Betowała Gaya, dzięki!
Rozdział 2
Dom na skraju morza, dom nad brzegiem rzeki
Dawno temu budynek ośrodka wczasowego miał drzwi wejściowe pomalowane białą, olejną farbą, która łuszczyła się i żółkła przy progu. Tuż przed nimi, na wąskiej werandzie, leżała słomiana wycieraczka, ale niemal nikt jej nie używał, ponieważ większość chłopców rzuciła buty w kąt sieni pierwszego dnia i nie ubierała aż do ostatniego, nawet gdy padało.
Tom też chodził boso, choć początkowo ciągle kaleczył stopy na kamienistej plaży – kiedy jednak pięty mu zrogowaciały, bardzo to polubił. Buty w sierocińcu zwykle dziedziczyło się po innych dzieciach i po jakimś czasie przekazywało młodszym, aż do momentu, gdy całkiem się rozpadły. Zazwyczaj były trochę zbyt luźne albo zbyt ciasne, obcierały, a niekiedy miały pękniętą podeszwę lub dziury załatane kawałkami grubej tektury. Poza tym Toma zawsze brzydziło noszenie rzeczy po innych – miał wrażenie, że ciągle czuje smród poprzednich właścicieli, którego nie mógł stłumić nawet zapach środków dezynfekujących. Tylko starsi wychowankowie mieli czasami nowe buty i ubrania – jeśli po szkole chodzili do pracy – reszta musiała podzielić się tymi z darów.
Riddle nienawidził momentu, gdy na sznurach na podwórzu suszyły się bure, podniszczone szmaty, a jego rówieśnicy tłoczyli się przy oknach w świetlicy i kłócili, który co dostanie.
On z góry wiedział, że przypadną mu najgorsze, bo był złym dzieckiem. Wtedy jeszcze nie potrafił tego ukrywać.
Ale w domu nad morzem większość chłopców latała w samych majtkach, co gorszyło dziewczynki – po części dlatego, że im nie wolno było tak się zachowywać. Przynajmniej na początku, gdy opiekunowie próbowali jeszcze wszystkich upilnować. Po paru dniach pomiędzy dziećmi a dorosłymi pojawiło się niewypowiedziane porozumienie – pierwsi pojawiali się w ośrodku przy śniadaniu i obiedzie ze wszystkimi kończynami na właściwych miejscach i dopuszczalną ilością siniaków, drudzy zaś nie wnikali, co działo się pomiędzy posiłkami.
Tom większość czasu spędzał na samotnych wędrówkach brzegiem morza lub wzdłuż skraju klifów. Potrafił godzinami patrzeć na toń, choć ani razu nie wszedł do wody.
W trakcie jednej z takich wędrówek znalazł jaskinię, do której wejść można było tylko podczas odpływu. Na jej dnie tworzyło się jezioro, ciemne i spokojne. Tafla wody drżała wyłącznie, gdy tuż pod nią przepływała uwięziona ryba.
Tamto jezioro, tamta jaskinia – wciąż w nim były.
Kiedy dotarł do miejsca, w którym zaczynała się ścieżka prowadząca do groty, trochę mocniej zabiło mu serce. Przyspieszył kroku.
Harry wlókł się za nim, ze wzrokiem wbitym w ziemię, co jakiś czas kaszląc. Niechlujnie narzucona niewidka sprawiała, że przez większość czasu widać było tylko jego głowę.
– Zdejmij pelerynę – rozkazał mu Tom. – Niedługo będziemy widzieli ośrodek.
Chłopiec zrobił to irytująco powoli, wręcz ślamazarnie. Tom schował pelerynę i spojrzał na zachmurzone niebo, zastanawiając się, czy dadzą radę dojść do budynku, zanim spadnie deszcz. Jego też powoli zaczynały łapać dreszcze – nie sądził, że się przeziębi, bo od zawsze miał żelazne zdrowie, ale wolał nie ryzykować. Poza tym czuł coraz silniejszy głód, uczucie tym bardziej drażniące, że niemal zapomniane.
Podejrzewał, że jest koło jedenastej, więc trochę zbyt późno na śniadanie. Miał jednak nadzieję, że choć parę kanapek zostało w kuchni. Nie wiedział jeszcze, w jaki sposób je wyżebrze, ale nie przejmował się tym – zazwyczaj odpowiednie słowa same mu się nasuwały.
Wspięli się na niewielkie wzniesienie i w końcu dostrzegli prostą bryłę ceglanego, parterowego budynku. Już z daleka Tom zorientował się, że coś się zmieniło. Dom był mniejszy niż zapamiętał – to go nie zaskoczyło – i na pewno kiedyś nie stał tak blisko morza. Riddle pamiętał obszerne, wysypane żwirem podwórze i porośnięte trawą boisko, które od urwiska oddzielał wysoki parkan. Teraz płot zniknął, a pomiędzy drzwiami wejściowymi a brzegiem klifu znajdowało się najwyżej piętnaście jardów ziemi.
