Serdecznie przepraszam wszystkich czekających na kontynuację za tak długie oczekiwanie. Niestety, nie czuję się najlepiej. Ale idzie ku lepszemu! W tym odcinku − wesele i oczywiście ślub. No i wyjaśnienie różnych dziwnych zdarzeń…
Miłej lektury!
###
Środa 17 lipca 1996 rok godzina 7,54 rano − Gabinet dyrektora Hogwartu.
− Dumbledore! − zabrzmiał z kominka znajomy głos Diggory'ego. − Zdejmij blokadę!
Dyrektor skinął różdżką i po chwili Minister Magii we własnej osobie pojawił się w gabinecie. Obrzucił ponurym spojrzeniem obecnych.
− Witaj, Amos! − przywitał go uprzejmie Dumbledore. − Przypuszczam, że przybyłeś w związku ze śmiercią Petera Pettigrew?
− Też − potwierdził lakonicznie Diggory. Rozejrzał się i skinął na Harry'ego. − Dobrze, że pan tu jest, panie Potter − powiedział posępnie. − Może powiem to od razu… Pańscy krewni… Dursleyowie… Nie żyją.
− Wszyscy troje? − spytał Harry spokojnie. − Jak to? Śmierciożercy?
− Czworo… − sprostował Diggory, przyglądając się chłopcu z uwagą.
− Ach! Zapomniałem, że Vernon ma… miał siostrę − mruknął Harry. − To ona też… Ale nie powiedział pan, co się stało…
− Najpierw zmarła Miss Dursley. Miała atak serca − rozpoczął wyjaśnienia minister.
− Przy jej tuszy i zamiłowaniu do alkoholu to nic dziwnego − warknął Harry. − Wcale bym się nie zdziwił, gdyby jej brat skończył w ten sam sposób. A co z pozostałą trójką?
− Pan Dursley zmarł na skutek zaklęć, którymi go zaatakowano gdy śmierciożercy próbowali porwać pana z Privet Drive.
− Teraz? Przecież to było pierwszego lipca! − wyraził wątpliwość Harry.
− Klątwa, jaką uderzył go jeden z tych bandytów, może dawać opóźnione skutki uboczne. I niestety, tak się stało − wyjaśnił Diggory.
− A Dudley i Petunia? Też ulegli z opóźnieniem klątwom? − zadrwił Harry.
− Nie. Młody pan Dursley zginął w wypadku, a pańska ciotka popełniła samobójstwo. − W głosie ministra pojawiło się dziwne napięcie. Czekał na reakcję chłopca.
Harry pomyślał, że musi wspiąć się na szczyty aktorstwa. Minister nie wiedział, że on, Harry, był doskonale zorientowany, jaka jest prawda. Żałował tylko, że nie może podzielić się tajemnicą z przyjaciółmi. Niestety, prawdy o tym, co się stało z Dursleyami nie mógł ujawnić. Szybko się rozejrzał. Wszyscy obecni w gabinecie słuchali wstrzymując oddechy. Większość wyglądała na zszokowanych.
− To wygląda bardzo podejrzanie − stwierdził chłopak spokojnie. − Dudley zginął w wypadku? Jakim? Coś tu śmierdzi…
− Pański kuzyn został aresztowany przez mugolską policję i trafił do ośrodka dla młodocianych przestępców. Wymknął się w nocy, ukradł motocykl jednego z wychowawców i zabił się szalejąc na drodze. Uderzył w słup i zginął na miejscu.
− To bardzo pasuje do Dudleya − westchnął Harry. − Zazdrościł mi i też chciał mieć motor. Ale mimo wszystko…
− Próbował wsiąść na twój motocykl − powiedział Snape. − Nie udało mu się, czar zabezpieczający go odrzucił.
− Naprawdę? − zdziwił się Harry. − Kiedy to było?
− Po twojej uczcie urodzinowej − poinformował Olaf Goldstone. − Tu, w Hogwarcie.
− Nigdy nie błyszczał intelektem, jednak wciąż nie wydaje mi się, żeby to był zbieg okoliczności − upierał się Harry.
