Betowała miśqa, dzięki!
Rozdział 6
Pod murkiem z polnych kamieni
Harry spał na kanapie w salonie. Miał okulary na nosie, choć zsunęły się na sam jego czubek, a dłonią przyciskał otwartą książkę do brzucha, gniotąc jej kartki. Czasami wzdrygał się i mamrotał, jakby dręczył go koszmar.
Riddle nachylił się nad nim. W słabym świetle padającym przez otwarte drzwi do przedpokoju ledwo widział twarz dziecka, a jej wyraz bardzo go ciekawił. Nagle zmrużył oczy i delikatnym ruchem – nie chciał zbudzić chłopca – odgarnął włosy z jego czoła, aby odsłonić bliznę. Musnął ją opuszkami palców i zamarł na chwilę, próbując zrozumieć, co właśnie poczuł.
Wydawało mu się…?
Zanim jednak zdołał to przeanalizować, Harry otworzył oczy i spojrzał na niego czujnie, bez śladu senności we wzroku.
– Tom?
Przez moment twarz Riddle'a nie wyrażała niczego, gdy próbował wymyślić, jak powinien
wytłumaczyć swoje zachowanie. Nigdy wcześniej nie znalazł się w takiej sytuacji ani nie widział nikogo w analogicznej. Co robili ludzie, gdy wybudzili kogoś z koszmaru?
Koszmary wywołują dyskomfort. Dzieci tolerują go słabiej niż dorośli, podobnie jak ból. Ale Harry nie płakał i nie szukał u niego pocieszenia, co było nieco niepokojące.
Przez ostatni tydzień izolował się od chłopca, żeby go ukarać, ale nie sądził, że może osłabić to więź pomiędzy nimi. Harry nie miał alternatywy, chyba żeby liczyć tę bezwolną, mugolską kukłę, u której mieszkali – mógł albo lgnąć do niego, albo być całkiem sam. A nie zdecydowałby się sam z siebie na samotność, Riddle był tego pewien.
Ale coś było nie tak i musiał to szybko naprawić.
Dlatego obojętność na jego twarzy zastąpiło zmartwienie i chłopak położył dłoń na czole Harry'ego.
– Pomyślałem, że mogła wrócić gorączka – skłamał na poczekaniu – Rzucałeś się – dodał już zgodnie z prawdą.
Harry zamknął na moment oczy, trochę spokojniejszy, a jego dolna warga lekko drgnęła.
Riddle usiadł obok, wymuszając, by chłopiec położył mu głowę na kolanach i zaczął gładzić go po włosach, jakby głaskał kota. Wiele wysiłku kosztowało go, by nie okazać wstrętu. Harry był tak spocony, że jego włosy niemal przylegały do głowy. Riddle miał wrażenie, że sunie dłonią po czymś śliskim, może nawet trochę lepkim. Najchętniej zaciągnąłby go pod prysznic i zmusił do szorowania się tak długo, aż zniknąłby ten kwaśny odór, choćby miał zejść z ciała razem ze skórą.
– Miałeś zły sen? – spytał zamiast tego łagodnie.
Kontakt fizyczny, zainteresowanie, sugestia, że dowolne zmartwienie zostanie wysłuchane – Tom miał wrażenie, że odhacza punkty z nudnej, prostej listy.
– Śniło mi się, że ciotka Petunia włożyła Ginny do piekarnika.
Riddle spróbował to sobie wyobrazić.
– Zmieściła się tam?
– To nie jest śmieszne! – wybuchnął Harry. Po chwili jednak jego ramiona lekko się rozluźniły i odetchnął głębiej. – Hm, Tom?
– Tak?
– Jestem już trochę za duży na to – powiedział, ale tak, jakby wcale nie chciał tego mówić.
Riddle przestał go gładzić.
– Mam odejść? – spytał, czując irytację.
– Nie! – Harry uniósł się tak szybko na łokciu, że niemal uderzył go w podbródek. Puścił przy tym książkę, która zsunęła się na podłogę, ale nawet tego nie zauważył. Spróbował złapać spojrzenie Riddle'a, a w jego wzroku czaił się lęk.
Więc jednak wszystko było w porządku. Tom uśmiechnął się mimo woli, a Harry musiał zinterpretować to jako dobry znak, bo wypuścił wstrzymywane powietrze.
Riddle tymczasem wytarł dłonie o szatę i pochylił się, by podnieść książkę. Sięgnął po różdżkę, żeby wygładzić strony.
Harry obserwował go w milczeniu, nerwowo skubiąc rękaw bluzy.
– Przeczytałeś? – spytał Tom, raczej dla formalności. Z samej miny chłopca mógł wywnioskować odpowiedź.
– Były strasznie długie… Znaczy tamtą całą, tylko ta…
Jak głupie jest to dziecko?, pomyślał Riddle z niesmakiem, rzucając Chłoszczyść na własne ręce. Dałem mu więcej czasu, niż było potrzebne.
Harry umilkł, najwyraźniej zauważając, że jego wykręty brzmią żałośnie. Riddle zmierzył go spojrzeniem.
Sytuacja była dosyć kłopotliwa. Nie planował go karać – nie jawnie – dopóki nie ustalą paru rzeczy. Ale chłopiec jednak go… zirytował.
Zmrużył oczy.
– Faktycznie – powiedział więc, pozwalając, by jego odczucia odbiły się w głosie. – Najwidoczniej za dużo ci zadałem.
– Ale jeszcze dzień, góra dwa i skończę. Serio.
Riddle machnął ręką.
– To nie było aż tak ważne – rzucił lekkim tonem, zbijając Harry'ego z tropu.
Chłopiec poprawił okulary i zmarszczył brwi. Przez chwilę siedzieli w ciszy.