Z każdym kolejnym krokiem Tom coraz bardziej uświadamiał sobie ogrom czasu, który mu zabrano.
Budynek otoczony był drucianą siatką, która zdążyła przerdzewieć. Płot w jednym miejscu przechylił się na bok i upadł pod własnym ciężarem. Riddle podszedł tam, po drodze mijając tablice informujące o zakazie wstępu i tym, że budynek przeznaczony jest do rozbiórki. Przeszedł po siatce, czując dziwne oszołomienie.
Drzwi wejściowych nie było, zostały po nich tylko masywne zawiasy i pożółkły, na wpół przegniły próg. Przestąpił go niepewnie, z wrażeniem, że na własne życzenie zanurza się w koszmarze. Harry szedł za nim.
Tam, gdzie była stołówka, zarwał się dach. Belka stropowa upadając zniszczyła część podłogi – wokół pękniętych desek leżały odłamki dachówek, nie czerwone, a szare od pyłu. W większości pomieszczeń szyby zostały wytłuczone, lecz w dwóch sypianiach dziury zasłonięto deskami i szmatami. Tom zauważył parę legowisk zrobionych ze starych koców – cuchnęło od nich jak od martwych zwierząt – i cofnął się ze wstrętem.
Dlaczego...?, pomyślał.
W świetlicy na ścianie wciąż widać było zarys aeroplanu na tle wielkiego, koślawego słońca, ale rysunek całkowicie wyblakł. Riddle minął go, podchodząc do najbliższego okna. Na parapecie kiedyś wyrył swoje inicjały, ale teraz ich nie znalazł. Nie potrafił nawet powiedzieć, czy okno zostało wymienione, czy ślady po prostu się zatarły.
– Tom, idziemy już? – spytał Harry ze zniechęceniem.
Riddle zamarł, z jedną dłonią położoną na parapecie.
– Nie, musisz odpocząć – stwierdził. – Poza tym nie dojdziemy do wioski, zanim zacznie padać.
O ile tamta wioska jeszcze istnieje, pomyślał.
– Nikt nie powinien tu wrócić do nocy, ale zostawię ci pelerynę i nóż na wszelki wypadek – dodał matowym głosem. – Ja skoczę na grób i później poszukam lepszej kryjówki. W porządku?
W odłamku szyby zobaczył, że Harry wzrusza ramionami.
Kiedy wychodził z budynku, czuł się, jakby został właśnie oszukany.
xxx
Tom pospiesznie zabezpieczył grób i narzucił na niego parę zaklęć rozpraszających, choć niezbyt potężnych – powinny jednak zmylić zwierzęta, mugoli i tych z czarodziejów, którzy nie przeszukiwaliby tego terenu specjalnie. Co jakiś czas chłopak zerkał na niebo, zastanawiając się, kiedy wreszcie się rozpada. Choć wiatr ciągle się wzmagał, a chmury piętrzyły po horyzont, burza wciąż nie nadchodziła.
Następnie aportował się prosto w londyńską ulewę. Przemókł natychmiast, jakby ktoś wylał na niego wiadro lodowatej wody. Wzdrygnął się zaskoczony i wzrokiem poszukał najbliższej osłony. Znów drgnął, gdy z tyłu usłyszał wysoki, przeszywający dźwięk – odruchowo uskoczył w bok, oglądając się przez ramię.
Kierowca pojazdu, ignorując deszcz, wyjrzał na moment przez boczne okienko i zwyzywał go od idiotów. W ciągu krótkiej chwili utworzył się za nim korek.
Riddle patrzył na niego lekko oszołomiony. Powoli docierało do niego, że machina, którą mężczyzna prowadził, musiała być samochodem, podobnie jak wszystkie inne tłoczące się na ulicy. Nie przypominały jednak znanych mu aut.
Cofnął się o parę kroków i włożył rękę do kieszeni, odruchowo łapiąc za różdżkę.
Samochód, który na niego trąbił – zbyt smukły, zbyt jaskrawy – odjechał, a kolejne ruszyły za nim. Ich sznur zdawał się nie mieć końca, więc Tom zamarł, wpatrując się w nie z zainteresowaniem. Najpierw wydawało mu się, że mają wszystkie możliwe kształty i barwy, ale szybko zaczął dostrzegać regułę – przeważały podłużne, nieco kanciaste, czterodrzwiowe, najczęściej z obniżonym tyłem, szare i czarne, rzadziej innego koloru. Gdy to zauważył, początkowe zaciekawienie minęło – uświadomił sobie, że wszystkie prawdopodobnie napędzane są w ten sam sposób, więc ich różnorodność jest tylko złudzeniem. Budowę silnika spalinowego poznał, zanim jeszcze udał się do Hogwartu – interesował się mugolską technologią, dopóki nie odkrył jak toporna i zacofana jest w stosunku do magii – więc wiedział, w jaki sposób działa. Podejrzewał, że przez ostatnie lata został ulepszony, ale obserwując dym wylatujący z rur wydechowych, wątpił, aby zamieniono go na coś bardziej wydajnego.
