###

Wtorek 16 lipca 1996 rok – noc. Hogwart, lochy Slytherinu, dormitorium zajęte przez Blaise'a Zabiniego.

Fioletowy rogogon machnął potężnym ogonem, ale Luna Lovegood była szybsza. Zaśmiała się i teleportowała. Stała teraz po lewej stronie smoczej głowy i uśmiechała się. Tym swoim tajemniczym, nieodgadnionym uśmiechem.

Blaise poderwał się i otworzył oczy. Kontury sprzętów rysowały się niewyraźnie w mroku. Chłopak odetchnął z ulgą i otarł pot z czoła. Na szczęście, to był tylko sen. Smoki znów mu się przyśniły. Nie mógł zapomnieć... I wcale nie chciał. Tylko dlaczego ten rogogon był fioletowy? Przecież rogogony są wyłącznie czarne! A może jednak nie? Ale TAM... to nie był rogogon, tylko zielony walijski. Typowy. Nie, to wszystko nie miało sensu! Wampiry i smoki. Snape. Srebrna bransoleta… Bransolety? Ureusz wychowywany przez Opiekuna Slytherinu. Magowie żyjący wśród mugoli. Luna Lovegood nonszalancko teleportująca się na odległość ponad tysiąca mil…

Wirowało mu w głowie. Coś mu umykało. Miał tak wiele informacji, ale czegoś brakowało. Postanowił spisać wszystko co wie, tylko dla siebie. Może to pomoże mu ogarnąć chaos, jaki panował w jego umyśle?

Nie pomogło. Po godzinie, przeglądając swoje spisane przemyślenia, stwierdził, że wszystko wydaje się jeszcze bardziej niepojęte i przerażające. A najbardziej dręczyło go wspomnienie smoka lądującego na trawniku przed rezydencją wampirzycy. I było coś, czego jednak nie odważył się napisać. Nie chciał precyzować do końca niepokojących podejrzeń, jakie nasunęły mu się po przeczytaniu artykułu z ostatniego numeru Quibblera.

Zaklęciem rozpalił ogień na kominku i wrzucił w płomienie swoje notatki. Nikt nie zdoła wskrzesić z popiołu tych zapisków. Ale wspomnienia pozostały w jego umyśle. I uwierały.

###

W tym samym czasie wiele mil od Hogwartu inny chłopak wpadł na taki sam pomysł…

###

Wtorek 16 lipca 1996 rok – noc. Snape Manor.

Harry nie mógł zasnąć. Stał przy oknie i przyglądał się jednorożcowi spacerującemu po trawniku przed domem. Tak jak poprzednim razem ogierowi towarzyszył duch maleńkiej klaczy. Jego róg lśnił jak wypolerowany, a ogrodowe latarnie emitowały miękkie światło barwiąc mu sierść na złocisty kolor. Gdy potrząsał czarną jak smoła grzywą z końców włosia sypały się kolorowe iskry. Chłopak miał ochotę wyjść do ogrodu i pogłaskać wspaniałe zwierzę. Albo po prostu się do niego przytulić… Westchnął ciężko i odwrócił się od okna. Rzucił się na łóżko i zamknął oczy. Nie miał nadziei na sen. Czuł bezsilną wściekłość po rozmowie z Luną. Kilkoma celnie dobranymi zdaniami przewróciła mu do góry nogami jego wyobrażenia i poglądy na wiele spraw. Jej inteligencja i niesamowita spostrzegawczość zwalały z nóg. Poderwał się i usiadł przy stoliku. Postanowił spisać swoje przemyślenia. Przywołał notes i wieczne pióro i zabrał się do pracy. Kilkanaście minut później wpatrywał się z lekkim niedowierzaniem w rezultaty. Wnioski nasuwały się same i nie były przyjemne. Manipulowano nim i wykorzystywano go, a on zbyt łatwo się na to godził. Dosyć tego!

###

Wtorek 16 lipca 1996 rok – noc. Snape Manor – apartament panieński.

Hermiona i Ron całowali się namiętnie. Parę minut wcześniej patrzyli przez okno podziwiając czarnogrzywego jednorożca spacerującego po trawniku przed domem. Wspomnienie wieczoru spędzonego w altanie ogarnęło ich oboje z niezwykłą siłą. Teraz mieli chwilę dla siebie i postanowili ją maksymalnie wykorzystać. Ron wsunął dłonie we włosy Hermiony delikatnie pieszcząc skórę. Wdychał woń jej perfum, a jego usta szukały ust dziewczyny. Zatracając się w pocałunkach nie od razu usłyszeli wołanie, które wyrwało ich z transu. Oderwali się od siebie rozglądając się niepewnie.

Z obrazu martwej natury patrzyła na nich Lily Potter.

– Bardzo was przepraszam – powiedziała cicho, wyraźnie zakłopotana. – Harry prosi, żebyście do niego przyszli…

Brzmiące w głosie mamy ich przyjaciela wyraźny niepokój i lęk przeraziły Hermionę. Chwyciła za rękę Rona i pociągnęła do drzwi.

– Co się stało Harry'emu? – wyjąkał Ron.

– Coś złego się dzieje… – szepnęła Hermiona.

###

Harry stał przy oknie wpatrując się w ciemność za szybami. Gdy weszli odwrócił się i wskazał palcem na stół.

– Przeczytajcie – powiedział i powrócił do kontemplacji nocnego widoku ogrodu Snape Manor. Hermiona przez chwilę stała jak sparaliżowana patrząc na jego plecy. Ron niepewnie przestępował z nogi na nogę. Zapadła cisza, a gdy stało się jasne, że Harry nie zamierza przerwać milczenia, dziewczyna spojrzała na leżące na stole wieczne pióro ze złotą skuwką i elegancki notatnik oprawiony w skórę. Ten notes i pióro Olaf Goldstone dał Harry'emu w Hogwarcie przed odczytaniem testamentu.

Hermiona podeszła do stołu i machinalnie sięgnęła po notes. Ron przysunął jej krzesło. Usiadła i zaczęła czytać. Po chwili poczuła jak lodowacieją jej wnętrzności. Drżącymi dłońmi przewracała kartki.

Harry wypunktował wszystko zło, które go spotkało. I bezlitośnie podsumował wszystkie błędy i zaniedbania dyrektora, nauczycieli w Hogwarcie i w mugolskiej szkole, do której uczęszczał wcześniej, przed Hogwartem. Jej i Ronowi także się dostało. Harry nie oszczędził nikogo. Swego ojca i Syriusza także ocenił bardzo surowo, oskarżając ich wprost o głupotę…

Podała notes Ronowi i ciężko oparła głowę na rękach. Słyszała szelest papieru, a potem coś głucho łupnęło. Ron cisnął notatnik na stół.

– Harry! Tak źle o mnie myślisz? – jęknął rozżalony.

– Chyba masz rację, Harry, jestem naiwna – szepnęła jednocześnie Hermiona.

Harry odwrócił się od okna i popatrzył na nich z powagą.

– Nie napisałem tego po to, żeby wam dokuczyć – powiedział spokojnie. – A wręcz przeciwnie. Chcę, żebyście mi pomogli. Na dorosłych nie mogę liczyć. No, może z wyjątkiem mojego wuja… – dodał z ociąganiem. – Chociaż nie w pełni mu ufam – mruknął posępnie.

– A nam? – spytała smutno Hermiona.

– Chciałbym. Ale jeśli mi macie pomagać, to musimy dojść do absolutnego porozumienia. I zaufać sobie bezgranicznie. Nie tylko ja wam, wy mnie też. Zrozumcie! Ja CHCĘ wam zaufać, wielokrotnie bardzo mi pomogliście, a jednak parę razy się na was zawiodłem. Mam obawy, że i ja nie zawsze byłem wobec was w porządku… – zakończył cicho.

– W tych zapiskach wytknąłeś nam nasze najgorsze wady – stwierdziła ponuro Hermiona. – Mnie naiwność a Ronowi zawiść.

– Hermiono, ty masz ogromne poczucie sprawiedliwości i chciałabyś wszystko co uważasz za krzywdę natychmiast naprawiać. Niestety, nie próbujesz rozpoznać sprawy dokładnie, działasz zbyt szybko i gwałtownie. A co gorsze, jesteś strasznie apodyktyczna i robisz to z pozycji siły. Wiesz jak to można nazwać? „Ja–wiem–lepiej–od–ciebie–co–dla–ciebie–dobre." I twoje działania często przynoszą więcej szkody niż pożytku. Poza tym, za bardzo ufasz autorytetom. I masz takie przekonanie, że jak coś jest napisane w książkach, to musi być prawda. A tak wcale nie jest. Nie tylko ja uważam, że to strasznie naiwne i dziecinne, mój wuj powiedział ci przecież to samo.

– Czyli muszę dorosnąć – powiedziała spokojnie. – I nie tylko ja – dodała, spoglądając znacząco na Rona.

– Rozzłościłem się, jak przeczytałem, co o mnie napisałeś – przyznał Ron. – Ale masz rację. Cholernie ci zazdrościłem…

– A żebyś ty wiedział, jak ja zazdroszczę tobie! – przerwał mu Harry. – Że masz rodzinę. A przede wszystkim masz matkę. Męczącą, nadopiekuńczą, ale cię bardzo kocha. I chyba już wiesz, że to, czego mi zazdrościłeś jest gówno warte!

– Wiem – westchnął gorzko Ron. – Już wiem…

Nie powiedział nic więcej. Spojrzeli na siebie w pełnym porozumieniu. Hermiona wstała i przytuliła spontanicznie Harry'ego.

– Masz nas – powiedziała stanowczo. – Nie zawiedziemy cię. Już nigdy więcej! – obiecała. Ron energicznie skinął głową.

– Dzięki – mruknął Harry.

Hermiona sięgnęła po notes i przewróciła kartkę.

– Spisałeś tu bardzo wiele rzeczy – stwierdziła, wpatrując się w zapiski. – Ale niektóre są dla mnie nie do końca zrozumiałe. Możemy o tym porozmawiać? – spytała.

– Właśnie dlatego poprosiłem, żebyście do mnie przyszli. Rozmawiałem wcześniej z Luną…

Hermiona i Ron wymienili zaniepokojone spojrzenia. Jeśli Luna wzięła się na poważnie za ustawianie swojego chłopaka do pionu, to można się było spodziewać absolutnie wszystkiego.

– Ona ci podsunęła pomysł, żeby to wszystko spisać? – spytał niepewnie Ron.

– Nie. Luna otworzyła mi oczy na to, co się naprawdę dzieje – odparł Harry zimno. – A to, – wskazał kciukiem notatnik – to już twój wpływ, Hermiono. To ty zawsze namawiałaś mnie do robienia notatek. Jak widzisz, skorzystałem z twoich rad!

