WYZWOLENIE

###

Noc z czwartku 18 lipca na piątek 19 lipca 1996 rok, godzina wpół do trzeciej − Snape Manor, sypialnia Harry'ego Pottera.

Harry Potter leżał na łóżku i uśmiechał się z satysfakcją. Był bardzo z siebie zadowolony. Wyciął taki numer, że wszystkim szczęki poopadały z wrażenia, narozrabiał niesamowicie i zrobił zamieszanie nawet jak na niego niezwykłe!

Po powrocie z Ministerstwa do Snape Manor musiał stawić czoła niezadowoleniu Dumbledore'a. Ale gniew starego maga nie robił już na chłopaku żadnego wrażenia. Dumbledore popełnił zbyt wiele błędów, żeby mógł w oczach Harry'ego uchodzić za największy autorytet. Nie był nieomylny. I niestety, ale jego błędy zbyt mocno zaważyły na życiu chłopca. Czego nie omieszkał dyrektorowi przypomnieć po raz kolejny. Zanim wyruszyli do Ministerstwa Dumbledore próbował go przekonać, że powinien przedyskutować swoje opcje z nim i Snape'em, ale nie odniósł sukcesu. Harry zaparł się przy swoim. Nic nikomu nie powie! No, z wyjątkiem Luny, oczywiście. Ale tego to oni oczywiście też nie będą wiedzieć.

Po powrocie z Paryża twarda rzeczywistość dała o sobie znać. Musiał zmierzyć się z gorzkimi wspomnieniami.
Poranek po źle przespanej nocy zaczął się bardzo nieprzyjemnie. Pomimo super wygodnego łóżka w sypialni w Snape Manor Harry pół nocy przewracał się z boku na bok. Kiedy wreszcie zmęczenie wzięło górę i ogarnął go sen, pojawiły się koszmary. Znów był zamknięty w cuchnącej komórce pod schodami i bezgłośnie płakał tęskniąc za rodzicami. Wyrwał się z trudem z tego sennego udręczenia, usiadł gwałtownie na łóżku zlany potem, ale niestety, gdy sen zmorzył go ponownie, koszmary powróciły. Tylko tym razem Syriusz wpadał za Zasłonę Śmierci w Dziale Tajemnic… Wybudził się szybko z kolejnej nocnej zmory, ale cóż… Nie mógł już zasnąć, zresztą było dość późno, dochodziła ósma. Podniósł się z trudem, i powlókł do łazienki, czuł wszystkie mięśnie i ścięgna. Nie dziwiło go to, wrócili z wesela Remusa i Tonks grubo po północy, a potem jeszcze ponad godzinę kotłowali się, kłócąc z Dumbledorem. Zanim wszyscy wreszcie poszli do łóżek była prawie druga w nocy.

Gorący prysznic pomógł o tyle, że złagodził ból mięśni, ale nie odpędził zmęczenia. A miał przed sobą perspektywę wyjątkowo niemiłego i nużącego dnia. „Pogrzeb" Dursleyów i rozprawa w Ministerstwie.

###

Luna już na niego czekała.

− Chodź, mamy mało czasu − powiedziała, biorąc go za rękę i ciągnąc w stronę kuchni. − Przygotowałam wszystko, co będzie potrzebne!

Szybko zjedli śniadanie i dwie kolejne godziny spędzili oboje bardzo pracowicie. Harry co prawda wątpił, by wszystko, co Luna uznała za „potrzebne" mu się dziś przyda (jeśli w ogóle zadziała, co do czego nie był do końca przekonany…), ale przezornie trzymał język za zębami. Ostatecznie, nigdy nic nie wiadomo, a inteligencja, przedsiębiorczość i intuicja Luny budziły w nim coraz większy podziw, więc może i dzisiaj okaże się, że racja jest po jej stronie? Zwłaszcza odnalezione przez nią zaklęcie emancypacyjne wyglądało obiecująco.
Niestety, pierwszą obrzydliwą kwestią, z którą musiał się zmierzyć, był „pogrzeb" Dursleyów.

###

Patrząc na zebrane wokół trumien towarzystwo, Harry czuł narastającą wściekłość. Spodziewał się oczywiście popisu hipokryzji, ale to, co obserwował, uważał za wyjątkowo wstrętne. Udawany sztuczny smutek i taksujące spojrzenia sąsiadek na siebie nawzajem. Złośliwe błyski w oczach…
„No, poczekajcie!" − pomyślał z zawziętością. − „Już ja wam pokażę, co to jest szczerość!"

Cztery trumny spoczywały na specjalnych wózkach w cmentarnej kaplicy, a z tyłu na podjeździe czekał samochód, który miał przewieźć je do krematorium. Pierwotne plany zapewnienia Dursleyom bezpieczeństwa musiały ulec przyspieszeniu, zatem zostały skorygowane, dlatego trumna z golemem Marge Dursley także się tu znalazła. Teraz wszyscy zgromadzeni czekali na pastora, by wysłuchać modlitw i mszy pożegnalnej, a wieczorem Olaf miał odebrać urny z prochami. Wszystko było perfekcyjnie zaplanowane, ale Harry postanowił zburzyć ten porządek. Tym wszystkim ludziom należały się od niego mentalne baty i postanowił wykorzystać okazję i potrząsnąć ich bezmyślnością i zadowoleniem z siebie najmocniej jak tylko mógł.

Pastor wreszcie się pojawił i z nadętą miną podszedł do mikrofonu. Harry tylko na to czekał. Błyskawicznie zerwał się z ławki i jednym skokiem znalazł się na podwyższeniu przed ołtarzem. Wyrwał pastorowi mikrofon i energicznie go odepchnął.

− Idź pan stąd! − warknął. − Nie będzie żadnych modlitw, ani mszy, bo te kanalie na to nie zasługują! Jedyne, co zaraz usłyszycie, to słowa prawdy ode mnie! A jeśli ktoś nie będzie chciał słuchać i wyjdzie, zanim skończę, to będzie sobie mógł to jutro przeczytać w lokalnej gazecie!