Mugole mimo wszystko byli zbyt ograniczeni przez prawa fizyki.
Riddle pomyślał, że starania tych ludzi są żałosne, bo z góry skazane na porażkę – niezależnie od tego, ile geniuszy spłodzą ich zwierzęce ciała, nigdy nie będą w stanie aportować się, czytać w myślach czy choćby tworzyć szczury z filiżanek, co potrafił każdy dwunastoletni czarodziej. Na swój sposób było to też smutne.
Jak wyglądałby świat, gdyby Newton urodził się po naszej stronie?, zastanowił się.
W końcu oderwał od samochodów wzrok, postawił kołnierz koszuli, jakby mogło to choć trochę ochronić go od deszczu i ruszył w dół ulicy, lekko przygarbiony, chowając dłonie w kieszeniach. Widział, że zwraca uwagę w swoim zbyt lekkim ubraniu, ale nikt z nielicznych przechodniów nie próbował go zaczepić.
Tom wszedł w boczną ulicę, oddalając się od ruchliwej arterii. Poczuł ulgę, gdy hałas nieco zelżał – nawet nie był świadomy, jak mu przeszkadza, dopóki od niego nie uciekł. Skręcił jeszcze parę razy, docierając do okolic, które o tej porze zdawały się wręcz wyludnione.
Stojące przy ulicy domy wyglądały znajomo, niemal tak, jak w jego czasach. Wąskie budynki z wąskimi okienkami, przytulone do siebie niczym przerażone dzieci, a od jezdni oddzielone jedynie betonowym chodnikiem – nigdy nie lubił tej architektury. Zbyt kojarzyła mu się z jego sierocińcem, klaustrofobicznymi pokoikami i wysokim murem, nad którym można było dojrzeć niebo tylko, kiedy mocno zadarło się głowę.
Wolał Hogwart – z jego przepastnymi błoniami, starym lasem, rozległym jeziorem, z tysiącami pustych klas i sekretnych przejść – z przestrzenią, której pragnął odkąd tylko pamiętał.
Nigdy nie potrafił zrozumieć, dlaczego dyrektor zabraniał mu zostać w zamku na wakacje. Argument, że nie miałby go kto przypilnować, był błędny z założenia – w szkole przez cały rok mieszkały skrzaty, a Tom wiedział od innych Ślizgonów, że w czystokrwistych rodach to one czuwały nad dziećmi. Załatwienie formalności w Ministerstwie mogło być trudne, ale nie niemożliwe, zwłaszcza że Dippet utrzymywał dobre stosunki kilkoma ważniejszymi osobami stamtąd. Mimo tego staruszek rok po roku konsekwentnie mu odmawiał, wymyślając coraz to inne wymówki – czasem rozsądne, czasem nie.
Gdyby Riddle miał paranoję, uznałby, że był w to zamieszany Dumbledore, ponieważ tylko on mu nie ufał. Nie potrafił jednak znaleźć powodu, dla którego nauczyciel miałby to robić.
Przezwyciężając niechęć, Tom podszedł do drzwi najbliższego domu. Przez chwilę szukał kołatki, a gdy jej nie znalazł, z pewnym powątpiewaniem nacisnął przycisk z rysunkiem dzwonka. Skrzywił się, słysząc kolejny wysoki dźwięk, choć tym razem stłumiony przez mury. Jeśli teraz świat kochał takie odgłosy, życie w nim mogło okazać się męką.
Gdy nikt mu nie otworzył, zadzwonił jeszcze raz, odczekał parę minut, rozejrzał, czy nikt go nie obserwuje, po czym aportował do wnętrza budynku.
Od razu potknął się o buty leżące na środku maleńkiego przedpokoju. Odruchowo podniósł je i ustawił pod ścianą. Następnie osuszył czarem siebie i podłogę, na której ściekająca z niego woda zdążyła uformować kałużę.
Obszedł dom niespiesznie, wiedząc, że jeśli wrócą właściciele, z łatwością ucieknie. Szybko zorientował się, że mieszka tu małżeństwo z jedną córką, biorąc pod uwagę zdjęcia – Tom wyjął jedno z ramki i sprawdził datę z tyłu – około dziesięcioletnią.
Na początku skupił się na szukaniu pieniędzy, ale szybko pochłonęło go zwiedzanie. Wszystko wydawało mu się osobliwe, niekiedy nawet cudaczne. Niektórych sprzętów nie potrafił nazwać, szczególnie tych stojących w kuchni, inne rozpoznawał, ale sposób ich wykonania całkowicie się zmienił.
