Betowała Gaya, dzięki!
Rozdział 3
Szczęśliwi ludzie
Śnił mu się tunel metra. Zaokrąglone ściany wyłożone płytkami, bijący od nich chłód, lampy w szklanych kloszach, które kołysały się nieznacznie, czarno-białe plakaty. Rozpoznawał niektóre napisy, urywki wyrwane z kontekstu: LUNCH BALLET, JACK WHITE and STD DEAN, PARAMOUNT THEATRE. Niewiele. Śnił też o ludziach, którzy siedzieli na podłodze i na torach. Żaden z nich nie miał twarzy – tylko usta wycięte w niekształtnych głowach, niekiedy tam, gdzie powinny być, nieco ponad kołnierzami płaszczów i koszul, niekiedy tylko jedne – najczęściej nie. Ludzie mówili wiele, ale w języku, którego nie znał. Próbował ich zrozumieć, lecz im bardziej się wsłuchiwał, tym bardziej słowa zlewały się ze sobą, przekształcały w dźwięk zbiorowy. w końcu nieodróżnialny od zawodzącej na powierzchni syreny alarmowej. Tom przycisnął dłonie do uszu.
Przez tunel szedł policjant w hełmie tak wypolerowanym, że przypominał lustro. Mężczyzna przystanął za Riddle'em, postukał go w głowę długim, chudym palcem. Kiedy chłopak na niego spojrzał, policjant powiedział głosem pani Cole:
– Czas zgasić światło.
Lampy zniknęły, zrobiło się cicho. Tom zaczął macać dookoła, ale nie wyczuł ani podłogi, ani innych ludzi. Przestało mu być zimno. Wstał, próbując przypomnieć sobie, gdzie były schody do wyjścia, ale nie potrafił. Pod nogawką spodni ukrytą miał różdżkę – kiedy jednak po nią sięgnął, rozpadła się i został z garścią drzazg. Przełknął ślinę.
– Wszystko w porządku – powiedział. – Wszystko w porządku.
Ocknął się zlany potem, oddychając gwałtownie, z dłońmi zaciśniętymi na prześcieradle tak mocno, że rozprostowanie ich sprawiło mu ból.
Na brzegu łóżka siedziała Amelia i zakładała dżinsy. Przyglądał się jej przez chwilę mrużąc oczy i stopniowo uspokajając oddech. Ruchy kobiety były niespieszne, wzrok nieco zamglony, a na jej ustach błąkał się uśmiech, jakby myślała o czymś miłym – nic szczególnie podejrzanego. Tom zaczynał rozumieć, dlaczego Ministerstwo miało problem z wykrywaniem Imperio.
– Co będziesz dzisiaj robić? – spytał, gdy sięgała po stanik przewieszony przez oparcie krzesła.
– Zawiozę Adama do szkoły, zrobię zakupy, posprzątam dom, ugotuję coś, odbiorę go, obejrzę film.
– Do kiedy masz zwolnienie lekarskie?
– Do jutra, ale w sobotę nie pracuję.
Mówiła naturalnie, tylko wzrok miała nieruchomy. Nigdy nie zadawała pytań i nigdy się nie sprzeciwiała.
– Jak się czujesz? – spytał jak codziennie.
– Szczęśliwa.
Zaklęcie nadal nie słabnie, stwierdził, czując dziwne zniechęcenie. Usiadł i oparł się o drewniany zagłówek. Wciąż trochę zbyt mocno biło mu serce.
– Zostaw mi dwieście funtów.
– Dobrze.
Wstała, żeby wyjąć z szafy świeży podkoszulek, poprawiła bandaż zsuwający się z ręki. Wczoraj kazał jej przypalić przedramię nożem rozgrzanym nad palnikiem kuchenki. Chciał sprawdzić, czy ból może przełamać zaklęcie. Wykonała jego polecenie tak jak zawsze, bez zawahania, z delikatnym uśmiechem.
Nudziła go ta jej uległość, podobnie jak nudziło go jej ciało.
Mugole byli irytująco bezbronni.
Mimowolnie pomyślał o swoim śnie, o tunelu i syrenie. Poczuł mdłości.
Głupota, pomyślał, wstając z trudem, już nie jestem taki…
Wtedy cała magia, którą znał – której go nauczono – była warta tyle, co jarmarczne sztuczki.
