Za betę dziękuję Gayi.
Rozdział 5
Chłopcy, którzy przeżyli
Świstoklik aktywował się za kwadrans ósma i Snape poczuł znajome szarpnięcie w żołądku. Gdy tylko wylądowali, sięgnął do kieszeni, ale zmartwiał w pół ruchu, uświadamiając sobie, że wyciągnięcie różdżki mogłoby zostać źle zinterpretowane.
Odruchy, pomyślał gorzko.
Czterech strażników obserwowało ich czujnie, raczej z zaciekawieniem niż wrogością. Mieli różdżki w dłoniach, jednak celowali w ziemię. Nie wątpił jednak, że mogło to zmienić się w każdej chwili.
Snape wzdrygnął się, kiedy lodowata woda liznęła go po kostkach – mimo woli pomyślał o dementorach. Równocześnie zauważył, że fala nie dosięgła strażników. Wiedzieli, gdzie się ustawić. Zerknął kątem oka na Dumbledore'a, ale czarodziej milczał. Stał nieruchomo, ignorując fale i własną brodę, która szarpała się na wietrze jak biała chorągiew. Jego spojrzenie było zimne.
Gdy otrzymywali przepustkę, urzędnik bardzo skrupulatnie wytłumaczył im procedury, choć wszystko właściwie sprowadzało się do jednego – mieli wykonywać polecenia strażników. Na razie nikt nie wydał żadnego rozkazu.
Severus się niecierpliwił. Wilgotny wiatr sprawił, że przemarzł szybciej niż powinien, a sama bliskość więzienia przyprawiała go o dreszcze, choć wiedział, że dementorzy mają zakaz zbliżania się do gości. Jednak nawet bez ich pomocy budowla sprawiała przygnębiające wrażenie – ciemna, jakby organiczna, wyglądała jak nowotwór deformujący wyspę. Jej cień wrzynał się głęboko w morze.
Snape nigdy jeszcze nie widział jej z bliska.
Nagle zza skał wynurzył się piąty mężczyzna i podszedł do nich powoli, kulejąc mocno na prawą nogę. Nie używał laski. Gdy się zbliżył, Severus zauważył, że jego policzek został kiedyś rozcięty klątwą. Gruba, nierówna blizna ciągnęła się od ust niemal do zawiasu szczęki.
– Dyrektor Dumbledore – powiedział, przekrzykując wiatr. – I profesor Snape, jak podejrzewam? – Obaj skinęli krótko głowa, uścisnął im ręce. – Zapraszam do punktu kontrolnego!
Gdy weszli pomiędzy skały na drogą wyłożoną kamiennymi płytami, zrobiło się ciszej i spokojniej. Snape skrzyżował ręce na brzuchu, próbując się trochę ogrzać. Dwóch strażników podążało za nimi, dwóch zniknęło, ale podejrzewał, że nadal ich obserwują.
– Jestem Antony Moore – przedstawił się przewodnik. Stanął przed drzwiami do małego, kamiennego budynku i stuknął w nie różdżką. Otworzył je dopiero, gdy usłyszał cichy dźwięk, podobny do odległego dzwonu. Skrzypnęły zardzewiałe zawiasy. – Pamięta mnie pan jeszcze, panie Dumbledore?
– Tak – stwierdził Albus. – Był pan obiecującym uczniem.
– Jak większość z mojego rocznika. – Mężczyzna uśmiechnął się i wyglądało to makabrycznie. – Naprawdę się wtedy dobraliśmy.
Snape nie wiedział, o co chodzi, a Dumbledore tego nie skomentował.
Weszli do surowego pomieszczenia, oświetlonego przez dwie lampy gazowe. Za biurkiem siedział mężczyzna w wieku Severusa i po chwili nauczyciel go rozpoznał. Poczuł, jak nieprzyjemnie zasycha mu w gardle.
Puchon z jego roku.
– Frank Cooper – przedstawił się strażnik, wstając. – Dzień dobry, dyrektorze. Cześć, Snape. To co, w końcu tu trafiłeś?
– Nie jestem o nic oskarżony – wycedził.
W oczach Coopera pojawiło się zakłopotanie.
– Przepraszam, to było nieodpowiednie – wymamrotał. Zaraz jednak się rozpogodził. – Ale nieźle się trzymasz. W Hogwarcie chyba lepiej płacą niż u nas? – Wyszczerzył się.
– Frank – powiedział Moore lodowato. – Wykonuj swoją pracę.
– A tak. – Mężczyzna machnął ręką. – Procedury. – Spoważniał, ręką wskazał na różnorodne urządzenia rozstawione na biurku. – Musicie zdać różdżki na przechowanie, podobnie jak wszystkie przedmioty magicznej proweniencji. Zostaną wam oddane, gdy wizyta się skończy. Wszystkie listy i paczki dla więźnia powinniście włożyć tu. – Pokazał na drewnianą skrzynkę stojącą z boku. – Zostaną mu przekazane. Um, zwykle o tym nie ostrzegamy… – Zerknął niepewnie na Moore'a. – ...ale wszystkie listy są czytane, zanim więźniowie je otrzymają.
– Jeden z punktów regulaminu o tym wspominał – stwierdził Snape chłodno. Cooper działał mu na nerwy niemal tak mocno, jak za czasów szkolnych.
– Mało osób go czyta, a później są kłopoty. – Frank nadal wydawał się spięty, unikał wzrokiem dyrektora. – A my po prostu dbamy o bezpieczeństwo.
– Panie Cooper, nie przynieśliśmy listów ani paczek – powiedział Dumbledore i jego łagodny ton trochę zaskoczył Snape'a. – Nie musi się pan tym martwić.