Wszyscy siedzieli w ławkach jak sparaliżowani. Nikt nie próbował się ruszyć… Przemówienie Harry'ego trwało około czterdziestu minut. Nie oszczędził nikomu żadnych szczegółów. Opisał swoją „sypialnię" w schowku pod schodami. Nie pożałował informacji o kłamstwach Dursleyów na temat śmierci Jamesa i Lily. Opowiedział o tym, że pamięta atak terrorysty, o zamordowaniu Jamesa i błaganiach Lily, by go oszczędził i o tym, jak osłaniała go własnym ciałem. O wybuchu, który przeżył tylko dlatego, że leżał pod martwym ciałem Lily. A ta „kłamliwa suka" Petunia i ten „obrzydliwy wieprz", jej mąż, wmawiali mu, że jego matka była dziwką a ojciec pijakiem i że zginęli w wypadku, który spowodował jego pijany ojciec! Petunia zazdrościła swojej siostrze, szkalowała ją i nienawidziła za to, że jest ładniejsza i zdolniejsza od niej! A oni wszyscy wierzyli w te obrzydliwe łgarstwa Petunii. I jak jego samego traktowali? Czy tak trudno było zauważyć prawdę? Wszystko im wypomniał. Pogardliwe spojrzenia i śmieszki. Odwracanie przez nich głowy, gdy grzebał w śmietnikach szukając resztek bo wściekły głód szarpał mu trzewia. Pytał różnych sąsiadów wskazując ich palcem, jak mogli nie zauważyć, że nosi podarte szmaty po tym prosiaku Dudleyu, podczas gdy ten nic niewarty kawałek mięsa zawsze miał drogie ubrania? Że był chudy i mały, a Dudley wyglądał jak bryła tłuszczu? Nie pominął informacji, że Dursleyowie ukradli jego pieniądze. Drwiącym głosem pytał nauczycieli jak mogli nie zauważyć, że gang Dudleya bije inne dzieci? Że niszczy wyposażenie placu zabaw i ławki w parku? Przypomniał, że wszyscy ci młodociani bandziorzy siedzą w pierdlu i dostali wyroki po dziesięć lat za rozboje. Dyrektorce swojej starej szkoły wytknął, że robiła wszystko, aby nadużycia i przestępstwa Dursleya nie wyszły na jaw, bo jej synalek pracował w tej fabryce, gdzie „ten wieprz" Vernon był dyrektorem i w zamian za krycie Dudleya ukrywał złodziejskie przekręty jej potomka! I na co to przyszło? Synalek siedzi w więzieniu skazany na piętnaście lat, a wyrok może wzrosnąć, bo audyt w fabryce nie został jeszcze zakończony! Ale największe przerażenie wzbudziły ostatnie słowa Harry'ego. Zapowiedział, że wszyscy nauczyciele z dyrektorką na czele staną przed sądem za ich zaniedbania, a wszyscy sąsiedzi zostaną powołani na świadków. Przypomniał im też, że policja już wypytywała o Dursleyów, a z tego, co opowiadali wynika, że wcale tacy nieświadomi co się działo w domu pod adresem Privet Drive 4 nie byli!

Śmiertelna cisza panowała w kaplicy, gdy Harry schodził po stopniach z ołtarza. Nikt się nie ruszył, gdy ostrym głosem zarządził natychmiastowe zapakowanie trumien do samochodu i zawiezienie ich do krematorium.

Olaf podniósł się z ławki i w całkowitym milczeniu eskortował trumny do samochodu. Kiedy wyszli za zewnątrz spytał cicho:

− Harry… Musiałeś?

− Tak! − warknął chłopak. − Wątpię co prawda, czy to tej bandzie hipokrytów i tchórzy da choć trochę do myślenia, ale może… A teraz idziemy do redakcji naszej lokalnej gazety. Kilku reporterów było w kaplicy, więc nie będą zaskoczeni!

− Rozumiem, że list masz już napisany − westchnął Olaf z rezygnacją.

− Tak, mam.

W redakcji dziennika „Nowiny Little Whinging" nikt nie skomentował sytuacji. Harry zażądał wydrukowania jego listu bez żadnych zmian i zapytał drwiąco ile musi za to zapłacić. Redaktor szybko odpowiedział, że nic i obiecał, że list ukaże się w jutrzejszym wydaniu gazety.

Olaf nie odezwał się już, aż do powrotu do Snape Manor.

Harry nie wiedział, że po jego pierwszych słowach do pastora Olaf rzucił kilka zaklęć, żeby nikt nie wyszedł z kaplicy zanim chłopiec nie skończy swego wystąpienia.

###

– Co pan postanowił, panie Potter? – Amos Diggory zadał to oczekiwane pytanie z zauważalnym napięciem w głosie. Minister prezentował się imponująco w ceremonialnych szatach, tiarze ozdobionej diamentami i złotym łańcuchem z symbolem sprawowanego urzędu, ale Harry nie czuł się onieśmielony. Czuł za to buzowanie adrenaliny i wzbierającą w nim złość, którą poranne wydarzenia doprowadziły wręcz do stanu wrzenia. Wszyscy członkowie Wizengamotu wpatrywali się w niego z uwagą. I niektórzy wyraźnie nieżyczliwie, z czym się absolutnie nie kryli. A poprzedzająca pytanie ministra dyskusja była gorąca i całkowicie idiotyczna. Członkowie ciemnej frakcji dowodzili, że „chłopiec który przeżył" powinien mieć czystokrwistych opiekunów, żeby stać się „prawdziwie pełnoprawnym członkiem magicznej społeczności", a ci z „jasnej strony" twierdzili, że tylko oni mogą to zapewnić chroniąc chłopca przed Voldemortem i jego poplecznikami. Oczywiście nic z tej całej dyskusji nie wynikło, była to czysta strata czasu. W końcu minister stwierdził, że pan Potter także musi się wypowiedzieć w tej kwestii i jego zdanie powinno zostać wzięte pod uwagę. No i teraz wszyscy czekali na jego odpowiedź na pytanie ministra. Oczywiście nikt nie zamierzał przejmować się życzeniami Harry'ego, wszyscy już wcześniej podjęli decyzję, jak będą głosować…

Chłopak zacisnął zęby. Rzucił szybkie spojrzenie Dumbledore'owi, a potem kątem oka zerknął w bok, gdzie siedzieli Snape i McGonagall.