– I bardzo dobrze! – zawołała dziewczyna. – Bo chyba już nie masz wątpliwości, jak bardzo takie zapiski pomagają uporządkować myśli? Ale w paru miejscach jesteś trochę zbyt lakoniczny. Na przykład tutaj – wskazała palcem na jedną z notatek. – „Dumbledore – list – tchórz – czemu nie bezpośrednia rozmowa?" – zacytowała. – Czy masz na myśli to, że zostawił cię Dursleyom pod drzwiami na Privet Drive z listem, a nie wszedł i nie rozmówił się z nimi twarzą w twarz?

– Tak, dokładnie to miałem na myśli! – wykrzyknął Harry. – Zostawił mnie na progu, zadzwonił i sobie poszedł. A gdyby nikt z nich nie usłyszał dzwonka? Pani Pomfrey rzuciła na mnie zaklęcie ocieplające, ale czy trwałoby całą noc? Mogłem zamarznąć, to był przecież listopad! Dumbledore zwyczajnie stchórzył!

– Masz rację – westchnęła Hermiona. – Powinien był z nimi porozmawiać.

– Oni czuli się całkowicie bezkarni – warknął Harry. – Nie wiem, co dyrektor naprawdę myślał. Mam… brzydkie podejrzenia.

– Myślisz, że zrobił to specjalnie?! – jęknął wyraźnie wstrząśnięty Ron.

– Przyznał mi się, że wiedział… Powiedział mi wprost: „Wiedziałem, że czeka cię ciężki los"!

– A pani Figg? Ona cię pilnowała – powiedziała Hermiona z wahaniem. – Nie wiedziała? Postawiłeś przy jej nazwisku kilka znaków zapytania.

– Nie skarżyłem się jej… To znaczy, nie opowiedziałem jej, co dokładnie się dzieje w tej piekielnej budzie, którą miałem nazywać „domem", ale przecież ona ślepa nie była. Widziała jak wyglądam, nie dawało się ukryć siniaków, ani tego, że noszę łachmany po moim prosiakowatym kuzynie. Ani tego, że pracuję w ogrodzie godzinami bez możliwości napicia się choćby wody podczas upału, albo w cienkiej koszulce gdy panował przenikliwy chłód. Musiała to powiedzieć dyrektorowi! On nie zareagował. Dlaczego? Gdy ci szmaciarze gdzieś wyjeżdżali, na przykład na jakąś wycieczkę, zostawiali mnie u niej. Po tym, jak się dowiedziałem, że jest charłakiem, powiedziała mi kiedyś coś dziwnego. Mianowicie… Przeprosiła mnie za to, że gdy się mną zajmowała, to nie była dla mnie miła, ale wiedziała, że gdybym lubił do niej przychodzić, to Dursleyowie by to ukrócili i nie pozwoliliby mi na to. A zatem doskonale wiedziała, jak mnie traktowali. No i dlaczego nie powiedziała mi, że jestem czarodziejem? Nie znałem prawdy o śmierci moich rodziców, nic nie wiedziałem o czarach. Nie mam wątpliwości, że to Dumbledore zabronił jej informowania mnie.

– Masz rację, to brzmi co najmniej niefajnie – przyznał Ron. – Ale to już mu mówiłeś…

– Mówiłem. No, cóż… jak teraz zacząłem to wszystko tak dokładnie analizować, to zobaczyłem niemiłą prawdę. Dumbledore popełnił mnóstwo błędów, jeśli chodzi o mnie. Za dużo – stwierdził Harry lodowato. – Ale mam mu do zarzucenia o wiele więcej. Przeczytaliście.

– Wiesz, Harry, ja właściwie dopiero kilka minut temu, jak przeczytałam te twoje zapiski, to sobie uświadomiłam, jak bardzo byłam… niespostrzegawcza. I po prostu… zaślepiona. – Hermiona gorzko się zaśmiała. – Hogwart miał być najlepszą szkołą magii na świecie i najbezpieczniejszym miejscem na ziemi – prychnęła.

– Jasne! – Ron parsknął niewesołym śmiechem. – Nasz pierwszy rok to była jazda!

– Kilka prób morderstwa, jakie Voldemort próbował popełnić na mojej osobie – zawarczał Harry. – I nie tylko to. Zastanawiam się, kto wpadł na „genialny" pomysł, żeby wysłać nas do Zakazanego Lasu w ramach szlabanu, wiedząc, że COŚ zabija jednorożce! I to z Hagridem, który miał zakaz używania czarów!

– No, właśnie… Quirrel cię zaatakował… – przypomniała Hermiona. – Wtedy, w lesie… A może to on kogoś skonfundował i podsunął pomysł, żeby cię wysłać do lasu? To znaczy, Voldemort.

– Otóż to. Prawdopodobny domysł. Niestety, jakoś nikt nie wyciągnął z tego wniosków. Mało tego! Po naszej wyprawie po kamień filozoficzny żadne z nas nie dostało jakiejś pomocy. Cholera! Ja przecież ZABIŁEM człowieka! Nikomu do głowy nie przyszło, żeby o tym ze mną porozmawiać. Nie mówiąc już o wizycie u psychologa! Przecież są magopsychologowie, wiem od Luny. Tylko Dumbledore wygłosił parę frazesów i to było wszystko! Ale nic konkretnego. Pamiętasz co wtedy powiedziałem? – spytał Harry z naciskiem, zwracając się do Hermiony.

– Owszem, pamiętam – westchnęła dziewczyna. – Że Dumbledore to dziwny facet i że nas uczył…

– Myślę, że on to wszystko ustawił. Że to był dla nas test – warknął Harry.

– A to by znaczyło, że wiedział o Quirrelu – syknął Ron. – I to była próba. Czy potrafimy współpracować. A kamień filozoficzny miał być przynętą dla Voldemorta.

– Bawił się nami jak lalkami! – stwierdziła Hermiona z goryczą.

– Ano właśnie. Stary manipulant! – Harry wrzał gniewem. – I jeszcze śmiał mi ściemniać, że nie mówił mi o przepowiedni, bo chciał, żebym miał dzieciństwo! Tak, jakby nie wiedział, że ze śmiercią moich rodziców moje dzieciństwo się definitywnie skończyło!

Hermiona ciężko westchnęła.

– Dziwi mnie, że w mugolskiej szkole nikt nie zauważył, co się dzieje. Służby socjalne dawno powinny się zainteresować twoją sytuacją!

– Na temat mojej mugolskiej szkoły mogę teraz sporo powiedzieć, bo otrzymałem niezwykle interesujące informacje. Dzisiaj bardzo długo rozmawiałem z mecenasem. I z Olafem. Ucięliśmy sobie szalenie pouczającą pogawędkę. Rozjaśniło mi się w głowie. Nareszcie się dowiedziałem, co było powodem, że mugolskie służby socjalne się nie zainteresowały moją sytuacją u Dursleyów.

– To znaczy? – Hermiona wpatrywała się w Harry'ego z niepokojem.

– Po prostu dyrektorka mojej mugolskiej szkoły ma syna, a ten jej synalek pracował w fabryce, której szefował Vernon Dursley. Potomek pani dyrektor narobił machlojek, zdefraudował pieniądze, a Dursley wszystko zatuszował. W rewanżu ona pobłażała wybrykom Dudziaczka. Teraz, kiedy o tym wiem, nie mam wątpliwości, że to ona dopilnowała, żeby nikt nie wsadzał nosa w sprawy Dursleyów. Raz próbowałem jej się poskarżyć, to mnie wyśmiała i powiedziała, że jestem kłamczuch. Oczywiście powtórzyła to Dursleyom. Ten wieprz i ta cholerna wiedźma pobili mnie wtedy tak, że złamali mi rękę a potem zamknęli na trzy doby w komórce pod schodami.

Hermiona i Ron spojrzeli na siebie ze zgrozą. Oboje pobledli.

– Nie wątpię, że mecenas Vongerichten–Wintour podjął odpowiednie działania? – szepnęła dziewczyna.

Harry mściwie się uśmiechnął.

– A i owszem. Synuś dyrektorki został aresztowany, a cała dokumentacja fabryki trafiła w ręce prokuratora i jest dokładnie analizowana. Olaf i mecenas obiecali mi też, że za to jak mnie traktowano parę osób solidnie beknie. Dursleyowie też nie pozostaną bezkarni. Solennie mnie obaj zapewniali, że nie odpuszczą.

– Pewnie mają wyrzuty sumienia – wysunął przypuszczenie Ron. – Pokpili sprawę.

– Może i tak, chociaż rozumiem, dlaczego tak postąpili. Ale i tak mam do nich o to żal… Myśleli, że postępują słusznie. Ufali, że Dumbledore właściwie o mnie zadbał. No, cóż, pomylili się. Powinni byli bardziej interesować się co się ze mną dzieje, a nie tylko wysyłać pieniądze i zabawki, których nigdy nie dotknąłem. Snape… Mój wujek… Powiedział mi, że nigdy sobie nie wybaczy, że zostawił mnie Petunii. – Harry westchnął ze smutkiem. – Szkoda, że mnie nie zabrał. Wiecie, to strasznie dziwne. Snape jest moim wujkiem. Trudno uwierzyć… I niesamowicie przyjemnie nazywać go wujkiem. Wolę jego niż Dursleyów! Musiałem tego wieprza nazywać „wujkiem"! Tfu!

– Profesor Snape nie jest zły! Nigdy nie był! – zawołała żarliwie Hermiona.

– Wyobraź sobie, że doskonale to wiem! Był jedynym z całej kadry w Hogwarcie, który mnie rzetelnie i skutecznie chronił – przyznał Harry z goryczą. – Obiecał mi, że teraz wszystko będzie inaczej. Nie musi już niczego udawać. No, ciekaw jestem, jak to będzie, to „inaczej"…

– Ja też – zachichotał Ron. – I ja też…

– To będzie baaardzo interesujące – stwierdziła Hermiona. – I może wreszcie coś się w naszej szkole zmieni.

– Może będzie bezpieczniej – zaszydził Harry. – Bo do tej pory raczej nie było.

– Nie raczej, a w ogóle nie było! – wykrzyknął Ron.

– Słusznie, skończmy z eufemizmami – powiedziała ostro Hermiona. – Nie ma sensu, żebyśmy się okłamywali.

– Eee… Co to są „eufemizmy"? – spytał niepewnie Ron.

– Grzeczne powiedzenie tego, co jest niegrzeczne – wyjaśnił mu Harry chichocząc.

– Aha… – mruknął rudzielec. – Niech będzie. Dobra, nieważne!

– Słusznie. Wróćmy do tego, co ważne – westchnął Harry poważniejąc. Jego chwilowa wesołość znikła bez śladu.

Hermiona stuknęła w notatnik.

– Wszystkich dorosłych skreśliłeś. Naprawdę nikomu nie ufasz? – szepnęła.

Harry ciężko westchnął.

– Masz zupełnie różne od mojego doświadczenie życiowe – stwierdził. – Tak myślę. Zawsze mogłaś liczyć na swoich rodziców, prawda?