Minął Amelię, która nakładała makijaż przed lustrem w łazience, wszedł pod prysznic. Ustawił niemal wrzątek, żeby pozbyć się wspomnienia chłodu, przymknął oczy, oparł ręce o ściankę, pochylił się.
To chyba wtedy, w tamtym tunelu, w końcu zrozumiał, że został oszukany. Nauczyciele, dyrektor, uczniowie z jego domu – wszyscy udawali, że należy do ich świata, że jest jednym z nich – i chyba nawet w to wierzyli, przynajmniej niektórzy. Ale wtedy, gdy bombardowano Londyn, nikt po niego nie przyszedł.
(Myśleliśmy, że twój sierociniec został ewakuowany, Tom).
Chłopak odetchnął głęboko i zakręcił kurek.
W zasadzie nie obchodził go powód, dla którego go zostawili – nie byłby mniej martwy, gdyby zginął przez pomyłkę. Oczywiście powiedział, że rozumie, bo tak powinno powiedzieć dobre dziecko. Właściwie nie było to kłamstwo – rozumiał więcej niż oni sami.
W tamtym tunelu obiecał też coś sobie.
– Nie umrę – powtórzył i uśmiechnął się krzywo.
Chlorowana woda trochę szczypała go w oczy.
Kiedy się ubierał, był już całkiem spokojny. Myślał o tym, co powinien zrobić w ciągu dnia. Ostatnio zajmował się głównie uzupełnianiem braków w wiedzy, szczególnie tej dotyczącej historii i medycyny, magicznej i mugolskiej. Doglądał też Harry'ego, bo jego choroba okazała się cięższa, niż się spodziewał.
To były leniwe, spokojne dni, ale potrzebował ich, choćby po to, aby nacieszyć się tym, że znowu naprawdę żyje.
Zostawała tylko jedna sprawa, którą musiał załatwić jak najszybciej – Namiar chłopca. Równie dobrze mógł pozbyć się go dzisiaj, bo zwlekanie tylko pogarszało sytuację. To, co zamierzał, było to trochę niebezpieczne, ale przynajmniej ekscytujące. I dzięki temu mógłby choć na chwilę zapomnieć o tym, jak jego koszmar się kończył.
Jak kończyły się wszystkie jego sny.
xxx
– Dlaczego Tom Marvolo Riddle? – spytał Crouch ze znużeniem. – Czemu nie inne nazwisko?
Dumbledore stał przy fałszywym oknie i sączył herbatę z filiżanki, trzymając ją w obu dłoniach. Ręce mu nie drżały i wydawał się spokojny, ale Barty odniósł wrażenie, że od ich ostatniego spotkania postarzał się znacznie, jakby zasechł i zmalał.
– Wiadomość? – kontynuował Crouch, bezmyślnie przekładając leżące na biurku gazety. – Do aurorów? Do Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać?
– Jeśli byłaby skierowana do Voldemorta, nadawca wiele by ryzykował – stwierdził Albus spokojnie. – Tom nienawidził swojego imienia.
Nie odrywał wzroku od mżawki za szybą. Na znak żałoby po córce Weasleya od paru dni we wszystkich oknach technicy ustawili delikatny deszcz, choć oficjalnie wciąż uznawano ją za zaginioną. Dopóki nie znajdą ciała…
– Ale skutecznie zwróciłoby jego uwagę – zauważył, mimowolnie prześlizgując się wzrokiem po ruchomym zdjęciu. Ginny z braćmi, choć nie wszystkimi, szeroko uśmiechnięta z małą, papierową tiarą na głowie. Fotografia urodzinowa. – Tylko co mogłoby znaczyć? Że porywacz jest po jego stronie? – podjął po chwili, odrywając wzrok od gazety.
– Może chciał zaznaczyć, że nie jest Śmierciożercą i zna jego przeszłość. – Dumbledore ostrożnie odstawił filiżankę i usiadł w fotelu po przeciwnej stronie masywnego biurka. Twarz miał poszarzałą i zmęczoną. – To mogło dać mu przewagę przy negocjacjach, fakt, że nie występuje z pozycji sługi.
– Więc zakładałby rozmowę z samym Sam Wiesz Kim…
– Barty, proszę, używaj jego imienia.
Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, ale ostatecznie auror pokręcił głową.
– Wybacz, nie będę tego robić. Mogę najwyżej nadać mu pseudonim. Turban? – spytał.
Wargi starca drgnęły, ale nie uśmiechnął się, a i Barty nie poczuł się rozbawiony. Żart rozwiał się w powietrzu wśród cichego szumu deszczu. Mężczyzna odkaszlnął.