W dodatku szybko poczuł się zdezorientowany. Rodzina, która tu mieszkała, nie wydawała się bogata. Ich meble były proste, wykończone w niedbały sposób, a ubrania niezbyt eleganckie. Kobieta miała tylko kilka sukienek, podobnie jak jej córka, Tom za to znalazł w szafie wiele par roboczych spodni z grubego materiału, chyba dżinsów. W pierwszej chwili uznał więc, że to rodzina robotnicza, prawdopodobnie pracownicy którejś z fabryk. Posiadali jednak lodówkę i telewizor – przynajmniej Riddle zgadywał, że to te sprzęty – więc rzeczy luksusowe. W dodatku pokój dziewczynki tonął w zabawkach, w większości wykonanych z jaskrawego, lekkiego tworzywa, a sama ilość bibelotów, narzut czy obrazów upchniętych w niewielkich pokojach, sugerowała pewną zamożność.
Znalazł łazienkę, podwinął rękawy koszuli i starannie umył ręce, szorując je aż do łokci. Próbował zebrać myśli, mimowolnie zauważając kolejne szczegóły. Woda lecąca z kranu była przejrzysta, bez żółtego zabarwienia, a przede wszystkim gorąca. Mydło przyjemnie pachniało i pieniło się. Przy lustrze wisiał ręcznik z niepokojącym wzorem – zielonymi hybrydami ludzi i żółwi.
Minęło niemal pięćdziesiąt lat.
Wiedział o tym, odkąd Ginny zapisała datę w dzienniku, ale wcześniej chyba nie rozumiał, co to znaczy, albo po prostu nie chciał uwierzyć, że…
Że spędził tam pół wieku.
Zacisnął palce mocno na brzegu umywalki i spojrzał w lustro. Wyglądał jak prawdziwy człowiek. To go uspokoiło.
W końcu znalazł pieniądze w szufladzie komody. Zamiast się ucieszyć, poczuł frustrację, że nie wie, ile są teraz warte. Obrócił w palcach dwudziestopensówkę i spojrzał na obcą twarz na rewersie.
Elżbieta II, przeczytał. Naprawdę, tamta dziewczyna?
Kiedyś planował ją uwieść i zostać przyszłym królem. Miał wtedy osiem lat.
Zabrał z tego domu również gruby szary sweter, kurtkę ze śliskiego, nieznanego mu materiału i żółty parasol, który sam musiał zreperować.
Na ulicy odkrył, że najgorsza ulewa minęła, zastąpiona przez niezbyt uciążliwą mżawkę. Zanim odszukał najbliższą księgarnię, całkowicie się wypogodziło.
Kupił mapę Londynu i chwilę pogawędził ze sprzedawcą. Powiedział, że mieszka w Ashbourne, ale bardzo spodobało mu się tutaj i chciałby przeprowadzić się po skończeniu szkoły. W ciągu kwadransa dowiedział się, że to zły pomysł, chyba że na studia, bo z pracą jest krucho, życie drogie jak jasna cholera – zwłaszcza po wrześniu – ale mieszkania za to tanie. Kiedy wychodził, orientował się już mniej więcej w cenach oraz sytuacji ekonomicznej kraju.
Później zajrzał do pobliskiej piekarni, po części, aby potwierdzić informacje, po części dlatego, że był naprawdę głodny.
Wreszcie stwierdził, że nie powinien zostawiać Harry'ego tak długo samego, więc musi się pospieszyć.
Przestudiował mapę i ostatecznie zdecydował się na Battersea Park, ponieważ spodobało mu się, że przylega do Tamizy. Aportował się na alejce biegnącej wzdłuż rzeki, strasząc przy tym parę nastolatków, która obmacywała się, siedząc na oparciu ławki. Odsunęli się siebie gwałtownie i rozejrzeli, szukając źródła hałasu. Kiedy ich mijał, Tom uśmiechnął się do dziewczyny, bo zauważył, że patrzy na niego z zaciekawieniem. Poczerwieniała i powiedziała coś cicho do swojego chłopaka, a ten roześmiał się. Riddle zapamiętał ich zachowanie.
W Hogwarcie nigdy nie zbliżył się do żadnej z dziewczyn, bo chciał uniknąć zbędnych kłopotów – teraz miał większą swobodę, więc stwierdził, że zrobi to w międzyczasie. Interesowało go wszystko, co ludzkie.
Po paru minutach doszedł do Albert Bridge Road. Przeszedł na drugą stronę ulicy i stanął z rezygnacją przed szeregiem dwupiętrowych, stykających się ścianami domów. Przynajmniej posiadały małe ogródki, a ich partery pomalowano na biało, dzięki czemu nie wyglądały tak ponuro. Zastanowił się, czy nie poszukać czegoś innego – chodząc po mieście zauważył parę ciekawych, nowych budynków – ale w końcu stwierdził, że mieszkanie w bloku byłoby jeszcze gorsze.