– Tak, to prawda – odpowiedziała z rezygnacją. – Nigdy mnie nie zawiedli. Inni dorośli… No, różnie. Ale w większości byli pomocni. Rodzina, nauczyciele, przyjaciele rodziców… Teraz widzę, że otaczali mnie dobrzy ludzie. Niewielu spotkałam złych. To znaczy, może niezupełnie złych – sprostowała szybko. – Niemiłych, obojętnych, głupich; takie określenia chyba są właściwsze.

– A ja miałem wręcz przeciwnie. Wszyscy dorośli, których spotkałem w życiu, zawiedli. NIKT mnie nigdy nie słuchał! Po pierwszym roku w Hogwarcie błagałem dyrektora, żeby mnie nie odsyłał do Dursleyów. Chciałem zostać w szkole. Odpowiedział mi, że to absolutnie niemożliwe. Nie zapytał, dlaczego nie chcę wracać do domu… „Domu", dobre sobie! – prychnął.

– Ja naprawdę złych ludzi spotkałam dopiero gdy zaczęłam naukę w Hogwarcie – powiedziała ze smutkiem dziewczyna. – To straszne, Harry, że twoja rodzina… Myślę, że oni są rzeczywiście źli!

– Mnie to mówisz! – warknął.

– A moi rodzice? – jęknął Ron. – Oni cię bardzo lubią, pokochali cię, jesteś honorowym Weasleyem! A ty napisałeś tu, że nie można na nich polegać!

– Ron… Wybacz… – Harry spojrzał przyjacielowi w oczy. – Ale twoi rodzice też mnie zawiedli. Twoja matka szczególnie. Naprawdę ją lubię, ale ani ona, ani twój tata nie potraktowali mnie poważnie. Gdy Dursleyowie próbowali mnie zagłodzić i zamknęli w pokoju z zakratowanym oknem, ty i bliźniacy wzięliście samochód ojca i przylecieliście po mnie. Uratowaliście mi życie! Bez przesady. Wy NAPRAWDĘ uratowaliście mi życie! Pamiętasz co się stało potem? Twoja mama się na was wydarła i zostaliście za to ukarani. Zamiast was pochwalić i zająć się tym, co naprawdę ważne, czyli moim życiem u Dursleyów. Zainterweniować! Nie, nic nie zrobiła. A teraz kilka pytań: dlaczego nie poprosiliście o pomoc? Waszych rodziców, czy w ogóle kogoś dorosłego? Tylko sami po mnie polecieliście? No? Czy potem ktoś dociekał, co się stało? Czy ktokolwiek podjął jakieś działania? NIE! A w kolejnych latach? Wysyłaliście mi jedzenie, oboje. To pomogło mi przetrwać, bo Dursleyowie mnie głodzili! Czy mówiłeś o tym rodzicom, Ron? Oni przecież wiedzieli, ale nie zareagowali.

Ron zwiesił głowę. Przełknął ślinę i zagryzł wargi.

– Masz rację, stary – wyszeptał ledwo dosłyszalnie.

− Jeszcze coś chcę dodać. − Harry zawahał się i popatrzył na Rona niepewnie.

− Wal, kumplu − westchnął rudzielec. − Skoro mamy być wobec siebie szczerzy, to mów, co masz jeszcze do zarzucenia mojej mamie i tacie. Chociaż… Chyba wiem…

− Pani Weasley jest apodyktyczna i chciałaby, żebyście nigdy nie dorośli − wtrąciła się nagle Hermiona. − Wyganiała nas z zebrań Zakonu Feniksa, twierdząc, że jesteśmy dziećmi.

− No, właśnie, to chciałem powiedzieć! − wykrzyknął Harry. − Tak jakby nie wiedziała, przez co przeszliśmy. A dlaczego zginął Syriusz? Bo nas nie informowano o tym, o czym POWINNIŚMY wiedzieć!

− Twoja mama, Ron, rozpaczliwie usiłowała nagiąć rzeczywistość do swoich pragnień i wyobrażeń. A tak się nie da − powiedziała Hermiona. − I ja mam do niej osobiste pretensje − dodała. − Zarzuciłeś mi naiwność, Harry, z czym się zgadzam. Miałeś rację. Ale pani Weasley jest znacznie bardziej naiwna niż ja!

− Masz na myśli, że uwierzyła w idiotyzmy, które wypisywała Skeeter? − domyślił się Ron.

− Tak, to, oraz parę innych sytuacji gdy traktowała nas jak niemowlęta i to niedorozwinięte! A twój ojciec na to nie reagował. Doskonale wiecie jak to było! − powiedziała ze złością Hermiona.

− Niestety − westchnął Ron. − Kocham moją matkę, ale macie rację… Ojciec też nie stanął na wysokości zadania!

Przez dłuższą chwilę wszyscy troje milczeli. Ciszę przerwała Hermiona. Otworzyła notes i przewróciła kilka kartek.

– Harry, profesor McGonagall zarzucasz hipokryzję i to, że nie zauważa rzeczy oczywistych. Napisałeś o tym, jak zlekceważyła nas w pierwszej klasie w tej sprawie z kamieniem filozoficznym, ale o co chodzi tutaj? – spytała wskazując jedno zdanie. – „Nie słuchała skarg. Umbridge." – przeczytała.

– Kiedy próbowałem się jej poskarżyć na ropuchę, kazała mi siedzieć cicho. W ogóle nie chciała mnie wysłuchać. Chciałem jej powiedzieć o tym piórze, ale nie dała mi dojść do słowa – wyjaśnił Harry.

– Dlatego nic nie wiedziała o piórze krwi – wysunął przypuszczenie Ron.

– Bo nie chciała wiedzieć! – Harry uśmiechnął się paskudnie. – Tak samo, jak nie chciała wiedzieć o wybrykach mego ojca i Syriusza gdy byli uczniami. Nie jest zła, wręcz przeciwnie, ale chyba lepiej na nią nie liczyć.

– Pani Pomfrey zarzucasz „niedokładność diagnostyczną" – kontynuowała indagację Hermiona. – Czy jesteś pewien, że ona nie zauważyła u ciebie oznak maltretowania?

– Ile razy byłem w ambulatorium? Ile razy rzucała na mnie zaklęcia diagnostyczne? I co, nie zauważyła, że jestem niedożywiony? Że miałem wielokrotnie połamane kości? Same pytania bez odpowiedzi. Same wątpliwości. A może zdiagnozowała to i złożyła raport dyrektorowi? A on oczywiście nie zareagował? W tej chwili mi to przyszło do głowy… – Harry zamilkł na chwilę. – Jakoś trudno mi posądzać ją o niekompetencję – westchnął.

– Mnie też, Harry – przyznała dziewczyna z przygnębieniem. – To wszystko naprawdę wygląda fatalnie.

– Nasz drugi rok był jeszcze gorszy niż pierwszy – stwierdził Ron. – Twoja lista złych zdarzeń jest bardzo szczegółowa. No i zgadzam się z wnioskiem, że nauczyciele się nie wykazali. Nikt nie zauważył co się dzieje z Ginny… Ja też nie – westchnął z poczuciem winy.

– I my nie – jęknęła Hermiona. – A profesorowie nie domyślili się, co to za potwór grasuje w szkole. I w istnienie Komnaty Tajemnic nikt nie chciał uwierzyć!

– Właśnie. Do licha, wszyscy, z wyjątkiem Lockharta, to przecież wykształceni, doświadczeni czarodzieje! Nikt z nich nie wpadł na to, że potworem jest bazyliszek. To ty, Hermiono, to zgadłaś! Miałaś wtedy tylko dwanaście lat, ale jako jedyna w szkole rozwiązałaś zagadkę. No i dlaczego po pierwszym ataku nie zamknięto szkoły? Albo chociaż po drugim? A Lockhart? Czy Dumbledore musiał go zatrudnić? Hagrid powiedział mi, że on był jedynym kandydatem na to stanowisko, co trochę tłumaczy dyrektora, ale po tym, jak wróciliśmy z Komnaty Tajemnic i okazało się, że Lockhart stracił pamięć, to Dumbledore powiedział mu: „Nadziałeś się na własny miecz"! Pamiętasz, Ron?

– Pamiętam – mruknął rudzielec. – Szlag…

– A to pozwala przypuszczać, że wiedział o praktykach pana profesora – podsumowała kwestię złym głosem Hermiona.

– Może uważał, że lepszy jednak oszust i kłamca niż jakiś urzędas z Ministerstwa – westchnął Harry.

– Prawdopodobnie dyrektor sądził, że da radę go kontrolować – wysunęła przypuszczenie Hermiona.

– No i nie dał rady – skwitował Harry. – Ten łajdak chciał wymazać nam obu pamięć!

– Nie powinniśmy go byli brać ze sobą do Komnaty Tajemnic, to był strasznie durny pomysł. Dobra, skończmy już z tym idiotą bez sumienia. Stracił pamięć na zawsze i mamy go z głowy. Przejdźmy dalej – zażądał Ron. – Kolejny punkt zatytułowałeś: „Huncwoci. Lupin, Syriusz. Mój ojciec." Petera pominąłeś…

– O szczurze wszystko wiadomo, nie ma potrzeby o nim dyskutować – stwierdził Harry sucho.

– No, może i tak… Ale widzisz… Ja bardzo chciałabym zrozumieć, dlaczego on zrobił to, co zrobił. Co go do tego skłoniło? – powiedziała Hermiona ze smutkiem.

– Chyba wiem o co ci chodzi, ale ja nie mam ochoty się nad tym zastanawiać – warknął Harry.

– Jasne… Dlaczego jednak tak ostro oceniłeś pozostałych trzech z tego kwartetu? – spytała.

– Niestety, czegoś nie wiecie. Nie powiedziałem wam wszystkiego, nie mogłem się na to zdobyć, bo było mi zwyczajnie wstyd za mego ojca! – wyrzucił z siebie Harry. – A po dzisiejszej rozmowie z wujkiem to już nie wiem, co myśleć…

– Rozmawialiście bardzo długo – mruknął Ron. – Powiesz nam o czym? Swoje przemyślenia opisałeś dość skrótowo.

– Powiem, ale nie wszystko, bo to są nie tylko moje tajemnice, ale to, co mogę to tak – obiecał Harry. – Poza tym wyczuwam w tym jakieś drugie dno. Wujek powiedział mi wprost, że są sprawy, o których niczego się od niego nie dowiem. I nie chciał tego wyjaśnić!

– No to powiedz, co możesz – zażądał Ron. – Coś niecoś już przecież wiemy o rozróbach Huncwotów.

– Słyszeliśmy co mówili twój kuzyn i profesor Snape – przypomniała Hermiona.