„Będziecie mieli wszyscy nielichą niespodziankę" – pomyślał złośliwie. Oby tylko Luna się nie pomyliła... Nawet jego wuj niczego się nie domyślał. Chociaż może? W nocy, po powrocie z Paryża pomiędzy nimi dwoma i Dumbledore'em odbyła się burzliwa rozmowa. Dyrektor chciał wiedzieć, jaką Harry podjął decyzję, a on kategorycznie odmówił odpowiedzi.

– Ja, Harry James Potter uznaję się za dorosłego – zaczął recytować formułę starożytnego zaklęcia, z prastarego grymuara, który Luna wyszperała w swojej rodzinnej bibliotece. Hogwardzka książnica nie posiadała tej pozycji. Kiedyś zapewne to było wśród innych prawniczych dzieł, do których i tak bardzo rzadko ktokolwiek zaglądał, ale wyglądało na to, że już bardzo dawno temu któryś dyrektor (albo dyrektorka…) uznał akurat tę książkę za potencjalnie niebezpieczną i profilaktycznie usunął ją z zasobów szkolnej biblioteki. Harry był zdumiony, jak bardzo w Hogwarcie cenzurowano dostęp do wielu dziedzin wiedzy! Luna pokazała mu stare katalogi i księgi inwentarzowe, gdzie bardzo wyraźnie można było zobaczyć co usunięto z bibliotecznych półek i ukryto na przestrzeni lat istnienia szkoły. Oczywiście te spisy inwentarzowe też schowano, ale Luna potrafiła je wydobyć z ukrycia. Nie zamierzał dociekać, jak to zrobiła. Ewentualnie później ją o to spyta…

Jego dziewczyna się nie pomyliła. Zanim ktokolwiek zdążył zareagować zaklęcie zadziałało. Magia uznała jego pełnoletniość za prawdziwą i oczywistą. Z ciała chłopca trysnęło białozłote światło i spowiło go całego od stóp do głowy. Przez prawie minutę Harry płonął jak pochodnia. Otaczający go blask pulsował w rytm uderzeń jego serca. Gdy wreszcie oślepiające światło zaczęło przygasać a obecni na sali sądowej Wizengamotu odzyskali zdolność widzenia, Minister wstał i uniósł dłoń, dając znak, że chce przemówić, ale żadne słowo nie wydobyło się z jego ust, bo okazało się, że to nie koniec widowiska. Przedstawienie trwało dalej. Białozłote światło ponownie pojawiło się wokół ciała Harry'ego, tylko tym razem pulsowanie trwało dwie minuty. A za chwilę okazało się, że i to też jeszcze nie wszystko! Bo do trzech razy sztuka − potężne światło rozbłysło znowu i tym razem płonęło prawie pięć minut zanim wreszcie przygasło w feerii tęczowych promieni.

− Magia zaakceptowała pana żądanie emancypacji, panie Potter − oznajmił urzędowym głosem Diggory. − Tylko dlaczego aż trzykrotnie? − zadał to pytanie najwyraźniej bez zastanowienia. Zaskoczenie było tak wielkie, że nie zapanował nad sobą. Sądząc po minach członków Wizengamotu wszyscy byli równie zaskoczeni jak on. Na ich twarzach malowało się zdumienie, ale nie tylko. Większość była autentycznie przerażona. Takiej manifestacji niesamowicie potężnej magii po niespełna szesnastoletnim chłopcu nikt się nie spodziewał.

− To zaklęcie poprzednio zostało użyte osiemdziesiąt siedem lat temu i nie było wtedy aż takich potężnych efektów świetlnych − wtrącił się nieoczekiwanie starzec siedzący w pierwszym rzędzie. Podniósł się z wyraźnym trudem opierając na bardzo ozdobnej lasce. Skłonił głowę w kierunku Ministra, a potem odwrócił się twarzą do zgromadzonych. − Byłem świadkiem jego działania. Tylko wtedy pojawił się jeden niezbyt silny rozbłysk, jak biały płomień, i to było wszystko. Pamiętam to doskonale − dodał. Przyjrzał się Harry'emu z powagą, po czym ponownie zwrócił się do Diggory'ego. − Bardzo przepraszam, panie ministrze za moje wystąpienie, ale jestem jedyną osobą, która może skomentować to co zaszło, ponieważ mam porównanie z poprzednim użyciem zaklęcia emancypacji.

− Dziękuję, Lordzie Ogden. − Minister skinął głową. − Rozumiem, że rezultat jest całkowicie jasny i głosowanie, kto powinien przejąć rolę opiekuna pana Pottera nie jest już potrzebne, ponieważ pan Potter nie potrzebuje już opiekuna…

− Lord Potter, panie ministrze − sprostował starzec. − W dniu ukończenia przez pana Pottera szesnastu lat, czyli za dwa tygodnie, pan Potter powinien przejąć swoje obowiązki społeczne. Dziedziczne miejsca w Wizengamocie, czyli fotele rodu Potterów i Blacków, oraz tytuł Lorda przynależny domowi Potterów.

− To niemożliwe! − zaprotestował gorąco ktoś z członków Wizengamotu. − Miejsce Blacków należy do Draco Malfoya!

