KOMENTARZ ODAUTORSKI:
Treść rozdziałów: tego i poprzedniego to rezultat mojej przekory i umiłowania logiki. Staram się zebrać wszelkie błędy, absurdy i nielogiczności z kanonu i wykorzystać je w moim opowiadaniu w taki sposób, by nadać im sens. Oczywiście, wszystkiego sensownie wyjaśnić się nie da, ale mam nadzieję, że czytelnicy docenią moje wysiłki!
###
Środa 17 lipca 1996 rok godzina 5,30 rano − Hogwart, lochy Slytherinu, dormitorium zajęte przez Blaise'a Zabiniego.
Blaise Zabini zwlókł się z łóżka i z irytacją spojrzał na zegarek. Potrząsnął głową i rzucił zaklęcie Tempus. Niestety, zegarek nie kłamał, było wpół do szóstej rano. Zastanawiał się czy wstać, czy jednak spróbować ponownie zasnąć. Męczyły go nieprzyjemne sny i bał się, że jeśli się położy, to wrócą. Nie były to na szczęście koszmary, ale czemu śniła mu się Granger?! A potem pokój wspólny Ravenclawu? W zeszłym roku spotykał się z jedną Krukonką i bywał z nią w ich salonie, ale czemu przyśniła mu się komnata Ravenclawu a nie ta dziewczyna? Z którą zresztą się rozstał kilka miesięcy temu? I co ma do tego przemądrzała Gryfonka? I dlaczego te sny były takie wyraźne? Pamiętał je doskonale. Coś było nie tak!
Postanowił wyświetlić obrazy ze snu, tak jak je zapamiętał. Zaklęcie, którego nauczył go Hans okazało się naprawdę bardzo przydatne.
Granger schodzi powoli po schodach. Ubrana w błękitną suknię i pantofle na wysokich obcasach. Niesforne włosy udało się jej poskromić. Jest uczesana w kok. Hmm… U stóp schodów czeka na nią Krum. W dłoni trzyma różę. Uśmiecha się, a w oczach ma podziw… i jakiś dziwny głód. Pożądanie? Nie. Może trochę… Zdecydował, że zastanowi się nad tym później. Coś w tym wszystkim było dziwnego. Pokój Wspólny Ravenclawu. Fotele i kanapy wyściełane błękitnym aksamitem. Brązowe stoliczki, kilka kominków, małe lampki z błękitnymi i złotymi abażurami. Posąg Roweny. Błękitny dywan w srebrne kwiaty. Błękitne, jedwabne zasłony w oknach. Zapach jaśminu…
Jeszcze raz!
Granger schodzi po schodach. Na poręczy przysiadł kruk… Zaraz! Kruk? Skąd się wziął? Rzeczywiście był tam! W czasie balu Blaise wyszedł na chwilę do rosarium i tam też widział to czarne jak smoła ptaszysko. I w salonie Ravenclawu także był. Blaise przypomniał sobie, że odwiedzając swoją dziewczynę w jej wieży nieraz widział kruka. Wlatywał przez otwarte okno i przysiadał na ramieniu, albo na głowie posągu Roweny. Skakał po stołach, a Krukoni dawali mu ciastka i ptasie przysmaki. Nigdy jakoś nie pomyślał, żeby zapytać o tego ptaka. Chyba podświadomie założył, że to czyjś chowaniec. No i Rowena była Irlandką, a jej totemem był kruk, więc jego obecność w salonie Ravenclawu nie była niczym dziwnym.
O co tu mogło chodzić? Przypomniał sobie nagle, że kiedyś któryś z Krukonów z przekąsem i nieukrywaną złością powiedział, że „ta Granger powinna być w Ravenclawie" − bo wciąż jest najlepsza ze wszystkich przedmiotów na roku i co ona robi wśród tych bezmózgich narwańców, Gryfonów. Wywiązała się krótka dyskusja na temat Gryfonki, ale skończyło się na niczym. Nikt nie mógł zrozumieć, czym kierowała się Tiara przydzielając Granger do Domu Lwów.
Usiadł w fotelu i zamknął oczy. Po raz któryś z rzędu przywołał w pamięci wizje ze snu. Granger… Kruk… Posąg Roweny… Uśmiechnął się. Chyba rozwiązał zagadkę. Chyba…
###
Środa 17 lipca 1996 rok godzina 6,10 rano − Paryż, pałac rodziny de Lupin.
Bernard de Lupin odłożył delikatnie słuchawkę na widełki. Uwielbiał ten telefon. Antyczny kształt ukrywał we wnętrzu najnowocześniejszą elektronikę.
Uśmiechnął się do pokojówki.
− Jeśli madame Anaphalis już wstała, przyślij ją do mnie − polecił dziewczynie.