– No właśnie. Niestety, mój ojciec i Syriusz zachowywali się okropnie. Nie tylko kiedy byli uczniami w szkole, potem też… Wujek powiedział mi, że mój ojciec i Syriusz zrobili „coś bardzo złego", ale nie może mi powiedzieć, co to było. Nie dlatego, że nie chce, ale dlatego, że jest w to zamieszanych mnóstwo osób i niektóre z nich nie żyją, a ujawnienie prawdy miałoby katastrofalne skutki dla wielu żyjących. Dowiem się o co chodziło być może już niedługo, bo nie powinienem trwać w nieświadomości, a jacy byli mój ojciec i Syriusz to i tak już przecież wiem…

− A co mówił na temat Remusa? − zapytała Hermiona.

− No, właśnie! − wykrzyknął Ron. Był wyraźnie zaintrygowany. − Przecież on też był Huncwotem. Czyżby Sna… twój wujek oceniał go lepiej niż pozostałych?

− Na to mi wygląda, chociaż tego nie powiedział wprost. No i zwrócił moją uwagę na sprawy, o których sam na pewno bym nie pomyślał − wyznał Harry.

− Ciekawe − mruknęła Hermiona z zastanowieniem.

− Zacznijmy od Syriusza. Zapuszkowali go za coś, czego nie zrobił. Wylądował w Azkabanie bez procesu, bo wszyscy uznali go za winnego i proces wydawał się zbędną formalnością.

− Niestety, tak to wyglądało… − mruknął Ron.

− Ron, nawet przy ewidentnych dowodach winy proces sądowy powinien być przeprowadzony! − zawołała Hermiona.

− No właśnie! − potwierdził energicznie Harry. − Zastanawiam się… Dlaczego wszyscy uwierzyli w winę Syriusza? Pomyślcie. Należał do Zakonu Feniksa. Tak samo, jak moi rodzice i Glizdogon. Glizdogon był szpiegiem Toma i przez rok donosił mu o wszystkim, ma na koncie mnóstwo ofiar. Wszyscy wiedzieli, że wśród członków Zakonu jest szpieg, ale nie udało się go wykryć. Jak to możliwe? Czy Feniksy nie składali przysięgi lojalności? Dlaczego Dumbledore tego od nich nie zażądał? Dlaczego nie wykorzystał swoich umiejętności? Jest przecież legilimentą! Dlaczego nie sprawdził, czy ktoś nie ma Mrocznego Znaku? Podejrzewali Lupina i innych… A potem? Syriusza złapali „na gorącym uczynku" zamordowania Pettigrew i kilkunastu mugoli i nikomu nie przyszło do głowy, żeby go choćby zapytać, dlaczego to zrobił! I nie sprawdzili, czy ma Mroczny Znak!

− Teraz to wydaje się faktycznie dziwne… − westchnęła Hermiona.

− Olaf stwierdził, że Dumbledore nie ma pojęcia o konspiracji i za bardzo wierzy w „drugą szansę" − powiedział Harry posępnie. − Dumbledore przyznał mi się, że sam zeznał w Ministerstwie, że Syriusz był Strażnikiem Tajemnicy moich rodziców. Dlaczego nie porozmawiał z Syriuszem? Nie był wtedy jeszcze przewodniczącym Wizengamotu, ale był na tyle wpływowy i szanowany, że gdyby zażądał wizyty w Azkabanie i rozmowy z Syriuszem, to nikt by nie ośmielił się mu odmówić!

− Czekaj… Nie był wtedy szefem Wizengamotu? − zdziwił się Ron.

− Ron, gdybyś się przykładał do nauki historii to byś to wiedział! − zirytowała się Hermiona. − To Crouch przewodniczył Wizengamotowi w czasie pierwszej wojny z Voldemortem!

− Faktycznie − jęknął Ron. − Wiedziałem, ale zapomniałem.
− Wujek zdradził mi parę tajemnic o tym, co się działo po pierwszej klęsce Toma. Paru osobom bardzo zależało, żeby nikt nie grzebał za głęboko w sprawie Syriusza. Jego różdżka tajemniczo zniknęła, a zarówno minister Bagnold jak i pretendenci do fotela ministra bardzo się starali wszystko szybko wyciszyć. Najaktywniej i najszybciej zadziałał tu Crouch, teraz już wiemy, dlaczego. Po skandalu z jego synem na czoło wyścigu do stanowiska wysunął się Knot. Sprawę Syriusza zamieciono pod dywan. W tym samym czasie Dumbledore został przewodniczącym Wizengamotu i jednocześnie wybrano go na szefa Międzynarodowej Konfederacji Czarodziejów. Nie przyjął oferowanego mu stanowiska Ministra Magii Wielkiej Brytanii i na tym stołku wylądował Knot. O Syriuszu nikt nie wspominał.

− Powtarzasz słowa Snape'a − stwierdził Ron.

− Tak − przyznał Harry. − Ale jeszcze nie dotarłem do najważniejszego…

− No, mów! − zachęciła go Hermiona.

− Mój wujek powiedział wprost, że największy wpływ na to, co się stało z Syriuszem miała historia z wierzbą bijącą. Pamiętacie, co powiedział Remus? Że to był głupi żart, w którym on brał udział. Bagatelizował całe wydarzenie i usiłował nas uspokoić, tłumacząc, że tak naprawdę nic strasznego się nie stało. A jak Syriusz i Remus zaczęli opowiadać jak to włóczyli się po Zakazanym Lesie w czasie pełni, to ty, Hermiono, powiedziałaś im, że to przecież było strasznie niebezpieczne, żeby włóczyć się z wilkołakiem. I co by się stało, gdyby Remus kogoś ugryzł? Na to zaczęli się tłumaczyć, że byli młodzi i głupi. Nie tak było?

− Owszem − westchnęła Hermiona. − Chyba wiem do czego zmierzasz.

− Wuj uświadomił mi, że gdyby Remus go zabił, albo chociaż tylko ugryzł i zaraził wilkołactwem, to by się to bardzo źle skończyło dla wszystkich w to zamieszanych. Syriusz wylądowałby w Azkabanie, Dumbledore na pewno zostałby z hukiem wyrzucony z Hogwartu, a Lupin... No, cóż. Nie darowano by mu życia. Wujek opowiedział mi jak wygląda egzekucja wilkołaka…

− Jak? − szepnęła Hermiona.

− Nie chcesz wiedzieć − warknął Harry.

− Dobrze − poddała się dziewczyna. − Nie mów. Masz rację, wolę nie wiedzieć. No i pamiętam, że wspominał właśnie o tym tego wieczoru, kiedy wybieraliśmy się do teatru − przypomniała.

− Ja też pamiętam. Wujek powiedział mi, że rozmawiał o całej sprawie z Remusem. Ale nie zrelacjonował szczegółów ich rozmowy. Obiecał mi tylko, że jak Lupin wróci z Francji, to do tego wrócimy. Poczekam. Ważniejsze jest, jaki to miało wpływ na relacje między Huncwotami, a także na to, jak ci, co o tej historii wiedzieli, oceniali Syriusza. Lupin podobno stłukł Łapę na kwaśne jabłko i niewiele brakowało, żeby ich przyjaźń się skończyła. Niestety, mój wujek jest absolutnie przekonany, że Syriusz chciał go zabić. Twierdzi, że miał bardzo poważny powód.

− Jaki powód?! − wybuchnęła Hermiona. − Przecież oni wtedy mieli po piętnaście lat!

− Mionka… Przy całej swojej inteligencji jesteś jednak rozczulająco naiwna − westchnął Ron. − Co tu ma do rzeczy ich wiek?

− Masz rację − jęknęła dziewczyna czerwieniąc się. − Może jestem naiwna, ale nie mieści mi się w głowie, że nastoletni chłopak próbował zabić drugiego nastolatka. Jaki mógłby mieć ten „poważny" powód?!

− Wujek mówił o tym bardzo niejasno, ale mam pewne podejrzenia − wyznał Harry. – Wysłanie kolegi prosto w paszczę wilkołaka to nie mógł być żart ani głupi kawał. Syriusz nie był idiotą. Był impulsywny, gwałtowny, ale nikt mi nie wmówi, że nie zdawał sobie sprawy z tego co robi. Ani co może wyniknąć ze spotkania Severusa z przemienionym Remusem. Wujek twierdził, że Syriusz mu groził wcześniej, że go zabije.

− Ale dlaczego?! − krzyknęła Hermiona.

− Powtórzę dosłownie, co mi powiedział wujek: „Chciał mnie zamordować za samo istnienie. Bo dostałem coś, czego Black namiętnie pożądał i co gwałtownie starał się zdobyć, a najgorsze dla niego było, że otrzymałem to w podarunku i jak na ironię bez specjalnych starań z mojej strony, tylko za to, jaki jestem"! Ciekawe, nie sądzicie? − Harry skrzywił się złośliwie. − Nie chciał wytłumaczyć w czym rzecz.

− A co przypuszczasz? − chciał wiedzieć Ron.

− Najprostsze co może być. Dziewczyna. Syriusz uderzał do dziewczyny, a ta go odrzuciła i wybrała Severusa.

Ron wybuchnął śmiechem.

− Na Merlina! − wykrztusił po chwili, gdy udało mu się trochę uspokoić. − Nigdy nie uwierzę, że jakakolwiek dziewczyna mogłaby wybrać Snape'a a odrzucić Syriusza! Takiego przystojniaka?

− Lepiej uwierz! − warknęła gniewnie Hermiona. Ron uświadomił sobie, że ani ona ani Harry nawet się nie uśmiechnęli. − Dziewczyny cenią też inne walory mężczyzn poza urodą!

− Myślałem o tym… − powiedział Harry ze smutkiem. − Syriusz był szalenie przystojny, to prawda, ale mógł zrazić do siebie dziewczynę swoim zachowaniem.

− A Snape to nie? − zaprotestował Ron.

− To zależy… − odpowiedziała Hermiona marszcząc czoło. − Potrafi być odpychający, ale różnica między nim a Syriuszem jest taka, że on to robi całkowicie świadomie. Syriusz zrażał do siebie ludzi arogancją. Mimochodem. Był zarozumiały i nie miał za knuta empatii. Był… niedojrzały. Egocentryczny.

− Mionko − jęknął Ron. − Powiedz to po ludzku!

− Oj, daj spokój, Ron! − zirytował się Harry. − Syriusz był nieodpowiedzialny! Jak dzieciak!

− To właśnie miałam na myśli − wyjaśniła łagodnie dziewczyna. − Poza tym, Łapa zachowywał się tak, jakby miał się za lepszego od innych. Chyba nie zdawał sobie sprawy z tego, że ludzie czują się takim zachowaniem dotknięci. I nic go to nie obchodziło. I jeszcze jedno… − zawahała się, ale po chwili dokończyła. − Syriusz w rozmowie z nami, wtedy, w Hogsmeade mówił o tym, że żeby kogoś ocenić właściwie, trzeba patrzeć jak ludzie zachowują się wobec słabszych od siebie. Rozmawialiśmy o Crouchu.