– Więc… – w końcu przerwał ją Tom. Jego głos stał się poważny. Przesunął opuszkami palców po okładce książki, nim odłożył ją na stolik. – Co myślisz o tamtej wojnie?
Harry usiadł po turecku i przejechał dłonią po włosach. Następnie, równie bezmyślnym gestem, otarł ją o bluzę. Potrząsnął głową.
– Nie wiem. To było… – Ucichł i znowu nią pokręcił.
Tom obserwował go uważnie, zastanawiając się, czy Harry'emu zabrakło słowa, ponieważ nie nawykł do używania przekleństw, czy te informacje naprawdę aż tak nim wstrząsnęły.
– Nie łapię tego – podjął chłopiec po chwili. Objął rękoma brzuch, jakby zrobiło mu się niedobrze. – To przecież chore. Żeby robić to ludziom.
To, jaki zgrabny eufemizm, pomyślał Tom, nieco rozbawiony.
– Czemu czarodzieje im nie pomogli? – Nagle chłopiec wbił w Toma spojrzenie, które było zaskakująco… gniewne.
– W tym samym czasie toczyła się wojna z Grindelwaldem – zauważył możliwie neutralnie, ciekawy, dokąd dotrą w tej rozmowie.
– I co, wszyscy się z nim bili?
– To zależy, co oznacza dla ciebie słowo wszyscy. Na świecie jest wielu czarodziejów i naprawdę wielu mugoli. Ale – dodał, nie pozwalając mu się wtrącić w słowo – jeśli chodzi ci o angielskich czarodziejów, to nie, niewielu było zaangażowanych w starcia na kontynencie.
– No to mogli pomóc mugolom – wymamrotał Harry.
Jego wiara w potęgę magii była aż zabawna. Tak wierzyły tylko szlamy, biorące każdą sztuczkę za cud, dopóki same nie dorosły i nie odkryły, że zamiast cudotwórcami są miernymi kuglarzami i też muszą płacić podatki.
– Niektórzy próbowali, ale nie było sprzyjających warunków – powiedział Tom oględnie.
– Nie rozumiem.
– Ludzie woleli trzymać się z dala od tego całego... – zawiesił głos na chwilę – ...bałaganu. Niechętnie patrzono na tych, którzy się do niego pchali. Uważano, że mogą ściągnąć kłopoty.
Chłopiec przez chwilę milczał, jakby naprawdę starał się to zrozumieć. W końcu jednak się skrzywił.
– Byli tchórzami.
Tom pozwolił, by te słowa wisiały w powietrzu przez moment.
– Byli ludźmi – poprawił go łagodnie.
Ale owszem, byli tchórzami, Harry, dodał już w myślach. Ludzie z natury to żałosne, tchórzliwe stworzenia.
– Tak samo jak ludźmi byli ci, którzy zabijali, głodzili, torturowali, gwałcili – dorzucił już twardo. – Którzy wydawali i wykonywali rozkazy. I ci, którzy robili to bez rozkazu. – Złapał wzrok dziecka, które bladło z każdym jego słowem. – Musisz o tym pamiętać, Harry. Do wojny potrzeba ludzi.
Harry zacisnął mocniej palce na materiale bluzy, ale nie uciekł spojrzeniem.
– Wcale nie – powiedział zaskakująco spokojnie. – To nie byli ludzie.
– Więc kto? Kosmici? – w głosie Toma pojawił się cień rozbawienia. – Potwory? Wampiry? Och, paru było zaangażowanych, ale nie aż tak wielu. – Nagle przestał się uśmiechać. – Żyłem w tamtych czasach, Harry. Ludzie wtedy nie różnili się niczym od tych, których spotykam teraz.
– Wcale nie – zaprotestował znów chłopiec, tym razem gorączkowo. Machnął rękoma w dziwny geście. – Ron by nigdy czegoś takiego nie zrobił. Ani Hermiona, ani Hagrid, ani nikt.
– Najwyraźniej masz szczęście do przyjaciół.
– To nie o to chodzi! Po prostu… Może ten Grindelwald rzucił jakieś wielkie zaklęcie…
– Harry.
– ...przez które wszyscy zaczęli się zachowywać jak wariaci. No bo skoro jest Imperio, a on był jakimś strasznym czarnoksiężnikiem…
– Harry – powtórzył Tom nieco głośniej.
– Znaczy nie wszyscy, ale… Albo Hitler też był czarodziejem i...
Riddle położył mu dłonie na ramionach, zmuszając, żeby chłopiec opuścił ręce. Cały drżał. Tom poczekał, aż będzie gotowy, żeby na niego spojrzeć.
– Nie było żadnej wielkiej klątwy – powiedział spokojnie, patrząc mu głęboko w oczy. – Ludzie nie oszaleli, a przynajmniej nie aż tak wielu. I, z tego co wiem, Hitler był mugolem, podobnie jak inni przywódcy.
– Więc czemu…? – spytał cicho.
Chciał prostej odpowiedzi, Riddle czuł to przez skórę. Jakiegoś szaleńca albo kilku, których można wskazać palcem i powiedzieć, że to była ich wina. Zapewnienia, że skoro już nie żyją, świat znowu jest dobrym miejscem.
To było bardzo gryfońskie myślenie. A równocześnie sam fakt, że chciał usłyszeć te słowa, że szukał potwierdzenia – wyraźnie wskazywało, że nie jest aż tak gryfoński, jak uważa. To dobrze rokowało na przyszłość.