− Nie ma potrzeby, monsieur. − Z korytarza wyłoniła się imponująca postać gospodyni de Lupinów. Madame Korelia Anaphalis pracowała dla rodziny już ponad czterdzieści lat. Nigdy nie zawiodła zaufania pracodawców i doskonale znała swoje obowiązki. A dzisiejszy dzień miał być niezwykły. Kuzyn monsieur Bernarda się żenił! I ślub oraz wesele miały się odbyć na terenie posiadłości! Gospodyni czuła przyjemne podniecenie i przyjęła sobie za punkt honoru zorganizować wszystko perfekcyjnie. Rodzice państwa młodych przybyli wczoraj wieczorem z Anglii i chyba jeszcze spali. Zarówno państwo Lupinowie, jak i księstwo Tonks byli bardzo miłymi ludźmi. Niektórzy goście przybyli późno w nocy, a pozostali mieli się pojawić tuż przed ceremonią, ale tym nie musiała się kłopotać, gdyż monsieur obiecał przywieźć ich z lotniska osobiście.
Z uśmiechem udała się do kuchni.
###
Środa 17 lipca 1996 rok godzina 6,11 rano − Paryż, pałac rodziny de Lupin.
− Pierre, Jules! − zawołał Bernard de Lupin. − Wyprowadźcie samochody, pojedziemy po państwa młodych! Jules… Wyślij tam dyskretnie jeszcze pięciu chłopaków i Arlette. Coś mi się wydaje, że Francoise i Alanowi przyda się pomoc. I zabierzcie broń − dodał cicho. − Mam złe przeczucia… − szepnął do siebie.
###
Środa 17 lipca 1996 rok godzina 6,30 rano − Hogwart, gabinet dyrektora.
Albus Dumbledore niechętnie otworzył oczy. Spać poszedł późno i czuł się rozpaczliwie niedospany. Niestety, zapowiadał się kolejny, straszliwie męczący dzień. Z rezygnacją wstał z łóżka.
Pół godziny później, przeglądając Proroka klął w duchu używając najbardziej wulgarnych wyrażeń jakie poznał w ciągu swego długiego życia. Na szczęście nie było tu nikogo, kto mógłby podsłuchać jego myśli. Nawet Fawkes tego nie potrafił. Jego poprzednicy na stanowisku dyrektora Hogwartu mogli się tylko domyślać, co mu się kłębiło w głowie, obserwując jego twarz. Uff… Z trudem się opanował. I znów będzie musiał zmienić plany!
Podniósł się od biurka i podszedł do kominka. Wrzucając w płomienie proszek fiuu modlił się do wszystkich możliwych bóstw, żeby Severus odebrał wiadomość. Jego modły zostały wysłuchane, Mistrz Eliksirów był w swoim gabinecie i odezwał się natychmiast.
− Severusie, tym razem zdecydowanie przesadziłeś! − wykrzyknął Dumbledore.
− Nie. To było konieczne − odpowiedział zimno Snape.
###
Środa 17 lipca 1996 rok godzina 6,30 rano − Snape Manor, sypialnia Harry'ego.
Harry przeciągnął się sennie. Obudził się przed chwilą, gdy promień słońca padł mu na twarz przenikając przez szparę między niedokładnie zaciągniętymi zasłonami w oknie. No, cóż, tu łóżko nie miało osłaniających śpiącego draperii, takich w jakie wyposażono łóżka w Hogwarcie. Wnętrza w Snape Manor były piękne, wszystkie sprzęty − meble, tkaniny, dekoracje − idealnie pasowały do siebie nawzajem. Czuło się tu atmosferę spokoju i domowego ciepła. Wrażenie przytulności potęgowało przyjazne spojrzenie Lily. Matka uśmiechając się patrzyła na niego z portretu.
− Dzień dobry synku − powitała go. − Mam nadzieję, że dobrze spałeś?
− Bardzo dobrze − zapewnił ją. − Śniłaś mi się… Ty i ojciec. Byliście w wesołym miasteczku i tato dał ci tego misia − zaśmiał się i pomachał zabawką.
− O tym misiu i jego magii opowiem ci dziś wieczorem. Cieszę się, że wreszcie się wyspałeś − rozpromieniła się Lily.
− A ja nie spałem całą noc − rozległ się głos od drzwi. Do pokoju wszedł Ron. Miał podkrążone oczy i był tak blady, że wszystkie jego piegi wydawały się ciemnobrązowe i odcinały się niezwykle ostro od białej skóry. Był ubrany i przed chwilą musiał wziąć prysznic, gdyż włosy miał jeszcze mokre i pachniał mydłem i wodą kolońską.
− Co się stało?! − wykrzyknął Harry, patrząc na przyjaciela z niepokojem.