W oknie jednego z domów zauważył delikatne, nieco migotliwe światło, więc przeskoczył przez niski murek i wspiął się na prowadzące do drzwi schody. Po drodze wyciągnął różdżkę.
Zanim wcisnął dzwonek, jeszcze raz się odwrócił. Po drugiej stronie ulicy miał park, po lewej, w odległości jakichś dwudziestu jardów, most i Tamizę. Nie był to widok z Hogwartu, ale prawdopodobnie najlepsza jego namiastka, jaką mógł zdobyć w Londynie. Na razie musiała wystarczyć.
Rozejrzał się i sprawdził, czy nie ma świadków, wreszcie zadzwonił. Musiał czekać irytująco długo.
Otworzyła mu opatulona w szlafrok kobieta. Kichnęła na przywitanie.
– Przepraszam – jęknęła, przyciskając do nosa zmiętą chusteczkę. – Jestem dzisiaj żywą bombą biologiczną, lepiej się odsuń.
Tom się jej przyjrzał.
Miała koło trzydziestu lat, jedenaście piegów, drobną bliznę na podbródku i włosy tak nastroszone, że upodabniały ją do jeża. Zerknął na jej ręce i nie zauważył obrączki, ale upewnił się:
– Przepraszam, czy zastałem pani męża?
– Danny'ego? – Znów kichnęła. – Wykopałam drania ze dwa lata temu, mieszka teraz gdzieś na… Hm, chyba na Well Street, ale musiałabym zadzwonić do jego siostry i się dopytać. To coś ważnego?
– Danny'ego? – Zmieszał się. – Will mówił, że jego ojciec… ma pani syna prawda? Taki mały? – Machnął dłonią na wysokości swojej piersi.
Kobieta pokręciła głową i wytarła nos.
– Precyzyjny to ty nie jesteś – powiedziała z przekąsem, jednak zaraz się uśmiechnęła. – Ale mój smark na pewno Will się nie nazywa, a i wymiarowo trochę mu brakuje. Zupełnie pomyliłeś adresy, prawda?
– I żadnych innych dzieci pani nie ma? – spytał, jakby tracił resztki nadziei.
Roześmiała się, znowu pokręciła głową.
– Nie, na szczęście. Już jeden nieźle daje w kość.
Tom zastanowił się.
– Mogło być gorzej – stwierdził i rzucił zaklęcie.
xxx
Severus odkrył, jak bardzo odwykł od tego mdlącego uczucia strachu i wrażenia, że cokolwiek zrobi, nie będzie to miało żadnego znaczenia.
Przed godziną, gdy stało się jasne, że nie znajdą Weasley sami, Albus wysłał do Ministerstwa prośbę o sprawdzenie jej Namiaru. Kwadrans później po Hogwarcie krążyła chmara aurorów, a Minerwa – ta stara, twarda cholera – próbowała przeliczyć swoich wychowanków i nie rozpłakać się przy tym.
Co za absurd, pomyślał. Wiedzą zawsze, że jakiś szczeniak rzucił Galaretowate Nóżki, ale że Namiar zniknął, już, kurwa, nie.
Zdawał sobie sprawę, z czego to wynika – natura zaklęcia, ograniczenia techniczne – ale i tak czuł wściekłość na pracowników Ministerstwa. I na nich, i na siebie – bo mogli to zauważyć, bo mógł kazać Dumbledore'owi wcześniej o to zapytać.
I może, gdyby to zrobił, szybciej zauważyliby, że Potter też przepadł.
Mniej więcej godzinę temu Granger i Weasley powiedzieli Minewrze, że nigdzie nie mogą znaleźć Harry'ego.
Snape jeszcze raz upewnił się, że wszyscy Ślizgoni są w Pokoju Wspólnym, kazał prefektom ich pilnować i zagroził, że każdemu, kto opuści pomieszczenie bez jego zgody, wlepi półroczny szlaban. A później wziął na bok grupkę siedmiorocznych i poprosił, żeby usiedli blisko drzwi i – gdyby coś się stało – nie ograniczali się.
Wiedział, że przynajmniej trójka z nich zna trochę zbyt dobrze czarną magię, więc to, co robi jest skrajnie niepedagogiczne – zwłaszcza że przez ostatnie siedem lat próbował wybić im ją z głowy – ale w tym momencie wolał, żeby kogoś zabili niż sami dali się zamordować.
I tak czuł niepokój, gdy wychodził, jakby czegoś nie dopilnował.
Na parterze zerknął do holu przez otwarte drzwi i odruchowo cofnął się o krok. Dotarli rodzice Ginewry i Albus właśnie ich witał. Była z nim Minerwa i jakiś auror, którego Snape nie znał, ale brakowało dzieci. Severus wycofał się na schody, czując mimowolną ulgę, że nie musi im towarzyszyć – nie nadawał się do przekazywania złych wieści.