– Ponieważ ludzie są słabi – stwierdził Riddle, upewniając się, że uwaga dziecka jest na nim całkowicie skupiona. – Na paru bohaterów, takich jak twoi rodzice, przypada setka tchórzliwych kreatur, gotowych zrobić wszystko, by uniknąć bólu… – Uśmiechnął się krzywo. – ...a nawet zwykłej niewygodny. Ale dopóki świat działa jak trzeba, nie da się ich odróżnić od porządnych osób. Sami nie wiedzą, kim tak naprawdę są.
Harry przez chwilę patrzył na niego w milczeniu.
– Wcale nie.
Tomowi udało się nie skrzywić.
Bez pośpiechu, pomyślał.
– Więc jak to wszystko wytłumaczysz? – zainteresował się, cofając ręce.
Chłopiec wzruszył ramionami, przeczesał włosy.
– Nie wiem. Ale nie wierzę, że ludzie są po prostu źli.
– Nie źli. Słabi.
– Co za różnica? – spytał z cieniem irytacji w głosie.
Głównie semantyczna, pomyślał Riddle. Ale nie mógł powiedzieć tego wprost, choć naprawdę go to kusiło.
Ułożył inaczej poduszki i usiadł wygodniej, bokiem, podciągając jedną nogę i kładąc rękę na oparciu kanapy. Zmęczenie, które odczuwał po całym dniu dłubania przy projekcie i pracy w ministerstwie, jakby minęło. Choć nie pogardziłby w tej chwili filiżanką dobrej kawy.
Przydałby się skrzat, pomyślał, równocześnie zastanawiając się, jak najlepiej odpowiedzieć na pytanie Harry'ego.
– Słyszałeś o eksperymencie Milgrama? – spytał w końcu.
Harry pokręcił głową.
– To jakiś czarodziej?
– Skądże, mugol. Zadawał podobne pytania do twoich. – Umilkł, czekając na reakcję Harry'ego. Ten jednak milczał, choć jego wzrok był skupiony i Riddle miał pewność, że go słucha. – Chciał zrozumieć, co się stało w Europie. Dlaczego ludzie słuchali tak przerażających rozkazów. – Zmrużył oczy lekko. – Wymyślił więc, że Niemcy muszą być bardziej… posłuszni… niż ludzie innej narodowości…
– Czemu?
– Dobre pytanie – stwierdził Tom, zduszając impuls gniewu. Nie lubił, gdy mu przerywano. – Może tylko na to wpadł. Wymyślił więc eksperyment, który miał to potwierdzić. Potrzebował jednak grupy kontrolnej. Wiesz, co to jest? – Chłopiec nieznacznie pokręcił głową. – Ludzie, przynajmniej w tym przypadku, których uznaje się za normalnych. Musiał zbadać najpierw ich, żeby później, porównując wyniki, móc określić, jak nienormalni są Niemcy. Przeprowadził więc swój eksperyment na Amerykanach.
Riddle umilkł na chwilę, tym razem po to, by przypomnieć sobie szczegóły. Harry cierpliwie czekał.
– Milgram badał ochotników, różnych, losowych ludzi. Przychodzili do niego, ponieważ za udział w eksperymencie dostawali jakieś cztery czy pięć dolarów. Dostawali pieniądze za samo przekroczenie progu pracowni, ich zachowanie później nie miało wpływu na wypłatę. – Przerwał na chwilę, by mieć pewność, że ta informacja dotrze do chłopca. – Później ich okłamywał. Udawał, że eksperyment mierzy wpływ bólu na zdolność uczenia się. – Chłopiec poruszył się nerwowo, jakby przeczuwał, co Riddle niedługo powie. – W eksperymencie brało udział dwóch aktorów, jeśli dobrze kojarzę. Najpierw jeden, ten, który udawał naukowca, markował losowanie ról. Drugi aktor zawsze stawał się uczniem, a ludzie, którzy byli badani, nauczycielami. – Kolejna przerwa. – Do zadań nauczyciela należało czytanie jakiejś listy, chyba par ze skojarzeniami, które uczeń miał zapamiętać, sprawdzanie jego wiedzy oraz, oczywiście, karanie.
– Karanie – powtórzył Harry.
– Badani ludzi wierzyli, że rażą drugiego ochotnika prądem o coraz wyższym napięciu. Oczywiście wszystko było udawane, ale nikt z nich nie zorientował się w trakcie.
Przez chwilę chłopiec wyglądał, jakby ostatnie zdanie do niego nie dotarło.
– Oni… razili kogoś prądem za cztery dolary? – spytał w końcu ostrożnie, jak człowiek poruszający się po pękającym lodzie.
– Niezupełnie. W każdej chwili mogli odmówić. Pieniądze dostaliby i tak.
– Więc… czemu?
– Ponieważ obok stał człowiek w kitlu i mówił im, że mają to robić.
Spojrzenie Harry'ego było zupełnie puste, jakby wypalone. Tom obserwował go z zainteresowaniem. Jego samego ten eksperyment zafascynował, gdy tylko natrafił na pierwszą wzmiankę o nim – potwierdzał to, co chłopak sam zaobserwował już dawno, choć nie potrafił ubrać w słowa. Ale Harry wyglądał, jakby świat wokół niego nagle przestał działać jak trzeba. Riddle wiele by dał, żeby móc w tej chwili zajrzeć do jego umysłu.
Muszę nauczyć się Legilimencji, zdecydował. Ale to już raczej jutro…
– Harry, oni sprawiali ból całkowicie obcemu, sympatycznemu mężczyźnie, choć wcale nie musieli. Nawet, gdy wrzeszczał i błagał, żeby go wypuścili. Nawet, gdy mówił, że go to zabije. I wiesz, to wcale nie byli źli ludzie. Katowanie go nie sprawiało im przyjemności, oszuki… Szlag.