− Nie, lordzie Nott − odpowiedział spokojnie Lord Ogden. − Pan Syriusz Black, poprzedni Lord Black ustanowił swoim następcą pana Harry'ego Pottera. Ten testament jest nie do podważenia. Chce pan zakwestionować starożytne prawa magii? Wciąż obowiązują. I dlatego emancypacja pana Pottera i tytuł Lorda także nie mogą zostać zakwestionowane. Aha… Przypomniałem sobie… I jeszcze dziedzictwo rodu Peverell. Harry Potter jest jedynym potomkiem tej rodziny.

− Rozumiem − westchnął Diggory. − Musimy przyjąć te fakty do wiadomości, panie i panowie − zwrócił się do członków Wizengamotu. − Intryguje mnie jednak, dlaczego potwierdzenie emancypacji pana Pottera rozbłysło aż trzykrotnie i z tak potężną siłą. Jak można to wyjaśnić lordzie Ogden?

− Ja nie mam żadnego pomysłu na wyjaśnienie tego faktu, panie ministrze. − Lord Ogden pokręcił głową ze smutkiem.
W tym momencie Harry'ego olśniło. W uchu słyszał głos Luny. Wyraźnie zdenerwowana sytuacją szeptała, by starał się opanować, bo ten niespodziewany efekt musi coś znaczyć, ale wyjaśnienie będą musieli znaleźć później…
− Nie − odszepnął do mikrofonu wielkości ziarnka grochu, który miał przyklejony do nadgarstka. Udając, że obciera pot z twarzy podsunął rękę do ust, żeby jej odpowiedzieć. − Już wiem.

Wyprostował się i uniósł dłoń w górę.

− Wyjaśnię to, panie ministrze, szanowni członkowie Wizengamotu − powiedział bardzo głośno. Nie było potrzeby używać zaklęcia Sonorus, bo wszyscy obecni zamarli na swoich miejscach i nikt już się nie odezwał. W sali panowała pełna napięcia cisza. − Sprawa jest bardzo prosta. Magia potwierdziła tylko stan faktyczny, ponieważ już wcześniej dwukrotnie zostałem oficjalnie uznany za osobę dorosłą!

− Jak to? − wyrwał się znów ktoś z ław, kogo Harry nie potrafił zidentyfikować. − To nie mogło się zdarzyć!

− Oczywiście, że mogło, skoro się zdarzyło − odpowiedział Harry, starając się, żeby zabrzmiało to możliwie najbardziej arogancko i pogardliwie. − Pierwszy raz to było wtedy, gdy nielegalnie i na siłę zmuszono mnie do uczestnictwa w tej idiotycznej imprezie zwanej Turniejem Trójmagicznym. Przypominam szanownym państwu, że reguły doboru zawodników były jasne. Tylko uczniowie, którzy ukończyli siedemnaście lat, czyli według naszych praw − dorośli − mogli uczestniczyć. A co się stało? Moje nazwisko zostało dodane do Czary Ognia przez rzekomo zmarłego śmierciożercę, który był niestety jak najbardziej żywy. Co było dalej? Ano, dyrektor Hogwartu, profesor Dumbledore, Barty Crouch senior − dyrektor Biura Współpracy Międzynarodowej i przy okazji ojciec tego oszalałego, fanatycznego wyznawcy Voldemorta, który mnie wpakował do tego turnieju, oraz parę innych wielce szacownych i bardzo ważnych osób, zgodnie uznało, że chcę czy nie, ale muszę wziąć udział w tej tragifarsie. I nikt nie zauważył konfliktu reguł. Ja miałem wtedy czternaście lat, a turniej był dla dorosłych. Czyli albo, albo. Albo nie powinienem uczestniczyć − jak to powinno się zakończyć, albo zostaję uznany za osobę dorosłą i można mnie dopuścić do uczestnictwa w tym Turnieju. Proste? Proste! To było pierwszy raz. A po raz drugi zostałem uznany za dorosłego, kiedy Knot oskarżył mnie o „użycie magii przy mugolach", „złamanie prawa rozsądnego ograniczenia magii nieletnich" oraz „naruszenie statusu tajemnicy" i zorganizował mi proces przed pełnym składem Wizengamotu. Jako nieletni powinienem był być przesłuchany przez panią Bones w obecności mojego opiekuna prawnego, którym był − przypominam − od śmierci moich rodziców Lord Syriusz Black, a nie postawiony przed sądem Wizengamotu, bo tylko dorośli, którzy popełnili przestępstwo, mogą być tak prawnie traktowani. Jak nie udało mu się mnie zamordować przy pomocy dementorów wysłanych przez Umbridge, to chciał doprowadzić do mojej publicznej kompromitacji w czym gorliwie pomagali mu dziennikarze z naszego szmatławca „Proroka Codziennego", może także złamania różdżki i wygnania mnie z czarodziejskiego świata. A może marzyło mu się zamknięcie mnie w Azkabanie? I znowu nikt nie zaprotestował. A zatem, panie i panowie, pretensje możecie mieć tylko do siebie, że zachowywaliście się jak tchórze, chowając głowy w piasek i nie przyjmując do wiadomości faktów! Dlaczego? Większość z was była tu obecna, gdy Knot wpuścił do tej sali ogniste potwory i smoka! Stawiliście im czoła i walczyliście z heliopatami i węgierskim rogogonem, a jednak? Czy to znaczy, że przyjęcie do wiadomości niemiłych faktów i przyznanie się do błędów wymaga większej odwagi niż walka z potworami?!

Harry uśmiechnął się wyzywająco, szykując się do odparcia ataków. Spodziewał się ostrej reakcji na swoje wystąpienie. Był pewien, że wywołał nielichą konsternację, gniew i jednocześnie irytację członków tego szacownego grona.

Burza jednak nie nastąpiła. Czyżby wszyscy byli aż tak zszokowani jego słowami, że nie potrafili zdobyć się na odpowiedź?

Po bardzo długiej chwili ciszy w sali podniósł się gniewny szum.

− Dla ciebie chłopcze to PAN Knot i PANI Umbridge! − wrzasnął jakiś głos z górnych rzędów.