– Więc zakładamy, że porywacz chciał zwrócić uwagę… – Zastanowił się. – Nieumarłego?
Albus niemal obojętnie skinął głową, akceptując pseudonim.
– To jedna z możliwości. Druga, że chciał sprawdzić, kto zareaguje na to nazwisko.
Crouch znów skinął. Wyciągnął z szuflady pusty pergamin i zanotował na nim obie opcje.
– To zawęża krąg odbiorców. Ty, minister, paru starszych aurorów. Śmierciożerców wykluczamy? – myślał na głos.
– Nie wszystkich. Ci, którzy chodzili z nim do Hogwartu… – Dumbledore zawahał się. – Nie pomyślałem o nich wcześniej – dodał, jakby ze zdziwieniem.
– Mogliby się tak podpisać, żeby zasugerować mu, kim są?
– Wątpię, wiedzieli, że zrezygnował z tego imienia.
– W drugą stronę też nie ma to sensu. – Barty westchnął i odchylił się na fotelu. – Większość znajduje się w Azkabanie, a tych paru, którzy się wymknęli, bardzo łatwo znaleźć. Nie musiałby ryzykować w ten sposób.
– Więc ja, aurorzy, Voldemort – podsumował dyrektor. – Jeśli wiadomość skierowana była do mnie, nie wiem, co mogłaby znaczyć.
– Jeśli do Nieumarłego, pewnie dotyczyła miejsca spotkania.
Umilkli, przytłoczeni beznadziejnością sytuacji.
Barty słabo orientował się w działaniach obecnych aurorów – kiedy zmienił departament, odcięto go od poufnych informacji i szczegółów. Dotąd nie przeszkadzało mu to specjalnie, choćby dlatego, że przez ostatnie lata niewiele się działo, ale teraz… Teraz z pewnych względów musiał się zaangażować.
Zaoferował swoją pomoc Scrimgeourowi, ale ten odmówił w paru uprzejmych słowach. Choć Crouch doceniał jego ostrożność wydawał się niezbyt dobrze radzić z sytuacją. Barty dowiedział się, że rekonstruowanie przeszłości Nieumarłego idzie aurorom wyjątkowo mozolnie. Znali jego prawdziwe imię, a nawet zarys przeszłości, który przedstawił Dumbledore, ale mimo tego wciąż błądzili. Osoba, która mu o tym powiedziała, nie znała szczegółów albo też zbyt bała się je zdradzić.
Rozmowa z Albusem zdawała się to potwierdzać, choć sam czarodziej skrzętnie omijał temat aurorów. Barty nie naciskał. Cieszyło go, że Dumbledore w ogóle zgodził się z nim pomówić, pomimo tego że w przeszłości często się nie zgadzali.
– Może dziennik naprawdę należał do niego? – Spytał po dłuższej chwili, równocześnie zapisując kolejny punkt na pergaminie. Zaraz jednak westchnął. – Wtedy też nie używałby prawdziwego nazwiska. Nie był przecież głupcem.
– Przedmiot nie musiał być czarnomagiczny sam w sobie – zauważył Dumbledore. Potarł czoło, jakby bolała go głowa. – Tom w młodości miał szerokie zainteresowania, więc jeśli czar sam w sobie nie był nielegalny, mógł go sygnować własnym nazwiskiem. Może eksperymentował z różnymi sposobami komunikacji.
– Cóż, lepiej go znałeś.
Ciężko było mu wyobrazić sobie tego potwora jako zwykłego ucznia.
– Chcesz jeszcze kawy albo herbaty? – spytał.
– Herbaty, jakbyś mógł…
Crouch zawołał asystentkę, ale później, zamiast usiąść, zaczął krążyć po gabinecie wzdłuż regału z woluminami.
– Co dało porywaczowi poinformowanie dzieci, że dziennik został stworzony przez Nieumarłego? To przecież absurdalne – stwierdził z irytacją. – Ryzykował zbyt dużo.
– Pomylił się? Chciał zobaczyć, na ile może sobie pozwolić, zanim uczniowie pójdą do nauczycieli? Uznał, że nie będzie w stanie tego ukryć?
– Wciąż nie ma to sensu.
Pojawiła się kobieta z herbatą. Crouch podziękował jej oschle i zabrał tacę.