Chłopiec przechylił się w bok, opierając jedną dłoń na stoliku, i zwymiotował gwałtownie. Riddle odsunął się, sięgając po różdżkę, żeby oczyścić dywan, gdy Harry skończy. Trwało to chwilę, choć chłopiec wyrzucał z siebie głównie żółć i ślinę. Tom rzucił wreszcie Chłoszczyść i na podłogę, i na niego. Namiar zaskrobał cicho w półmroku.
Więc raczej nie porozmawiamy dziś o czarnej magii, pomyślał Riddle, obserwując, jak chłopiec drżącymi dłońmi poprawia ubranie.
– Mogę dać ci artykuły, w których przebieg eksperymentu został dokładnie opisany – zaproponował, jakby nic się nie stało.
Harry pokręcił głową, nie patrząc na niego.
– Ja po prostu… Nie wiem. Nie chcę o tym myśleć. Jeśli ludzie po prostu tacy są… – głos mu się złamał.
– Są posłuszni, słabi – Tom lekko zaakcentował ostatnie słowo. Widział, że chłopiec pragnie się wycofać, uciec, ale nie pozwolił mu na to. Jeszcze nie teraz. – Taka jest ich natura. Nie zmienisz jej. Będą tacy już zawsze, o ile nie wymordują się w międzyczasie.
Co nie jest aż tak nieprawdopodobne, pomyślał Riddle. Trzeba będzie podsunąć Harry'emu jakąś książkę o bombach nuklearnych.
– Ale nie trzeba zmieniać ludzkiej natury, by zmienić świat – dodał i chłopiec w końcu na niego spojrzał. – Wystarczy dopilnować, by rozkazy były odpowiednie.
Położył dłoń na skroni dziecka, przesuwając kciukiem po bliźnie. Gest z pozoru zbyteczny, ale chciał przypomnieć mu o tym, co zdarzyło się, zanim rozmowa zboczyła na interesujące tematy – o tym, że to on był blisko, gdy Harry kogoś potrzebował.
– Prześpij się – powiedział łagodnie. Nagle jednak cofnął rękę i skrzywił się lekko. – Tylko najpierw weź prysznic.
Harry uśmiechnął się blado, samymi kącikami ust.
– Rozkaz – wymamrotał.
xxx
Druga klasa, Ślizgoni i Gryfoni. Snape widział stypy, na których ludzie byli mniej przygnębieni, choć mogło się to wiązać z tym, że zwykle zapraszano go na pogrzeby zbrodniarzy. Choć nawet na nich niemal zawsze trafiał się ktoś, kto miał puste spojrzenie – jedyny dowód na to, że i potwory nie były potworami dla wszystkich.
Dlatego stan Weasleya go nie zaskoczył – nie potrzebował delikatnej jak utuczony hipogryf aluzji Minerwy, że teraz powinien być pobłażliwy dla niego i jego braci.
Poczuł się jednak nieswojo, gdy zauważył go wśród innych uczniów, choć został wcześniej poinformowany, że Weasleyowie wrócą do szkoły. Rano na korytarzu mignęli mu też bliźniacy, na szczęście z daleka. Mimo tego na moment zawahał się, gdy mijał chłopca – jakby powinien mu coś powiedzieć, choć, na Merlina, nie miał pojęcia co – zanim przyspieszył kroku. Weasley ani nie należał do jego domu, ani nawet dzieciaka zbytnio nie lubił – w tej sytuacji jakiekolwiek przyjazne słowa zabrzmiałyby nieszczerze.
A później starał się być pobłażliwy i interweniować tylko, gdy działania chłopca zaczynały niepokojąco przypominać próby samobójcze, a nawet wtedy ani razu nie nazwał go idiotą. Od lat nie był tak miły na lekcji, nawet jeśli oznaczało to głównie, że rzadko się odzywał.
Mniej więcej w połowie zajęć przypomniał sobie, dlaczego zwykle nie jest miły.
Zatrzymał się koło Longbottoma, żeby ocenić, czy breja w jego kociołku zamierza wybuchnąć, gdy kątem oka zauważył poruszenie w tylnych ławkach.
Ostatnią zajęli Weasley i Granger, trzecie miejsce koło nich pozostało puste. Tuż przed nimi usiadł Draco z kolegami – w tej chwili chłopiec stał bokiem do kociołka i mówił coś do Vincenta, rozrywając równocześnie liście mopri na nierówne fragmenty (eliksir do wyrzucenia, zanotował nauczyciel odruchowo – czy te bachory uważają, że w przepisie są podane dokładne wymiary, bo autor miał nerwicę natręctw?). Snape nie słyszał słów, ale po tym, jak Weasley z każdą chwilą coraz bardziej bladł, mógł domyślić się tematu. Nie spuszczając wzroku z chłopców, kazał Longbottomowi dolać oleju do mikstury. Wyglądało jednak na to, że Weasley nie odpowie na zaczepkę, więc zaryzykował krótkie spojrzenie do kociołka dzieciaka – bąble na grudkowatej powierzchni zmniejszyły się i całość przestała niepokojąco syczeć. Choć nie zmieniało to faktu, że breja wciąż była trująca.
– Jeszcze… – zaczął, ale zaalarmował go krótki okrzyk. Obrócił się gwałtownie, odruchowo podnosząc różdżkę.
Hermiona Granger właśnie kończyła wyprowadzać coś, co mogło być jej wersją lewego sierpowego, równocześnie puszczając szatę Draco. Chłopiec poleciał do tyłu, na kociołek…
Snape jednym ruchem pozbył się eliksirów – najpierw Malfoya, później panny Granger, bo przechylając się przez ławkę, dziewczynka potrąciła również ten – a następnie rzucił zaklęcie chłodzące na rozgrzany metal. Po tym, przez krótką chwilę, panowała absolutna cisza. Przerwał ją Draco, który przyłożył do twarzy zgiętą dłoń i jęknął:
– Ta szlama złamała mi nos.