Potrafił wyobrazić sobie, jak to będzie wyglądać. Na pewno powiedzą rodzicom, że Namiar zniknął, ale poszukiwania wciąż trwają. Nikt nie stwierdzi, że dziewczynka umarła, choć to najbardziej prawdopodobna opcja. Powiedzą, żeby nie tracili nadziei, bo mogła zostać objęta nieznaną klątwą lub w inny sposób się spod niego uwolnić, a czarna magia wciąż ewoluuje i przekształca się. Może ewentualnie auror wspomni, żeby mimo wszystko przygotowali się na najgorsze.
I będą się spieszyć – Albus i Minerwa – bo Harry był ważniejszy od Ginewry. Przede wszystkim wciąż żył.
Snape musiał zatrzymać się na chwilę i głęboko odetchnąć. Mógł nie znosić gówniarza, ale obiecał go chronić – gdyby teraz Potter zginął…
Gdyby okazało się, że dzieciak szlajał się po Hogsmeade, Zakazanym Lesie albo po prostu zignorował zbiórkę, chyba sam by go zamordował.
Zajrzał do Pokoju Wspólnego Gryffindoru i spytał prefekta, gdzie jest Granger. Chłopak powiedział, że właśnie przesłuchują ją aurorzy w gabinecie profesora Flitwicka, więc Severus poszedł zaczaić się pod drzwiami. Stała tam już Vector, pilnująca paru innych uczniów z pierwszej i drugiej klasy.
Dziewczynka wkrótce wyszła. Wyglądała jak przestraszone zwierzątko.
– Panno Granger, proszę ze mną – powiedział, ignorując ostrzegawcze spojrzenie nauczycielki.
Hermiona skinęła głową niepewnie.
Zabrał ją do swojego gabinetu i kazał usiąść. Przycupnęła na skraju krzesła, rękami obejmując brzuch.
– Gdzie jest Potter? – spytał na wszelki wypadek, samemu siadając.
– Nie wiem.
Spodziewał się tej odpowiedzi.
– Kiedy widziałaś go ostatnio?
– Chyba na pierwszej lekcji. Później pobiegł do dormitorium po pe… – zająknęła się i zaczerwieniła. – Percy'ego. Przynajmniej tak nam powiedział.
– Panno Granger, nie mam czasu, żeby wysłuchiwać tak nieudolnych kłamstw – stwierdził lodowato, starając się opanować gniew.
Hermiona spuściła wzrok, ale nic na to nie odpowiedziała.
– Po co pobiegł do dormitorium?
Milczenie.
Wstał i mocno uderzył otworzoną dłonią w biurko, tuż przed nią. Wzdrygnęła się.
– Powiedziałam już wszystko aurorom – wymamrotała. A później spojrzała na niego wyzywająco, czego się nie spodziewał. – Dlaczego mam to panu powtarzać, profesorze?
– Choćby dlatego, że aurorzy nie znają Hogwartu tak dobrze jak ja, Granger.
Wykorzystując to, że mógł spojrzeć dziewczynce w oczy, delikatnie musnął jej umysł Legilimencją. Zaskoczyło go, jak silna była jej nieufność – niemal wrogość.
Zmusił się do uspokojenia i usiadł na swoim miejscu. Przez chwilę wodził wzrokiem po półkach zastawionych książkami i preparatami, licząc w myślach do dwudziestu.
– Wolałabyś porozmawiać z profesor McGonagall albo dyrektorem? – spytał.
Po chwili wahania Hermiona pokręciła głową. To również było dziwne.
– Panno Granger, Potter może być teraz w śmiertelnym niebezpieczeństwie – powiedział powoli i dobitnie, obserwując jak kuli się coraz bardziej z każdym kolejnym słowem. – Dlaczego nie chcesz współpracować? – złagodził nieco ton głosu.
Czuł, że jej niechęć do nauczycieli jest istotna.
Dziewczynka przełknęła ślinę. Znów milczała chwilę, ale nie popędzał jej.
– Czy może profesor odpowiedzieć na moje pytanie? – Wzrok miała wbity w podłogę i lekko trzęsły się jej ręce.
– Tak.
– Czy… czy Harry zabił w zeszłym roku profesora Quirrella?
W pierwszej chwili chciał warknąć, że nie ma to nic do rzeczy, ale powstrzymał się. Najwyraźniej miało.
– Po pierwsze, Potter się bronił. Po drugie, profesor był opętany – powiedział sucho.
– Ale umarł?
Zastanowił się, czy nie skłamać, ale uznał, że nie ma to sensu.
– Tak, profesor Quirrell umarł – stwierdził.
Hermiona skinęła głową lekko, jakby tylko potwierdził jej przypuszczenia.