− Przypomniałem sobie coś… − wyszeptał Ron. Otrząsnął się jak pies i usiadł przy stole. − Czy mogłaby pani poprosić Hermionę i Lunę, żeby tu przyszły? − zwrócił się do portretu Lily.
− Oczywiście, już po nie idę − odpowiedziała pani Potter i zniknęła z obrazu.
− Dobra, omówimy to z naszymi dziewczynami, cokolwiek wymyśliłeś − stwierdził Harry. − Sądząc po tym, jak wyglądasz, sprawa jest poważna.
− Tak. Bardzo − potwierdził Ron. − A nasze dziewczyny przerastają nas obu inteligencją co najmniej o dwie głowy…
Harry zachichotał.
− Słusznie! − zawołał wyskakując z łóżka. − Masz absolutną rację. Skoczę tylko do łazienki, wezmę prysznic i się ubiorę.
Ron westchnął i oparł łokcie na stole.
− Obudziłam wasze dziewczyny − powiedziała Lily pojawiając się na obrazie. − Będą tu za kilka minut.
Nie czekali długo.
###
Ron przełknął ślinę i potarł czoło. Wpatrujące się w niego cztery pary oczu, w tym jedne z portretu, nie pomagały w koncentracji. Westchnął.
− Nie mogłem zasnąć po przeczytaniu twoich notatek, Harry − zaczął niepewnie. − A nasza dyskusja dała mi do myślenia, szczególnie to ostatnie. I przypomniałem sobie coś, co teraz wydaje mi się szalenie dziwne. Pamiętasz, Harry, jak się spotkaliśmy po raz pierwszy?
− Oczywiście… − szepnął Potter.
− To dobrze, że pamiętasz. Przypomnę ci szczegóły spotkania, a wy − spojrzał na dziewczęta − uważnie słuchajcie. Zwróciłeś na nas uwagę, bo moja mama powiedziała głośno: „Wszędzie pełno mugoli!" A potem spytała „Który to peron?" Na to jej pytanie odpowiedziała Ginny, wykrzykując „Dziewięć i trzy czwarte!" Nic wam się nie nasuwa na myśl?
Dziewczyny popatrzyły na siebie ze zdumieniem. Ale trwało to tylko chwilę.
− Myślę, że ktoś namieszał wam w głowach! − Luna postawiła sprawę jasno.
− I chyba nikt z nas nie ma wątpliwości kto to zrobił i dlaczego − stwierdziła ponuro Hermiona. − Twoja mama skończyła Hogwart, was siedmioro posłała też do naszej szkoły i miałaby nie wiedzieć, z którego peronu odjeżdża Ekspres do Hogwartu? No, nie!
− To nie wszystko − westchnął Ron. − Wszedłem do przedziału, w którym siedziałeś sam i zapytałem czy mogę z tobą usiąść bo wszędzie jest pełno. A pociąg wcale nie był przepełniony, wręcz przeciwnie. Było sporo wolnych przedziałów! Dlaczego to powiedziałem?
Harry otworzył usta, ale nie zdążył skomentować słów Rona.
Obok stolika z cichym trzaskiem pojawiła się Hortensja. Wydawała się zaskoczona obecnością Rona i dziewcząt, ale wyraźnie ją to ucieszyło.
− Paniczu Harry, paniczu Ronaldzie, panno Hermiono, panno Luno, profesor Snape prosił, żeby was obudzić − oznajmiła oficjalnym tonem. − Zaraz tu przyjdzie.
− Powiedz mu, że czekamy na niego − powiedział szybko Harry.
− Hortensja natychmiast to zrobi − obiecała skrzatka i zniknęła.
###
Środa 17 lipca 1996 rok − Hogwart, gabinet dyrektora. Godzina 7,15 rano.
„Prorok" kolejny raz posłużył za świstoklik. Harry miał wrażenie déjà vu. Znów znajdowali się w gabinecie dyrektora Hogwartu i znów było tu mnóstwo ludzi. Prawie wszyscy Weasleyowie z wyjątkiem Percy'ego, Kingsley Shacklebolt, oczywiście Dumbledore, a także McGonagall, Neville Longbottom i jego babcia oraz Amelia Bones i Alastor Moody. Ich przybycie zwiększyło tłok. On sam, Olaf Goldstone, Snape i wszyscy pozostali, którzy nocowali w Snape Manor czyli Dean, Ginny, Luna, Ron i Hermiona wylądowali na środku gabinetu.
− Severusie, czekamy na wyjaśnienia − powiedział dyrektor bez wstępów. Lodowaty ton i wyraźne niezadowolenie w jego głosie skojarzyło się Harry'emu z jawną groźbą. Informacje z „Proroka" musiały nim ostro wstrząsnąć.
Snape rozejrzał się, po czym skinął głową.