Najwyraźniej nie dotarło do niego, co się właśnie stało – czy też, co właśnie się nie stało. Te słowa jednak wyrwały Snape'a z odrętwienia, w jakim nagle się znalazł – gdy jego umysł nadążył za reakcjami i wyobraźnia zaczęła podsuwać wszystkie możliwe scenariusze, w których nie zdążył z zaklęciami. Podszedł do pobladłych uczniów, czując jak strach i ulga zmieniają się w trudną do okiełznania furię.
– Panie Goyle, proszę odprowadzić pana Malfoya do Skrzydła Szpitalnego – powiedział, oceniając, że z jego eliksiru i tak już nic nie będzie. Następnie odwrócił się do dziewczynki, która wyglądała jakby zaskoczyło ją własne działanie. Wpatrywała się w swoje ręce. – A ty, Granger – wycedził – poczekaj na korytarzu do końca lekcji.
Skinęła głową i wymknęła się bez słowa. Weasley przez moment wyglądał, jakby chciał pójść za nią, ale Snape spojrzeniem osadził go na miejscu.
– Reszta niech wraca do pracy – powiedział, wygaszając ogień pod kociołkiem Goyle'a. – To zamieszanie nie sprawi, że będę bardziej pobłażliwy przy ocenianiu waszych eliksirów.
Dzieci wyczuły aluzję, bo dawno nie widział uczniów tak zafascynowanych podręcznikami do drugiej klasy. Tylko Pansy odprowadziła wzrokiem Draco, nie zauważając, że ślimak powoli ucieka jej z ławki. Upomniał ją krótko. A później krążył po klasie, próbując się uspokoić, choć z wściekłości trzęsły mu się ręce.
Nigdy wcześniej nie zdarzyło mu się coś takiego, nie na zajęciach.
Widocznie ten tydzień po prostu miał być jak najgorszy.
Z fiolek, które znalazły się na biurku, tylko ta od Zabiniego zawierała miksturę zdatną do użycia. Rzadko bywało aż tak źle. Pomyślał, że powinien powtórzyć zajęcia. Uczniowie na pewno będą wdzięczni Granger za dodatkowe eliksiry w weekend.
Granger.
Nie, jednak się nie uspokoił.
– Zostaw jej rzeczy i zawołaj ją – powiedział do Weasleya, który zajęty był pakowaniem przedmiotów dziewczynki.
Dzieciak rzucił mu zaniepokojone spojrzenie. Cóż, przynajmniej w końcu jego wzrok przestał być zupełnie martwy.
– Profesorze, to Malfoy gadał paskudne rzeczy…
– Uwzględnie to – stwierdził lodowato.
Chłopiec wzdrygnął się i złapał za swój kociołek. Wyszedł przedostatni z klasy. Snape zatrzymał jeszcze na moment Vincenta i poinformował go, że Goyle i Malfoy mogą zgłosić się po swoje rzeczy po następnych zajęciach. Crabbe kiwał głową, wciąż jakby oszołomiony. W drzwiach minął się z Granger, ale wyglądało na to, że zupełnie jej nie zauważył.
Dziewczynka wślizgnęła się do sali i stanęła parę kroków od nauczyciela, z rękoma skrzyżowanymi na brzuchu i wzrokiem wbitym w posadzkę.
Snape w pierwszej chwili ją zignorował, krótkimi ruchami różdżki pakując resztę składników do kociołków uczniów. Kolejnym czarem domknął drzwi i rzucił zaklęcie wyciszające. W końcu spojrzał na dziecko.
– Czy możesz mi wyjaśnić, Granger, coś ty, do cholery, sobie myślała?
Szlag, nigdy nie przeklinał przy uczniach. Naprawdę musiał się uspokoić.
Dziewczynka milczała.
– Gryffindor traci pięćdziesiąt punktów – powiedział, zbyt zły, żeby podnieść głos. – Miesiąc szlabanu, na początek, z sobotami włącznie. Zastanowię się, co po wakacjach.
Nie podobał mu się wyraz jej twarzy, zacięta mina, żadnej skruchy. Palce mocno zaciśnięte na rękawach szaty.
– Granger – powiedział powoli, podchodząc do niej. Cofnęła się odruchowo o krok. – Czy do ciebie dociera, co zrobiłaś?
Żadnej reakcji. Najwyraźniej nie.
– Draco o mało nie wylał na siebie wrzącego eliksiru, a Merlin mi świadkiem, że nie mam pojęcia, co było w jego kociołku.
– Nie chciałam… – wymamrotała tak cicho, że ledwo jej usłyszał.
– Więc wytłumacz mi, jak można niechcący uderzyć kogoś pięścią, naprawdę mnie to ciekawi – wysyczał.
– Znaczy, chciałam go uderzyć, ale nie pomyślałam… Nie pomyślałam…
– To wiele tłumaczy. Więc z chęcią zaatakowałaś innego ucznia na oczach nauczyciela, na moich oczach. Zaczynam mieć wrażenie, że potraktowałem cię zbyt łagodnie.
W końcu spojrzała na niego.
– Bo on powiedział – zaczęła hardo, ale nagle jej oczy zaszkliły się – że chyba Weasleyowie nie jedli w tym… w tym miesiącu, żeby odłożyć… na pogrzeb… bo są tak… tak…
Reszta jej słów utonęła w gwałtownym szlochu. Snape patrzył na nią, wytrącony z równowagi. Zdarzyło mu się parę razy doprowadzić uczniów do łez, ale dziewczynka znajdowała się na granicy histerii – a to mu się jeszcze nigdy nie przytrafiło.