– No tak, zapomniałem do kogo idziecie – powiedział mężczyzna, a w jego oczach pojawił się cień. – Będziecie też musieli przebrać się w stroje dostarczone przez więzienie. To oczywiście nie są szaty dla skazańców, mają inny krój i kolor, więc proszę się nie przejmować. Przebieralnia jest z boku. – Wskazał na szare drzwi, które kolorem niemal stapiały się z murem. – Jeśli macie na sobie czary zwodzące lub iluzje, proszę, abyście zdjęli je teraz. Jeśli brama wykryje coś podejrzanego, wasza przepustka zostanie anulowana, a następną trudno dostać.
– A co, jeśli mam na sobie czar, ale o tym nie wiem? – spytał Dumbledore spokojnie. – Albo czar, którego nie da się usunąć?
– Będzie mógł się pan odwoływać w Ministerstwie, ale tak szczerze… – Frank westchnął. – Jakby to ode mnie zależało, to bym was wpuścił tak, jak stoicie.
– Dyrektor zapewne martwi się o Mroczny Znak profesora Snape'a – powiedział Moore, mrużąc oczy. – Prawda?
Severus obserwował Franka uważnie, zastanawiając się, jak mężczyzna zareaguje na tę informację. Cooper jednak nie wyglądał na zaskoczonego. Najwyraźniej strażnicy zostali dokładnie poinformowani, kogo wpuszczają do Azkabanu. Snape'owi niezbyt się to podobało.
– Faktycznie, nie pomyślałem. Nie, Brama nie reaguje na Mroczny Znak, przynajmniej dopóki ten pozostaje w uśpieniu. I to tyle z ważnych rzeczy. – Frank spochmurniał. – Wiecie, Blacka… – Umilkł nagle, uciszony spojrzeniem Moore'a. – Zresztą, sami się zorientujecie.
Severus skorzystał z okazji, żeby osuszyć się zaklęciem, zanim – na wszelki wypadek – nie sprawdził się pod kątem innych czarów. Nie chciał, żeby zawrócili ich z powodu jakiegoś uczniowskiego żartu. Następnie zdał różdżkę i magicznie zabezpieczoną sakiewkę, wreszcie pierwszy wszedł do przebieralni.
Dostał komplet, łącznie z ubraniem spodnim i butami. Szata do złudzenia przypominała strój strażników, pomijając kolor – zamiast szarego, bordowy. Miała bardzo wąskie rękawy i sztywny, stojący kołnierzyk, ciasno przylegający do szyi. Snape nie zauważył żadnych zdobień, ale na piersi wyhaftowane było jego imię i nazwisko oraz, trochę mniejszymi literami, słowo odwiedzający. Mężczyzna zapiął ciasno skórzany pas, trochę zaskoczony, jak wygodne jest to ubranie.
– I jak leży? – spytał Frank. – Powinno dopasować się samo, ale sam wiesz, jak jest z tym państwowym badziewiem.
– Dobrze. – Po chwili wahania stanął blisko biurka, zdecydowany podtrzymać rozmowę. Zastanawiało go, co Cooper chciał powiedzieć o Blacku. – Choć wolałbym mniej gryfońskie kolory.
– Ciesz się, że nie są różowe. – Frank dokończył wypisywanie formularza i właśnie osuszał atrament zaklęciem. – Na początku ci z Ministerstwa chcieli, żeby stroje w ogóle nie kojarzyły się z żadnym domem, bo Azkaban ma być neutralny i tak dalej. Tak się nad tym rozwodzili, że w końcu krawiec się wkurzył i przygotował im trzy projekty: różowy, sraczkowy i przeźroczysty – Wydawał się mniej skrępowany, od kiedy Dumbledore zniknął w pomieszczeniu obok.
– Nie wierzę – stwierdził Snape ostrożnie, zastanawiając się, czy to kolejny żart.
– Druga wersja była najlepsza – zapewnił Moore poważnie. – Naprawdę nie wiem, czemu jej nie przyjęli.
Severus skrzywił się, coraz bardziej poddenerwowany. Frank musiał to zauważyć.
– Wybacz, chciałem jakoś rozluźnić atmosferę – powiedział i westchnął. Przeczesał włosy gestem, który skojarzył się nauczycielowi z Potterem. – To chyba nie najlepszy sposób, prawda?
– Jeden z moich uczniów prawdopodobnie został zamordowany a drugi porwany – stwierdził lodowato. – Podejrzewam, że znasz odpowiedź na to pytanie.
Cooper przygasł i pokiwał głową. Podsunął mu pergamin do podpisu i kałamarz z piórem.
– Ciągle nie mogę w to uwierzyć – wymamrotał. – Wiesz, naprawdę myślałem, że udało nam się wyłapać tych zwyrodnialców, przynajmniej najgorszych.
Snape przełknął komentarz o puchońskiej naiwności.
Z przebieralni wyszedł Dumbledore i odłożył własne ubranie do odpowiedniego pudła. Bez szaty w gwiazdki i tiary wyglądał inaczej, groźniej.
– Jesteśmy gotowi, panie Moore – powiedział.
– Jeszcze proszę podpisać – rzucił Frank szybko. Teraz, gdy Snape trochę oswoił się z jego zachowaniem, zauważył, jak mężczyzna w obecności dyrektora jest nie tyle zdenerwowany, co przestraszony.
Interesujące, pomyślał.
– Dziękuję, panie Cooper – powiedział Dumbledore, składając zamaszysty podpis. Spojrzał wyczekująco na Moore'a, a ten skinął głową i otworzył drzwi.
Snape przełknął ślinę, równocześnie przybierając obojętny wyraz twarzy. Nienawidził się za to, że nie potrafi zachować spokoju.
Nigdy nie trafił do Azkabanu. Dostał tylko areszt domowy, na proces czekał w Hogwarcie – a i on w zasadzie był wyłącznie formalnością. Dumbledore zrobił wszystko, żeby go ochronić i udało mu się. Teraz był za to wdzięczny, choć wtedy czuł jedynie rozgoryczenie.
– Frank nie chciał cię urazić – powiedział Moore cicho, gdy szli w stronę bramy.