− Może nie, panie Potter. − Minister przejął inicjatywę. − Badamy sprawę.
− Rozumiem… I co w związku z tym? Czy mam zorganizować pogrzeb?
− Nie − odpowiedział Olaf. − Ja wszystko załatwię. Zawiadomię cię, kiedy to będzie. Myślę, że jutro przed południem. Nie musisz iść, jeśli nie chcesz − dodał szybko, widząc jego minę.
− Pójdę! − warknął Harry.
− Panie Potter… − Diggory był wyraźnie niemiło zaskoczony zachowaniem Harry'ego. − Mam wrażenie, że śmierć pana krewnych… − zawahał się na moment. − Niezbyt pana obeszła… Wiem, że nie byliście w dobrych stosunkach, ale…
− Czegoś pan jednak nie wie, panie ministrze − przerwał mu Harry. − Istotnie, nie byliśmy jak się pan delikatnie wyraził „w dobrych stosunkach". Ale nie życzyłem im śmierci, jedyne, czego od nich chciałem, to żeby ich już nigdy więcej nie spotkać! Powiedział pan: „pańscy krewni", ale to nieścisłe. Tylko Petunia i jej syn byli moimi krewnymi, bo ona była rodzoną siostrą mojej matki a Dudley jej synem. Ale ten wieprz, jej mąż i jego przetłuszczona siostrunia wiecznie przesiąknięta alkoholem nie mieli ze mną nic wspólnego! Moją rodziną to Dursleyowie nigdy nie byli, a ich dom nigdy nie był moim domem. Nienawidzili mnie, Petunia zazdrościła mojej mamie magii i nazywała ją „dziwadłem" i „potworem" bo sama nie była czarownicą. Mściła się na mnie, bo nie mogła już nic zrobić mojej mamie. Dursleyowie mnie maltretowali, znęcali się nade mną w okrutny sposób. Przez dziesięć lat mieszkałem w komórce pod schodami. Głodzili mnie, bili i zmuszali do pracy ponad siły. − Harry zaczerpnął tchu i kontynuował swoje zwierzenia, jakby nie mógł się zatrzymać. Ujawniał o swoim życiu więcej niż zamierzał, gniew jaki go ogarnął przerodził się w dziką furię i zerwał wszelkie zahamowania. − Nazywali mnie dziwadłem, nigdy nie usłyszałem dobrego słowa, a o moich rodzicach powiedzieli, że byli bezrobotnymi, nic niewartymi pijakami! Dostawali pieniądze na moje utrzymanie, ale wszystko ukradli co do pensa! I ja mam żałować moich katów?!
− Harry… − odezwał się Dumbledore z naganą, gdy chłopak przerwał na chwilę by nabrać oddechu. − Nie powinieneś tak mówić…
− A pan to niech lepiej siedzi cicho! − wrzasnął Harry przerywając mu z wściekłością. − To przecież pan zostawił mnie w łapach tych ludzi! Podłych i kompletnie nieodpowiedzialnych! Złych do szpiku kości! Mówiłem już panu, że skazał mnie pan na piekło! I nie tylko to! Każda pańska ingerencja w moje życie kończyła się dla mnie fatalnie!
− Panie Potter! − krzyknęła McGonagall. − Dość!
Niestety, interwencja wicedyrektorki jedynie pogorszyła sprawę. Gniew chłopaka tylko się wzmógł.
− Nie, nie dość! Pani też się nie popisała! Nigdy mi pani w niczym nie pomogła, a jak chciałem się poskarżyć na Umbridge to nie dała mi pani dojść do słowa i kazała siedzieć cicho. A ta sadystka torturowała uczniów! Pani nic nie chciała o tym wiedzieć! I o Dursleyach też pani wiedziała i nic z tym nie zrobiła! Marni z was opiekunowie! Wszyscy dorośli, którzy powinni się byli mną opiekować tego nie potrafili lub nie chcieli. Muszę wziąć sprawy w moje ręce. Nikt już nie będzie mną rządził! I przysięgam, że już nikt i nigdy nie będzie o mnie za mnie decydował! − zakończył swoją tyradę Harry.