− Pamiętam − powiedzieli obaj chłopcy jednocześnie.

− No właśnie. A jak on sam traktował Stforka? − spytała retorycznie.

− Stforek nie żyje − mruknął Harry posępnie. − I wiecie co? Teraz to mi go żal. Może… gdyby Syriusz lepiej go traktował nie doszłoby do tego wszystkiego?

− Może… A może nie − wyraził wątpliwości Ron. − Ale ty napisałeś wprost, że Syriusz zachował się potwornie głupio. Dał się podejść Glizdogonowi i nie zabezpieczył w żaden sposób. Coś przeoczyłeś.

− Tak, oczywiście, masz rację. To Hermiona zwróciła na to uwagę − odparł żywo Harry. − Glizdogon mógł używać confundusa, ale nie tylko, zaklęć dezorientacji jest całe mnóstwo. Teraz pomyślałem, że mógł się w ten sposób zabezpieczać przed wykryciem. Rzucał te czary na członków Zakonu…

− To pewnie nie był jego pomysł, tylko Voldemorta − stwierdziła Hermiona. − A że wszyscy uważali go za ofermę, to nikt tego nie zauważył. A Syriusz niestety był popędliwy i przeważnie najpierw działał a potem myślał.

− Jeśli w ogóle myślał − skwitował ponuro Harry. − Wciąż za nim tęsknię, ale muszę spojrzeć prawdzie w oczy. On i mój ojciec znęcali się nad Severusem. Ja… No, wiecie przecież. Zajrzałem do myślodsiewni wujka… I to zobaczyłem. Zostawił mnie samego, bo Malfoy go zawołał…

− To było wtedy, gdy bliźniacy wrzucili Montagu'e do Szafki Zniknięć… Znalazł się po kilku dniach, uwięziony w toalecie − przypomniała dziewczyna.

− Właśnie! − potwierdził Harry. − Umbridge nie potrafiła go wyciągnąć i Malfoy pobiegł po Severusa. Wujek wyszedł pospiesznie z gabinetu i kazał mi czekać, a ja z ciekawości zajrzałem do myślodsiewni. No i się dowiedziałem… To był szok. To było ohydne! Ale nie żałuję! Lepsza najgorsza prawda niż śliczne kłamstwa!

− I Snape cię przyłapał − mruknął Ron.

− Tak. Wściekł się. Rozbił słój z karaluchami. Powiedział mi dzisiaj, że to był jeden z niewielu przypadków, gdy nie udało mu się zapanować nad sobą i swoją magią. Wyrzucił mnie, bo bał się, że mi zrobi krzywdę. I bał się, że za dużo się dowiem. Zobaczyłem tylko to jedno wspomnienie, ale tam było ich znacznie więcej. No i poza tym wcześniej udało mi się parę razy go odepchnąć, jak mnie atakował legilimencją a nawet wdarłem się do jego wspomnień i zobaczyłem kilka obrazków z jego dzieciństwa. Jak ochłonął, pomyślał, że jeśli będę trenować to dam już sobie radę. Pomylił się, niestety. Ja wciąż myślałem o tym, co zobaczyłem w myślodsiewni. Gryzło mnie to strasznie.

− Teraz rozumiem − powiedziała smutno Hermiona. − To dlatego chciałeś koniecznie porozmawiać z Syriuszem? I włamałeś się do gabinetu Umbridge?

− Tak − przyznał Harry. − Akurat Remus też był obecny na Grimmauld. Gdy powiedziałem im, co widziałem to się spłoszyli. Obaj zachowywali się jak koty przyłapane w spiżarni. Byli zaskoczeni, może trochę się wstydzili, ale Syriusz nie miał żadnych wyrzutów sumienia. Remus chyba tak, takie odniosłem wrażenie, niestety Syriusz był tylko zły, że się o tym dowiedziałem. A we Wrzeszczącej Chacie… On wtedy żałował, że: „się nie udało"! I nie czuł skruchy!

− Wyrwało mu się − szepnął Ron. − Pamiętam. Masz rację, Harry. W tym tkwi coś więcej. Bo dlaczego Snape… twój wujek tak bardzo chciał, żeby Syriusz dostał pocałunek?

− Bo myślał, że Łapa jest zdrajcą i mordercą! − wykrzyknęła Hermiona. − Mama Harry'ego była jego ukochaną siostrą!

− Wiem − odpowiedział niecierpliwie Ron. − Ale czuję, że nie tylko to…

Nie powiedział nic więcej. Hermiona zamilkła. Uświadomiła sobie, że intuicji Weasleya nie wolno lekceważyć. Spojrzała na Harry'ego. Wyraźnie doszedł do tego samego wniosku.

− Twoje przypuszczenia, że między nimi stanęła dziewczyna i że wolała Snape'a są chyba słuszne − odezwał się Ron po dłuższej chwili. − Przepraszam, że się śmiałem, to była moja pierwsza myśl, że to niemożliwe, głupio mi trochę…

− Przeprosiny przyjęte − mruknął Harry. − Nie sądź, że nie rozumiem. A Syriusz… Myślę, że jego zachowanie w szkole też miało wpływ na postępowanie Dumbledore'a. Po awanturze z Wierzbą Bijącą dał Syriuszowi drugą szansę. Tak prawdę mówiąc to Syriusz powinien wylecieć ze szkoły!

− A po śmierci twoich rodziców i tym co się stało potem, dyrektor myślał, że Łapa zmarnował tę szansę. Pewnie był zły i rozgoryczony i dlatego go skreślił. Uznał, że jego złe skłonności zwyciężyły. Znęcał się nad kolegami, a jednego próbował nawet zabić i to sprzeniewierzając się przyjaźni − podsumowała Hermiona. − Szkoda… Też go osądził bez wysłuchania.

− Ano, właśnie. Mógł się sprzeciwić i zażądać procesu! Powinien, sama mówiłaś, że prawo zostało złamane, bo każdemu należy się sprawiedliwy sąd − stwierdził Harry.

− A zwłaszcza on, szef Wizengamotu i przewodniczący Międzynarodowej Konfederacji Czarodziejów nie powinien był pozwolić na takie jaskrawe pogwałcenie prawa! − oświadczyła ostro Hermiona.

Harry usiadł przy stole, sięgnął po notatnik i pióro i szybko coś napisał. Przyjaciele patrzyli na niego zaintrygowani.

− Co dopisałeś? − zapytała Hermiona.

− Nasze domysły co do Glizdogona − wyjaśnił Harry. − Miałaś rację, Hermiono, jak zwykle zresztą. Zmieniłem zdanie. Powiedziałem wcześniej, że wszystko o nim wiemy, ale teraz jestem pewien, że jest inaczej. I warto się zastanowić dlaczego zrobił to, co zrobił.

Dziewczyna zarumieniła się zażenowana.

− Nie zawsze mam rację − westchnęła samokrytycznie.

− Ale tym razem tak − skwitował Ron. − No i…?

− On nie bez przyczyny zamieniał się w szczura − warknął Harry. − Szczury to piekielnie sprytne zwierzęta.

− I inteligentne − dopowiedziała Hermiona. − Pokaż, co napisałeś! − zażądała.

Podsunął jej notatnik. Dwie głowy pochyliły się nad stołem. Przeczytanie notatek Harry'ego nie zajęło jego przyjaciołom dużo czasu. Hermiona popatrzyła na niego, a jej oczy były wielkie jak spodki.

− Muszę tto… przemyśleć − szepnęła.

− Teraz to się wydaje oczywiste − mruknął Ron.

− Pettigrew nie był silny ani specjalnie mocny magicznie, nie miał aparycji, która powalałaby dziewczyny na kolana, nie pochodził z rodu, który miał wysoką pozycję społeczną i prestiż, ale był sprytny. I ten spryt kazał mu szukać protekcji silniejszych. Potrafił się podlizać − powiedział Harry ze złością.

− Czy mógłbyś opowiedzieć nam dokładnie, co widziałeś w myślodsiewni Sna… wujka? − spytał niepewnie Ron. − Jeśli będziemy to wiedzieli…

− Powiem. A wy wyciągnijcie własne wnioski − zdecydował Harry. − Wspomnienie zaczęło się od egzaminu z OPCM−u na SUM−ach. Jedno z pytań dotyczyło wilkołaków: „Wymień co najmniej pięć cech wilkołaka". Lupin ironizował, że powinien napisać o sobie, Glizdogon martwił się, że źle odpowiedział, a mój ojciec i Syriusz z niego kpili. Skoro co miesiąc włóczy się po nocy z wilkołakiem, to jak mógł nie odpowiedzieć na to pytanie? Potem całe towarzystwo przeniosło się nad jezioro. Pogoda była ładna, więc nie tylko oni wpadli na ten pomysł. Zebrał się tam spory tłum uczniów. Mój ojciec popisywał się bawiąc zniczem, a Peter go demonstracyjnie podziwiał. Syriusz się nudził i rozglądał dookoła. Zauważył Severusa i postanowił go zaczepić. Jamesowi pomysł się spodobał… Severus czytał książkę i nie zwracał na nich uwagi. Podeszli do niego…

Harry przerwał. Zagryzł wargi. Jak u licha ma im opowiedzieć przebieg całego zdarzenia?

− Zaczepili go i wybuchła awantura? − spytała domyślnie Hermiona.

− Po prostu się nad nim obaj znęcali − wykrztusił Harry. − Bronił się, ale ich było dwóch… Używali wrednych zaklęć, poniżali go. Pettigrew zachowywał się tak, jakby go zachwycało ich zachowanie, a Lupin utkwił nos w książce i udawał, że niczego nie widzi. Powinien był zareagować…

− Bo był prefektem! − wpadł mu w słowo Ron.

− Z całego tłumu gapiów nikt mu nie pomógł, zareagowała tylko moja mama, wrzeszcząc na nich, żeby przestali. Wujka to przeraziło, bo gdyby ktoś powziął choć cień podejrzenia, że coś ich łączy, to mamie groziło śmiertelne niebezpieczeństwo.

− Tak, on o tym mówił, przypominam sobie! − wykrzyknęła Hermiona. − Co zrobił?

− Powiedział, że nie potrzebuje pomocy od „małej, brudnej szlamy". To mamę otrzeźwiło i też coś mu odpaliła obraźliwego. Za dużo złych uszu było dookoła i ktoś ich babce mógł o tym donieść. Potem, na kolejnym potajemnym spotkaniu obiecali sobie, że będą bardziej ostrożni.

− Jak się skończyła ta… awantura? − spytał Ron.

− Nie wiem, nie obejrzałem tego do końca i wcale nie chcę wiedzieć. Wystarczy mi to, co zobaczyłem! − wybuchnął Harry. − Przepraszam… − szepnął po chwili.

− Z twojej opowieści można wyciągnąć wniosek, że ta legendarna wielka przyjaźń między Huncwotami wcale taka idealna nie była − stwierdziła Hermiona.