Snape wzruszył ramionami i mimowolnie napiął mięśnie, kiedy przechodzili pomiędzy dwoma kamiennymi słupami, na których wyryto liczne runy. Poczuł, że lekko swędzi go skóra.
– Brama was przepuściła – stwierdził strażnik głośniej, zadowolony. – Teraz musimy skręcić w lewo.
Dumbledore pozwolił mu prowadzić, sam zwolnił kroku. Snape'a męczyło to powolne tempo, ale nie narzekał. Mimo wszystko czuł ulgę, że nie będą musieli występować o przepustkę kolejny raz, szczególnie że jemu wydano ją cudem.
Właściwie nie chciał tu być, nie widział w tym sensu i podejrzewał, że może tylko zaszkodzić. Ale Albus go o to poprosił, gdy dowiedział się, że kundel może mieć istotne informacje.
– Chyba poradzisz sobie sam z Blackiem?
– To nie on jest problemem, Severusie.
Coś złego kryło się w jego wzroku, coś, o czym Snapie zdołał niemal zapomnieć. Ostatni raz widział to spojrzenie lata temu, na wzgórzu, wtedy.
Cieszył się, że tym razem, to nie on będzie musiał się z nim zmierzyć.
Weszli do niewielkiego holu, a później w korytarz pozbawiony okien. Moore nie odzywał się, podobnie jak dwóch strażników, którzy eskortowali ich w sposób stosunkowo dyskretny.
Azkaban był cichy. Severus podświadomie oczekiwał krzyków, choć wiedział, że więzienie to nie śmierciożecze lochy. Złe wspomnienia pojawiały się same, bez pomocy dementorów.
Powietrze pachniało solą.
Kto miał rezydencję nad morzem? Chyba Lestrange. Albo Macnair. Ale raczej Lestrange. W jego ogrodzie stała huśtawka. Raz Snape zobaczył jak siedzi na niej dziewczynka o pustym spojrzeniu. Miała bardzo jasne włosy i połamane paznokcie.
Lestrange lubił mugolskie dzieci.
Teraz gnił w celi gdzieś na wyższych piętrach, o ile nie zadusili go współwięźniowie.
Ale nie mógł mieszkać nad morzem, bo Severus pamiętał też gęsty las wokół ogrodu, a z tamtego domu dało się obserwować zachody słońca.
Więc jednak Macnair, Macnair, który lubił wieczory i rozczłonkowywanie ofiar, który wykpił się od wyroku, który pragnął malować, ale nie miał talentu, który kiedyś, gdy wszystko się skończyło, zszedł na dół, aby obmyć ręce w słonej wodzie…
– Severusie. – Dumbledore położył mu dłoń na ramieniu i mężczyzna drygnął. – Wolałbym, żebyś to ty poprowadził rozmowę. – Snape spojrzał na niego półprzytomnie. – Znałeś Blacka dużo lepiej ode mnie – wytłumaczył dyrektor spokojnie.
– Nie powiedziałbym, że byliśmy dobrymi znajomymi – zauważył Severus ponuro, próbując nie wyobrażać sobie, co Macnair zrobił Harry'emu, jeśli to on był porywaczem. Aurorzy go sprawdzili, jednak to nie uspokoiło nauczyciela. – Ale spróbuję.
Moore obserwował ich, mrużąc oczy.
– Jeśli będziecie chcieli skończyć odwiedziny, zastukajcie w drzwi. Jeśli zdarzy się coś nieprzewidzianego, krzyczcie. Będziemy mieli na wszystko oko. Czy wszystko jest jasne?
Dumbledore potwierdził i strażnik stuknął różdżką w drzwi. Znów pojawił się ten sam odgłos podobny do dzwonu – dopiero wtedy nacisnął klamkę.
Snape wszedł do pokoju pierwszy, żałując, że nie jest uzbrojony. Szybko omiótł spojrzeniem niewielkie pomieszczenie.
Black siedział na krześle za stołem przymocowanym do podłogi, po prawej miał zakratowane okno z widokiem na wewnętrzny dziedziniec. Ręce mężczyzny zostały skute i krótki łańcuch łączył je z obręczą w blacie. Severus ocenił, że ma długość jakichś ośmiu, dziesięciu cali. Po drugiej stronie stołu stały dwa proste krzesła. Naprzeciwko okna, na wysokości klatki piersiowej, namalowany został zarys trójkąta – w jego wierzchołki wmontowano miedziane płytki z magicznymi oczami. Obracały się niezależnie od siebie.
Później Severus przyjrzał się Blackowi.
Zaskoczyło go, jak niewiele mężczyzna się zmienił. Był trochę chudszy, trochę starszy, ale Snape wciąż bez problemu rozpoznałby go na ulicy. Nawet fryzurę nosił podobną, włosy ścięte przy uszach. Poza tym nieźle się trzymał jak na azkabańskiego więźnia – siedział wyprostowany, miał spokojny wzrok i tylko chorobliwa bladość zdradzała, że od lat nie opuszczał celi.
Mimo woli Snape poczuł lekki zawód.
Gdy weszli, mężczyzna wstał, choć łańcuch trochę mu to utrudniał.
– Dyrektorze – powiedział dziwnym, jakby zduszonym głosem. – Pan…? – Przeniósł spojrzenie na Severusa.
– Profesor Snape – przedstawił się, zaskoczony, że mężczyzna go nie poznał.
Spodziewał się, że Black zacznie protestować – prosił o rozmowę z samym Dumbledore'em – ale mężczyzna tylko skinął głową.
– Dziękuję, że przyszliście – powiedział, niezręcznie wskazując na krzesła. – Proszę, usiądźcie.
Snape zdławił ochotę, aby zrobić mu na złość i stać przez całe widzenie, ale byłoby to aż nazbyt dziecinne. Poczekał aż Black siądzie i też zajął miejsce. Albus tymczasem podszedł do okna. Widać było, że unika patrzenia na więźnia.
– Poprosiłem Severusa, żeby mi towarzyszył, ponieważ jest doskonałym Legilimentą. To z nim będziesz rozmawiać – powiedział chłodno.