Zapadło milczenie. Harry mrużąc oczy przyglądał się obecnym w gabinecie. Patrzyli na siebie niepewnie unikając jego wzroku. Większość sprawiała wrażenie zażenowanych i przerażonych. Molly Weasley piorunowała wzrokiem Dumbledore'a i gryzła wargi, jakby z trudem hamowała słowa cisnące się jej na usta.
Pierwszy otrząsnął się minister.
− Z tym może być pewien problem, panie Potter − powiedział posępnie. − W Wizengamocie jest wiele osób, które są, mówiąc oględnie, bardzo panu niechętne. I nawet profesor Dumbledore nie będzie w stanie panu pomóc chociaż jest przewodniczącym. Zdecydowali, że skoro pańscy prawni opiekunowie nie żyją, to Wizengamot powinien wyznaczyć panu nowych opiekunów. Grupa członków Wizengamotu wniosła o zwołanie specjalnej sesji. W pańskiej sprawie! Oczywiście Departament Prawa Magicznego też będzie zaangażowany. Napisałem oficjalne pismo, że pan także powinien się wypowiedzieć, bo ma pan już prawie szesnaście lat i pańskie zdanie musi być wzięte pod uwagę. Na szczęście jestem ministrem, więc nie mogą odrzucić mojego wniosku i muszą go uwzględnić.
Harry zaczął się śmiać, ku zdumieniu wszystkich obecnych.
− Jeśli te ścierwojady myślą, że dam sobie narzucić opiekunów to się grubo mylą! Domyślam się, że chętni do kontroli mojej osoby są sami śmierciożercy? − spytał drwiąco.
− Niestety… jak na razie − westchnął minister. − Nie mamy się co oszukiwać. Wszystkich oznaczonych zamknięto w Azkabanie… No, prawie wszystkich. Ale są inni. Niezaznaczeni mrocznym znakiem i po prostu zwolennicy gadziny lub tylko wyznający ideologię „czystej krwi".
− I ja mam uwierzyć, że to, co się stało z Dursleyami to seria niefortunnych zdarzeń?! − zaszydził Harry. − Nikt mnie nie przekona, że to towarzystwo adoracji Voldemorta nie maczało w tym paluchów. Oni muszą być naprawdę bardzo zdesperowani. Ta „troska" o mnie jest też podejrzana. Ja dowiedziałem się o śmierci moich krewnych od pana kilka minut temu, a chętni do „opieki" nade mną już się zorganizowali i podjęli działanie. I bardzo się z tym spieszą! Na milę czuć szwindel. Czy Dursleyowie byli pilnowani?!
− Oczywiście − odpowiedział sucho Diggory.
− Taaak? Byli pilnowani, ale nie zostali upilnowani − prychnął Harry.
− Zgadzam się z panem Potterem − wtrąciła się energicznie madame Longbottom. − Moim zdaniem sprawa jest oczywista!
− Prowadzimy śledztwo − powiedziała Amelia Bones. − Od trzech dni. Bo trzy dni temu zmarła panna Dursley.
− Czy i ona została zaatakowana przez śmierciożerców? − spytała Hermiona.
− Też chciałem o to zapytać! − zawołał Harry posyłając dziewczynie wdzięczne spojrzenie.
− Tak, ją także napadnięto. I tak, to byli śmierciożercy − potwierdziła żywo pani Bones. − No, cóż, ani ja, ani nikt inny w moim wydziale nie wierzy w zbieg okoliczności.
− To może być argument przeciwko pośpiechowi w wyznaczeniu opiekuna dla pana Pottera − stwierdziła babcia Neville'a. − Nie możemy dopuścić do tego, żeby im się udały te intrygi!
Wystąpienie pani Longbottom skwitował szmer aprobaty.
− Panie ministrze, czy jeśli oficjalnie poproszę, zgodzi się pan mnie adoptować? − spytał Harry. − Nie mówię, że tak zrobię − dodał szybko, widząc zszokowaną minę mężczyzny. − Po prostu rozważam różne możliwości rozwiązania tego problemu.
− Myślałem o tym… Jeśli pan o to poprosi to tak, zgodzę się − odpowiedział cicho Diggory. W jego oczach widniał ból. Czy myślał o Cedricu?