– Czy to… – zaczęła cicho, ale odetchnęła raz, uniosła głowę i dokończyła pytanie normalnym głosem. – ...był test dla Harry'ego?
– Test? – nie zrozumiał.
– Sprawdzian, czy jest w stanie zranić Sam-Wiesz-Kogo. Czy ma taką moc. – Choć cała się trzęsła, mówiła spokojnie.
W pierwszym momencie chciał ją wyśmiać, tak absurdalne było to pytanie, ale uznał, że wtedy znowu by się wycofała.
– Dlaczego tak myślisz?
– Bo wtedy wszystko ma sens. To, że dostał pelerynę od dyrektora, a później miał szlaban w Zakazanym Lesie, choć coś złego po nim krążyło. I że dyrektor nie wyrzucił od razu profesora Quirella, choć wiedział, że ktoś próbuje zabić Harry'ego, jak wtedy na meczu. I że w ogóle schował tutaj kamień, choć w szkole jest pełno dzieci, a i tak go zniszczyli po roku. I że profesor McGonagall nic nie zrobiła, choć mówiliśmy jej, że ktoś będzie chciał ukraść tej nocy kamień. I że dyrektor zjawił się tak późno, choć jakby ktoś się teleportował, znaczy aportował po niego, to by był zaraz. I że te wszystkie zabezpieczenia były takie strasznie proste… – Na koniec załamał się jej głos. Otarła z irytacją łzy, które napłynęły jej do oczu. – To wszystko było po to, żeby zobaczyć, czy Harry go może zabić?
Przez chwilę mógł tylko na nią patrzeć.
– Granger, jesteś idiotką – wyrwało mu się.
Dziewczynka wzruszyła ramionami, ale nie odwróciła wzroku.
– Czy jeśli ci odpowiem, będziesz ze mną współpracować? – upewnił się.
Skinęła głową.
– To nie był żaden rodzaj testu – powiedział chłodno. – Tylko pułapka.
– Pułapka?
– Pułapka, Granger. Ostatnia ściana ognia, którą pewnie widziałaś, prowadziła do pomieszczenia, z którego nie dało się wydostać bez pomocy z zewnątrz.
– Ale tam pisało, przy flakonikach znaczy… Och.
– Zaczynasz rozumieć? – spytał z przekąsem. Zanim odpowiedziała, kontynuował: – Dyrektor zdecydował się zaryzykować, bo wiedział, że teraz, gdy Harry znów pojawił się w magicznym świecie, Czarny Pan będzie chciał powrócić jak najszybciej. I w tym pośpiechu zacznie popełniać błędy. Opętanie Quirella było jednym z nich.
– Więc Kamień Filozoficzny w lustrze był fałszywy? – spytała cicho.
– Nie, on nie nabrałby się na fałszywy.
– Więc jakby się wam nie udało, on by wrócił.
– Owszem, Granger, to było ryzyko, które podjęliśmy.
Dziewczynka myślała przez chwilę. Znów musnął jej umysł i zauważył, że trochę się uspokoiła.
– Ale dlaczego dyrektor nam tego nie powiedział? – spytała. – Wtedy, gdy już było po wszystkim?
– Uznał, że byłoby okrutne uświadamianie was, że ryzykowaliście życie bez sensu. Poza tym wykazaliście się tak cenioną przez niego odwagą – powiedział, znów czując gniew, tym razem i na uczniów, i na dyrektora. – Zapewniam, Granger, że gdyby Potter był moim synem, sprałbym go za tę odwagę tak, że przez miesiąc nie podniósłby się z łóżka.
Dziewczynka spojrzała na niego z przestrachem, więc znów odliczył do dwudziestu. Wtedy uświadomił sobie, że to, co powiedział, było prawdą.
Zachowuję się jak ojciec, pomyślał z obrzydzeniem.
– Ale to nie tłumaczy, czemu dyrektor dał mu pelerynę niewidkę, posłał do lasu i wrócił tak późno – stwierdziła.
Nie, nie tłumaczy, pomyślał ze zniechęceniem.
– Więc spytaj o to jego. Później. Teraz musimy znaleźć Pottera – przypomniał jej i spojrzał znacząco na stojący na biurku zegar. Zmarnowali sporo czasu, ale dzięki temu trochę rozjaśniło się mu w głowie. – Mówiłaś, że Potter pobiegł po Percy'ego Weasleya? – spytał kąśliwie.
– Po pelerynę niewidkę – przyznała wreszcie.
Cudownie.
– Masz pomysł, gdzie mógł pójść później?
– Wydaje mi się, że mieli z Ginny jakieś sekretne miejsce, do którego często chodzili, ale ani ja, ani Ron nie wiemy, gdzie ono było. – Znów mocniej objęła się ramionami. – Oni mieli pełno tajemnic.