− W porządku, są wszyscy, którzy powinni usłyszeć co mam do powiedzenia − stwierdził sucho. − Jeszcze tylko jedno… Panno Granger, proszę puścić Krzywołapa, niech sprawdzi, czy nikt nie podsłuchuje. A zwłaszcza pewien mały chrząszczyk. Bo moje słowa nie powinny dojść do uszu panny Skeeter. Ani nikogo innego spoza naszego grona.
Hermiona wypuściła z ramion kocura. Uśmiechnęła się zachęcająco i delikatnie go pogłaskała.
− Szukaj, kiciu! − poleciła. − Znajdź ukrytych animagów, jeśli tu są!
Krzywołap potraktował postawione przed nim zadanie bardzo poważnie. Podniósł ogon na sztorc i ruszył w obchód gabinetu. W pewnej chwili miauknął rozdzierająco i wskoczył na regał z magicznymi instrumentami. Machnął łapą i strącił trzy z nich na podłogę.
Harry wzdrygnął się. Z wzrastającym napięciem obserwował poczynania rudego futrzaka. W gabinecie zapadła cisza. Wszyscy wstrzymali oddech. Tymczasem Krzywołap zabrał się za demolowanie strąconych z półki przyrządów. Hermiona uklękła przy nim i pomagała mu, metodycznie rozmontowując walające się po podłodze urządzenia. Po chwili krzyknęła gniewnie i uniosła dłoń pokazując wszystkim małą szklaną kulkę.
− Pluskwa! − warknęła i rzuciła połyskującą srebrzyście kulkę na stół. − Nie wiem, czy da się sprawdzić, kto to podłożył, ale może tu być tego więcej!
Snape zareagował błyskawicznie. Chwycił błyszczący paciorek i przyjrzał mu się uważnie.
− Japoński wyrób − stwierdził. − Musimy zmienić lokal. Panie dyrektorze, najlepiej będzie, jeśli teraz zablokuje pan swoje kwatery i gabinet. Oczyścimy to potem…
− To ryzykowne, Sev − sprzeciwił się Olaf. − Proponuję jednak najpierw sprawdzić te pomieszczenia. Stracimy na to trochę czasu, ale lepiej dmuchać na zimne. Może założono tu portal…
− O tym nie pomyślałem − westchnął mistrz eliksirów. − Masz rację…
− Albus! Jak ktoś mógł się dostać do twojego gabinetu? − wrzasnął Moody.
Dumbledore był wyraźnie wstrząśnięty.
− Tego się nie spodziewałem − szepnął. − Ale jest sposób, żeby to zobaczyć. Zaraz to sprawdzimy. Mój gabinet jest monitorowany w sposób, którego nie można wyłączyć… Na szczęście.
− Skrzaty mogą się tu dostać − powiedziała Hermiona.
− Zobaczymy… − mruknął dyrektor. Machnął różdżką i nad blatem biurka pojawiła się widmowa miniatura gabinetu. Wyglądało to jak hologram. Po chwili ujrzeli skrzata, który pojawił się przy regale. Wziął jeden z instrumentów i wsunął do środka urządzenia połyskującą kulkę. Odłożył przyrząd z powrotem na półkę. Następnie na dwa sąsiednie nakapał po kilka kropli płynu z małej fiolki. I zniknął.
− To Oksyk, jeden z naszych, hogwarckich skrzatów! − jęknęła McGonagall.
− Był pod Imperio − stwierdziła stanowczo Hermiona.
− Ma pani rację, panno Granger − potwierdził Olaf Goldstone.
Tymczasem Krzywołap podszedł do kominka i znów zamiauczał. Zaczął trzeć łapą obudowę, potem obejrzał się na swoją panią i pokazał zęby. Hermiona poderwała się z klęczek i podbiegła do kota. Ostrożnie zbliżyła dłoń do kominka i szybko ją cofnęła.
− Tu też coś jest… Ale nie wiem co − powiedziała. Wzięła kocura w objęcia i czule go przytuliła.
− Cofnij się! − krzyknął Harry i odciągnął Hermionę od kominka. Intuicja podpowiadała mu, że „to coś" jest niebezpieczne. Za chwilę okazało się, że miał rację. Jego wujek, Olaf, dyrektor i Bill Weasley założyli rękawice ze smoczej skóry i zaczęli zdzierać z obudowy kominka coś, co wyglądało jak bardzo cienka, przezroczysta folia.
W gabinecie panowała głucha cisza. Wszyscy wpatrywali się w czterech mężczyzn majstrujących przy tajemniczej substancji. Dyrektor wyczarował szklane pudełko, do którego Olaf i Severus z niezwykłą ostrożnością pakowali płaty przezroczystej płachty zdartej z obudowy paleniska. Łamacz klątw oglądał przez lupę powierzchnię kamieni, sprawdzając, czy nic na nich nie pozostało.