Poza tym trochę zaskoczyło go, że ten stan wywołała w zasadzie prostacka zaczepka.
– Dzieci bywają okrutne – zauważył chłodno, czując, że jego gniew w końcu zaczyna się ulatniać. Nadal był zły, ale trudno było porządnie się wściekać na kogoś, kto wyglądał aż tak żałośnie. – Draco próbował tylko wam dopiec, przyznaję, niezbyt elegancko...
Granger gwałtownie potrząsnęła głową, nie przestając płakać.
– A jeśli on wie, bo jego ojciec… I Ginny nie żyje…
Ach.
Najwyraźniej Granger ciągle wierzyła, że Lucjusz podrzucił Ginny dziennik. To był pierwszy trop, jaki sprawdzili aurorzy, ale fakt, że mężczyzna nie został aresztowany, najwyraźniej nie uspokoił dzieci.
Z drugiej Snape nie potrafił z czystym sumieniem powiedzieć, że Ginewra żyje – sam w to nie wierzył.
– Nawet, jeśli to prawda, nie usprawiedliwia to w żaden sposób twojego zachowania – stwierdził, odwracając się od dziewczynki. W składziku powinien mieć jeszcze dwa flakoniki eliksiru uspokajającego. Kiedy jednak go otworzył, odkrył, że na ich miejscu leży parę wysuszonych listków babki lancetowatej. W pierwszej chwili pomyślał, że ktoś go okradł, ale zaraz umysł podsunął mu bardziej racjonalne wytłumaczenie: w ciągu ostatnich kilku tygodni sam nadszarpnął zapasy, po prostu musiał zapomnieć… że aż tak… Wyczarował kubek i nalał do niego wody, mając nadzieję, że Granger nie zauważy niczego dziwnego w jego zachowaniu. Wrócił do niej i wcisnął jej napój do rąk. – Nie mówiąc już o tym, że gdyby coś stało się Draco, zostałabyś wyrzucona w trybie natychmiastowym. Dyrektor… Albus nie będzie was już dłużej chronił.
– Jakby mnie to obchodziło – prychnęła dziewczynka, równocześnie grzebiąc po kieszeniach w poszukiwaniu chusteczki. Jej szloch przeszedł w monotonną czkawkę.
– Nie martwi cię, że czarodziejski świat zostanie pozbawiony twego błyskotliwego umysłu? – zakpił, raczej odruchowo niż złośliwie. Nagle dotarło do niego, że w przypływie emocji zaczął zwracać się do niej w nieodpowiedni sposób. – Panno Granger? – poprawił się.
Dziewczynka głośno wydmuchała nos i spojrzała na niego poważnie zaczerwienionymi, opuchniętymi oczami.
– Nienawidzę tego miejsca. Chcę do domu.
Przez chwilę nie miał pojęcia, co powiedzieć. Wiedział, że dziewczynka nie została odesłana do rodziców, bo uczęszczała na wszystkie jego zajęcia, ale wcześniej nie pomyślał, że mogła tego potrzebować. Zresztą, to nie on był opiekunem jej domu… Trochę zawstydził się tej myśli. Minerwa miała najwięcej na głowie, szczególnie teraz – nie mógł winić jej za to, że pewne sprawy jej umykały.
– Poza tym profesor sam powiedział, że tylko powtarzam teksty z książek – wymamrotała Granger, gdy cisza zaczęła się wydłużać. Spróbowała się uśmiechnąć, jakby chcąc załagodzić sytuację, ale nie wyszło jej. – Świat wiele nie straci.
– Za to zaoszczędziłby na magnetofonach – wyrwało mu się.
Spojrzała na niego tak komicznie zaskoczona, że poczuł się niezręcznie. Rzadko kiedy odwoływał się do mugolskiego świata, Salazarze, w hogwarckich podziemiach i tak było to bezsensowne, ale jako mugolak powinna załapać żart.
– Cóż – dorzucił szybko, jakby próbował odwrócić jej uwagę od poprzednich słów – byłoby lepiej, gdybyś częściej myślała samodzielnie, panno Granger, zamiast polegać na wykutych na pamięć formułkach. Choćby z tego względu, że w podręcznikach do eliksirów często znajdują się proste do wyeliminowania błędy.
Dziewczynka czknęła, po czym szybko napiła się wody, omal się nie krztusząc.
– Nie wykuwam nic na pamięć – powiedziała po chwili i Snape poczuł ukłucie irytacji, które jednak minęło, gdy dodała smutno: – Po prostu jak coś widzę, to to zapamiętuje. Ludzie przez to myślą, że się wymądrzam. Nawet Harry i Ron tak myśleli, zanim się zaprzy… przyjaźniliśmy – udało jej się dokończyć w miarę spokojnie.
– A nie przyszło ci do głowy, że to dlatego, ponieważ faktycznie się wymądrzasz? – spytał, równocześnie sprawdzając czas. – Mogłabyś czasem dać innym dojść do głosu. Zajęcia byłyby znośniejsze – dodał cierpko.
Hermiona rzuciła mu urażone spojrzenie, ale tym razem, zamiast irytacji, poczuł lekkie rozbawienie.
– Profesor i tak nigdy mnie nie pyta, jak się zgłaszam – zauważyła. – Choć znam odpowiedzi.
– Może dlatego, panno Granger, że odpytywanie osoby, która zawsze zna odpowiedzi, poniekąd mija się z celem. Poza tym większość uczniów niestety potrzebuje solidnej zachęty do nauki.
Wyglądała na tak zbitą z tropu, jakby co najmniej przyszedł na zajęcia ubrany w spódniczkę z trawy.