– Może był to wymóg rytuału – powiedział Dumbledore cicho, kiedy asystentka wyszła. Po plecach Croucha przeszedł lekki dreszcz.
– Jakiego?
– Nie wiem. Severus, znaczy profesor Snape, w pierwszej chwili był pewien, że Voldemort znalazł sposób, aby się wskrzesić. – Albus sięgnął po cukier, nie patrząc na mężczyznę. – Dopiero gdy emocje opadły uświadomiliśmy sobie, że to niemożliwe, magia wskrzeszenia nie działa w ten sposób, a sam Voldemort nigdy nie określiłby się za pomocą prawdziwego imienia… ale może pierwsze przeczucie było dobre?
– Jesteś zmęczony – stwierdził Crouch, ignorując niepokój. – Czy Mroczny Znak się odnowił?
– Wciąż jest blady.
– Więc nie ma powodu, aby to podejrzewać.
– Nie. – Dumbledore westchnął. – Wybacz, Barty, to chyba naprawdę zmęczenie. – Spojrzał na stojący w kącie zegar i zamieszał herbatę. – Zaraz spotkanie Rady Nadzorczej – stwierdził bez związku.
Znów zapadła cisza, kiedy oboje myśleli. Crouch usiadł, kolejny raz przewertował gazety. Choć głównie były to wydania Proroka z ostatnich czterech dni, ale zgarnął też parę niszowych pism. W większości wypełniały je bzdury, ale Barty nie wykluczał, że któremuś pismakowi uda się dotrzeć do istotnych informacji szybciej niż jemu. Dziwnie czuł się po tej drugiej stronie barykady, kiedy pierwszy raz na dziennikarzy liczył, a nie ich przeklinał.
– Nie mogło być zbyt oczywiste. Myślę o miejscu – powrócił do porzuconego tematu. Podkreślił słowo na pergaminie. – Ale dość charakterystyczne, żeby Nieumarły mógł je łatwo skojarzyć. Nie mógł też przekazać, kiedy chce się spotkać, cóż, o ile czegoś nie przegapiliśmy.
– Musiałby więc stale w nim przebywać lub móc je ciągle obserwować – dokończył Albus. – Też o tym myślałem.
– I nic nie przychodzi ci do głowy?
Dumbledore spojrzał w dół, na filiżankę, zmrużył oczy. Odruch u osób przywykłych do oklumencji – skupić wzrok na przedmiocie, który oddziałuje też na inny zmysł, słuchu, dotyku, węchu – przez co Bary upewnił się, że mężczyzna coś podejrzewa.
A znał go na tyle, żeby wiedzieć, kiedy przestać drążyć.
– Cóż, to wszystko wskazuje na ich wspólną przeszłość. Nie kojarzysz żadnego podejrzanego ucznia z jego roku?
– Wielu. – Albus uśmiechnął się blado. – To były inne czasy. A jeśli o czasie mowa, to już na mnie pora...
– Więc dziękuję za rozmowę – powiedział Barty, podnosząc się.
– Nie była zbyt owocna.
– Mimo wszystko.
Pożegnali się uściskiem dłoni, słabym i krótkim.
Crouch znów usiadł, przesunął fotel tak, żeby móc spojrzeć w okno. Deszcz rozmywał krajobraz, zmieniając go w chaotyczny zbiór szarych, rozedrganych kształtów. Myśli mężczyzny mimowolnie popłynęły do dementorów, a w końcu i do samego Azkabanu.
Musiał odwiedzić dzisiaj to podłe miejsce i swojego syna. Tylko Merlin wiedział, jak bardzo nie chciał tego robić, ale obiecał żonie.
Jej stan pogorszył się nagle, jakby porwanie Pottera coś w niej złamało. Crouch widział, jak niemal więdnie mu na rękach, jak gaśnie z każdym przeczytanym artykułem i usłyszanym w radiu słowem. Wzywał uzdrowicieli i zaklinał, aby nie przejmowała się rzeczami, na które nie ma wpływu, ale to jedynie bardziej ją przygnębiło. Choć starała się to ukryć, mimo wszystko, za tym swoim bladym uśmiechem, który tylko podkreślał podkrążone oczy. Nienawidził tego grymasu chyba najbardziej ze wszystkich.
Tęsknił za jej prawdziwym śmiechem, tym, którego nie słyszał od ponad dziesięciu lat. Może gdyby znalazł chłopca…
Nie gdyby, a kiedy, rozkazał sobie.