Przez twarz Blacka przemknęło coś na kształt paniki i Snape poczuł, że poprawia mu się nastrój.
– Rozumiem – wymamrotał. – To właściwie dobrze.
– Dlaczego? – spytał Snape ostro, uznając, że powinien przejąć rozmowę.
Black lekko się wzdrygnął, przełknął ślinę.
– Pomyślałem, że możecie mi nie uwierzyć na słowo, a tak po prostu zobaczycie, co trzeba w mojej głowie.
– Wspomnienia mogą być zafałszowane, obserwator zmylony. Wiesz o tym, skoro jesteś Oklumentą – Severus mówił spokojnie, równocześnie uważnie przyglądając się mężczyźnie. Starał się znaleźć w jego zachowaniu jakieś wskazówki. W Ministerstwie zapoznano ich z zarysem sytuacji, ale brakowało mu szczegółów. – Choć nie mam pojęcia, kundlu, jak się nim stałeś – zaryzykował, kątem oka zerkając na Albusa. Czarodziej nie zganił go za obelgę, więc najwidoczniej faktycznie postanowił dać mu wolną rękę.
Black milczał, wpatrując się w stół. Gdy cisza zaczęła się wydłużać, Severus poczuł ukłucie irytacji.
– To było pytanie, Black – warknął.
– Przepraszam, sir. W moim rodzie wszystkie dzieci są uczone Oklumencji, gdy skończą trzynaście lat, sir. W czasie wakacji, sir.
Snape patrzył na niego, osłupiały. Black cały dygotał, mówił szybko, niemal połykając głoski, ramiona miał przygarbione, starał się też wycofać ręce, choć łańcuch mu to uniemożliwiał. Krawędź kajdan wbijała się w skórę, w sposób, który musiał sprawiać mu ból, ale mężczyzna wydawał się tego nie zauważać. W jednej chwili stał się własnym cieniem, strzępem człowieka.
Wiecie, Blacka… powiedział Frank i Severus zaczynał rozumieć, jak powinno kończyć się to zdanie.
Ale nie potrafił poczuć litości.
– Patrz mi w oczy, kiedy odpowiadasz – rozkazał. Mężczyzna niechętnie uniósł wzrok, ale po chwili uciekł nim w bok. – Jeszcze przed chwilą deklarowałeś, że chętnie wpuścisz mnie do swojego umysłu, Black. Gdzie twoja gryfońska odwaga? – spytał, pozwalając, aby w jego głosie pojawiła się odraza.
Kiedy w końcu więzień się do tego zmusił, Snape musnął jego umysł Legilimencją, tylko na tyle, aby zorientować się w jego odczuciach.
Strach, na tyle mocny, że zafałszowałby wspomnienia. Nie mógł zanurzyć się w jego umyśle, gdy mężczyzna był tak rozdygotany – nie bez różdżki.
– Uspokój się wreszcie, nic ci przecież nie zrobiłem. Poza tym powinieneś nazywać mnie profesorem.
Black wydawał się powoli odzyskiwać równowagę. Przesunął ręce i poprawił kajdany, tak, żeby nie uwierały. Na skórze zostały mu dwa zaczerwienione okręgi.
– Rozumiem, profesorze – powiedział.
– Żadnych głupich uwag o wiecznym siedzeniu nosem w książkach?
– Nie, profesorze.
– Naprawdę nieźle cię wytresowali.
Black zacisnął mocniej szczęki. Więc jednak jeszcze gdzieś w nim była ta zawziętość.
– Tak, profesorze – wycedził.
Snape przez chwilę miał ochotę drążyć, ale wiedział, że nie przyszli tu dla przyjemności. Choć tylko Salazar wiedział, jak wielką mu to sprawiało.
Gdy był młodszy, fantazjował o tym, że torturuje Blacka. W liczne, bezsenne noce po śmierci Lily, wyobrażał sobie, co by mu zrobił, gdyby dopadł go przed aurorami. Myślał, że wyrósł z tych marzeń, że zostawił przeszłość za sobą.
Ale gdyby w pokoju nie było Albusa… Gdyby miał różdżkę…
Zmusił się do przyjęcia obojętnego wyrazu twarzy.
– Poinformowałeś dyrektora kiedykolwiek o tym, że jesteś Oklumentą? – spytał, kierując rozmowę na poprzednie tory.
– Nie, sir. Znaczy, profesorze. – Tym razem odpowiadając, rzeczywiście patrzył mu w oczy. Tylko drganie powieki zdradzało, jak wiele go to kosztuje.
– Dlaczego?
– Wiedziałem, że to czarna magia, chciałem odciąć się od rodziny. Poza tym nauka… nie była przyjemna. Wolałem o niej nie myśleć.
– Z tego, co pamiętam, ty w ogóle niewiele myślałeś – zauważył, znów muskając jego umysł. – Więc jaką informację chciałeś nam przekazać? – spytał, koncentrując się na Legilimencji. Chciał wyczuć, czy mężczyzna skłamie.
Black przełknął ślinę, jakby próbował nawilżyć wyschnięte gardło. Odetchnął głęboko.
– Ja naprawdę nie zabiłem Pettigrewa – powiedział. – Próbowałem, ale mi się nie udało.
Snape zacisnął palce na krawędzi blatu, z całych sił powstrzymując się, żeby nie uderzyć więźnia. Nie wierzył, że Black po tych wszystkich latach wciąż próbował sprzedać im to samo kłamstwo. Zanim jednak zdążył zareagować, ubiegł go Dumbledore.
– Zwłoki tego biednego chłopca zmieściły się w pudełku, które osobiście zaniosłem jego matce – powiedział, wciąż nie odwracając się od okna. – Zapewniam, że ci się udało.
– To nie było tak. – Black poderwał się na nogi, a jego krzesło zakołysało niebezpiecznie. – Ja nawet nie rzuciłem tego zaklęcia. Błagam. To on pracował dla Sam-Wiesz-Kogo, on był strażnikiem, on nadal jest na wolności… Ja nie… Jestem niewinny...