− Przymknij się idioto! − zasyczał ktoś inny.

− Do „pana" i „pani" to tym dwojgu jest dalej niż do Alfa Centauri! − warknął Harry. − Nie mam żadnego szacunku dla tej pary morderców! Knot jest idiotą, tchórzem i był nieudolnym, głupim urzędnikiem i łapówkarzem! Siedział w kieszeni Malfoya! A Umbridge to podła sadystka bez sumienia! Jak śmiecie żądać ode mnie tytułowania tych dwojga „panem" i „panią"?!

W sali sądu znowu zapanowała śmiertelna cisza. Chyba już wszyscy, nawet najbardziej twardogłowi, zorientowali się, że wszelkie ich plany rozsypały się w proch i pył. A Harry niestety jeszcze nie skończył.

− Wasze zachowanie jest śmieszne i żałosne i dowodzi jacy jesteście! Nic niewarci! Banda durniów i nieudaczników! Dawno mogliście się pozbyć tego szlamowatego wariata, który sam siebie nazywa „Lordem Voldemortem"! Jest szlamą! A wy wszyscy zwolennicy „teorii czystej krwi" poszliście za nim i jego obłąkaną ideologią! Nie jest, nie był i nigdy nie będzie „lordem"! A słowo Voldemort" to zniekształcenie francuskiego wyrażenia: „Vol de mort" co oznacza po prostu „lot od śmierci" i nic więcej! Tu na tej sali jest wśród was wystarczająco wiele osób znających francuski, by to wiedzieć! I popatrzcie sobie na to!
Harry uniósł różdżkę i szybko napisał w powietrzu wielkimi ognistymi literami: TOM MARVOLO RIDDLE, a poniżej I AM LORD VOLDEMORT ze strzałkami łączącymi obie linie tekstu pokazującymi, że jest to po prostu anagram.

− I ci z was, którzy wciąż tego szaleńca popierają chcieliście mnie kontrolować?! Mieliście czelność zwołać posiedzenie Wizengamotu, żeby mnie zniewolić? Po wszystkim co zrobiliście?! Ciekawe, kto z tu obecnych maczał brudne paluchy w tych „wypadkach", które tak dogodnie wyeliminowały z możliwości działania moich niemagicznych krewnych! Nie jestem idiotą i nikt mnie nie przekona, że to, co spotkało Dursleyów to tylko nieszczęśliwy zbieg okoliczności! Ciekawe, że pan Minister osobiście mi powiedział o tym, co się stało, jednocześnie informując, że została zwołana specjalna sesja Wizengamotu w sprawie opieki nade mną! Tak szybko się zorganizowaliście? Odpowiedzcie!

Nikt się nie odezwał.

− Nie muszę sobie nawet wyobrażać, jak wyszedłbym na tej waszej „opiece"! Nie dożyłbym pewnie do końca tygodnia! − wywarczał Harry szyderczo.

Wtem lord Nott poderwał się z siedzenia i uniósł w górę różdżkę.

− Ja, Stephen Nott, lord Nott, przysięgam na moje życie i magię, że nie przyczyniłem się w żaden sposób do śmierci krewnych i powinowatych lorda Pottera−Blacka! − wykrzyknął. − Ani osobiście, ani przez spiskowanie z innymi osobami! Nie miałem nic wspólnego ze śmiercią lorda Jamesa Pottera i jego żony lady Lily Evans−Potter ani jej siostry i rodziny Dursley!

Wokół mężczyzny rozbłysła na moment błękitna aura, co oznaczało, że przysięga została przez magię zaakceptowana.

− Lumos! − krzyknął.

Z różdżki lorda Notta trysnęło światło.

− Nox! − powiedział cicho mężczyzna. Światło zgasło. − Czy to wystarczy, lordzie Potter, żebyś uwierzył w moją niewinność w tej sprawie?

− Tak, lordzie Nott − odpowiedział spokojnie Harry. − Przyjmuję przysięgę i wierzę ci, że nie miałeś z tą sprawą nic wspólnego. Ale w takim razie wyjaśnij mi, dlaczego poparłeś żądania zwolenników gadziego szlamy, którzy chcieli mnie kontrolować, albo, mówiąc wprost − zabić?

− Jeśli zażądasz, złożę drugą przysięgę, że nie miałem zamiaru cię zamordować, lordzie Potter−Black! − krzyknął rozpaczliwie lord Nott.

− Powiedzmy, że daję ci korzyść z wątpliwości i na razie obejdzie się bez kolejnej przysięgi. Ale nie odpowiedziałeś na moje pytanie. Powtórzę je: „Dlaczego poparłeś żądanie zwolenników szlamowatego gadziego wariata, domagających się kontroli nade mną?"

Stephen Nott zaczerwienił się. Na jego twarzy wyraźnie odbił się wstyd i zażenowanie.