Wstał ciężko, założył płaszcz i wyszedł, w ostatniej chwili chwytając najnowszy numer Proroka, którego artykułów nie zdążył doczytać.
xxx
Harry ocknął się z koszmaru i przez chwilę leżał w skotłowanej pościeli, próbując przypomnieć sobie jego treść. Sen jednak wymknął się mu, rozmył, pozostawiając po sobie tylko uczucie lęku. Chłopiec więc w końcu odetchnął głęboko i wygramolił się z łóżka.
Kręciło mu się w głowie i czuł się bardzo osłabiony, ale gorączka minęła – a przynajmniej kiedy dotykał czoła, miał wrażenie, że jest chłodne.
Zauważył, że poszewka w gwiazdki zsunęła się prawie całkiem z kołdry, więc spróbował ją poprawić, ale ręce jakby się go nie słuchały. Zostawił ją więc w spokoju i usiadł na krawędzi tapczanu, aby przez chwilę odpocząć.
Nie był pewien, gdzie się znajduje. W dziecięcym pokoju, ale u kogo? Kojarzył mgliście, że oprócz Riddle'a zaglądała do niego też jakaś kobieta i chyba – raz czy dwa – chłopiec, ale ich nie znał. Rodzina Toma? Tylko jak tak szybko by ich odnalazł?
Bezmyślnie ściągnął z biurka plastikowy model samochodu i zakręcił kciukiem przednie kółko.
Pokoik był malutki, ledwo mieściły się w nim podstawowe sprzęty, ale wypełniony zabawkami i plakatami, wśród których głównie królowali kosmici oraz auta. Nie wstając Harry odszukał na blacie okulary, wytarł je o piżamę. Z tyłu, nad łóżkiem, znajdowało się okno. Na parapecie stała klatka z chomikiem i zwierzątko zlizywało wodę z poidełka. Chłopiec spróbował pogłaskać je przez druciane pręty, ale uciekło do kąta. Wyjrzał więc na zewnątrz i przez chwilę przyglądał się ulicy i parkowi, jakby liczył, że mimo wszystko je rozpozna.
Wreszcie uznał, że czuje się na tyle dobrze, żeby wstać.
Z parteru dobiegał szum telewizora, więc Harry zszedł po schodach, mocno trzymając się poręczy.
Tom siedział po turecku na kanapie obitej tapicerką w kwiecisty wzór. Na kolanach trzymał tekturową podkładkę i plik kartek, na których notował coś skrupulatnie. Otaczały go książki, ułożone w stosy na podłodze albo rozłożone na niskim stoliku do kawy, zaraz obok pakietu gazet. Co jakiś czas chłopak podnosił głowę i patrzył w telewizor w skupieniu, zaraz jednak wracał do którejś z leżących przed nim książek. W mugolskiej podkoszulce i dżinsach wyglądał jak współczesny nastolatek, co w jakiś sposób wydało się Harry'emu dziwne, nieodpowiednie.
– Czemu stoisz w drzwiach? – spytał Tom, nawet na niego nie patrząc.
– Gdzie jesteśmy?
– U Amelii Woodnest.
– A. – Harry podszedł do stojącego obok kanapy fotela i usiadł na jego skraju. – To twoja rodzina? – zaryzykował.
– Nie. – Tom wsunął do książki zakładkę, zamknął ją, sięgnął po kolejną. – Poznałem ją parę dni temu i zmusiłem magią, żeby nas przyjęła.
Potter poczuł, jak po plecach przechodzą mu lodowate dreszcze. Zacisnął palce na podłokietnikach.
– Co zrobiłeś? – spytał z niedowierzaniem.
Tom uniósł głowę i spojrzał na niego, marszcząc brwi.
– Zmusiłem ją magią, żeby nami się zaopiekowała – powtórzył.
– Ale… Ale czemu?
– Bo byłeś chory, więc musiałem szybko znaleźć nam dom – powiedział spokojnie.
Harry poczuł, że zasycha mu w gardle.
– Tak nie można.
– Można, właśnie to zrobiłem.
– Ale to jest złe – mimowolnie podniósł głos. – Nie możesz tak po prostu zmuszać do czegoś ludzi.
Tom patrzył na niego przez chwilę w milczeniu.
– Więc co miałem zrobić? – spytał. – Pozwolić ci umrzeć w tamtej ruinie? – Odwrócił wzrok. – Uwierz, też mi się to nie podoba.