– Myślałam, że profesor po prostu mnie nie lubi – powiedziała i przez moment nie wiedział, uznać to za przejaw gryfońskiej szczerości czy głupoty.
– Ja zaś nie sądziłem, że aż tak łakniesz atencji, panno Granger – zauważył w końcu. – Dobre oceny nie są wystarczające dla twojego ego?
Zaczerwieniła się po końce uszu i mocniej zacisnęła palce na kubku.
– Myślałam, że profesor mnie nie lubi, bo profesor nienawidzi wszystkich Gryfonów – brnęła dalej, hardo patrząc mu w oczy. – Zawsze pan dręczy Neville'a.
Zmrużył oczy, słysząc tak bezczelne oskarżenie. Dlatego nigdy nie był miły...
– Być może, jeśli pan Longbottom nauczy się czytać, spróbuję dręczyć go mniej ostentacyjnie – powiedział lodowatym tonem, który był całkiem wyraźnym ostrzeżeniem.
Granger albo go nie zauważyła, albo zignorowała.
– I nienawidził profesor Harry'ego od pierwszej lekcji, i…
– Gryffindor trafi kolejne pięć punktów – powiedział chłodno, zaklęciem otwierając drzwi. – Wynoś się, Granger.
Dziewczynka przez chwilę wyglądała, jakby mimo wszystko chciała dokończyć zdanie, ale w końcu chwyciła tylko rączkę swojego kociołka.
– Jeszcze jedno – rzucił, zanim wyszła. Spojrzała na niego rozzłoszczona. – Czy jako Gryfonka, nie powinnaś być odrobinę bardziej… lojalna?
Przez chwilę na jej twarzy widać było zagubienie, zanim nie podążyła za jego wzrokiem i nie zauważyła Weasleya, który właśnie zajrzał do klasy. Po raz pierwszy od początku rozmowy Snape zobaczył u niej prawdziwie wyrzuty sumienia.
– Zgłoś się wieczorem do Flitcha – dokończył. – Do widzenia, panno Granger.
– Do widzenia, profesorze – wymamrotała.
Sposób, w jaki wyszła, w pewien sposób przypominał ucieczkę, zwłaszcza, że ukradła mu kubek.
Snape prawie niezauważalnie westchnął i odesłał pod ścianę kociołki Malfoya i Goyle'a. Zaraz po tym do pracowni zaczęli wchodzić piątoklasiści – klasa puchońsko-krukońska – Granger zabrała mu całą przerwę. Przynajmniej miał teraz zajęcia ze starszym rocznikiem, mógł więc usiąść przy biurku z nadzieją, że nikt nie wysadzi się w ciągu następnego kwadransa. Zmienił przepis na tablicy, a kolejnym machnięciem różdżki otworzył drzwi do składzika, udostępniając uczniom rzadsze składniki. Musiał… pomyśleć.
Zawsze uważał się za dobrego nauczyciela. Jego uczniowie dostawali wysokie oceny na sumach – pomijając skrajne przypadki jak Longbottom – i owutemach, przez całą karierę też ani razu nie potrzebował ściągać uzdrowicieli z Munga. Uważał to za niezły wyczyn, biorąc pod uwagę, że co roku musiał oswajać z nożami i otwartym ogniem około czterdziestu jedenastolatków. Nie był sympatyczny i wiedział, że uczniowie go nie lubią – pomijając może paru Ślizgonów, z którymi dzielił poczucie humoru – ale on też większości nie znosił, więc uznawał to za naturalne. I, Salazarze, zdawał sobie sprawę, że nie ma za grosz charyzmy i może tylko marzyć o prawdziwym autorytecie, a ludzie słuchają go tylko dlatego, bo nie chce im się szorować podłóg przez większość roku szkolnego. Gdy zaczynał uczyć, myślał, że ludzie będą go słuchać, bo wie, o czym mówi – życie szybko zweryfikowało to naiwne podejście. Pamiętał tamte miesiące jak jeden koszmar, w którym miotał się pomiędzy Czarnym Panem i Hogwartem. Niewiele sypiał, bo dręczyły go naprzemiennie lęk, że jego oklumencja okaże się za słaba i ten, że nie sprawdzi się w roli szpiega i Lily zginie. A później musiał iść do klasy, by próbować okiełznać bandę małp, z których część jeszcze pamiętała, jak wisiał nogami do góry nad jeziorem i starał jakoś zakryć się szatą.
Nawet nie pamiętał, kiedy odkrył, że może zmienić życie tych bachorów w piekło bez żadnych konsekwencji. A niewiele później – że naprawdę sprawia mu to przyjemność. Pozwala rozładować frustrację.
Czemu więc teraz, po tylu latach, nagle zaczęła uwierać go myśl, że uczniowie kojarzą go tylko z tego, że nienawidzi Gryfonów?
Bo nie chodziło o jakichś tam uczniów, tylko o przeklętego Pottera. Jak zawsze. Bo miał go chronić, a spieprzył na całej linii i nawet nie zdołał polubić.
Ale przynajmniej nigdy nie dręczył Ginewry, jak pewnie powiedziałaby Granger. Dziewczynka była przeciętna, ale pisała dobre wypracowania – choć robiła wszystkie charakterystyczne dla Weasleyów błędy ortograficzne. Naprawdę czasem kusiło go, żeby wysłać do ich matki list, w którym zawarłby wszystkie newralgiczne słowa, bo podejrzewał, że alternatywna pisownia nie wzięła się u tego rodzeństwa znikąd. Chyba tylko raz na Weasley nakrzyczał, jakoś pod koniec lutego, gdy dodawała pancerzyki żuków jeden po drugim, jakby zapomniała, jak się liczy do sześciu. Nawet wtedy pomyślał, że wyglądała na chorą, ale nic z tym nie zrobił. Właściwie im dłużej się nad tym zastanawiał… Spróbował przypomnieć sobie poszczególne lekcje, ale za dużo się na nich działo. Kiedy pierwszy raz zwrócił uwagę, że to dziecko źle wygląda? Będzie chyba potrzebował myślodsiewni, ale nie pamiętał, czy należała do Hogwartu, czy Dumbledore'a. Musi spytać Minerwy.
