło to takiego wrażenia, jakiego chyba Dafne się spodziewała. Astoria tylko uśmiechała się kpiąco.
– Naprawdę uważacie, że prawda jest nam niepotrzebna? – spytała słodko Gryfonka.
– A wy obie NAPRAWDĘ uważacie, że zaserwowano wam prawdę? – odparowała ironicznie Luiza Brighton.
– Oczywiście, że TAK – odpowiedziała spokojnie i bardzo poważnie Astoria.
– Bo wszystko to możemy sprawdzić. W bibliotece Hogwartu – dodała z naciskiem ciemnowłosa Gryfonka.
– W takim razie proponuję, żebyście przekazały nam zdobyte informacje – przejął inicjatywę Malfoy. – Jak coś pominiecie, to zajrzymy do waszych notatek – skinął na bliźnięta, które szczerzyły się radośnie, wyraźnie dumne z uwagi, jaką poświęcał im książę Slytherinu.
– Wy dwaj też nam coś obiecaliście – przypomniał Flint.
– Dotrzymamy obietnicy – uspokoił go Draco.
– A potem pójdziemy do biblioteki i skonfrontujemy tę wiedzę z Kronikami – wysunął propozycję Zabini. – I z prasą… przede wszystkim z „Prorokiem" – dodał po krótkim namyśle.
– Myśmy już to zrobili, zaczęliśmy grzebać w tych szpargałach i znaleźliśmy mnóstwo ciekawych rzeczy – westchnął Malfoy. – Przypuszczam, że nie zajmie nam to dużo czasu, bo teraz wiemy, gdzie szukać. Ale jak się dołączycie to pójdzie nam to jeszcze sprawniej – zasugerował.
Nikt się nie sprzeciwił.
Blaise Zabini bardzo uważnie słuchał opowieści Astorii Greengrass i Romildy Vane (tak się nazywała ciemnowłosa Gryfonka). To, co mówiły, pokrywało się z tym, czego się dowiedział od Hansa Grüna. Narzeczony wampirzycy przekazał mu nawet więcej ciekawych informacji. Zerknął na Malfoya, który z nieprzeniknioną miną kartkował notes bliźniąt.
– Teraz wasza kolej! – wykrzyknęła Astoria zwracając się do Draco i Blaise'a, gdy zakończyła swoją relację.
Malfoy skinął głową.
– No, to patrzcie…
Uzgodnili, że to Malfoy przedstawi swoje przeżycia jako pierwszy. Wyświetlanie wspomnień szło im obu już bardzo sprawnie, zdecydowali się więc na taką formę prezentacji. Obraz mówił więcej niż same słowa. Blaise uśmiechnął się w duchu, patrząc na zdumione i zafascynowane twarze kolegów. A gdy Malfoy skończył i przyszła jego kolej, byli już całkowicie oszołomieni. Reagowali gwałtownie, nikt nawet nie próbował opanować targających nimi emocji. Na pojawienie się ureuszy wzdrygnęli się jednocześnie z przerażeniem. Usunięcie Mrocznego Znaku z przedramienia Draco skwitowali pomrukami zaskoczenia.
Skończył tuż przed kolacją. Gong wzywający ich do wielkiej sali na posiłek zabrzmiał kilka minut potem.
W bibliotece zasiedzieli się do północy, dopóki nie wypędziła ich stamtąd wściekła bibliotekarka.
Będą mieli o czym dyskutować…
###
Wtorek 16 lipca 1996 roku, popołudnie – Hogwart, gabinet dyrektora.
– Panie dyrektorze!
Profesor Cuthbert Binns przeniknął przez drzwi dyrektorskiego gabinetu. Nie był sam. Wraz z nim pojawiła się przed dyrektorskim biurkiem młoda dziewczyna ubrana w mugolską minispódniczkę i bluzeczkę z krótkimi rękawami. Na oko rzecz biorąc mogła mieć najwyżej dwadzieścia lat. Ale choć wyglądała jak żywa istota, przeszła przez drzwi tak, jakby ich nie było! Duch?
