Betowała miśqa!

Rozdział 7

Trzy zaklęcia

– Coś z tym Namiarem jest nie tak – powiedział Moody, pochylając się nad biurkiem tak nisko, że jego nos niemal dotknął czubka pióra. Magiczne oko podejrzliwe przyglądało się przedmiotowi.

Gregory, który znajdował się najbliżej, a w dodatku teoretycznie był jego partnerem, bardzo starannie udał, że nie usłyszał tej kwestii. Spróbował skoncentrować się na księdze, która leżała przed nim – Osobowość przedmiotów ożywionych – i poślinił palec…

– Nie ruszaj się – warknął Alastor, więc Gregory zastygł z uniesioną dłonią, poniekąd odruchowo. – Ślina jest prawie tak istotna jak krew…

– Al, ta książka nie jest nawet czarnomagiczna. Na pewno nie wykorzystuje sygnatur czytelników – rzucił lekko zniecierpliwiony i przewrócił stronę.

Moody wymamrotał coś o tym, że nie mogą mieć pewności, ale zaraz powrócił do obserwowania nieruchomego pióra.

Gregory wbił spojrzenie w następne zdanie, powstrzymując ciężkie westchnięcie. Nie wątpił, że Alastor był świetnym aurorem – o jego akcjach krążyły legendy – ale nie mógł powstrzymać się przed niemal bluźnierczą myślą, że mężczyzna powinien już przejść na emeryturę.

– Greg – Shaula przechyliła się ponad ścianką boksu – dasz mi namiary na tą wtykę w Kostuchach? W papierach jest straszny burdel.

– Mhm. Dostałaś je? – Gregory sięgnął po pióro, starając się, by w jego głosie nie pojawił się cień żalu. Rozpracowywał te wiedźmy od paru miesięcy i choć rozumiał, dlaczego przerzucili go do sprawy porwania, wolałby dokończyć wcześniejszą robotę. Szczególnie że tam widział efekty, zaś tutaj…

Moody właśnie szturchał końcem różdżki gawronie pióro, a Shaula obserwowała go z nieodgadnionym wyrazem twarzy.

– Taa – powiedziała wreszcie. – Zamknęliśmy ten kanał z Egiptu, to miałam luz… Hm, właściwie co robi Szalono…

Urwała, gdy w biurze krótko zawył alarm. Gregory poderwał się na równe nogi, grzbietem dłoni przewracając kałamarz, i spojrzał na mapę zawieszoną na przeciwległej ścianie. Przyszpilone do niej były zwitki pergaminu, trochę zdjęć – oznaczali tak miejsca powiązane z Tym, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać. Te sprawdzone i te do sprawdzenia. Teraz jedna z pinezek, wbita niemal na linii brzegowej, świeciła na czerwono. Tuż przed nią wisiał napis wykonany schludnym pismem Kingsleya: ZNALEŹLIŚMY G.W. – MARTWA. H.P – NIC. K.S.

xxx

Harry siedział w kuchni, podpierając głowę ręką i grzebiąc łyżką w talerzu z płatkami. Tej nocy znowu źle spał. Gdy przed świtem ocknął się z koszmaru, przez chwilę nawet kusiło go, by pójść do Toma, ale szybko zdusił to pragnienie – nie był przecież małym dzieckiem, a poza tym… Dobrze wiedział, że ciężko pracujący ludzie nie lubią być budzeni z tak błahych powodów. Przeleżał więc do rana, słuchając jak chomik grzebie w trocinach, z rzadka przejeżdżają po ulicy auta, a później Amelia szykuje się do pracy, a syna do szkoły. Dopiero gdy trzasnęły drzwi wejściowe, wślizgnął się do łazienki, by zmyć z siebie pot, a następnie poszedł do kuchni i spróbował wmusić w siebie śniadanie.

Kiepsko mu szło.

Kiedyś nawet nie pomyślałby, że jedzenie może być tak nieprzyjemne.

Jakiś ruch przykuł jego uwagę, więc odwrócił głowę w stronę okna. Szary gołąb przez chwilę zezował na niego z parapetu, ale odleciał, gdy chłopiec poruszył się drugi raz.

Harry przez chwilę tępo wpatrywał się w miejsce, gdzie ptak przysiadł, zanim wstał i podszedł do okna. Musiał wspiąć się na czubki palców, by je otworzyć.

Następnie oparł łokcie o parapet i przez dłuższą chwilę po prostu wyglądał na zewnątrz, ignorując to, że poranek był wciąż chłodny, a on miał na grzbiecie tylko podkoszulkę.

Dziwne, dopiero teraz uświadomił sobie, że przegapił ostatni mecz. Nawet nie wiedział, czy go rozegrano, a jeśli tak, kto zastąpił go na pozycji szukającego. Nie mieli rezerwowego, a bez niego wygrana była technicznie niemożliwa.

Nagle zawstydził się, że w ogóle o tym myśli – o czymś tak nieistotnym jak quidditch – a co gorsza, żal mu tej straconej gry.