Harry'emu zrobiło się głupio, ale nie potrafił zostawić tej sprawy.
– Ale teraz już jestem zdrowy… – zaczął niepewnie.
– Więc? I tak nie mamy dokąd odejść.
– Mam trochę pieniędzy w banku. Naprawdę, rodzice zostawili mi pełno galeonów.
– Po które nie możemy pójść.
– To może do Dursleyów, oni… – umilkł, bo sam stwierdził, że to idiotyczny pomysł. Gdyby przyznał się im, że ucieka przed aurorami, pewnie pięć minut później już by dzwonili na policję. Pewnie by się ucieszyli, gdyby wylądował w więzieniu, bo mieliby z nim spokój na kolejnych kilkadziesiąt lat. – No może oni nie. Ale i tak sami sobie poradziliśmy.
Tom westchnął, odłożył książkę i wyciszył telewizor. Spojrzał na chłopca poważnie.
– Pochodzisz do tego w zły sposób. W żaden sposób nie skrzywdziłem Amelii ani nie krzywdzę jej teraz.
– Powiedziałeś, że ją zmusiłeś – zauważył ponuro.
Riddle zmrużył oczy lekko.
– Owszem, ale nie zrobiłem jej przy tym krzywdy. Użyłem Imperio. Wiesz, co to za zaklęcie?
Harry pokręcił głową. Czuł, że jest mu niedobrze i nie wiedział, czy to dlatego, że wciąż nie był do końca zdrowy, czy przez to, o czym rozmawiali.
– To zaklęcie sprawia, że człowiek staje się bardzo szczęśliwy, gdy spełnia prośby człowieka, który je rzucił – kontynuował Tom spokojnie, przetaczając długopis po podkładce. – Tylko tyle.
– I to wystarczyło? – spytał Harry sceptycznie. – Była szczęśliwa, więc pozwoliła nam mieszkać u siebie?
– Tak, tyle wystarczyło. – Riddle oparł się wygodniej i rozprostował nogi. – W zasadzie nie jest to nawet nienaturalne zjawisko. Choćby w tym domu jest jeszcze jedna osoba, która wykorzystuje Amelię w zbliżony sposób.
Harry spojrzał na niego bez zrozumienia.
– Jest tu jeszcze jeden czarodziej? – spytał, choć wiedział, że to idiotyczne.
Tom skrzywił się lekko.
– Udam, że nie słyszałem – powiedział. – Nie, Amelia ma dziecko. Musiałeś to zauważyć, skoro spałeś w jego pokoju.
– No tak, ale przecież jej syn nie rzucał na nią żadnego Imperio – prychnął Harry. Skrzyżował ręce na brzuchu.
– Więc dlaczego tu mieszka? Utrzymanie żywego człowieka kosztuje bardzo dużo. Woda, prąd, jedzenie, ubrania, pieniądze przeznaczone na podręczniki i zabawki. W zamian za to, wątpliwa pomoc w gospodarstwie domowym, ale na pewno nie taka, jaką można za te same pieniądze wynająć. – Tom uśmiechnął się lekko. – Czemu więc mimo tego Amelia trzyma w domu syna, choć z ekonomicznego punktu widzenia jest to niedorzeczne?
– Bo go kocha – palnął z irytacją.
– Więc równie dobrze można stwierdzić, że teraz tak samo kocha nas.
– Ale to nie to samo!
Harry poderwał się z fotela i natychmiast zachwiał. Tom spojrzał na niego z rozdrażnieniem.
– Usiądź zanim upadniesz – rozkazał mu.
Chłopiec posłuchał z niechęcią, głównie dlatego że i tak ugięły się pod nim nogi. Kręciło mu się w głowie.
– To nie to samo – powtórzył z uporem. Chciał znaleźć jakiś rozsądny argument, ale jak na złość żaden nie przychodził mu do głowy. – Bo, no, bo my… no bo my nie jesteśmy jej dziećmi. Tylko jacyś obcy. Czemu miałaby nas niby kochać?
– A czemu miałaby kochać jego? – spytał Tom miękko. Zaraz jednak znów zaczął mówić rzeczowym, oschłym tonem: – Możemy przyjąć, że, jeśli nie na poziomie świadomości to przynajmniej podświadomości, oczekuje, że chłopiec kiedyś odwdzięczy się za opiekę. W ten sposób miłość byłaby naturalnym zabezpieczeniem na wypadek starości, choroby lub innej słabości.