– SIADAJ, BLACK! – krzyknął Snape, też już stojąc. Syriusz usiadł, jakby ugięły się pod nim nogi, ale Severus nie zwrócił na to uwagi. Słowa same się pojawiły, te, które chciał mu powiedzieć od dawna, które mówił mu co noc przez pierwsze bezsenne miesiące. – Nie jesteś niewinny – wycedził, opierając dłonie na blacie i pochylając się nad mężczyzną. – Nawet jeśli twoja żałosna bajeczka jest prawdziwa, i tak zasłużyłeś na ten pieprzony wyrok. A może już zapomniałeś? – Uśmiechnął się mimo woli, gorzko. Ściszył głos: – Piąta klasa, próba morderstwa. Gdybym nie uległ dyrektorowi i zgłosił to aurorom, dostałbyś jakieś dziesięć, piętnaście lat, a twój drogi przyjaciel zostałby uśpiony jak pies z wścieklizną. Jak widać los jednak bywa sprawiedliwy.
– Lunatyk zginął? – spytał Black, martwiejąc.
– Prawie sprawiedliwy – rzucił Snape niechętnie, siadając. Podejrzewał, że Dumbledore mimo wszystko sprostowałby jego kłamstwo. – Powiedz, Black, czemu ty się śmiałeś? – zagaił po chwili niemal towarzyskim tonem. – Bo z tego, co słyszałem, chichotałeś nad tymi trupami jak, nie przymierzając, twoja droga kuzyneczka.
Syriusz poruszył się niespokojnie, gwałtownie przyciągając do siebie ręce. Pod lewą obręczą pojawiło się parę kropel krwi, więc musiał zedrzeć sobie skórę.
– Bo to było śmieszne – zaczął mówić szybko, ale jakoś bezradnie, jakby półprzytomnie. – Słuchaj, ty nie znałeś Glizdogona tak jak my. To był taki mały pokurcz, pokraka. Przypałętał się w pierwszej klasie i jakoś został, nie wiem, chyba z litości pozwalaliśmy mu ze sobą chodzić. On ledwo sobie radził z czarami. – Znów zaczął się podnosić, ale zrezygnował w połowie ruchu. Zamiast tego skulił się na samym brzegu krzesła. – Więc jak przypieprzył tą klątwą… Ja nie wierzyłem. Nie mogłem uwierzyć. On sobie nigdy z niczym nie radził... Jak go ścigałem, to tylko wyobrażałem sobie, co mu zrobię, że utnę mu jaja, wypruję flaki, urwę mu palce i zmuszę, żeby się nimi udławił. Godryku, naprawdę o tym myślałem. Ale jak zaczęliśmy walczyć, to nie mogłem go dorwać, był po prostu lepszy, był, kurwa, lepszy ode mnie… Chyba dlatego się śmiałem. Nie pamiętam. Chyba dlatego.
– Więc teraz próbujesz mi wmówić, Black, że Potter zrobił tą, jak to określiłeś, pokrakę, swoim Strażnikiem Tajemnicy? – spytał Snape lodowato.
– To był mój pomysł – wytłumaczył więzień cicho, uciekając wzrokiem. Głos mu się złamał. – James chciał, żebym ja nim był, ale wiedziałem, że wszyscy się domyślą, a… Merlinie, wiedziałem, że nie dam rady, jeśli mnie naprawdę złapią. Mój brat… Myślałem, że jeśli mnie złapią, to on będzie mnie torturował, dostawałem kręćka na myśl, że to będzie on, prawdziwego świra. I że będę zdrajcą, że zdradzę Jamesa i Lily. Nie potrafiłem wziąć tego na siebie, więc… Więc powiedziałem im, żeby wzięli Petera. Bo nikt nie pomyślałby, że to Peter, prawda? Nikt w życiu by nie pomyślał, że to on.
– Czemu nie Lupin?
Snape miał wrażenie, że obserwuje wszystko z boku, jakby znajdował się w myślodsiewni, a rozmowa toczyła się pomiędzy obcymi mu ludźmi. Nie czuł już gniewu. Właściwie nie potrafił określić, co czuje.
– Wiedzieliśmy, że któryś z nich jest zdrajcą, bo Dumbledore miał jakiegoś szpiega, więc… Skoro to nie byłem ja i myśleliśmy, że to nie był Glizdogon… Myśleliśmy, że Sam-Wiesz-Kto by się go brzydził. Ja tak myślałem… I Remus dziwnie się zachowywał, ciągle dopytywał, czy wszystko w porządku, a oni rekrutowali wilkołaki… I tak jakoś… My… Ja… – Umilkł, najwyraźniej nie będąc w stanie wykrztusić kolejnego słowa.
– Ja byłem tym szpiegiem – powiedział Snape.
Black milczał, wpatrując się w blat stołu. Po lewej ręce spływała mu krew, gdy obręcz coraz mocniej wrzynała się w skórę.
– Potter powinien zerwać z wami kontakt w chwili, gdy dowiedział się, że w jego najbliższym otoczeniu jest zdrajca. Z całą waszą trójką. Powinien zrobić Strażnikiem Tajemnicy Albusa. Powinien konsultować swoje genialne pomysły z nim. Powinien chronić swoją rodzinę, bo, kurwa, przy pomocy, jaką otrzymał, to naprawdę nie było trudne.
– James nie chciał…
– Umierać, jak sądzę. – Snape wstał, zaskoczony, jak spokojny się czuje.
– Słuchaj…
– To ty posłuchaj, Black. Nie wiesz, co robiłem, żeby zdobyć te informacje. Nie wiesz, co robiłem, żeby Czarny Pan chciał się ze mną nimi dzielić. I wiesz co? Nie było warto.