− To… skomplikowane, lordzie Potter−Black − westchnął. − Nie przemyślałem głębiej sprawy… Mój młodszy brat, który jest twoim rówieśnikiem, wielokrotnie opowiadał mi o tobie, że nie masz manier zgodnych z twoją pozycją w naszym społeczeństwie, że będąc przyszłym lordem zachowujesz się jak najgorszy parweniusz… Theo nigdy nie mówił o tobie źle, ubolewał nad tym i twierdził, że najwyraźniej nie miałeś odpowiednich mentorów, którzy nauczyliby cię tego, co powinieneś wiedzieć o naszym świecie, ani oczywiście właściwych zachowań. Szydził z Malfoya i jego bandy, twierdząc, że ich postępowanie wobec ciebie powoduje, że jeszcze bardziej odseparowujesz się od swojej sfery. Myślałem, że pod właściwą opieką dowiesz się tego wszystkiego. Sądzę, że odmówiono ci wiedzy, którą powinieneś mieć! No i obrażasz wszystkich naokoło, najwyraźniej nie mając o tym pojęcia. A najgorsze jest to, że nigdy nie odpowiedziałeś na żaden list, jaki otrzymałeś od ludzi… Chociaż jesteś półkrwi, twoja pozycja w społeczeństwie magicznym Wielkiej Brytanii i Irlandii lokuje cię na szczytach naszej hierarchii społecznej! I jeszcze coś… − Młody mężczyzna wyraźnie się zawahał. Milczał dłuższą chwilę. Na jego twarzy pojawiły się krwiste rumieńce. − Mam jeszcze jeden powód, by pragnąć ci pomóc. Bardzo osobisty… Mój ojciec znalazł się w Azkabanie za popełnione zbrodnie… Ale ja nigdy nie chciałem być śmierciożercą, dlatego wyjechałem do Kanady, gdy skończyłem szkołę. Ojciec chciał mnie wydziedziczyć, ale Theo był wtedy małym dzieckiem, więc wstrzymał się z decyzją. A teraz przekazał mi dziedzictwo i zażądał, bym zmazał hańbę, jaką okrył nasze nazwisko! Mogę przysiąc, że takie były moje motywacje w tej sprawie!

Harry zamarł. Tego się nie spodziewał!

„…A najgorsze jest to, że nigdy nie odpowiedziałeś na żaden list, jaki otrzymałeś od ludzi…"

„…Sądzę, że odmówiono ci wiedzy, którą powinieneś mieć!..."

Wściekłość zaćmiła mu na chwilę oczy. No, nie puści tego płazem! Wiedza, którą powinien mieć! Listy! Nigdy nie pomyślał, że ludzie mogli do niego pisać! A jeśli Dumbledore zniszczył choć jeden z tych jego listów, słono za to zapłaci!

− Dziękuję, lordzie Nott − powiedział cicho. − Twoje wyjaśnienia dały mi dwie informacje, których inaczej bym nie otrzymał. I zaraz to wykorzystam!

Odwrócił się gwałtownie i zdecydowanym krokiem podszedł do Dumbledora. Na twarzy starca ujrzał przerażenie.

− Natychmiast usuniesz wszystkie zaklęcia jakie na mnie kiedykolwiek nałożyłeś, Albusie! I chcę w tej chwili zwrotu mojej poczty! − wrzasnął.

− Harry… − jęknął Dumbledore.

− Zamknij się i zrób to! − wysyczał Harry. − I nawet nie próbuj czegokolwiek!

Kolejne zaskoczenie spowodował Severus Snape. Mistrz Eliksirów poderwał się gwałtownie i skoczył jak tygrys w stronę Dumbledore'a, jednocześnie celując różdżką w jego twarz.

− Ty stary łajdaku! − wrzasnął. − Zrób to, ale już! I żadnych wykrętów!

Dumbledore uniósł swoją różdżkę ze zbolałą miną. Harry poczuł się tak jakby z jego ciała odrywały się płachty plastiku a jego oddech stał się lekki i swobodny.

Luna szeptała mu do ucha szybkie sugestie. Uśmiechnął się wewnętrznie. Jego dziewczyna była absolutnie genialna! Gdyby nie ona wciąż błądziłby w ciemnych odmętach niewiedzy. To Luna uświadomiła mu, jak bardzo był oszukiwany i wykorzystywany. Przez te dwa ostatnie dni, które spędzili razem w Hogwarcie i Snape Manor dowiedział się i nauczył więcej, niż przez całe wcześniejsze lata nauki magii. Miała zmieniacz czasu, dzięki któremu mogła się cofnąć aż o dziesięć godzin! A najważniejsze, że naprawdę potrafiła go używać i bardzo precyzyjnie planowała wykorzystanie tego dodatkowego czasu na naukę. W Hogwarcie wykorzystali magię Pokoju Życzeń, a w Snape Manor oboje mieli do dyspozycji własne apartamenty i nikt im nie przeszkadzał. Harry czuł dziką satysfakcję, że zrobili to w tajemnicy przed wszystkimi i pod nosem Dumbledore'a. Nauczył się mnóstwa nowych zaklęć, przeczytał książki, które poleciła mu Luna i te, które dał mu Olaf. A teraz miał przyklejoną na czole mikrokamerę, w uchu słuchawkę i miniaturowy mikrofon przymocowany do nadgarstka.

„Ożenię się z nią i będziemy mieli cudowne dzieci." − pomyślał. Ale teraz trzeba wykorzystać jej pomysł. Odwrócił się do sali.

− Czy jest wśród was jakiś łamacz klątw? I medyk? − zapytał. − Chcę sprawdzenia, czy naprawdę nie mam już na sobie żadnych zaklęć, bloków czy tym podobnych nieprawidłowości − powiedział rzeczowo.

Na twarzy Dumbledora na ułamek sekundy pojawił się gniew. Ale po chwili zniknął. Zastąpiła go maska obojętności.

− Nie ufasz mi Harry? − spytał zbolałym głosem.

− Nie! − odpowiedział twardo chłopak. Przez chwilę mierzyli się oczami.

Z ław podniosło się siedmioro ludzi i podeszło do Harry'ego z wyciągniętymi różdżkami. Starannie skanowali jego ciało.

− Zaklęcia zostały zdjęte, ale skan medyczny ujawnia mnóstwo problemów zdrowotnych spowodowanych długotrwałymi okresami głodu, nieleczonymi złamaniami, które nie zostały prawidłowo potraktowane, uszkodzenia narządów wewnętrznych, niedoleczony wstrząs mózgu, zatrucie jadem… nie wiem jakim, dokładnie, ale na pewno to był wąż, brak szczepień ochronnych zarówno przeciwko chorobom mugolskim jak i magicznym. To zagraża twemu życiu, lordzie Potter−Black. Zalecałbym natychmiastowe udanie się do szpitala i leczenie − oznajmił najstarszy mężczyzna z osób sprawdzających Harry'ego. − Tu jest dokładny opis skanu, wszyscy się podpisaliśmy − powiedział podając Harry'emu pergamin.