− Otóż to! Mój ojciec i Łapa rozrabiali, rzucali klątwy na kolegów znęcali się nad nimi i robili to całkowicie bezkarnie! Glizdogon trzymał się ich, podlizywał i adorował, a oni łaskawie pozwalali mu na to i przyjęli do paczki, chociaż nigdy nie traktowali jak pełnoprawnego Huncwota. Myślę, że on po prostu sprytnie wykalkulował sobie, że to mu się opłaci, bo nie będzie celem ich złośliwości. Ale i tak mu dokuczali. Lupin powiedział we Wrzeszczącej Chacie, że on zawsze szukał protekcji silniejszych. W szkole to byli oni, a potem poszedł do Voldemorta. Teraz myślę, że Pettigrew ich wcale nie lubił, pewnie im zazdrościł, może nawet nienawidził? To, co wykrzyczał im obu w twarze tam w Chacie… Że go nie szanowali. Nie wiem… − Harry ukrył twarz w dłoniach.

− A Lupin? − spytał cicho Ron. − Zachowywał się jak tchórz.

− Właśnie! − zezłościł się Harry. − Czego się bał?

− Bał się tego, że go odtrącą − stwierdziła Hermiona.

− To znaczy, że tak naprawdę nie wierzył w ich przyjaźń − podsumował ponuro Harry.

− To chyba jest nieco bardziej skomplikowane − sprzeciwiła się Hermiona. − Poszedł do szkoły o rok później niż powinien, Dumbledore zaprosił go do Hogwartu jak został dyrektorem. Poprzedni dyrektor, Dippet, nie chciał go przyjąć, ani żadna inna szkoła też go nie chciała.

− To prawda − przytaknął Harry.

− Drżał, że jego sekret wyjdzie na jaw i dlatego trzymał wszystkich na dystans. Jak twój tata i Syriusz to odkryli i nie zerwali z nim znajomości to uczepił się ich jak rzep. Wpłynęli też na Glizdogona i wymyślili, że zostaną animagami. Tak było? − spytała retorycznie dziewczyna.

− To był pomysł mego ojca − poinformował Harry. − Syriusz mi to powiedział.

− Lupin był im bardzo wdzięczny. Mówił nam o tym przecież. I dlatego nie reagował na ich wybryki. Nie chciał zakłócić przyjaźni… A może podświadomie czuł, że jak zacznie protestować, to odwrócą się od niego? Lykantropia ich nie zraziła, ale krytyki swego złego zachowania na pewno by nie znieśli − snuła rozważania Hermiona.

− Nieźle to wymyśliłaś − pochwalił jej wywody Ron.

− Lupin czuł się zdradzony, gdy Syriusz użył go jako narzędzia zbrodni − dodał posępnie Harry. − Wybaczył mu, ale na ich przyjaźni pozostała rysa. I może dlatego uwierzył w to, że Łapa zdradził!

− Był hipokrytą i oportunistą, oszukiwał sam siebie. Wmawiał sobie, że oni są jego przyjaciółmi, ale tak naprawdę to w to nie wierzył − powiedziała ze złością Hermiona.

− Taki był wtedy, a jaki jest teraz? − spytał cicho Harry. − Coś się zmieniło? Nie wiem…

− Tak, zmieniło się − stwierdził stanowczo Ron.

− Na lepsze? − Ton Harry'ego był pełen wątpliwości.

− Tak − zamknął sprawę rudzielec.

Hermiona przewróciła kilka kartek.

− Dyrektor nie powinien był dopuścić cię do Turnieju Trójmagicznego − podjęła nową kwestię. − I jak to się stało, że tak późno odkrył tożsamość fałszywego Moody'ego? Masz jakiś pomysł, żeby to wyjaśnić? Nic nie napisałeś…

− Moody… to znaczy Barty junior go unikał − mruknął Harry. − A ja byłem zbyt przerażony, żeby zaprotestować. To było głupie. No i nie sądzę, czy to by coś dało. Dumbledore pewnie myślał, że to będzie dla mnie dobry trening − zaszydził.

− No, nie wiem − sprzeciwiła się Hermiona. − Ale rzeczywiście się nie spisał. Nie wykrył szpiega, nie zapobiegł porwaniu cię na cmentarz…

− To była ironia − westchnął Harry.

Ron wziął do ręki notatnik i pokazał palcem na jeden akapit.

− Jest jeszcze sprawa przepowiedni. Trelawney wygłosiła przepowiednię, a ten… − zerknął na tekst − …Norman… Nie, Norton Middlerock… Harry, masz okropny charakter pisma… podsłuchał kawałek, zanim został na tym przyłapany. − Rudzielec uniósł głowę i popatrzył z szacunkiem na przyjaciela. − Na to bym nie wpadł! No, właśnie, dlaczego Dumbledore po prostu nie wymazał mu tego z pamięci? Mógł użyć Obliviate! A pozwolił mu odejść? Nie pomyślał, że ten śmieciojad od razu poleci do swojego pana i mu wszystko powtórzy?!

− Nie będę snuć domysłów, dlaczego nie zrobił tego, co samo się nasuwa − warknął Harry. − To Luna się nad tym zastanawiała.

− Bo to jest zastanawiające − odezwała się Hermiona. − „Może Dumbledore myślał, że skoro szpieg nie usłyszał całej treści przepowiedni, to nic złego się nie stanie, jak Voldemort o niej się dowie. I może się przestraszy." − przeczytała. − To słowa Luny?

− Tak − potwierdził Harry. − Zapisałem to. Sam pomyślałem o dużo gorszej możliwości − warknął.

− Że zrobił to celowo i poświęcił potencjalnego „Wybrańca"? − spytał domyślnie Ron.

Harry skinął głową.

− Tom się rzeczywiście przestraszył i zadziałał. Chciał usunąć zagrożenie. Może Dumbledore na to liczył.

− Naprawdę sądzisz, że Dumbledore jest aż tak bezwzględny? − jęknęła Hermiona z przerażeniem.

− A nie? „Dla większego dobra" − zadrwił Harry. − Łatwo jest poświęcić jednego człowieka. Zwłaszcza, jeśli to nie ty nim jesteś, a ktoś inny. A ja jeszcze się wtedy nie urodziłem. Drugim potencjalnym kandydatem na wybrańca był Neville. Urodził się dzień wcześniej niż ja.

− No, tak powtórzyłeś nam rozmowę z dyrektorem i my wszystko wiemy, ale ten śmieciojad nie usłyszał wszystkiego − mruknęła Hermiona.

− Przepowiednia była niejasna i dość enigmatyczna, ale zawierała wystarczające wskazówki do wytypowania prawdopodobnych ofiar. Szpieg nie znał jej całej, ale usłyszał dość. − Harry skrzywił się z goryczą. − Może nasz „Lider Światła" nie jest tak zły jak Voldemort, a…

− Wręcz przeciwnie − wpadł mu w słowa Ron.

− Ale manipuluje ludźmi dla osiągnięcia swoich celów równie bezwzględnie − zakończył Harry.

− Podsumowując, nie możemy mu ufać! − stwierdził stanowczo Ron.

Harry nie odpowiedział. Nie miał nic do dodania, już wcześniej był tego pewien. Podszedł do okna i przez chwilę przyglądał się czarnogrzywemu jednorożcowi tkwiącemu nieruchomo na trawniku. Rogaty koń uniósł łeb i wpatrywał się w niego. Chłopak cofnął się, zamknął okno i zasunął zasłony. Przeszył go dreszcz.

Hermiona przytuliła go mocno.

− Idź spać − powiedziała cicho. − Pogadamy po śniadaniu − dodała.

###

Kilkanaście minut później Harry leżał w łóżku. Zamknął oczy. Myślał o Lunie. Jak to się stało, że ją pokochał? Uśmiechnął się smutno. Może od spotkania pod tablicą ogłoszeń, gdy rozklejała prośby o zwrot swoich rzeczy? A może jeszcze wcześniej? Nieważne. Już wiedział, że była jego przeznaczeniem.

Zasnął tuląc do twarzy misia.

…..

James i Lily śmieją się. Mugolskie wesołe miasteczko to świetne miejsce na randkę. James wygrywa misia na strzelnicy i podaje go Lily kłaniając się nisko. Lily uśmiecha się, ale w jej oczach czai się smutek.

− Baw się misiem póki możesz, bo niedługo będzie się nim bawił nasz syn! − chichocze James.

− Jeszcze nie mamy tego syna − stopuje go Lily.

− Ale będziemy mieli! − stwierdza stanowczo chłopak pewnym siebie tonem.

Wesołe miasteczko rozpływa się we mgle i śmiech jego rodziców powoli cichnie.

Harry otwiera oczy. Mały pluszak leży na poduszce, dotykając jego policzka. Za oknami wstaje świt.

###

Wtorek 16 lipca 1996 rok – noc. Paryż, Prince de Galles Hotel – apartament.

– Firestone… – mamrotał Lupin przez sen. – Nie musisz mnie namawiać. Ja bardzo chcę tego ślubu…

– Remus! – Tonks gwałtownie usiadła na łóżku. – Kto to jest Firestone?! – warknęła.

Mężczyzna westchnął i potarł czoło w zakłopotaniu. Wyrwany ze snu czuł się przez chwilę zdezorientowany. Ten sen był tak realny!

– Mówiłeś przez sen. – Dziewczyna przyglądała mu się badawczo, mrużąc oczy. – Że chcesz ślubu. Powiedziałeś: „Firestone, nie musisz mnie namawiać". Wyjaśnij! – zażądała.

Remus w ułamku sekundy zdecydował się na całkowitą szczerość. Powie Ninni wszystko. W nagłym przebłysku intuicji odnalazł właściwe słowa.

– To długa historia. Firestone… Nie „jest" a „była". Ona nie żyje od wielu lat. Przyśniła mi się teraz. Powiedziała, żebym jak najszybciej cię poślubił. Dość… kategorycznym tonem. I wiesz… Nie jestem do końca pewien, czy to rzeczywiście był tylko sen…

Zszokowana mina dziewczyny świadczyła o tym, że słowa Remusa całkowicie ją zaskoczyły.

– Nie sen? – szepnęła. – Jak to?

– Firestone nie odeszła. Została tu… Jest duchem.

– I myślisz, że jakoś… weszła w twój sen? – dociekała.

– Tak…

– Nie wiedziałam, że to jest możliwe – zdumiała się.

– To jest możliwe, zapewniam cię – westchnął Remus. – Wiesz co? Chyba i tak już nie zaśniemy, to pogadajmy. Mam ci sporo do powiedzenia, a w dzień nie było czasu, bo jak wróciliśmy w południe do hotelu, to od razu musieliśmy iść na przyjęcie do Ministerstwa Magii Francji, a jak wreszcie się stamtąd wyrwaliśmy zajęliśmy się czymś innym…

Tonks roześmiała się. Wspomnienie o tym, co robili przed zaśnięciem wprawiło ją w szampański humor.