− A my, Harry? − spytał pan Weasley.
− W żadnym wypadku! − wykrzyknął minister. − Oni zagrozili, że w razie gdybyście się zgłosili to wyciągną sprawę Pettigrew. Bo ukrywał się u was. Oczywiście wiem to nieoficjalnie. Na mnie ani na Amelię nic nie mają, na szczęście, ale nie mam złudzeń, że będą próbować.
− Czyli zapowiada się burzliwa sesja − podsumował Harry. − Kiedy to ma być?
− Jutro po pogrzebie. Po południu, około piątej − poinformował Diggory.
− Nie martw się, Harry, pomogę ci − zaoferowała się Luna.
Snape i Olaf wymienili przerażone spojrzenia, a Dumbledore poruszył się niespokojnie. Ron i Hermiona wzdrygnęli się nerwowo.
Harry czule przytulił swoją dziewczynę.
− Dzięki, jesteś najlepsza.
− Nie mam wątpliwości, że ani ja ani profesor McGonagall nie wchodzimy w grę − powiedział ze smutkiem Dumbledore.
− NIE! − odpalił twardo Harry.
− Trudno − westchnął dyrektor. − Masz rację, oboje popełniliśmy mnóstwo błędów. Chciałbym móc naprawić choć niektóre…
− Jakie? − warknął Harry. − I jak pan to sobie wyobraża?
− Po prostu obiecuję, że w razie potrzeby zawsze ci pomożemy i ja i Minerwa − zapewnił starzec. Profesor transmutacji kiwnęła tylko głową ze łzami w oczach.
− Dziękuję. Oby to nie były czcze obiecanki. Bo jak do tej pory to kiepsko wam to wychodziło. − Harry paskudnie się uśmiechnął, patrząc wyzywająco na Dumbledore'a.
Diggory przerwał przykrą scenę chrząkając znacząco.
− Mamy inną bardzo ważną sprawę do omówienia − przypomniał, patrząc zimno na Snape'a i Goldstone'a.
− Oczywiście − zgodził się lakonicznie mistrz eliksirów.
− Dzisiaj przed piątą rano koło fontanny w holu Ministerstwa pojawił się trup Petera Pettigrew. Obok ciała leżała skrzynka zawierająca fiolki ze wspomnieniami i list z informacją, że kopie wspomnień zostały rozesłane do wszystkich gazet magicznych w Wielkiej Brytanii i całej Europie uwzględniając Rosję i Turcję. Oraz do Stanów i Kanady. A także do wszystkich europejskich i amerykańskich Ministerstw Magii. Co oznacza oczywiście, że nie da się niczego ukryć. Możecie sobie wyobrazić jak się w naszym ministerstwie zakotłowało. I wściekłość osób, które chętnie zamiotłyby sprawę pod dywan.
Diggory ciężko westchnął.
− Natychmiast zaczęły padać propozycje, żeby was obu aresztować. Zamknąłem tym półgłówkom usta informując, że nie jestem Bagnold ani Knotem, a po przypadku Syriusza Blacka nie możemy tego zrobić. Sytuacja się zmieniła, czego niektórzy prominenci i „szanowani" członkowie naszego społeczeństwa wciąż nie są w stanie przyjąć do wiadomości.
− Aresztować? Pod jakim zarzutem? − spytał drwiąco Olaf.
− Oczywiście torturowania i zamordowania Petera Pettigrew, porządnego obywatela, bohatera i kawalera Orderu Merlina − odpowiedział spokojnie minister.
Severus i Olaf zgodnie wybuchnęli szyderczym śmiechem. Harry'ego aż zatchnęło z oburzenia. Wszyscy obecni najwyraźniej podzielali jego uczucia, bo ich miny wyrażały różne odcienie gniewu i wręcz wściekłości połączonej z irytacją.
− Nie zabiliśmy go − oświadczył Snape.
− Zmarł na zawał − wyjaśnił Goldstone. − Nie zamierzaliśmy go zabić, ale trudno, stało się, umarł. No i nie torturowaliśmy go. Nie użyliśmy imperiusa. Tylko legilimencję.