– Ale…
– Ale – tym razem Riddle nie dał mu dojść do słowa – takie założenie wyklucza zachowanie alogiczne, jakim jest śmierć w obronie dziecka. Czyli to, co zrobili twoi rodzice.
Harry przez dłuższą chwilę milczał, wpatrując się w swoje bose stopy. Próbował zebrać myśli.
– Moi rodzice mnie kochali – wymamrotał w końcu. Wiedział, że brzmi to śmiesznie i bardzo dziecinnie. – To nie była żadna magia. Ty tylko przyszedłeś i pomachałeś różdżką…
– A ty? – Tom przechylił nieco głowę. – Najpierw przez dziewięć miesięcy gnieździłeś się w ciele swojej matki, osłabiając jej organizm i utrudniając normalne funkcjonowanie, później naraziłeś na, prawdopodobnie, bolesny poród, choć nie jest to bezwzględna reguła, przyznaję. Co później? Jadłeś, defekowałeś, wymagałeś nadzoru i niemal stałej opieki, zabierając im w ten sposób czas, który mogli przeznaczyć na własne przyjemności. Pomijam już w tej chwili inne koszty. Pewnie byłeś w pewnym momencie w stanie wchodzić w prymitywne interakcje z ludźmi, ale w tym wieku odznaczałeś się inteligencją, powiedzmy, kota. A mimo wszystko oboje zdecydowali, o ile oczywiście mieli w tamtym momencie wybór, aby chronić cię kosztem własnego życia – W głosie chłopaka brzmiało coś dziwnego, jakby fascynacja. – Gdyby myśleli logicznie, zauważyliby choćby, że poświęcanie dwóch jednostek dla jednej, w dodatku nie w pełni wykształconej, nie ma za wiele sensu. Mogli mieć w końcu jeszcze inne dzieci, dzieci, za które nie musieliby ginąć. Ale cię kochali. – Riddle uśmiechnął się, choć wzrok miał poważny. – Naprawdę uważasz, że jestem gorszy, bo przyszedłem i pomachałem różdżką?
Z każdym słowem Toma Harry czuł się coraz gorzej, a pod koniec zaczęły brać go mdłości. Skulił się, próbując opanować żołądek.
– Ja wcale nie chciałem – wymamrotał niewyraźnie. – Przecież wiesz, że nie chciałem, aby umarli.
Otarł oczy z irytacją. Nawet nie był pewien, czy myśli teraz o nich, czy o Ginny.
– Wiem – powiedział Riddle łagodnie. – Poza tym pod pewnymi względami masz rację – dodał po chwili, ponieważ Potter milczał.. – Prawdziwej miłości wciąż nie da się podrobić magią. Imperio wykorzystuje tylko jeden jej aspekt, choć równocześnie go potęguje. Prymitywne, ale skuteczne.
– Więc jakby Malfoy je na mnie rzucił, to bym… – zaczął Harry matowym głosem, ale umilkł, nie mogąc wykrztusić ostatnich słów. Sama myśl była dla niego odrażająca.
– Nie. Człowiek może wyzwolić się spod zaklęcia. Wystarczy, że odmówi sobie przyjemności. – Chłopak westchnął cicho. – Niestety. W każdym razie to wygodne, wszechstronne zaklęcie. Chciałbym, żebyś się go nauczył.
– Ale ja nie chcę – stwierdził Harry, nie odrywając wzroku od połogi. – Nie chce żeby ludzie mnie kochali przez magię albo przez… przez…
– Biologię? – podsunął chłopak.
– Albo przez biologię.
Tom odłożył podkładkę na stolik i wstał. Poczochrał włosy chłopca w przyjacielskim geście.
– Ja cię lubię, choć nie mamy wspólnych genów, a zaklęć, o ile wiem, na mnie nie rzucałeś – powiedział pogodnie. – Zrobić ci coś do picia?
Harry wzruszył ramionami. Nic nie odpowiedział. Riddle znów westchnął i przykucnął przed jego fotelem.
– Wieczorem chce zająć się twoim Namiarem, a później zamierzam nauczyć cię rzucania Imperio – powiedział spokojnie, choć tonem nie znoszącym sprzeciwu. – Jeśli mamy walczyć z Voldemortem, musisz poznać zaklęcia, które ci to umożliwią. Większość będzie dużo bardziej nieprzyjemna, niż to sprawiające, że ludzie są szczęśliwi.
Walczyć, fakt. Przecież obiecał to Ginny.