− Dziękuję, zastosuję się do zalecenia − odpowiedział chłopak. Skłonił się z wdzięcznością. Schował cenny dokument i odwrócił się znów do Dumbledore'a.

− Moja poczta − zażądał zimno, beznamiętnym tonem.

Dyrektor nie próbował tym razem się wykręcać. Machnął różdżką i na podłodze przed ławami pojawiło się mnóstwo listów, paczek, kartek, zabawek a nawet jedna różdżka, która potoczyła się do stóp Harry'ego. Stos korespondencji wypełnił prawie całą wolną przestrzeń i sięgał ponad blat stołu przy którym siedzieli minister, Dumbledore i Madame Bones.

− Dlaczego nie oddałeś mi mojej poczty wcześniej, Albusie? − spytał z goryczą Harry. − Mogę zrozumieć, że założyłeś blok antypocztowy żeby chronić mnie przed świstoklikami i klątwami wysyłanymi w listach, ale od dawna wiadomo, że dobrymi chęciami to piekło brukują! Dlaczego nikt tego nie przejrzał wcześniej?! Uczyłem się w twojej szkole pięć lat! Wytłumacz się!

Dumbledore ukrył twarz w dłoniach. Po chwili je opuścił. Był tak blady jak jego włosy i broda.

− Chciałem ci to oddać gdy przyszedłeś do szkoły na pierwszy rok, ale miałem na głowie coś bardzo ważnego i po prostu zapomniałem. Po zakończeniu roku tuż przed wakacjami przypomniałem sobie o bloku poczty i nałożyłem wyjątek na listy od twoich przyjaciół. A potem… Wciąż tyle się działo, że zapomniałem o twojej poczcie… − powiedział bardzo cicho. − Na wszystkie listy i paczki jest nałożone zaklęcie zastoju i są w dokładnie takim stanie jak w momencie gdy trafiły do magazynu…

− No, cóż, teraz trzeba sobie z tym poradzić… − stwierdził sarkastycznie Snape, wciąż stojąc przed dyrektorem, choć już nie celował w niego różdżką. − Ciekaw jestem, kto się za to zabierze. Ty, Albusie? − zadrwił.

− Nie, ktoś inny − odpowiedział szybko Harry. − Zgredek! Mrużka! − zawołał. Był niezmiernie wdzięczny Lunie, że dokładnie wyjaśniła mu na czym naprawdę polega związek skrzatów z czarodziejami, oraz dlaczego tak ważna dla skrzatów jest przynależność do magów. Skrzaty były rasą symbiotyczną i ich magia musiała być pobudzana przez związanie albo z magicznym miejscem − na przykład takim jak Hogwart lub Stonehenge, albo z rodziną czarodziejów, albo z konkretnym magiem. Przy czym były różne rodzaje wiązań. Czystokrwiści preferowali związanie niewolnicze, ale najczęściej w Anglii, bo już w Irlandii i na kontynencie czarodzieje woleli mocniejsze wiązanie lojalnościowe. Najrzadsze było wiązanie rodzinne, które nadawało skrzatom status członka rodziny. A to właśnie wiązanie było najsilniejsze! Luna zasugerowała Harry'emu zatrudnienie Zgredka i Mrużki. Uznał to za znakomity pomysł i zrobił to gdy byli w Hogwarcie, 16 lipca. Oczywiście Harry zaproponował Zgredkowi i Mrużce wiązanie rodzinne, co zaowocowało wybuchem gwałtownego płaczu i radosnych podziękowań od obojga. Mrużka nie mogła wprost uwierzyć, że spotkało ją takie szczęście, a Zgredek wciąż wykrzykiwał, że Harry Potter jest największym czarodziejem na świecie!

No i teraz nastąpiła chwila prawdy. Rozległy się dwa ciche pyknięcia i dwoje skrzatów pojawiło się przed członkami Wizengamotu. Ich osłupiałe miny i okrzyki zdumienia były dla Harry'ego bardzo satysfakcjonujące. Reakcje czarodziejów na widok Zgredka i Mrużki były tak zabawne, że chłopak z najwyższym trudem powstrzymał się od ryknięcia głośnym śmiechem. No, cóż, angielscy magowie raczej nie byli przyzwyczajeni do oglądania elegancko ubranych skrzatów. Mrużka z wdziękiem i wyraźną dumą prezentowała się jako „bizneswoman" − ciemnoszara spódniczka i takiż żakiecik, biała bluzka z błękitną apaszką, czarne pończoszki i wypucowane jak lustro pantofelki, kapelusik z wyciętymi otworami na uszy oraz czarna, skórzana torebka przewieszona przez ramię. Zgredek w grafitowym garniturze z szarą koszulą i czerwonym krawatem znakomicie do niej pasował. Oba elfy miały na lewej piersi wyhaftowany herb Potterów. Kiedy Harry zaczął z obojgiem rozmowę na temat ubrania spodziewał się, że będzie musiał stoczyć z nimi ciężką walkę. Nic podobnego jednak nie nastąpiło. Argument, że „członkowie starożytnej rodziny Potter nie mogą wyglądać jak łachmaniarze" wystarczył. Oba skrzaty zrozumiały natychmiast, że ich Mistrz traktuje sprawę prestiżowo i po prostu nie mogą chodzić w obszarpanych, brudnych szmatach. Harry dał im pieniądze by sami kupili sobie ubrania i to ostatecznie przypieczętowało przekonanie obojga, że są traktowani poważnie i naprawdę stali się członkami rodziny. A potem, zanim ruszyli na zakupy oboje odbyli naradę z Luną, która zaprezentowała im najnowsze katalogi mugolskiej męskiej i damskiej mody. Rezultat przeszedł wszelkie oczekiwania. A szok członków Wizengamotu był wspaniałą nagrodą dla Harry'ego za jego wysiłki.