Dumbledore był w najwyższym stopniu zaciekawiony. Ale nie tylko. Gdzieś w głębi umysłu poczuł niepokój, który podnosił mu włoski na karku. Jego intuicja podniosła ostry alarm sugerując niebezpieczeństwo.
– Panie dyrektorze, pozwoli pan, że przedstawię panu panią Annę Jefferson – powiedział ceremonialnie historyk.
– Bardzo mi miło panią poznać – odparł stary czarodziej, ściskając kobiecie rękę. Miała zaskakująco ciepłe i delikatne dłonie. „Ona nie jest duchem" – stwierdził coraz bardziej zaintrygowany i zaniepokojony sytuacją. – Proszę usiąść – zaproponował jej, wyczarowując wygodny fotel. Podziękowała z uśmiechem i skwapliwie skorzystała z propozycji. Siadając założyła nogę na nogę prezentując smukłe łydki.
– Bardzo przepraszam, panie dyrektorze, że nie uprzedziłem pana wcześniej, ale podjąłem decyzję… Hmm… Którą szczerze mówiąc, powinienem był podjąć wiele lat temu. – Historyk był wyraźnie zakłopotany.
– O co chodzi, panie profesorze? – spytał łagodnie Dumbledore.
– Zawsze pragnąłem pracować naukowo, fascynowała mnie historia goblinów, studiowałem kroniki i wszelkie dokumenty jakie tylko mogłem o nich znaleźć. No i nauczanie zeszło na dalszy plan, a to nie było dobre dla moich uczniów, bo obawiam się, że w moich wykładach koncentrowałem się głównie na tych tematach… – Binns pokręcił ze smutkiem głową. – Dlatego postanowiłem przejść na emeryturę i poświęcić się pracy naukowej. Zdaję sobie sprawę, że to dla pana kłopot, zatem chciałbym zaproponować, żeby posadę po mnie objęła pani Jefferson. Znamy się bardzo długo, daję słowo honoru i przysięgam na moją magię, że jest osobą godną zaufania! – Uśmiechnął się do dziewczyny, która skinęła głową w podzięce. – Oczywiście – dodał pospiesznie – w razie, gdyby potrzebował pan mojej pomocy zawsze będę do dyspozycji.
Dumbledore nawet nie próbował ukryć zaskoczenia. Milczał przez dłuższą chwilę.
– Nie spodziewałem się tego… – powiedział wreszcie. – Ale dziękuję, że pomyślał pan o oszczędzeniu mi problemów przy szukaniu zastępstwa na to stanowisko. Zawsze był pan odpowiedzialny. Co pan zamierza? – spytał z zaciekawieniem.
– Będę pracować w Oxfordzie, już rozmawiałem z dyrektorem wydziału historycznego. To nasz absolwent, pewnie go pan pamięta. Arnold Barnwell.
– Oczywiście, że pamiętam! – wykrzyknął Dumbledore. – Krukon. To znakomicie, życzę panu sukcesów w nowej pracy – powiedział życzliwie.
– Dziękuję! – rozpromienił się Binns. – Nie będę już nauczał, skupię się na badaniach naukowych. Anna na pewno znakomicie sobie poradzi – stwierdził z przekonaniem.
Dyrektor skinął głową i odwrócił się do dziewczyny. Wyglądała tak młodo, że trudno mu było pomyśleć o niej „kobieta". Jak ona zapanuje nad uczniami? Niektórzy siódmoklasiści mogą być starsi od niej.