Potarł skroń, czując nagle paskudne zmęczenie.
A nawet jeśli udowodni, że dziewczynka faktycznie osłabła, w jaki sposób ma to im niby pomóc? Kolejny urwany trop, jak ten szczur.
Mimo woli przypomniał sobie, jak zaraz po wizycie w Azkabanie odwiedzili dom Weasleyów, Norę – doprawdy, trudno o trafniejszą nazwę – na miejscu natykając się na dwóch aurorów. Więzienie przekazało informację niezwykle sprawnie. A później ta dziwna, krępująca rozmowa, w której Snape w zasadzie nie powinien uczestniczyć, ale nie mógł się powstrzymać – w końcu dotyczyło to też jego, choćby pośrednio – i pierwsze rozczarowanie, gdy odkryli, że zwierzę zdechło.
– Najpierw Ron nie mógł go znaleźć, zresztą, nikt nie miał do tego głowy. Później Minerwa go odszukała… Artur się wrócił, nie chcieliśmy, żeby go wysyłali sową, bo to jednak szczur… Przepraszam, po prostu Parszywek był u nas tyle lat i umarł akurat jak… Pewnie ze starości. Mam nadzieję. Bo chyba by przyszedł do kogoś, jakby był głodny, prawda? Nikt tam nie miał kota, w dormitorium. Więc pewnie ze starości. Nawet się zastanawiałam, czy go dać Ronowi, bo bałam się, że zdechnie akurat, jak Ron się do niego przywiąże, ale strasznie się uparł.
Kobieta mówiła szybko, czasem niemal połykając słowa. Snape miał wrażenie, że widzi w jej oczach ulgę, że ta dziwaczna grupa – aurorzy, on i Dumbledore – nie przynieśli jednak złych wieści, że szukają tylko domowego szczura. Przez całą rozmowę zastanawiał się, kiedy dotrze do niej, jak dziwaczna jest ta sytuacja.
A później ekshumacja gryzonia, grób ze skrzynki na wino zakopanej pod kamiennym murkiem, który oddzielał ogród od pól. Poszli z nimi Artur i Bill, choć jeden z nich wystarczyłby, żeby pokazać, gdzie pogrzebali zwierzę. A później, po zdjęciu wieka, gdy truchło krążyło pomiędzy Albusem i aurorami, dźgane przez coraz wymyślniejsze czary, zastanawiał się, czy Weasleyowie myślą to samo, co on. Jeśli Ginewra w ogóle miała grób, jej ciało pewnie wyglądało tak, jak ciało tego szczura – nadgniłe, naruszone przez robactwo. Bill w pewnym momencie odszedł w bok i przez chwilę po prostu stał w milczeniu, oddychając ciężko. Snape odwrócił wzrok.
– Kupiliście go w sklepie? – spytał Albus nagle.
– Nie, któryś z chłopców go znalazł. Charlie albo Bill, nie pamiętam już. Chyba jednak Charlie, mam wrażenie, że Bill chodził już wtedy do szkoły, to jakoś na jesień było. Molly najpierw strasznie się złościła. Mówiła, że ma dość szkodników w ogrodzie, by jeszcze dodatkowego karmić, ale jakoś się przekonała, z czasem.
Bill wrócił do nich
– I? – Wskazał na zwierzę. – Znaleźliście coś?
– To najzwyklejszy szczur wędrowny, niemagiczny – powiedziała aurorka, ale równocześnie rzuciła swojemu partnerowi krótkie spojrzenie, jakby upewniała się, że mężczyzna niczego nie doda. – Naprawdę przepraszamy za kłopot.
Snape poczuł chyba wtedy ulgę – że jednak miał rację, Black kłamał – ale zaraz po tym przyszedł wstyd, bo to oznaczało, że znowu zostali bez jakiegokolwiek punktu zaczepienia. Nie powinien się cieszyć z tego powodu.
Próbował porozmawiać o tym z Albusem – nie o swoich uczuciach, o tym, co mogą teraz zrobić – gdy po aportacji przy bramie z dzikami szli do Hogwartu, ale mężczyzna był zamyślony. To wtedy właśnie Snape uświadomił sobie, że coś mu umknęło. Coś na tyle oczywistego, że nawet imbecyle z auroratu natychmiast to zobaczyli.
– Muszę się jeszcze upewnić – zbył go Albus, gdy spytał, co się dzieje.
Później jednak nie wracali do tego tematu, bo, cóż, pojawiły się sprawy pilniejsze niż więzienne fantazje Blacka. Gdy dotarli do szkoły, Minerwa złapała ich na klatce schodowej i oszczędnymi słowami poinformowała, że na czwartej z kolei radzie zarząd w końcu doszedł do porozumienia – i uznał, że należy odwołać Albusa Dumbledore'a ze stanowiska dyrektora Hogwartu.
Ten tydzień był naprawdę zły.
Snape poderwał się z krzesła, kiedy zauważył, że Suavity próbuje właśnie dodać skrzydełka much do wywaru, choć pod jego kociołkiem wciąż płonie ogień. I gdzieś w połowie klasy i tuż po rzuceniu zaklęcia gaszącego mężczyzna uświadomił sobie, że nie ma pojęcia, jak długo mogą żyć niemagiczne szczury wędrowne.