Po chwili wyprostował się i otarł pot z czoła.
− Słyszałem o tym, ale nigdy tego nie widziałem − warknął.
− Co to było, panie Weasley? − spytała cicho pani Longbottom.
− Portal − odpowiedział krótko Bill. − Proponuję, żebyśmy wszyscy teraz po kolei rzucili zaklęcia wykrywające wszelkie możliwe zagrożenia. Zminimalizujemy ryzyko, że coś zostanie przeoczone. A Krzywołapowi należy się order.
− Wątpię, czy to go ucieszy − mruknął Harry. − Chyba wolałby jakieś kocie przysmaki.
###
Środa 17 lipca 1996 rok − Hogwart, gabinet dyrektora. Godzina 7,25 rano.
Severus Snape podszedł do Hermiony. Delikatnie dotknął ucha Krzywołapa.
− Panno Granger, co pani kot lubi najbardziej? − spytał.
− Różne rzeczy. − Hermiona uśmiechnęła się do mężczyzny. − Wędzonego łososia, smażoną rybkę…
− Dopilnuję, żeby miał wszelkie smakołyki do wyboru − obiecał Snape. − Swoją drogą, jego zdolności mnie zaskoczyły. Nie przypuszczałem, że potrafi wykrywać oprócz animagów także wrogą magię i elektroniczne gadżety!
###
Środa 17 lipca 1996 rok − Dworek Voldemorta, sala audiencyjna. Godzina 7,27 rano.
− Glizdogon! − ryknął Voldemort.
− On nie żyje, panie − wybełkotał młody śmierciożerca, jeden z niewielu, którym się udało uniknąć aresztowania. Riddle nie pamiętał, jak on się nazywa. Z trudem powściągnął odruch rzucenia Avadą. Chłopak dygocząc podał mu „Proroka". Wielkie zdjęcie martwego ciała, aż nazbyt znajomego, leżącego z rozrzuconymi kończynami pod fontanną w holu Ministerstwa Magii i tytuł krzyczący: „Śmierć zdrajcy!" − nie pozostawiały żadnych wątpliwości. Szczur stał się całkowicie nieprzydatny.
Voldemort usiłował stłumić strach, jaki go dręczył od wielu dni.
− Zabierz to i zniszcz − rozkazał chłopakowi, wskazując na stojącą u jego stóp skrzynkę.
###
Środa 17 lipca 1996 rok − Hogwart, gabinet dyrektora. Godzina 7,27 rano.
Harry oderwał wzrok od swego wujka głaszczącego Krzywołapa i spojrzał na leżącą na stole gazetę. Zdjęcie martwego Petera Pettigrew było ostre jak żyletka. Widok ten budził w nim mieszane uczucia. Nie miał wątpliwości co się stało ani kto zabił zdrajcę. Zdziwił się przelotnie, że nie czuje żadnej satysfakcji. Dominującym uczuciem była ulga i wdzięczność dla wujka i Olafa. Wreszcie koniec ze zdradzieckim szczurem!
###
Środa 17 lipca 1996 rok − Paryż, Prince de Galles Hotel – apartament. (Godzinę wcześniej – 6,27 rano.)
Remus Lupin po zakończeniu rozmowy z Bernardem zaśmiał się głośno. Korzystając z tego, że Ninni się pluskała zrobił kilka ćwiczeń gimnastycznych odpędzając senność. Przeciągnął się i uśmiechnął do narzeczonej, która właśnie wyszła spod prysznica i stojąc w drzwiach łazienki ponaglała go gestami, by do niej dołączył.
Nagle poczuł mrowienie na całym ciele. Zmysły wilkołaka podniosły alarm. Odskoczył od łóżka odruchowo chwytając spod poduszki pistolet i jednocześnie równie odruchowo wytrząsnął z kabury różdżkę w prawą dłoń. Błyskawicznie skierował różdżkę i lufę beretty trzymanej w lewej dłoni w drzwi do sypialni. Ninni też już trzymała różdżkę w dłoni celując w okno. Godziny spędzone na wyczerpujących treningach nie poszły na marne. Oczywiście, żadne z nich nie stało już w miejscu, które byłoby widoczne z drzwi i okna.
###
Środa 17 lipca 1996 rok − Paryż, rezydencja książąt de Lorraine. Godzina 7,27 rano.
− Czyś ty zwariował?! − Zadając to retoryczne pytanie, elegancka starsza kobieta patrzyła z gniewem na wytwornego mężczyznę, wyglądającego na jej rówieśnika.
− Nie, po prostu nie ufam Staremu Magowi − odpowiedział niechętnie mężczyzna.
− Dobrze wiesz, że nie o to mi chodzi − oznajmiła zimnym tonem. − I co teraz będzie? Znaleźli wszystko!