– Przyjmuję, że zgodziła się pani uczyć w Hogwarcie historii – powiedział, spoglądając na nią uważnie. – A skoro tak, to muszę przeprowadzić z panią rozmowę kwalifikacyjną. Dyskusja z Radą Nadzorczą zawsze jest irytująca – westchnął. – Niezależnie, czego dotyczy, zwiększenia funduszy na zakup sprzętów kuchennych i pomocy dydaktycznych, czy zatrudnienia nowego nauczyciela. Nie mówiąc już o Ministerstwie, które bardzo chętnie wtrąca się w sprawy szkoły, co zawsze kończy się katastrofą. Muszę mieć mocne argumenty, by przekonać ich do zatrudnienia właśnie pani a nie…
– Narzuconego szkole jakiegoś ministerialnego przydupasa takiego jak panna Podmostówka –dokończył zgryźliwie Binns przerywając dyrektorowi. Dumbledore osłupiał. Nigdy by się nie spodziewał po spokojnym i wydawałoby się całkowicie już oderwanym od rzeczywistości historyku czegoś podobnego. Uświadomił sobie również nagle, że Binns nie przekręcił nazwiska Barnwella. To było absolutnie niezwykłe. On przecież nie zawracał sobie głowy pamiętaniem nazwisk uczniów!
Anna Jefferson wybuchnęła śmiechem.
– Och, Cuthbert – wykrztusiła, gdy po dłuższej chwili udało jej się opanować. – Ależ musiała ci zaleźć za skórę!
– Przepraszam, panie dyrektorze – sumitował się wyraźnie zawstydzony Binns. Jego ektoplazma lekko pociemniała. – Ta kobieta potrafiła doprowadzić do szału nawet Szarą Damę, a przecież trudno o osobę łagodniejszą i bardziej opanowaną od Lady Mariamne.
Dyrektor uświadomił sobie w tym momencie, że od jakiegoś czasu Cuthbert Binns zachowuje się… inaczej. Wcześniej ignorował wszystko, co nie dotyczyło jego badań naukowych i prowadzonych przez niego zajęć lekcyjnych, których rozkład nie zmienił się od dnia jego śmierci. Rozkład lekcji zawsze dopasowywano do zajęć Binnsa i nikomu jakoś nigdy nie przyszło do głowy, by to kwestionować. Ani nauczycielom, ani kolejnym dyrektorom Hogwartu, ani Radzie Nadzorczej, ani Ministerstwu. Pensję historyk do ostatniego knuta wydawał na książki, a co cenniejsze manuskrypty trzymał w swojej skrytce w Banku Gringotta. Przez wszystkie lata nauczania zebrał niezwykle cenną kolekcję dzieł, nie tylko ksiąg, ale także malarstwa, grafik i litografii. Gdy żył, wydawał pieniądze oczywiście nie tylko na książki, również na inne życiowe potrzeby, ale po śmierci, gdy stał się duchem, nie miał już powodu, by kupować cokolwiek poza książkami i dziełami sztuki. Zawsze był odrobinę senny i jakby nieobecny. Co sprawiło, że stał się… inny?
Dyrektor z zastanowieniem przyglądał się historykowi.
– Rozumiem – westchnął. – Sam wielokrotnie miałem ochotę miotnąć w panią inkwizytor jakąś klątwą – przyznał się z wesołym błyskiem w oku. Przeniósł uwagę na Annę Jefferson. Rozwiązanie zagadki przemiany Binnsa postanowił odłożyć na bardziej sprzyjającą chwilę. Teraz musiał załatwić pilniejsze sprawy.
– Proszę mi o sobie opowiedzieć – poprosił uśmiechając się zachęcająco do kobiety.
– No, cóż… Może zacznę od najważniejszej informacji… – Anna Jefferson lekko się zawahała. – Jestem wampirem! – wyrzuciła z siebie. – Dość szczególnego rodzaju… – dopowiedziała zacinając się nieco.
– Nie jest pani sanguinarianką – stwierdził Dumbledore, błyskawicznie orientując się w sytuacji. – Auralka?
– Wolę określenie „żywomór" – powiedziała przyglądając mu się z napięciem. – No, cóż… dobrze pan zgadł, nie żywię się krwią tylko energią, ale nie każdą.
– Jaką energię pani preferuje? – spytał cicho. – Magiczną?
Kobieta gwałtownie się wyprostowała. Z powagą popatrzyła staremu mężczyźnie głęboko w oczy.
– Tak, ale nie czerpię jej z magicznych istot. Od wieków pochłaniam magię wprost z otocznia. Magiczna energia przenika wszystko, a ja nauczyłam się korzystać z niej bezpośrednio. Nie skrzywdzę nikogo w szkole.