– No to słucham! – zawołała. Pogłaskała go po policzku. Uśmiechnął się z czułością.

– Najpierw pytanie: jak dobrze znasz legilimencję? Uczono was tego na kursach aurorskich, jak daleko zaszłaś?

Dziewczyna zawahała się.

− Niezbyt daleko, szczerze mówiąc… − westchnęła. − Zawsze miałam opory przed naruszaniem komuś prywatności. No i my wszyscy adepci−aurorzy musieliśmy złożyć przysięgę, że nie będziemy wchodzić w cudze umysły bez naprawdę wielkiej konieczności.

− Tak, wiem… − Remus dotknął jej dłoni, tylko po to, żeby znów poczuć pod palcami aksamitną gładkość jej skóry. − Ale jeśli zostaniesz zaproszona?

− Chcesz mnie wpuścić do swego umysłu? − szepnęła z nieopisanym zdumieniem. Czuła, że on ją kocha, ale takiego dowodu miłości i absolutnego zaufania się nie spodziewała.

− Tak! − potwierdził i przypieczętował swoje postanowienie mocnym pocałunkiem.

− To chodź… − szepnął, gdy oderwali się od siebie i głęboko spojrzał jej w oczy.

Świat zamigotał i zniknął w wirze kalejdoskopowych barw.

Tonks rozejrzała się ze zdumieniem. Umysł Remusa był… niesamowity. Ze wszystkich stron otaczała ją gęsta puszcza. Coś trąciło ją w ramię. Obejrzała się i westchnęła z zachwytem. Olbrzymi srebrzystoszary wilk zajrzał jej w oczy. Zamachał ogonem i ruszył między drzewa. Bez wahania pobiegła za nim. Po chwili puszcza rozstąpiła się i wyszli na rozległą polanę porośniętą trawami, koniczyną i mnóstwem pięknych kwiatów. Na środku polany stał cudowny biały dom otoczony kwitnącymi drzewami. Jabłonie, wiśnie, grusze, śliwy, brzoskwinie… Nazwy drzew pojawiły się w jej umyśle. A dom wyglądał jak zmaterializowanie jej marzeń. Takiego domu pragnęła odkąd sięgała pamięcią.

− Zbudujemy sobie taki dom − szepnął Remus. Wilk zniknął, obok niej stał ukochany mężczyzna. Chwyciła go mocno za rękę. Jej oczy wypełniły się łzami i nie mogła znaleźć słów. Uścisnęła dłoń Remusa i ramię w ramię przekroczyli próg wchodząc przez gościnnie otwarte drzwi.

Wnętrze było zachwycające. Absolutnie doskonałe. Wygodne fotele i sofa ustawione wokół niskiego stolika i na wprost kominka, zapraszały by się w nie zapaść. Rozsunięte aksamitne zasłony w kolorze jasnego miodu i uniesione rzymskie rolety z kremowego jedwabiu odsłaniały widok kwitnącego sadu. Przez otwarte okna napływał zapach jaśminów i bzów. Usiedli na sofie tuląc się do siebie, ciesząc się swoją bliskością.

− A teraz patrz… − szepnął Remus.

Wnętrze saloniku zniknęło. Otoczyły ich kłęby bardzo gęstej, białej mgły. Z oparów wynurzyła się porażająco piękna kobieta w jedwabnej błękitnej sukni.

− Remus! − wykrzyknęła. − Jak najszybciej ożeń się z Nimfadorą Tonks! Nie zwlekaj! − zażądała kategorycznie, z naciskiem.

Chwilę później mgła rozproszyła się, a przed nimi pojawił się widok na wnętrze kawiarni. Dwóch mężczyzn siedziało przy stoliku rozmawiając z ożywieniem. Jednym z nich był Remus. Tonks wstrzymała oddech. Przebieg dyskusji był dla niej wstrząsem. Dlaczego, na Merlina, senior alfa francuskich wilkołaków nalegał na ich ślub?! Jego tłumaczenia były bardzo przekonujące, ale instynktownie czuła w tym wszystkim drugie dno. Co się za tym kryje?

Nie mogła jednak skupić się na rozważaniu problemu, bo pojawiła się kolejna scena, następne wspomnienie. Rozmowa Remusa z Severusem Snape'em w Hogwarcie tuż przed ich wylotem do Paryża. Stanowczość w głosie warzyciela, gdy przekonywał Remusa że jego małżeństwo z nią to sprawa polityczna…?

I kolejna scena, wcześniejsze wspomnienie.

I następna. Coraz dalej w przeszłość.

Zafascynowana dziewczyna patrzyła na życie Remusa. Życie naznaczone przekleństwem. Mężczyzna odtrącany i prześladowany z powodu choroby. Wyrzucany z każdej pracy… Bo czarodzieje w Wielkiej Brytanii nienawidzą wilkołaków!

Wyjazd do Europy po śmierci Potterów. Włóczęga po kontynencie. Francja, Niemcy, Polska, Rosja… Praca wśród mugoli. Oni go nie dyskryminowali. Dlaczego tam nie został?

Spotkanie z Łowcą. Stary Polak, łowca i tępiciel ciemnych stworzeń, jak na ironię okazał się aniołem dobroci. Nie tylko nie zrobił Remusowi krzywdy, ale zaopiekował się nim i stał się jego mentorem i mistrzem. To on nauczył go walki z czarną magią. Nie miał żadnych uprzedzeń wobec lykantropów i wampirów, wręcz przeciwnie, twierdził, że to właśnie oni są najlepsi w jego fachu. Oczywiście pod warunkiem, że nie są bestiami. Jego zdaniem przeważnie nimi nie byli. Dlaczego Remus z nim nie został?

Odpowiedź na to pytanie dało jej następne wspomnienie.

Śmierć Mistrza… Zmarł nagle, we śnie. I przeczuł swoje odejście ze świata. Był już bardzo stary, miał ponad czterysta lat. Remus był jego ostatnim uczniem… Zostawił Remusowi wszystkie swoje księgi i notatki. Remus nigdy się z nimi nie rozstaje, nosi je na szyi w medalionie zawierającym skrytkę bez dna i obłożonym czarami ochronnymi łącznie z czarem niewidzialności.

Noc. Milczące postacie w białych szatach otaczające kręgiem ciało spoczywające na marach. Remus unoszący wysoko nad głową pochodnię, którą przed chwilą przytknął do drew. Płonący stos pogrzebowy. Ta sama polana skąpana w promieniach słońca. Kamień z napisem, którego w pierwszej chwili nie potrafiła odczytać. Przyjrzała się uważnie. Runy. „Sławiłeś radość, spoczywaj w spokoju" − cóż to może znaczyć?

− On miał na imię „Sławiący Radość" − szepnął jej do ucha Remus.

− Dziwne imię…

− Słowiańskie. I pasowało do niego − westchnął. − To był bardzo pogodny człowiek − dodał cicho.

Szara mgła zasnuła kamień, polana zniknęła.

Czasy szkolne − najszczęśliwszy okres życia? Rozmowa z Dumbledore'em zapraszającym Remusa do Hogwartu. Przyjaciele − Huncwoci. Pierwsza jazda Ekspresem do szkoły. I bezsensowny atak na Snape'a… Przyjaźń. Animagia. Włóczenie się w czasie pełni po Zakazanym Lesie.

Wybryki Huncwotów. Z perspektywy czasu − wcale niezabawne… Tchórzliwe odwracanie głowy i udawanie ślepoty, gdy Syriusz i James znęcali się nad kolegami. Najbardziej przykre wspomnienie ze zdarzenia nad jeziorem gdy Remus nie zareagował na maltretowanie Snape'a przez jego przyjaciół. Palący wstyd i dorosły już Remus obiecujący sobie, że nigdy więcej nie będzie takim tchórzem!

Powrót do teraźniejszości. Rozmowa z dorosłym Snape'em. Wiele wyjaśniła… Snape oskarża Jamesa i Syriusza o… o co właściwie? O popełnienie zbrodni?

I kilka dni wcześniej.

Wypadek w noc pełni.

Rozmowa z Margheritą. Kim jest ta kobieta? Była… Mistrz eliksirów powiedział, że została zamordowana?!

Rozmowy z dyrektorem. Poszukiwania informacji o Goldstone'ach w archiwach.

Wspomnienie wakacji we Francji. Dwunastoletnia Margherita i jej matka Nicole. Beztroski śmiech dwojga nastolatków…

Dorosła Margherita. I jej sąsiad − oficer mugolskiej policji. Dziś to szef jej i Remusa! Przewrotność losu.

Różdżka i eliksiry. Zaklęcia antysmocze… Władca Smoków? Tyle pytań bez odpowiedzi.

− Pogódź się z Severusem − mówi Margherita. − Idą złe czasy, Remus. Bardzo złe… − ostrzega na pożegnanie.

Rozmowy w Hogwarcie. Spotkania i dyskusje. Czarodzieje żyjący w mugolskim świecie i nie uznający władzy Ministerstwa Magii Wielkiej Brytanii. Ani żadnych innych Ministerstw Magii!

Wiele tajemnic zostaje wyjaśnionych. Ale jeszcze więcej zagadek się pojawiło.

Co dalej?

I znów lata szkolne.

Ruda dziewczynka płacze. Remus poklepuje ją delikatnie po plecach, ale to nie pomaga. Z zielonych oczu wciąż płyną strugi łez…

Ta sama dziewczynka, już kilka lat starsza potrząsa czerwonymi lokami. Podaje Remusowi książkę i uśmiecha się zalotnie. Chłopak dziękuje, bierze książkę i odchodzi. Na twarzy dziewczyny pojawia się wyraz bolesnego rozczarowania.

W następnej scenie rudowłosa z furią wrzeszczy na czarnowłosego okularnika wymyślając mu od idiotów i sadystów.

„Lily i James" − Tonks uśmiecha się w myślach. − „I w końcu się pobrali…"

Ślub Lily i Jamesa. James promienieje. Lily patrzy ze smutkiem na Remusa.

Narodziny Harry'ego.

Obrazy migają bardzo szybko.

− Syriusz zdradził Potterow…!

Rozpacz…

− Nie, Remusie, nie możesz się spotykać z Harrym − mówi Dumbledore.

− Czy mogę do niego chociaż pisać? − pyta z nadzieją Remus.

− Nie − pada stanowcza odpowiedź.

Powrót do wspomnień z lat szkolnych.

Syriusz i Firestone. Oczy chłopaka wodzące za dziewczyną z psim oddaniem. A potem… Twarz wykrzywiona wściekłością. Furia i nienawiść. Severus Snape rozmawia ze zjawiskowo piękną dziewczyną. Jej olśniewający uśmiech jest przeznaczony dla chudego nastolatka w przetartych dżinsach i powyciąganym t−shircie. Piękne szare oczy wpatrują się w twarz Severusa Snape'a z czułością i nadzieją. Syriusz zaciska pięści i przygryza dolną wargę tak mocno, że po brodzie ścieka mu strużka krwi.