– Słuchaj – powtórzył Syriusz z determinacją w głosie, unosząc głowę. Wyglądało na to, że ostatnie słowa do niego nie dotarły. – Peter jest animagiem, niezarejestrowanym, szczurem. Widziałem go w gazecie, na zdjęciu z tą dziewczynką, która zaginęła. Nie ma pazura, bo odciął sobie palec. Błagam, możesz mi nie wierzyć, ale sprawdź to.
Jego oczy błyszczały chorobliwie.
Snape odwrócił się do Dumbledore'a i dopiero wtedy zorientował się, że czarodziej przygląda się mu uważnie. Nie potrafił wyczytać niczego z jego twarzy.
– Poczekam na korytarzu – powiedział Severus. – Nie będę w stanie zastosować na nim bezróżdżkowej Legilimencji, wybacz.
– Nie szkodzi. Powinienem sam sobie poradzić.
Dumbledore mu uwierzył, uświadomił sobie Snape.
Podszedł do drzwi i uniósł dłoń.
– Snape – rzucił Black nagle, błagalnie. – Wiem, że byliśmy dla ciebie gnojami, ja naprawdę to wiem. Ale Harry jest też dzieciakiem Lily. Pamiętasz Lily? Ona cię lubiła. Więc chociaż dla niej…
– Black, sprawdzę tego szczura – powiedział chłodno i zapukał. – To są moi uczniowie. Naprawdę sądzisz, że zostawiłbym dziecko na pewną śmierć, gdybym nie lubił jego rodziców? – Odwrócił się i spojrzał mu w twarz. Nie musiał używać Legilimencji, aby poznać odpowiedź. – Naprawdę się nie zmieniłeś.
Dumbledore obserwował ich obu.
xxx
Harry przyniósł dwie szklane butelki coli i otwieracz, czując się trochę dziwnie z tym, że może pić ją do śniadania, a samo śniadanie jeść w porze lunchu. Tom nie zwracał uwagi na to, kiedy chłopiec kładzie się spać i kiedy wstaje, więc w konsekwencji Potter przesypiał większą część dnia. Przez resztę czasu snuł się po mieszkaniu albo oglądał telewizję, choć to, co działo się na ekranie, w najmniejszym stopniu go nie obchodziło. Próbował czytać, ale miał wrażenie, że słowa zlewają mu się przed oczami, a sens zdań umyka – przedarł się przez parę stron tylko po to, aby uświadomić sobie, że nic z ich nie pamięta. Czasem płakał, gdy nikt nie widział.
Tom irytował się, że aurorzy pilnują Namiaru, ale Harry'emu to nie przeszkadzało – trochę bał się chwili, gdy Riddle go ukradnie. Martwił się, że nie poradzi sobie z czarami, których chciał go nauczyć chłopak. Paraliżowała go myśl, że Tom uzna go za zupełnie nieprzydatnego. Nie wiedziałby, co wtedy zrobić.
Obiecał Ginny, że zabije Voldemorta, ale z każdym dniem własne słowa wydawały mu się coraz bardziej dziecinne. Nie był tak potężny jak profesor Dumbledore ani mądry jak Hermiona. Ostatnim razem po prostu miał farta.
Tom siedział na kanapie i jadł naleśniki, które zrobiła im pani Amelia przed wyjściem. Oglądał film historyczny, ale nie wydawał się nim szczególnie zainteresowany. Zanim Harry do niego podszedł, zdążył sięgnąć już po książkę.
Chłopiec postawił butelki na stoliku, koło Namiaru. Kątem oka zauważył, że Tom krzywi się nieznacznie, więc odruchowo wymamrotał:
– Zaraz pójdę.
Zdążył przywyknąć do tego, że Riddle brał prysznic parę razy dziennie i tego samego wymagał od niego.
– Poczekaj. – Chłopak wziął różdżkę ze stolika i machnął nią oszczędnie w stronę Harry'ego. W tym samym momencie pióro poruszyło się i zanotowało parę słów na podłożonej kartce. – To wystarczy – dodał, przesuwając się i robiąc miejsce na kanapie.
Potter usiadł i pochylił się, opierając łokcie na stoliku. Spojrzał na kartkę. Pióro zapisało nie tylko nazwę pokoju i adres mieszkania, ale również poinformowało, że siedzą w salonie – dziecko i czarodziej.
– To tyle? – wymamrotał, próbując wzbudzić w sobie choć odrobinę entuzjazmu. Tom często mówił, że Namiar to jedno z potężniejszych zaklęć używanych w Ministerstwie, więc Harry myślał, że będzie przynajmniej buczeć.
– Tylko tyle. – Tom zamknął książkę i wziął pióro do ręki. Przesunął je pomiędzy palcami niemal czułym gestem. – Oczywiście gdybyś rzucił czar w obecności mugola, zareagowałoby trochę gwałtowniej. Ale tę funkcję dodano do zaklęcia stosunkowo niedawno, jakieś dwieście, może dwieście pięćdziesiąt lat temu.
– To wcale nie jest niedawno.
Tom spojrzał na niego dziwnie, z dezaprobatą, jakby oczekiwał zupełnie innych słów. Harry wzruszył ramionami.
– Potrzymaj. – Chłopak podał mu pióro, a sam sięgnął po butelkę i otwieracz. – Nie powinniśmy rzucać zbyt wielu czarów przy mugolskich urządzeniach – wytłumaczył, odbijając kapsel.
Harry tymczasem przyglądał się Namiarowi, mimo woli pochmurniejąc. Tom powiedział, że każde pióro wygląda inaczej, bo w pewien sposób symbolizuje właściciela. A to było naprawdę brzydkie, czarne i jakby nadtopione z prawej strony. Chłopiec przejechał kciukiem po uszkodzeniu, marszcząc brwi. Miał wrażenie, że mrowią go opuszki palców.
– Jest dziwne w dotyku – stwierdził, odkładając Namiar na kartkę.