Jej rozmówca milczał z bezradną miną patrząc w podłogę.
###
Środa 17 lipca 1996 rok − Paryż, Prince de Galles Hotel – apartament. (Godzinę wcześniej – 6,27 rano.)
Drzwi do sypialni uchyliły się nieco, a powstałej szczelinie pojawiła się pokojówka z różdżką w dłoni. Widząc wycelowaną w siebie broń zatrzymała się zaskoczona. Remus bez wahania wypalił na nią Drętwotę. Jednocześnie czerwony promień z różdżki Tonks trafił w okno, za którym mignął jakiś cień, a ciało pokojówki upadło na podłogę z głuchym łomotem. Jej różdżka potoczyła się po podłodze do stóp Remusa. Przydeptał ją nogą. Drzwi do sypialni otworzyły się gwałtownie i stanął w nich Bernard masujący sobie prawą dłoń. Patrzył na nich z uznaniem.
− Świetnie sobie poradziliście − stwierdził z satysfakcją. − Miałem nosa, że po was przyjechałem − westchnął. − Chcieli cię porwać, księżniczko, i zmusić do ślubu z wybranym przez nich mężczyzną.
− Kto? − spytała Tonks rzeczowo. A jej włosy przybrały barwę krwi.
− Starsi z twojego rodu − wyjaśnił Bernard. − Na szczęście byłem przewidujący i wziąłem ze sobą paru pistoletów − zaśmiał się. − Tu też moi ludzie was pilnowali, ale i wy nie daliście się zaskoczyć.
− Co robimy? − warknął Remus.
− Wynosimy się stąd, oczywiście, ale najpierw…
Nie dokończył, gdyż w kieszeni zabrzęczała mu melodia: „We are a champion". Bernard wyjął komórkę i nacisnął jakiś klawisz. Z telefonu rozległ się głos ociekający satysfakcją:
− Zdjęliśmy pięciu i obserwatora. Ten spadł z okna!
− Świetnie, Jules. Jest tu jeszcze Marianna. Na razie nieprzytomna. Przyślij nam Arlette i Pierra, poradzimy sobie z panią baronową, a wy zabierzcie tamtych wiecie gdzie − rozkazał.
Po chwili dołączyli do nich młoda elegancka brunetka i szpakowaty mężczyzna w wytwornym garniturze. Czyli Arlette i Pierre.
Bernard przywołał różdżkę dziewczyny machnięciem ręki, schwycił ją i schował do kieszeni. Przez chwilę się zastanawiał, po czym bezgłośnie poruszył wargami. Z ubrania pokojówki wyleciało kilka przedmiotów: dwie różdżki, mała książeczka, różaniec, krzyżyk z łańcuszkiem, dwa pierścionki i obrączka. Wszystko trafiło do torebki Arlette.
De Lupin trącił delikatnie stopą bezwładne ciało.
− Enerwate. Wstań, Marianno − powiedział głosem suchym jak pieprz.
Dziewczyna w stroju pokojówki poruszyła się z jękiem. Uniosła na czworaki i po chwili z wyraźnym trudem stanęła na nogi. Spojrzała na Tonks i skrzywiła się gniewnie.
− Co ci do głowy strzeliło, kuzynko?! Co ty w nim widzisz?! Jak możesz?! To wilkołak! − wrzasnęła ze złością.
Nimfadora prychnęła gniewnie.
− Kuzynko?! − warknęła.
− Zgadza się − zaśmiał się Bernard de Lupin. − Pozwól sobie przedstawić, księżniczko Tonks, twoja kuzynka baronowa Marianna de Carcasson de domo de Lorraine.
− Co zrobiłaś z tą dziewczyną, której miejsce zajęłaś? − spytała ostro Arlette.
− Nic, nie skrzywdziłam jej! Zapłaciłam jej, powiedziałam, że tu chodzi o zakład, że zajmę jej miejsce i nikt się nie pozna! − jęknęła Marianna.
− Zadzwoń do niej. Powiedz, żeby zaraz tu przyszła − zażądał Bernard.
− Lepiej będzie, jak ktoś od nas ją przywiezie − sprzeciwiła się Arlette.
Bernard skinął głową i odwrócił się do baronowej.
− Adres! − syknął.
− Mieszka tuż obok hotelu − westchnęła dziewczyna. − Dlatego ją wybrałam. Jak zadzwonię, to będzie tu za pięć minut.
Bernard przyglądał się Mariannie przenikliwie przez chwilę.
− Nie kłamiesz… Podaj numer! − zdecydował wyjmując z kieszeni komórkę. − Powiesz jej, że osiągnęłaś połowę sukcesu. Nikt z personelu się nie połapał, ale twoi znajomi będący gośćmi w hotelu cię rozpoznali. Nawet nie będziesz musiała jej łgać.