− Nasi niewymowni wszystko to już sprawdzili. Zgadza się − potwierdził Diggory. − Musiałem tym zacietrzewionym głupcom przypomnieć, że Peter Pettigrew jest ściganym przestępcą, Order Merlina został mu odebrany, a zarówno ustalenia specjalistów z Ministerstwa jak i wspomnienia, jakie zostawiliście przy zwłokach jednoznacznie wskazują, że należy się wam obu nagroda, a nie potępienie! Powstrzymałem się od wygarnięcia im niekonsekwencji, skoro zamierzają zagrać kartą Pettigrew−śmierciożercy przeciwko Weasleyom, bo jak już powiedziałem wiem o tym nieoficjalnie.
Na twarzach Snape'a i Goldstone'a pojawiły się identyczne drwiące uśmieszki. Diggory przyglądał im się przez chwilę pocierając nerwowo policzek. W oczach miał podziw pomieszany ze zdumieniem. Najwyraźniej coś jeszcze go intrygowało i wahał się, czy zadać pytanie.
− Tak, panie ministrze? − ponaglił go Goldstone, przerywając pełną napięcia ciszę.
− Dlaczego obeszliście się z nim tak… delikatnie? Tylko ogłuszyliście go i użyliście jedynie legilimencji. Nie jestem pewien… − dodał prawie szeptem, − czy ja sam zdobyłbym się na taką powściągliwość wobec mordercy mojego jedynego syna…
Obaj panowie popatrzyli na siebie.
− Jak myślisz, Olaf? − spytał Snape.
− Myślę, że trzeba im to wyjaśnić − odparł Goldstone.
− Słusznie, lepiej, żeby nikt nie miał co do nas złudzeń − prychnął kpiąco mistrz eliksirów. −
Nie jesteśmy ani tacy super delikatni, ani moralni. To była jedyna możliwość, żeby z niego cokolwiek wydobyć.
− Musieliśmy obejść zabezpieczenie, jakie gadzina nałożył na szczura − zaczął tłumaczyć Norweg.
− Ta jego srebrna ręka! − wykrzyknął Harry.
− Otóż to! − potwierdził Snape z uznaniem. − Zgadłeś doskonale. Tak, właśnie. Ten magiczny gadżet to była nie tylko proteza, ale dodatkowo strażniczka tajemnic tego wężogębnego ścierwa. Gdyby Glizdogon zaczął gadać, poczuł strach lub ból, jego srebrna rączka by go udusiła. To samo stałoby się, gdyby zlekceważył rozkaz Voldzia albo zrobił coś nie po jego myśli.
− Jedyne, co mogliśmy zrobić, to użycie zaawansowanej legilimencji − dołożył Olaf.
− Użycie veritaserum też było oczywiście wykluczone? − spytała domyślnie Amelia Bones.
− Jak i każdego innego eliksiru − potwierdził jej domysł Snape.
− Chętnie bym go potraktował crucio − wymamrotał Olaf. − Swędział mnie czubek różdżki…
− Domyślam się, Severusie, że zaprosiłeś tu osoby, którym chcesz pokazać wspomnienia Pettigrew jakich nie zamierzałeś upubliczniać?
− Tak, właśnie! − potwierdził Snape. − Wiele się wyjaśni… Niestety.
− Uznaliśmy, że musicie to wszystko wiedzieć. Prawda jest bardzo nieprzyjemna, ale powinniście ją poznać − dodał Olaf.
− No, to… Zacznijcie prezentację! − zażądała pani Longbottom.
− Czy ja mogę zostać? − spytał cicho Diggory. − Widziałem to, co zostawiliście w ministerstwie… Przysięgam, że mam dość sił, by obejrzeć to ponownie!
###
Godzinę później.
Prezentacja wspomnień Glizdogona trwała niecałą godzinę, ale Harry miał wrażenie, że minął co najmniej dzień. Rozejrzał się. Na twarzach obecnych w gabinecie widniało przerażenie, niedowierzanie, szok, zgroza i nienawiść.