– Ponieważ włożono w nie naprawdę dużo magii. Ciężko było to podrobić. – Tom postawił colę na blacie i rozgarnął książki leżące obok sofy. Wybrał jeden opasły tom. Mieniący się na okładce napis brzmiał Tysiąc i sto najbardziej absurdalnych zaklęć świata. – Mam nadzieję, że nikt nie zacznie koło falsyfikatu tańczyć salsy, bo pióro zmieni się w kocyk – powiedział z wręcz komiczną powagą. W takich momentach niemal pasowały mu przefarbowane włosy. – Poza tym zrobiłem z niego Świstoklik, aktywuje się za dwanaście dni i parę godzin.
– Czemu? – Harry zmartwiał.
– Te przedmioty znikają w podobny sposób, z tego co czytałem. O ile nikt go nie będzie trzymał, wszystko powinno pójść dobrze.
– Czemu dopiero za dwanaście dni? – sprecyzował chłopiec.
– To środa, mam wolne.
Harry przełknął ślinę.
– Myślałem, że już w ogóle nie będziesz tam chodził.
– Nie mogę zniknąć przed wypłatą. – Tom spojrzał na niego z rozdrażnieniem, jak zawsze, gdy powiedział coś wyjątkowo głupiego. – To byłoby podejrzane.
– Wiem, ale… – Umilkł, przygryzając dolną wargę. – Nieważne – dokończył niechętnie.
Przez chwilę chłopak przyglądał się mu w milczeniu, bardzo uważnie, jakby się nad czymś zastanawiał. W końcu jednak odłożył książkę i wybrał inną z tego samego stosu. Usiadł po turecku, opierając się plecami o podłokietnik sofy i położył ją pomiędzy sobą a Harrym. Następnie napił się trochę coli i otworzył drugą butelkę. Podał ją chłopcu.
– Dzięki – wymamrotał Harry, również siadając bokiem. Podciągnął kolana niemal pod brodę. Czuł się nieswojo. – Tom…?
– Chcę cię dzisiaj czegoś nauczyć.
Potter poczuł, że zasycha mu w gardle, więc zwilżył je napojem. Cola była obrzydliwie słodka.
– Imperio? – spytał.
Przez ostatnie dni starał się obserwować panią Amelię i jej synka – Riddle trzymał oboje pod zaklęciem – i faktycznie nie wydawali się cierpieć. Jednak za każdym razem, gdy Tom wydawał kobiecie polecenie, a ona wykonywała je bez najmniejszego sprzeciwu, Harry czuł się chory. Dorośli nie powinni się tak zachowywać. To oni zawsze rozkazywali, na tym polegało życie.
– Poniekąd. Choć na razie zajmiemy się tylko teorią. – Chłopak otworzył książkę i przerzucił parę kartek. – Ćwiczyć zaklęcia i tak musimy poza domem.
– Musimy? – wyrwało mu się mimo woli.
Wzrok Toma stał się zimny. Zamknął księgę zanim Harry zdążył przeczytać choć jedne słowo i wyprostował się.
– Zamierzam uczyć cię czarnej magii – powiedział. – Sądziłem, że zdążyłeś oswoić się już z tą myślą.
– Po prostu mi się to nie podoba.
– Dlaczego?
Tym razem Harry spojrzał na niego, jak na idiotę.
– Bo to czarna magia – powiedział powoli, zaciskając palce mocno na szyjce butelki.
– Czy jeśli będę to nazywał zaawansowaną magią defensywno-ofensywną poczujesz się lepiej?
– Nie. To znaczy… Chodzi mi o to… Voldemort się nią posługiwał. I masa złych ludzi. – Harry przełknął ślinę. Czuł, że pieką go oczy. Otarł je grzbietem dłoni gniewnym ruchem. – I ten dziennik był czarnomagiczny, sam to powiedziałeś. Więc…
Wzrok Toma złagodniał nieco.
– Przepraszam, Harry – powiedział miękko. – Zapomniałem, z jakiej strony zdążyłeś ją poznać.
– A można z jakiejś innej? – prychnął, wściekły na siebie, że się rozkleił.
Chłopak usiadł swobodniej, choć nie spuszczał z niego wzroku.
– Czarna magia to bardzo ogólne określenie – powiedział belferskim tonem. – Jakbyś zajrzał do słownika, znalazłbyś skomplikowaną definicję, zresztą zupełnie nieżyciową. – Skrzywił się z dezaprobatą. – W gruncie rzeczy chodzi jednak o to, że zaklęcia czarnomagiczne mogą zaszkodzić rzucającemu, więc ta nazwa to rodzaj ostrzeżenia. Mugole też stosują takie oznaczenia, na przykład przy materiałach toksycznych albo przewodach z wysokim napięciem.
– Ale wszyscy mówią, że czarna magia jest po prostu zła – wytknął mu chłopiec ponuro.
Tom uśmiechnął się nieznacznie.
– Cóż, masz dwanaście lat, Harry. Pewnie zdążyłeś już zauważyć, że dorośli często używają tego słowa, gdy zadajesz im trudne pytania?
Chłopiec pomyślał o Dursleyach i wzruszył ramionami. Nie musiał nawet zadawać pytań, żeby co chwilę je słyszeć.
– Dzieci nie powinny mieć żadnej styczności z czarną magią – kontynuował Riddle, a w jego głosie pojawił się cień smutku. – Jest po prostu dla nich szczególnie niebezpieczna. Wymaga przede wszystkim stabilnej, ukształtowanej psychiki. Jeśli zaczyna jej używać osoba chwiejna, może się w niej zatracić. Czy też, mówiąc prościej, oszaleć.
Harry poczuł, że unoszą mu się włoski na karku.
– Myślisz, że Voldemort oszalał przez nią? – spytał cicho.
– Możliwe – stwierdził Tom krótko.
– A ja…?
– Możliwe.
Chłopiec spojrzał na książkę jak na niebezpieczną bestię.
– Chyba odpuszczę – wymamrotał. – Ja jestem strasznie chwiejny.