– Potter przyjaźnił się z Weasley? – zdziwił się.
– Ta-ak – znów się zająknęła. – Zaprzyjaźnili się, jak dała mu dziennik na święta. Mówiłam o tym dzienniku aurorom. On był czarnomagiczny.
Po plecach przeszedł mu dreszcz.
Wy kretyni, pomyślał.
– I nikomu tego wcześniej nie zgłosiliście? Przez sprawę z Quirellem?
Pokręciła głową niepewnie.
– Trochę tak, ale trochę dlatego, że Harry bał się, że Dumbledore go zniszczy. Bo w dzienniku był chłopak, to znaczy on twierdził, że został tam uwięziony przez Sam-Wiesz-Kogo. Harry mu ufał.
– Dlaczego ten dureń ufał bardziej czemuś takiemu niż Albusowi? – spytał oszołomiony.
– On… profesor nikomu tego nie powie? – Kiedy skinął głową, kontynuowała: – On chyba w ogóle nie bardzo ufa dorosłym. Jak Ron do niego przyjechał w wakacje, to on, Harry znaczy, on miał… On miał kraty w oknie, a w drzwiach, Ron nie widział dokładnie, ale chyba taką klapkę jak dla kota – wydukała szybko, jakby chciała to z siebie wyrzucić. – I chyba w jego domu jest coś nie tak, tak w ogóle, więc przez to… przez to on tak polubił Toma, znaczy tego chłopaka z dziennika.
Snape potarł skroń, czując nagle okropne znużenie.
Albus w ogóle o tym wie?, zastanowił się. Nie zdziwiłby się, gdyby dyrektor uznał to za niezbyt istotny fakt.
– To nie tłumaczy, czemu ty o niczym nie powiedziałaś, Granger – stwierdził. Zabrzmiało to ostrzej niż chciał i dziewczynka znowu się skuliła. Uznał jednak, że trochę wyrzutów sumienia jej nie zaszkodzi. – Mam nadzieję, że następnym razem będziesz rozsądniejsza. – Nic nie odpowiedziała. – Sławna gryfońska lojalność? – spytał kwaśno. Ciągle milczała, wbijając wzrok w blat biurka. – Granger, nie powtórzę tej rozmowy nikomu. Dyrektorowi też nie – zaryzykował.
Przemyślała to, ale zanim odpowiedziała, postukał palcem w obudowę zabytkowego zegara.
– A teraz powiedz mi wszystko, co wiesz o tym dzienniku.
Oparł się wygodniej, próbując zdławić narastający niepokój. Czy w ogóle istniało coś gorszego niż czarnomagiczny artefakt w rękach dwunastolatka? Który w dodatku mógł ukryć się pod peleryną niewidką? Choć to tłumaczyło, dlaczego ani Namiar Weasley, ani Pottera nie pokazał niczego nienormalnego. Czar nie potrafił zarejestrować działania magicznych przedmiotów.
Najgorsze było to, że Pottera nie dało się znaleźć za pomocą magii. Dumbledore obłożył go wszystkimi możliwymi zabezpieczeniami lata temu, chroniąc przed pozostającymi na wolności Śmierciożercami – ale Severus zawsze myślał, że czarodziej zostawił sobie jakąś furtkę na właśnie taki wypadek. Tylko ona najwyraźniej została zamknięta przez kogoś innego.
Prawdopodobnie któryś z czarnoksiężników użył dziennika, żeby wywabić dzieci poza Hogwart, a później zabił nieprzydatną dziewczynkę. Jeśli miał przygotowany świstoklik, mógł zabrać Pottera wszędzie. Tylko dlaczego jeszcze go nie zabił? Liczył na okup?
Severus znów potarł skroń.
– …Ja i Ron myśleliśmy, że Tom to tylko zaklęcie, ale Harry się uparł, że on jest żywy. Teraz już sama nie wiem.
– Tak zawsze się przedstawiał? Tom? – dopytał odruchowo.
– Nie. My go tak zawsze nazywaliśmy, ale on przedstawił się Tom Marvolo Riddle.
Snape uświadomił sobie, że stoi, dopiero gdy przewrócony fotel z hukiem uderzył o podłogę, a Hermiona niemal podskoczyła na krześle. Postawił mebel machnięciem różdżki i ruszył do drzwi.
– Czekaj tu i niczego nie ruszaj – rozkazał.
– Profesorze? – wstała niemal równie gwałtownie jak on.
– Co jeszcze, Granger? – warknął, zatrzymując się z dłonią na klamce.
– Czy znaleźliście już Ginny? – Kiedy patrzył na nią bez zrozumienia, dodała, lekko blednąc: – Ani razu o nią profesor nie spytał, więc… Wszystko już z nią w porządku, prawda?
Naprawdę nie potrafił przekazywać złych wieści.
– Nie wiem – powiedział więc tylko i wyszedł.