– Wierzę pani – odpowiedział spokojnie dyrektor. Intuicja go nie zawiodła, niestety. Miał do czynienia z jedną z najbardziej niebezpiecznych magicznych istot jakie stworzyła natura. Jednocześnie odczuwał irracjonalne wrażenie, że może jej zaufać. Ale czy na pewno? No, cóż, musi sprawę wyjaśnić do końca. Jeśli ta wampirzyca jest przyjaciółką profesora Binnsa to może zgodzi się na współpracę z Zakonem? Osoba, która przybiera postać wiązki energii będzie bardzo cennym sojusznikiem. Albo przeciwnikiem… Przed jej atakiem niewielu czarodziejów zdołałoby się obronić. On sam miał do czynienia z auralem tylko raz i ledwo uszedł z życiem. Był wtedy bardzo młody i miał niebywałe szczęście. Po tym starciu nauczył się świadomego stawiania tarcz energetycznych i żywił gorącą nadzieję, że nie będzie musiał nigdy z tego korzystać. Czy oprócz niego byli na świecie inni magiczni posiadający taką umiejętność? Kolejny problem do rozwiązania. Ile niespodzianek go jeszcze czeka?
– Mogę odebrać komuś magię, na zawsze… – szepnęła wampirzyca, uśmiechając się porozumiewawczo.
– W to nie wątpię – zapewnił ją Dumbledore.
– Oferuję panu pomoc w walce z tym wężogębym potworem – oświadczyła wprost. – Żeby nie było niedomówień.
– Dziękuję – westchnął. Spojrzał na unoszącego się koło fotela historyka. Binns szeroko się uśmiechał, sprawiając wrażenie bardzo zadowolonego.
– Anna była moją guwernantką – wyjaśnił. – To jej zawdzięczam zamiłowanie do historii.
Dumbledore odprężył się. Podjął decyzję. Zatrudni Annę Jefferson jako nauczycielkę historii.
To będzie ciekawy rok.
– To może opowie mi pani trochę więcej o sobie – poprosił.
– Z przyjemnością! – roześmiała się. – Urodziłam się w Mesynie, w 1347 roku…
Albus Dumbledore tak się zasłuchał, że zapomniał o kolacji.
###
Wtorek 16 lipca 1996 roku, bardzo późny wieczór – Paryż, Prince de Galles Hotel – apartament.
Remus Lupin zamknął drzwi swego pokoju i przeciągnął się sennie. Po potwornie męczącym dniu miał ochotę już tylko na sen.
Wszedł pod prysznic i po chwili rozkoszował się pieszczotą gorących strug wody spływających po jego ciele.
Gdyby nie wyostrzony, wilkołaczy słuch, nie usłyszałby cichutkiego skrzypnięcia drzwi.
Ostrożnie przesunął się nie wyłączając prysznica i pod osłoną szumu wody rzucił zaklęcie weneckiego lustra na ścianę oddzielającą łazienkę od sypialni.
Poczuł mrowienie w okolicach kręgosłupa.
Olśniewająca brunetka w koronkowym peniuarze wślizgnęła się do jego sypialni i usiadła na łóżku.
„Ninni..." – pomyślał z czułością i rozpaczą jednocześnie. Wtem... Nagłe podejrzenie uderzyło go jak obuchem. Przeszył go dreszcz. „A jeśli nie?!" Tonks wyglądała jak recepcjonistka z ich hotelu. Przepiękna dziewczyna przykuła na kilka chwil uwagę Remusa, bo wyraźnie robiła do niego słodkie oczy. Powiedział jej parę komplementów... I zaraz potem, ujrzawszy minę Ninni miał ochotę samego siebie walić w mordę! Jak mógł mając przy sobie ukochaną kobietę komplementować inną?
Narzucił szlafrok i nie tracąc czasu na wycieranie się wysunął się z łazienki. Dziewczyna siedziała odwrócona do niego tyłem. Najciszej jak umiał podkradł się do niej i pocałował w szyję.
– Lubię malinowe włosy... – szepnął gorąco.