Chłopak zastanawiał się, jak w jednym człowieku może się zmieścić aż tyle zła?!
Jego i Hermiony podejrzenia się potwierdziły. Glizdogon rzucał zaklęcia dezorientacji na członków Zakonu Feniksa, na Weasleyów, na Syriusza, Lily, Jamesa… Nawet Dumbledore okazał się nieodporny! Jedynym, który nie uległ był Snape. Po pierwszej porażce Pettigrew konsekwentnie unikał Severusa.
Teraz wyjaśniło się wiele dziwnych zdarzeń. I dlaczego podjęto tyle zagadkowych i głupich decyzji…
Glizdogon był nie tylko podstępnym draniem i zdrajcą, ale także wielokrotnym mordercą. Cedric nie był jego jedyną ofiarą! Zamordował wielu mugoli i czarodziejów. I to on doprowadził Lestrange'ów i Croucha Juniora do Longbottomów!
###
Środa 17 lipca 1996 rok godzina 8,10 rano − Paryż, pałac rodziny de Lupin.
− Mamo, tato! − wrzasnęła Tonks ściskając rodziców. Remus nic nie mówiąc tulił matkę i uśmiechał się do ojca. Nie potrzebowali słów.
Madame de Lupin dotknęła ramienia Nimfadory.
− Chodźcie, dziewczyny, trzeba dopasować ślubną suknię! A wy, panowie − zwróciła się do męża − zadbajcie o pana młodego!
− Słusznie − zgodził się senior. − To suknia mojej prababki. Będziesz dziewiątą panną młodą w tej sukni, księżniczko − mrugnął do Tonks. Zagarnął ramieniem Remusa, skinął na pozostałych mężczyzn i opuścili pokój. Panie zostały same.
− Dziewięć? − szepnęła Nimfadora.
− A tak! − potwierdziła madame. − W tym ja sama i moje dwie córki. I wierzcie mi, wszystkie kobiety, które brały w niej ślub były bardzo szczęśliwe w małżeństwie. A cztery nadal są!
− Kto? − zaciekawiła się pani Lupin.
− Moja teściowa, ja sama i moje dwie córki! − oznajmiła tryumfalnie madame de Lupin, otwierając drzwi wielkiej szafy.
− O Merlinie… − szepnęła Andromeda Tonks.
− O mój Boże… − jęknęła Melissa Lupin.
Nimfadorze zaparło dech. O, tak! Remus był wart tej sukni!
###
Środa 17 lipca 1996 rok godzina 8,50 rano − Paryż, pałac rodziny de Lupin.
− No, to jak? Ustaliliście już listę gości? − spytał narzeczonych Bernard de Lupin.
− Oczywiście! − Remus wręczył mu listę. Tonks żywo pokiwała głową.
− Harry Potter jako pierwszy drużba i Hermiona Granger jako starsza druhna − przeczytał gospodarz. − Nie chcesz Seva? − zdziwił się.
− Nie miałbym nic przeciwko Severusowi, ale on na pewno nie będzie chciał − westchnął Remus.
− No, dobrze, rozumiem. Dumbledore i McGonagall, też oczywiste… A Flitwick i Sprut? Hmm…
− Nie wiem, czy się pojawią. Ktoś musi zostać w Hogwarcie − wyjaśnił Remus markotnie.
− Możesz się nie martwić. Rozmawiałem z Diggorym. Zostawi w Hogwarcie oddział zaufanych aurorów i wszyscy wasi przyjaciele będą mogli być na ślubie. Część przyleci samolotem, a reszta przybędzie świstoklikiem. Minister też będzie!
− Samolotem? Dlaczego? − zdumiała się Tonks.
− Dla zmyłki − zaśmiał się Bernard. − Spokojnie, wszystko jest pod kontrolą!
###
Środa 17 lipca 1996 rok godzina 10,15 rano − Gabinet dyrektora Hogwartu.