− Panie Ministrze, Przewodniczący i Szanowni Członkowie Wizengamotu, przedstawiam skrzaty przynależne do rodziny Potter, oto Mrużka i Zgredek Potter − powiedział Harry najbardziej formalnie jak tylko potrafił. − Mrużko, Zgredku, mam dla was bardzo poważne zadanie − poinformował elfy. − Ale najpierw muszę uzupełnić wasze ubrania o dwa herby, rodów Black i Peverell. Właśnie się dowiedziałem, że mi się to należy, zatem wam, oczywiście też.

Harry machnął różdżką i na ubraniach obojga skrzatów obok herbu Pottera pojawiły się jeszcze dwa inne − Black i Peverell. Małe istotki spojrzały na siebie i zaczęły wykrzykiwać radosne podziękowania, nie pomijając stwierdzenia, że „mistrz Harry jest największym czarodziejem na świecie!"

Severus Snape spojrzał na Harry'ego i całkiem jawnie puścił do niego oko. No, tak, jego skrzaty też były członkami rodziny Snape.

− Sugeruję poproszenie o pomoc hogwardzkie skrzaty − poradził.

− Słusznie, dziękuję za sugestię! − Harry skinął głową i odwrócił się do skrzatów. − Mrużko, Zgredku, spójrzcie na tę górę listów i paczek − powiedział wskazując na stos korespondencji. − To wszystko ludzie przysyłali mi przez ostatnie piętnaście lat, ale dyrektor Hogwartu ukrył moją pocztę przede mną i dopiero kilka minut temu zmusiłem go, żeby mi ją oddał i zlikwidował nałożone na mnie zaklęcie blokujące otrzymywanie listów. Trzeba to wszystko posortować! Zgredku, idź teraz do Hogwartu i powiedz skrzatom o co chodzi, przekaż im, że proszę je o pomoc w posortowaniu tego bałaganu. Jeśli się zgodzą, to niech wezmą ze sobą skrzynki i pudła, jak najwięcej!

Zgredek pstryknął palcami i zniknął.

− Mistrzu Harry, skrzaty Hogwartu nie odmówią twojej prośbie, są twoimi sługami, jesteś ostatnim potomkiem dwóch założycieli, Godryka Gryffindora i Salazara Slytherina! − zawołała Mrużka.

− Dobrze wiedzieć − warknął Harry, rzucając mordercze spojrzenie Dumbledore'owi. A dyrektor nie miał pojęcia, że Harry już się o tym dowiedział. Z książek i pamiętników, które dał mu Olaf Goldstone. Jego norweski kuzyn sam chyba nie przeczytał tego zbyt dokładnie, bo kilkakrotnie mówił, że Salazar Slytherin nie miał dzieci. Ale ze spisanych przez jego przodków opowieści wynikało jednak coś innego. Slytherin miał nieślubną córkę i babcia Harry'ego, mama Lily była jej potomkiem. A Ignotus Peverell, najmłodszy z trzech sławnych braci, był antenatem Potterów, gdyż jego wnuczka, Iolande, poślubiła Hardwina Pottera, którego przodkiem był Godryk Gryffindor. Oczywiście, Harry nie zamierzał informować dyrektora o swojej wiedzy na ten temat. Patrzył na niego ze złością, dając mu do zrozumienia jak bardzo jest zraniony i rozczarowany jego postępowaniem i ukrywaniem przed nim tak ważnych informacji.

Nie mógł już zrobić ani powiedzieć nic więcej, gdyż wokół niego zaroiło się od podnieconych skrzatów wykrzykujących głośno zapewnienia, że są gotowe do pracy dla „Mistrza Harry'ego Pottera". Jednocześnie członkowie Wizengamotu przezwyciężyli zaskoczenie rozwojem sytuacji i też zaczęli coś wykrzykiwać, co spowodowało taki hałas, że w sali zgromadzenia zapanowało istne pandemonium. Nagle rozległ się ogłuszający huk, co sprawiło, że wszyscy zamarli.

Dumbledore stał z wyciągniętą w górę różdżką.

− Spokój! − ryknął. Odwrócił się do Harry'ego i przez chwilę przyglądał mu się z naganą. − Czy zdajesz sobie sprawę, co zrobiłeś? − spytał sucho.

− Owszem, doskonale! − wycedził chłopak. − Przypominam szanownym państwu, że nie ja zwołałem nadzwyczajne zebranie waszego szacownego grona! Ja się tu do was nie pchałem z żądaniem, byście mnie wzięli w opiekę!

###########################################################################

Ponieważ opis wydarzeń zaistniałych podczas tego nadzwyczajnego zebrania Wizengamotu wyszedł mi bardzo długi, podzieliłam go na dwie części. Drugą część opublikuję za kilka dni (jeśli mi coś nie przeszkodzi…).

Kwestia poczty Harry'ego Pottera − zetknęłam się z tym pomysłem w kilkunastu opowiadaniach fanowskich i uświadomiłam sobie, że jest to bardzo logiczny domysł! Rowling nic nie pisała o tym, czy czarodzieje wysyłali Harry'emu listy i paczki, ale nasza Autorka nie wspominała w swoich książkach o całym mnóstwie drobiazgów, i nie natknęłam się na rozważania o poczcie Pottera w żadnym tekście informacyjnym na stronach o HP. Jeśli ktoś coś wie na ten temat, to bardzo proszę o wzmiankę w komentarzach lub na priv w e−mailu! Dlatego skorzystałam z tego pomysłu i włączyłam go do mojego opowiadania. Bo jeśli ludzie wysyłali do chłopca listy, to co się z nimi stało? Jedynym człowiekiem, który mógł tu coś zdziałać i założyć zaklęcia blokowania poczty był Dumbledore.

Mam nadzieję, że nie zostanę oskarżona o plagiat i kradzież pomysłu. Bo ten wątek pojawił się w tak wielu fanfikach, że chyba już można go uznać za kanon fanowskich pomysłów!