Odwróciła się i pacnęła go palcem po nosie. Jej włosy błyskawicznie skróciły się i przybrały barwę gumy do żucia.
– A chcesz zobaczyć moją prawdziwą twarz? – spytała smutno.
– Chcę! – krzyknął. – Tak, chcę – zapewnił ją żarliwie.
Pociągnęła za pasek jego szlafroka. Pomógł jej, błyskawicznie pozbywając się niepotrzebnego okrycia. Pochyliła się i potarła nosem jego bliznę z dziwną powagą na twarzy. Położyła obie dłonie na jego brzuchu i powoli przesunęła je do talii. W następnej chwili szarpnęła go mocno, tak, że runął wprost na nią. Chwycił ją za ramiona i przetoczyli się oboje na łóżku. Remus znalazł się pod spodem, a dziewczyna leżała teraz na nim chichocząc gardłowo. Jej twarz była... Piękna. Tylko tak, trywialnie i po prostu można było to określić. A Remus z bólem serca odnajdywał w prawdziwych rysach Tonks niezwykłe podobieństwo do Syriusza...
Niecierpliwie zdarł z niej koronkowe dessous.
Pieścił jej ciało, usiłując pocałunkami odegnać wypełniający go bezbrzeżny smutek. Bo obejmujące go ciasno ramiona były lodowato zimne...
Delikatnie muskał opuszkami palców, a potem wargami jej sutki, czując jak twardnieją. Dziewczyna uśmiechnęła się. Rozgrzewała się powoli.
Nagle dosiadła go jak konia, prostując się gwałtownie. Czuł jak przenika go żar. Miał w życiu kilka romansów, ale żadnej ze swoich kochanek nie kochał naprawdę. Teraz wiedział, że to co czuje jest prawdziwą miłością!
Wstrząs spełnienia sprawił, że serce zaczęło mu bić z szaleńczym rytmie. Po chwili oboje krzyknęli jednym głosem i Tonks opadła na jego ciało dysząc jak po szybkim biegu.
A potem powtórzyli.
– Pokażę ci coś – szepnęła, pochylając się nad nim. Uklękła, obejmując go kolanami w talii i wyprostowała się. Uniósł się nieco na łokciach, zaciekawiony. I za chwilę wciągnął ze świstem powietrze, gdyż na plecach dziewczyny pojawiły się ogromne, błoniaste skrzydła. Pochyliła się znów i wielkie wampirze skrzydła osłoniły ich przed światem. Pocałunki Tonks były tak gorące, że Remus zapragnął, aby ta noc nigdy się nie skończyła.
– Jestem w raju – wyszeptał.
Uśmiechnął się i przytulił do miękkiego, dziewczęcego ciała, pachnącego potem, wanilią i czekoladą. Jego Nimfa... Nimfadora. Zapadając w sen westchnął z satysfakcją. Bo poczuł obejmujące go gładkie dziewczęce ramiona. Już nie były z lodu. Były z ognia.
#########################
Café de Flore jest to kawiarnia oraz restauracja położona na rogu ulicy Rue St. Benoit znajdującej się na bulwarze Saint-Germain, w dzielnicy Saint-Germain-des-Prés, w 6. okręgu Paryża.
Café de Flore jest to jedno z najsłynniejszych miejsc spotkań paryskiej inteligencji w przeszłości oraz obecnie.
Klasyczny wystrój w stylu art déco, z czerwonymi, mahoniowymi krzesłami oraz licznymi lustrami nie zmienił się znacząco od czasów II wojny światowej. Podobnie jak główny konkurent, Les Deux Magots, tak i Café de Flore skupiał w sobie powojenną elitę intelektualną Paryża. Częstymi gośćmi kawiarni byli filozofie nurtu egzystencjalistycznego Jean-Paul Sartre oraz Simone de Beauvoir.
Prix de Flore jest to nagroda literacka ufundowana przez Frédérica Beigbedera w 1994 roku. Co roku jeden pisarz otrzymuje tę nagrodę i jest ona wręczana w Cafe de Flore.