Herbata, kanapki i pyszne ciasteczka podane przez uczynne skrzaty nie rozproszyły ponurej atmosfery jaka zapanowała wśród gości dyrektora Hogwartu. Przewidujący mistrz eliksirów przygotował eliksir uspokajający, co oczywiście pomogło wszystkim opanować nerwy, ale nikomu nie mogło poprawić nastroju po tym, co obejrzeli w myślodsiewni. Pani Longbottom patrzyła przed siebie niewidzącym wzrokiem. Ginny i jej matka bezgłośnie płakały. Amelii Bones drżały ręce.
− Mam ochotę się upić do nieprzytomności! − Bill Wealey przerwał milczenie, zaciskając pięści.
− Podejrzewam, synu, że nie tylko ty… − wymamrotał pan Weasley.
Severus Snape wstał z fotela i postukał łyżeczką w spodeczek. Wszystkie głowy odwróciły się w jego stronę.
− Co do upicia się to szykuje się okazja − oznajmił.
− Czyżby, Severusie? − sarknęła McGonagall.
− Tak, pani profesor. Mamy propozycję spędzenia reszty dzisiejszego dnia znacznie przyjemniej!
###
Środa 17 lipca 1996 rok, godzina 10,55 przed południem − w samolocie lecącym z Londynu do Paryża.
− Dlaczego lecimy samolotem? − chciała wiedzieć Luna. Siedzący obok niej Snape odwrócił głowę i spojrzał na nią rozbawiony.
− Dla wprowadzenia w błąd naszych przeciwników i żeby zrobić jak najwięcej zamieszania − wyjaśnił uprzejmie.
Harry uśmiechnął się i zamknął oczy. Zamierzał poświęcić na drzemkę czas lotu, który miał trwać około godziny. Luna ścisnęła go za rękę. Odpowiedział uściskiem, ale nie uniósł powiek.
− Śpisz? − szepnęła.
− Jeszcze nie − zaśmiał się cicho. − Ale zaraz zasnę…
− Ja też.
###
Noc ze środy 17 lipca na czwartek 18 lipca 1996 rok, godzina wpół do drugiej − Paryż, pałac rodziny de Lupin.
Madame Korelia Anaphalis z ogromną satysfakcją wysłuchała pochwał pracodawcy.
Ślub jak ślub, wszystko odbyło się jak należy. Panna młoda była olśniewająca w sukni de Lupinów, matki państwa młodych tradycyjnie płakały, pan młody miał rozanielony wyraz twarzy gdy patrzył roziskrzonym wzrokiem na swoją wybrankę idącą ku niemu pod rękę ze swoim ojcem, księciem Tonks. Młodziutka druhna w zwiewnej błękitnej sukience była absolutnie urocza, a drużba sprawiał wrażenie równie szczęśliwego jak pan młody.
Przyjęcie weselne zakończyło się o północy, bo większość gości musiała zdążyć na nocny samolot do Londynu. Reszta została na noc w Paryżu. Nikt się nie upił ani nie narozrabiał… No, ale u de Lupinów to był standard. (Może trochę szkoda…) A parę incydentów rozbawiło ją do łez. Choć w pierwszej chwili nie wiedziała jak zareagować. Mianowicie − druhna i drużba mieli ze sobą zwierzaki! I to jakie… Dziewczyna przywiozła wielgachnego ryżego kocura, a chłopiec miał sowę śnieżną. No, coś takiego! Sowa i kot w roli świadków na ślubie! Ale oba zwierzaki zachowywały się wzorowo. A państwo młodzi byli zachwyceni i powitali je z olbrzymim entuzjazmem. Kot łaskawie przyjmował głaski i drapanie za uszami mrucząc jak mały motorek, a sowa usiadła panu Remusowi na ramieniu i skubnęła go w ucho, za co została nagrodzona dużym plastrem boczku.
Podczas składania przysięgi małżeńskiej kot usiadł przy swojej pani z miną pełną godności, najwyraźniej świadom powagi wydarzenia. Sowa usadowiła się na żyrandolu obserwując wszystko z uwagą, a jej żółte oczy mogły konkurować blaskiem ze światłem świec. Drużba wygłosił krótką, ale dowcipną i błyskotliwą mowę, a druhna przetłumaczyła ją na francuski.
No, a potem były oczywiście toasty, pierwszy taniec państwa młodych i zabawa do północy.