W końcu Harry zmusił się, aby skinąć głową. Spojrzał na niego z zaciętym wyrazem twarzy.
– Wiem – stwierdził.
xxx
– Wiadomo już coś?
Syriusz zaciskał dłonie na kratach, żeby nie upaść. Osłabiła go choroba, z której od dłuższego czasu nie potrafił się wyleczyć. Myślał nawet, że w końcu zdechnie – wypluje sobie bebechy albo zdechnie z pragnienia – ale to było zanim Azkaban zaroił się od aurorów przesłuchujących na wyrywki starszych więźniów. Nie mógł przecież umrzeć, nie teraz.
– Czekaj. – Black wyciągnął przez kraty jedną rękę i złapał za rękaw przechodzącego mężczyzny. – Co z Harrym?
Czarodziej wyszarpnął się natychmiast i spojrzał na więźnia ze wstrętem. Syriuszowi jego twarz wydała się znajoma, choć nie potrafił dopasować ją do nazwiska.
– Takie ścierwo jak ty… – powiedział mężczyzna lodowato.
– Znaleźli go już? Błagam, cokolwiek – przerwał mu bełkotliwie. Miał wrażenie, że język mu spuchł i ledwo się porusza. Spróbował ponownie: – Błagam, to mój chrześniak…
Czuł, że znowu biorą go dreszcze z gorączki, więc przycisnął czoło do krat, aby je schłodzić. Zaczynał odpływać, choć z całej siły walczył o zachowanie przytomności .
– Masz tupet, Black. Po tym, co zrobiłeś jego rodzicom. – Mężczyzna wsunął mu koniec zwiniętej gazety pod brodę i zmusił, aby uniósł głowę. – Powinieneś zdechnąć już dawno z czystej przyzwoitości.
– Jestem niewinny – odpowiedział odruchowo.
Wyraz obrzydzenia na twarzy mężczyzny pogłębił się.
– Już gdzieś to słyszałem – wymamrotał i spojrzał na trzymaną w ręce gazetę, jakby została skażona. Skrzywił się lekko i upuścił ją pod nogi.
Syriusz upadł na kolana i sięgnął po papier natychmiast. Jęknął, kiedy mężczyzna nadepnął mu na palce, ale nie rozluźnił uścisku.
Czarodziej pochylił się nieco.
– A może, Black, ty coś wiesz? – spytał, przenosząc ciężar ciała na nogę, którą miażdżył mu dłoń. Syriusz milczał, oddychając ciężko. – Chyba jednak nie – stwierdził mężczyzna po chwili, ale w jego głosie nie było słychać zawodu.. – Przecież w innym wypadku powiedziałbyś coś aurorom, prawda? Dla dobra swojego chrześniaka.
Cofnął się o krok i Black w końcu mógł zabrać rękę. Przyciągnął do siebie gazetę, niemal nie zauważając, że krwawią mu palce.
Prorok, odczytał nazwę z trudem. Po tylu latach niemal zapomniał już, jak się to robi.
Mężczyzna obserwował go jeszcze przez chwilę, ale szybko stracił nim zainteresowanie. Odszedł bez słowa.
Black tymczasem ostrożnie rozprostował i wygładził pomięte kartki, brudząc je rdzą z krat, która osiadła mu na dłoniach, i gdzieniegdzie kroplami krwi. Na pierwszej stronie wydrukowano dwa zdjęcia. Najpierw przyjrzał się mniejszemu, nieruchomemu, które wyglądało, jakby zostało wycięte z jakiejś zbiorowej fotografii. Chłopiec na nim wyglądał jak jego przyjaciel w młodości, te same rozwichrzone włosy, przekrzywione okulary.
– James – wymamrotał. – Nie. Harry – poprawił się.
Druga fotografia była ruchoma. Dziewczynka siedziała za stołem i przygotowywała się do zdmuchnięcia świeczek. Za jej plecami dwaj niemal identyczni chłopcy stroili głupie miny, choć inny, wyraźnie starszy, próbował ich uspokoić.
Bracia?, pomyślał Syriusz słabo.
Był jeszcze jeden, stojący nieco na uboczu i wyglądający na dziwnie speszonego. Na ramieniu trzymał spasionego szczura, który co chwilę zerkał w stronę aparatu i przeciągał się leniwie, niemal nie spadając z chłopca.
Black zastygł, wpatrując się w zwierzę.
Nie miało jednego pazurka.