Wierzba Bijąca… Awantura z Syriuszem.

− Omal nie zostałem przez ciebie mordercą! Ty bezmyślny idioto… − W głosie Remusa brzmi nieopisany ból i straszna rozpacz. − Myślałem, że jesteś moim przyjacielem…

I znów Wrzeszcząca Chata, ale wiele lat później. Syriusz, Remus, Harry, Hermiona, Ron i Glizdogon. Snape. Dlaczego go nie ocucili? Dlaczego pozwolili szczurowi uciec?! A może Pettigrew użył bezróżdżkowego Confundusa? I dlatego oni wszyscy zachowali się wyjątkowo idiotycznie?

Trzeba to powiedzieć Remusowi, jak skończą oglądać jego wspomnienia!

Ucieczka Syriusza, a potem Grimmaud Place.

Syriusz wpada za Zasłonę w Ministerstwie Magii. Szaleńczy śmiech Bellatrix…

− Powiedz mi, Lupin, dlaczego tak łatwo uwierzyłeś w winę Blacka? − pyta Snape.

− Nie dopuszczałam do siebie myśli, że to z mojego powodu Syriusz chciał zamordować Severusa, nie jestem aż tak zarozumiała − szepce duch Firestone.

I ostatnie wspomnienie. Najstraszliwsze, najgorsze! Atak Greybacka na pięcioletniego Remusa.

Tonks dygoce.

Wszystko zasnuwa błękitnobiała mgła.

Po chwili uświadomiła sobie, że leży w hotelowym łóżku wygodnie oparta o stertę poduszek.

Wpatrzone w nią złociste oczy Remusa…

Uniosła się, chwyciła go za ramiona i mocno ucałowała.

− Dziękuję! Że mi pokazałeś!

− Nie jestem ideałem, moja Nimfo − westchnął Remus.

− Nikt nie jest doskonały − zaśmiała się. − Ja też nie. Czy chcesz zobaczyć moje życie? Niestety, w porównaniu z twoim było dotychczas raczej nudne…

− Pewnie, że chcę! I nie wierzę, że to prawda z tą nudą.

− Chcesz teraz zaraz? Bo wiesz… Mam parę pytań…

− Dawaj!

− Jest tego tak dużo, że nie wiem, od czego zacząć − oznajmiła.

− Pokazałem ci wszystko, co było w moim życiu ważne. Nawet, jeśli to mnie stawia w złym świetle − westchnął Remus.

− Wiem, kochanie! − wykrzyknęła i pocałowała go ponownie. − To teraz moje pytania!

− No, to słucham.

− Lily cię kochała, czy wiedziałeś o tym?

− Wtedy nie − westchnął. − Nie wierzyłem, że jakakolwiek dziewczyna może mnie pokochać.

− No, tak… I podświadomie nie wierzyłeś w bezinteresowną przyjaźń, prawda?

− Teraz to wiem. Fakt. Nie wierzyłem…

− Ta dziewczyna, Firestone… Co za dziwne imię! I tylko mi nie mów: „I kto to mówi?!" − zaśmiała się i zamierzyła na niego poduszką.

− Ej! Nic takiego nie mówię!

− Ale myślisz!

− No, masz rację − zachichotał. − A co do jej imienia… Firestone była Polką. Mimo, że znam polski język, jej imię było dla mnie nie do wymówienia. Przypominało krztuszenie się połączone z szelestem. Oznaczało: „ta, która krzesze sławę". James i Syriusz też nie dali rady, chociaż próbowali długo, to ich wysiłki były bezskuteczne. Tylko Snape wymawiał je bez problemu.

− Ciekawe − mruknęła. − Krzesi sławę… Skojarzyło się wam z krzemieniem? Krzeszenie iskier? I stąd „Ognisty Kamień"?

− Owszem. Syriusz to wymyślił, a ona zaakceptowała. − Remus smutno się uśmiechnął.

− Syriusz ją kochał, a ona kochała Snape'a…

Remus znieruchomiał. Poczuł się tak, jakby w głowie zapłonął mu reflektor. W ułamku sekundy rozsypane puzzle złożyły się w całość.

….

− Zabiję Smarkerusa! − wrzeszczy pijany Syriusz. Za chwilę zaczyna płakać. − Kobiety są oh… okrutne… wiesz? − szlocha. − Hep! Napij… napijmy sze!

− Syriusz, masz już dość − mówi stanowczo James, odbierając mu flaszkę.

….

− Byłam już żoną innego − szepce duch Firestone.

….

− Severus jest cudownym człowiekiem − mówi złotowłosy wampir, uśmiechając się ciepło. W jego oczach pojawia się miękki blask, jakby zostały rozświetlone od środka.

…..

− Oskarżam ich obu o śmierć Firestone − syczy Snape.

…..

− Myślisz, że go kochała? Severusa? − upewnił się.

− O tak! Z całą pewnością! Naprawdę tego nie widziałeś?

− Nie… − westchnął. − Nie widziałem. Wtedy…

− A to było takie oczywiste! Nie jesteś najbardziej spostrzegawczym facetem na świecie!

− No nie. Widzisz, Nimfo, Firestone była od nas kilka lat starsza. Myśmy byli nastolatkami, a ona dorosłą kobietą. Snape był najmłodszy z nas. Ale najpoważniejszy. Idiotyczne figle to była specjalność Syriusza, niestety, i jest dla mnie jasne, że Firestone widziała w nim tylko irytującego smarkacza. Severus zachowywał się dojrzale, Syri nie… Ale nigdy nie pomyślałem, że z jej strony to coś więcej niż przyjaźń, że mogła się zakochać w chłopaku młodszym od niej o prawie dekadę! On miał wtedy piętnaście lat!

− Ciekawe, czy go dorwała… − zachichotała, ale natychmiast spoważniała. − Pokazałeś mi swoją rozmowę z jej duchem. Ta wasza ostatnia rozmowa w Hogwarcie, w gabinecie Snape'a… Powiedziała ci, że Syriusz oświadczył się jej dwa miesiące po tym jak skończył Hogwart, a ona była już żoną innego. Kto…? Wiesz? − spytała.

− Nie. Ona wyszła za mąż, ale nie wiem, za kogo. Miała bardzo wielu wielbicieli, przeważającej większości tych mężczyzn nie poznałem. A Syriusz starał się zdobyć o nich jak najwięcej informacji… Twierdził, że Rabastan Lestrange, szwagier jego kuzynki Bellatrix chciał się z nią ożenić, ale go pogoniła.

− Ta rozmowa z tobą… Jak mówiła o Syriuszu i jego oświadczynach, to nie wyglądało na to, żeby żałowała, że nie była już wolna i nie mogła go poślubić.

− Nie, na pewno nie żałowała. Nie przepadała za nim, tolerowała, ale nie wydaje mi się, żeby go lubiła − przyznał Remus. − Zginęła w magicznym pożarze…

− Nie wierzę, że Syriusz ją zamordował − stwierdziła stanowczo.

− Ja też nie! I zrobię wszystko, żeby to wyjaśnić. Jestem to winien Syriuszowi.

− Mimo tego, że cię tak strasznie zawiódł? − spytała cicho.

Remus poruszył się niespokojnie.

− Mimo tego…

Dziewczyna objęła go i gorąco ucałowała.

− Jesteś niezwykle dobrym człowiekiem, kochanie − szepnęła mu do ucha. − Oby Syriusz potrafił to docenić!

Popatrzył na nią zaskoczony.

− Wierzysz, że on wrócił − wykrztusił.

− Ty WIESZ, że wrócił − powiedziała z naciskiem.

− Nie wiem. Wierzę − westchnął.

− Ja też…

Przez chwilę milczeli patrząc sobie w oczy.

− Jeszcze coś mi przyszło do głowy − powiedziała z powagą. − Wasza konfrontacja z Glizdogonem we Wrzeszczącej Chacie, to było… bardzo dziwne!

− Elegancko to sformułowałaś. Zachowaliśmy się wszyscy jak debile − mruknął Remus. − Wiele o tym myślałem i nie mogę zrozumieć jak mogliśmy tak zgłupieć! Pełnia mnie nie usprawiedliwia!

− Pettigrew mógł rzucić na was bezróżdżkowego Confundusa − podzieliła się z nim swoimi przypuszczeniami.

Remus zamarł wpatrując się w nią szeroko rozszerzonymi oczami. Miał wrażenie, że oberwał w głowę czymś ciężkim.

− Na Merlina! − jęknął. − Masz rację! A wcześniej, jak szpiegował zakon też pewnie to robił! Szlag…

Tonks pogłaskała go po twarzy.

− Uspokój się − szepnęła. − W tej chwili i tak nic nie zrobimy.

− Musimy jak najszybciej zawiadomić Severusa i dyrektora o naszych podejrzeniach. I dorwać szczura! Jest niebezpieczny! O wiele bardziej niż myśleliśmy!

Remus sięgnął po komórkę i wystukał numer Snape'a. Pomyślał, że Severus okazał niezwykłą przezorność żądając, by zapisał sobie jego telefon.

Mistrz Eliksirów nie spał i natychmiast odebrał. Wysłuchał bez komentarza i obiecał, że niezwłocznie się tym zajmie.

Remus odetchnął z ulgą i pocałował Ninni.

− Jesteś genialna kochanie!

Uśmiechnęła się z satysfakcją i oddała pocałunek.

Zasnęli wtuleni w siebie obejmując się ramionami.

###

Środa 17 lipca 1996 rok godzina 6 rano − Paryż, pałac rodziny de Lupin.

Nagląco ostry dzwonek telefonu zakłócił ciszę w holu. Nieco zaspana pokojówka podniosła słuchawkę.

− Rezydencja de Lupin!

− Mówi Remus Lupin. Monsieur Bernard czeka na mój telefon.

Zanim dziewczyna zdołała odpowiedzieć, poczuła że ktoś wyjmuje jej słuchawkę z ręki. Odwróciła się zdumiona i stwierdziła, że to jej pracodawca. Nie zauważyła, kiedy do niej podszedł. Westchnęła cicho. Wciąż nie mogła się przyzwyczaić do jego bezszelestnego poruszania się, mimo, że pracowała tu już ponad pięć lat.

− Remus, i co? Zdecydowaliście się? − zapytał z napięciem. Słuchając odpowiedzi szeroko się uśmiechał.

− W południe! Przyjadę po was! − zawołał i odłożył słuchawkę. Zatarł ręce z zadowoleniem. Przewidując (a tak właściwie to mając pewność), co usłyszy od Remusa, poczynił wczoraj odpowiednie przygotowania.

...

Mistrz Remusa miał na imię Radosław.

Prawdziwe imię Firestone to Krzesisława. Bardzo trudne (albo wręcz niemożliwe) do wymówienia przez Anglika.