– Bez niej nie wygrasz z Voldemortem – powiedział Tom chłodno. Dotknął gładkiej okładki. – Potrzebujesz karabinu. A to jest karabin magicznego świata.
– Ale jeśli zwariuję, to i tak będzie bez sensu! – Harry zeskoczył z kanapy i odłożył butelkę na stolik gwałtownym ruchem. Wcisnął dłonie do kieszeni. – Ja naprawdę się nie nadaję, Tom. Serio.
– Dlaczego tak uważasz?
– Bo… – zamilkł i potrząsnął głową.
– Harry, rozmawiałem z tobą od paru miesięcy. Obserwowałem przez ostatnie dni. Nie zaproponowałbym ci nauki, gdybym uznał, że oszalejesz – Tom mówił spokojnie, ale w jego głosie słychać było urazę. – Uważasz, że chcę cię skrzywdzić?
– To nie tak! – rzucił, przestraszony, że chłopak w ogóle mógł coś takiego pomyśleć. – Wiem, że nie.
– Więc?
Chłopiec wbił wzrok w podłogę, nie wiedząc, jak może to wytłumaczyć.
– Czy mugole, którzy cię wychowali, twierdzili, że jesteś chwiejny? – spytał Tom nagle.
Harry wzdrygnął się i spojrzał na niego zaskoczony. Był pewien, że nigdy mu o tym nie mówił.
Riddle patrzył na niego z doskonale obojętnym wyrazem twarzy, ale w jego wzroku czaiło się coś niepokojącego.
– Nazywali mnie czasami dziwolągiem – rzucił Harry, starając się, żeby zabrzmiało to lekko. – Ale przestałem brać to do siebie, gdy dowiedziałem się, że jestem czarodziejem.
– A dowiedziałeś się tego w swoje jedenaste urodziny – zauważył Riddle i chłopiec zaczął żałować, że mu o tym napisał. Nie przewidział, że Tom będzie miał tak doskonałą pamięć. – To znaczy, że przez jedenaście lat uważałeś się za dziwoląga.
Harry wzruszył ramionami.
– Raczej byłem nim – stwierdził niemal wesoło. – Wiesz, działy się wokół mnie jakieś dziwne rzeczy, gadałem z wężami, włosy mi odrastały i takie tam. Raczej trudno uznać to za coś normalnego.
– Faktycznie. – Tom nie spuszczał z niego wzroku. W jego głosie nie było współczucia, którego Harry się obawiał. – Ale nie oznacza to, że z twoją psychiką jest coś nie tak. Więc usiądź, chcę przerobić z tobą teorię jeszcze dzisiaj.
– Ale nie będziemy robili tej złej części z czarnej magii? – chciał się upewnić. Sam nie wiedział, dlaczego tak bardzo chce, aby Riddle powiedział to na głos.
– Czarna magia nie ma dobrej i złej części, Harry. – Tom zmarszczył brwi. – Czy klątwa, którą uwięził mnie Voldemort, stałaby się dobra, gdyby auror rzucił ją na zbrodniarza? Czy była zła, bo ja nią oberwałem?
– Wiesz, o co mi chodzi – wymamrotał, próbując nie myśleć o dzienniku. Za każdym razem, gdy chłopak o nim wspominał, Harry czuł, jakby coś przygniatało mu pierś. Chyba wyrzuty sumienia.
– Nie wiem.
– Nie chcę się uczyć czegoś, co krzywdzi ludzi – sprecyzował.
Tom wstał i Harry mimo woli cofnął się o krok, choć właściwie się go nie bał. Pomasował czoło, które zapiekło nagle.
Chłopak minął go i podszedł do książek ułożonych pod oknem. Chwilę przekładał je w milczeniu, zanim nie wybrał dwóch obszernych pozycji. Wydawał się zły, choć Harry nie wiedział, czym go tak zdenerwował.
W końcu Tom położył obie na blacie stolika.
– To książki historyczne, mugolskie, o drugiej wojnie światowej – wytłumaczył oschle. – Wrócimy do tej rozmowy po tym, jak je przeczytasz.
– Ale ja wiem, że wojna była okropna – zaprotestował szybko. Biorąc pod uwagę, jak kiepsko szło mu przyswajanie tekstu, męczyłby się z nimi miesiąc. – I wiem, co chcesz powiedzieć. Że moi wrogowie nie będą mieli oporów i że moje zachowanie jest dziecinne. Nie jestem głupi.
– Zacznij czytać teraz. – Tom zignorował jego słowa, wybrał dla siebie inną pozycje i podszedł do drzwi do przedpokoju. – I postaraj się skończyć jak najszybciej. Jeśli czegoś nie zrozumiesz, zapytaj Amelię.
Harry powlókł się za nim.
– Gdzie idziesz? – spytał, gdy Riddle zakładał kurtkę.
– Poćwiczyć, później do pracy.
– Nie musisz się zaraz wściekać – zauważył, sam zirytowany.
– Nie jestem zły. – Tom spojrzał na w ten dziwny, zimny sposób. – Będę, jeśli nie przeczytasz ich w tym tygodniu.
– Są za grube! Nie jestem Hermioną!
– Możesz zrezygnować ze snu.
Nie zabrzmiało to jak żart.
Harry skinął głową obojętnie, uznając, że nic nie ugra, dopóki Tom jest w takim nastroju.
– Ale skoro się nie wściekasz, mógłbyś zostać…
– Harry – o ile wcześniej ton głosu Riddle'a był chłodny, teraz stał się lodowaty. – Nie zamierzam tracić czasu przez ciebie. Nie zamierzam też go tracić na ciebie.
Chłopiec poczuł się, jakby został uderzony w brzuch. W milczeniu obserwował, jak Tom wychodzi, a później – po bardzo długiej chwili – wrócił do salonu. Przez moment patrzył się na zimne naleśniki i niedokończone napoje, nim w końcu zaniósł wszystko do kuchni. Nie czuł głodu.
Później skulił się na kanapie, sięgnął po pierwszą książkę i zaczął czytać.