− I nie próbuj żadnych sztuczek − ostrzegł Remus. Ani na ułamek sekundy nie opuścił różdżki.
− Nie będę − mruknęła z goryczą w głosie. Odwróciła się do Tonks. − Nie odpowiedziałaś na moje pytanie, księżniczko…
− To proste, kocham go! − oznajmiła dumnie Nimfadora.
Remus pomyślał, że osłupiała mina baronowej Marianny warta była całego złota Gringotta.
###
Środa 17 lipca 1996 rok − Paryż, Prince de Galles Hotel – apartament. Godzina 7,29 rano.
Remus zamknął za sobą drzwi do apartamentu z dużą ulgą. Pakowanie, rozmowa z prawdziwą pokojówką, która pojawiła się faktycznie po kilku minutach i wyraźnie rozśmieszona częściowym niepowodzeniem baronowej chichocząc podjęła swoje obowiązki, wyprowadzenie z sypialni Marianny i sprawdzenie, czy niczego nie zostawili zajęło mnóstwo czasu.
− Musimy się pospieszyć − ponaglił ich Bernard. − Jest już prawie wpół do ósmej, a mamy jeszcze mnóstwo spraw do załatwienia!
###
Środa 17 lipca 1996 rok − Paryż, rezydencja książąt de Lorraine. Godzina 7,29 rano.
Kobieta i mężczyzna patrzyli na siebie. Kobieta była wściekła, mężczyzna przerażony.
− No, mój drogi braciszku, to teraz mamy wsypę na wszystkich frontach! Musisz zwołać nadzwyczajne zebranie Rady! I to już!
− Co radzisz? − wychrypiał.
− Po pierwsze, natychmiast dzwoń do Snape'a! − wycedziła.
− Będzie wściekły − wymamrotał.
− A będzie! − zgodziła się z jego oceną. − Ale lepiej, że dowie się prawdy o naszych działaniach od nas samych. I nie zapominaj, jak bardzo jesteśmy od niego zależni. Ani ile mu zawdzięczamy! Przypomnij to Radzie, a teraz spróbuj go ułagodzić…
− Masz rację, co do Snape'a, ale małżeństwo Lupina i Tonks nie ma z nim nic wspólnego! − zaprotestował.
− Snape popiera ten mariaż. Wiesz o tym − wysyczała. − Ja przecież też wysłuchałam jego rozmowy z wilkołakiem w gabinecie dyrektora Hogwartu! No, i przypomnij sobie, co on zawsze mówił o chowie wsobnym i czystości krwi!
− Pamiętam − szepnął.
Drzwi do pokoju gwałtownie się otworzyły i wkroczył przez nie młody mężczyzna uśmiechając się zwycięsko.
− Dorwaliśmy go! − oznajmił gromko.
###
Środa 17 lipca 1996 rok − Hogwart, gabinet dyrektora. Godzina 7,30 rano.
Nagle w gabinecie rozległo się posępne wycie wilka, by po chwili przejść w skomlenie zakończone żałosnym skowytem. Prawie wszyscy podskoczyli i z przerażonymi minami zaczęli się rozglądać. Dobrą chwilę zajęło zebranym zorientowanie się, że groźne odgłosy wydobywają się z szaty Mistrza Eliksirów. Severus Snape spokojnie sięgnął do kieszeni i wyjął srebrzyście połyskujący, mały, płaski prostopadłościan w zielonym etui. Wycie ustało, a Snape przyłożył intrygujący przedmiot do ucha.
− Cześć Bernard − powiedział. Słuchał przez dłuższą chwilę. Na jego twarzy pojawił się uśmiech, który stawał się coraz szerszy. Nagle wybuchnął bardzo głośnym śmiechem.
− Oczywiście, przekażę! − wykrzyknął. − To do zobaczenia − zakończył rozmowę.
− Świetny komunikator, Snape − odezwał się Moody.
− To mugolski telefon. Nazywają go komórką − powiedział Bill Weasley. Wszyscy spojrzeli zaskoczeni na łamacza klątw.
„Skąd on to wie?" − zastanowił się Harry.
− Otrzymałem bardzo dobre wieści od seniora alfa francuskich wilkołaków, Bernarda de Lupin − wyjaśnił Snape. Nie zdążył powiedzieć nic więcej, gdyż jego telefon znowu się odezwał. Tym razem grał jakąś posępną melodię. (*)
Uśmiech z twarzy Snape'a zniknął, jakby starty gąbką.
− Tak? − zawarczał przyciskając komórkę do ucha. Słuchając wykrzywił się gniewnie.
− Może mu się wytłumaczysz bezpośrednio? − zaproponował swemu niewidzialnemu rozmówcy jedwabistym tonem. Osoba, z którą rozmawiał najwidoczniej zaprotestowała, bo Snape złośliwie prychnął. Nagle się gwałtownie wyprostował, najwyraźniej zelektryzowało go to, co usłyszał.
− CO?! − wrzasnął. − No, Remus Lupin będzie bardzo szczęśliwy, jak się o tym dowie − mruknął. − Dobrze, nieważne. Oddaję słuchawkę dyrektorowi − oznajmił stanowczo, wręczając komórkę Dumbledore'owi.
####################################################
* Wojciech Kilar - Suita cz. 1 - muzyka do filmu. Można posłuchać na Youtube (końcówka linku: watch?v=hhbiAeFhsFI)
####################################################
###
Środa 17 lipca 1996 rok − Dworek Voldemorta, sala audiencyjna. Godzina 7,28 rano.
Voldemort z odrazą odsunął nogą pudło w stronę młodego śmierciożercy.
− Spal to Fiendfire. Na zewnątrz! − rozkazał.
Chłopak chwycił skrzynkę i wybiegł z komnaty.
Tom Riddle został sam. Przymknął oczy. Przypomniał sobie straszne przebudzenie kilka godzin temu. O północy… Usłyszał tuż obok ucha wycie wilka. Przez chwilę myślał, że jeszcze śni, ale to nie był sen. Poderwał się z pościeli. Obok jego łóżka stała drewniana skrzynka z niedokładnie dopasowanym wiekiem. Odsunął je…
Zapalił świecę i z niedowierzaniem wpatrywał się w wytrzeszczającą na niego oczy martwą głowę Fenrira Greybacka. W zmętniałych źrenicach czaił się niemy wyrzut. Riddle czuł, jak ogarnia go furia. Nie mógł nie zauważyć śladów wampirzych kłów na szyi i policzku Greybacka.
– Glizdogon! – wrzasnął.
Ale Pettigrew nie pojawił się przy drzwiach zginając w wiernopoddańczym ukłonie. Teraz już wiedział dlaczego…
Gdy drzwi się zamknęły za młodym śmierciożercą, Riddle sięgnął po list dołączony do paczki i przeczytał go jeszcze raz. Elegancki papier pachniał lawendą. Ten zapach był mu aż nazbyt dobrze znany...
...Masz tu z powrotem swojego posłańca. Co prawda to tylko głowa, ale skoro i tak jest martwy, to chyba w sumie na jedno wychodzi, no nie? Reszta truchła nie nadawała się do jakiejkolwiek prezentacji, więc spaliliśmy to, co pozostało. Wiesz, Voldek, nawet nie podejrzewaliśmy, że krew wilkołaka jest taka smaczna! I wcale nie trująca! To, okazuje się, tylko mity. Pewnie dla zmyły. Ale mniejsza z tym. A na koniec – przyjmij dobrą radę: NIGDY! nie wysyłaj jako swego posła zbrodniarza, na którym ciąży wyrok śmierci.
Nie życzymy ci powodzenia, bo wcale nie chcemy tego dla ciebie.
Pozdrawiamy cię przez kupę kamieni i żeby cię diabli wzięli!
Podpisy były nieczytelne. I było ich wiele. Jedyne, co zdołał odczytać, to powtarzające się „de".
Szlachta i arystokraci! Parszywi francuscy krwiopijcy!
Pomyślał o Snape'ie. Wrzał z nienawiści. Avada to byłaby łaska… dla tego…
Zacisnął szczęki, przypominając sobie, że matka zdrajcy była Francuzką. I wampir Jörge, choć Norweg, mówił: „łączy nas więź nierozerwalna..." Dopiero teraz Voldemort zastanowił się – czym naprawdę była ta „nierozerwalna więź"? To pytanie jakoś nigdy wcześniej nie przyszło mu do głowy. Co to miało znaczyć? Co łączy wampiry i Snape'a? A może prawdą są uporczywie powtarzane plotki, że warzyciel jest półwampirem? Wampirem nie był na pewno, ale półkrwi... To było możliwe. I wiele tłumaczyło! Jego wygląd... I zachowanie. I odporność na Imperio.
Z przekleństwem cisnął papier do kominka.
Wszystko się sypało...
#############################################################
Przykro mi, że tak długo musieliście czekać na kolejny odcinek. Niestety, rozchorowałam się. Miałam udar i wciąż się bardzo źle czuję. Trzymajcie za mnie kciuki.
Kolejny odcinek mam napisany w zeszycie, muszę go wklepać na dysk… Postaram się, ale cóż. Moje ciało zrobiło mi brzydki kawał.
P.S. Niektóre symbole z worda nie przechodzą i nie wyświetlają się na ffnet. Ciekawe, dlaczego...