Pewnie już nigdy nie zagra.

Ale chciałby choć polatać. Albo przynajmniej wyjść na dwór.

Spojrzał na park przelotnie. Oczywiście skoczenie tam samemu nie wchodziło w grę – nie, gdy jego twarz pokazywano we wszystkich wiadomościach – ale może Tom mógłby go zaczarować, żeby wyglądał trochę inaczej albo po prostu aportowaliby się gdzieś, gdzie w ogóle nie było ludzi. W końcu dzisiaj miał wolne.

Co pewnie znaczyło, że wrócą do lekcji.

Właściwie zaskoczyło go, że jeszcze tego nie zrobili. Myślał, że znów zaczną przerabiać tamtą książkę, gdy tylko skończy czytać te o wojnie. Tom jednak nawet się o niej nie zająknął. Zamiast tego wczoraj grali w scrabble, tylko przez chwilę, bo później musiał gdzieś wyjść. A dwa dni temu oglądali telewizję. Riddle zachowywał się, w zasadzie, jakby… jakby już nic od niego nie oczekiwał. W pierwszej chwili Harry poczuł ulgę – chciał wszystko po prostu odwlec, jak totalny dzieciak – ale szybko mu przeszło. Nawet jeśli Tom ani razu nie powiedział tego na głos, Harry świetnie rozumiał, że w tej chwili jest mu zupełnie zbędny i jeżeli się nie podszkoli, już zawsze będzie tylko ciężarem. A jeśli Voldemort powróci i zacznie na niego polować…

Nie chciał, by Tomowi coś się stało, tylko dlatego, że się nim zaopiekował. Byłoby zupełnie jak z rodzicami, tylko gorzej, bo ich nawet nie znał.

Właściwie wolałby, żeby już Tom zaczął go uczyć, nawet jeśli na samą myśl o czarnej magii skręcało go w żołądku. Wszystko było lepsze niż te dławiące wyrzuty sumienia.

Kichnął, więc odsunął się od okna. Ręce pokryte miał gęsią skórką.

Po chwili wahania wylał do zlewu niedokończone płatki i umył talerz. Rozejrzał się po kuchni, ale było czysto. Pani Amelia myła naczynia na bieżąco, choć właściwie mogła mu to zostawić i nawet wspomniał jej o tym ostatnio, ale zachowywała się, jakby zupełnie tego nie usłyszała. Po chwili wahania pozamiatał i przetarł kurze w salonie, ale nie zajęło mu to wiele czasu i znowu nie miał co robić. Włączył więc telewizor, ściszając dźwięk niemal całkowicie, lecz nie potrafił skupić się na tym, co działo się na ekranie. Zastanawiał się, czy będą dzisiaj rozmawiać o czarnej magii, a jeśli nie – czy Tom kiedykolwiek do tego powróci.

W końcu, gdy powiedział mu o mugolskim eksperymencie, Harry zwymiotował. Strasznie się tego wstydził. Może Riddle stwierdził, że jest za miękki. Albo nie ma stabilnej psychiki. Może uznał, że nie warto tracić na niego czasu.

Harry zamknął na chwilę oczy i uspokoił oddech. Może faktycznie był za miękki? Cóż, mógł to szybko sprawdzić.

Książka o czarnej magii leżała tam, gdzie chłopiec odłożył ją prawie dwa tygodnie temu. Czuł się dziwnie, biorąc ją do rąk, jakby robił coś złego. Miał wrażenie, że zaraz zza kanapy wyskoczy Hermiona i porządnie na niego nakrzyczy. Uśmiechnął się blado, wyobrażając to sobie, ale zaraz spochmurniał. Ostatnim razem ostrzegała go przed dziennikiem Voldemorta, ale nie posłuchał.

Księga obita była ciemną skórą, spękaną przy okuciach. Na okładce i grzbiecie nie znalazł żadnych napisów ani symboli, za to karta tytułowa poinformowała go, że trzyma w ręku Kompendium wiedzy wzgardzonej z roku 1928. Imienia autora nie było.

Wziął głęboki oddech, jakby zamierzał zanurkować w wodzie, i przewrócił stronę.

Nie był pewien, czego się spodziewał, ale raczej nie obszernego i dosyć nudnego wstępu, w którym autor tłumaczył, na jakiej zasadzie dobierał materiały i dlaczego uważa, że powinno się o konkretnych czarach uczyć, choć w gruncie rzeczy są paskudne. Nie brzmiał jak ktoś zafascynowany wyrywaniem skrzydełek muchom i Harry'ego trochę to uspokoiło. Przerzucił kolejne dziesięć stron, uznając, że nie będzie tam nic ciekawego.

Pierwszy rozdział dotyczył rytuału, który pozwalał poznać wspomnienia zmarłego poprzez spożywanie jego mięsa.

Harry zatrzasnął książkę po przeczytaniu drugiego akapitu – i zrozumieniu go, ponieważ pisarz używał wielu dziwnych słów – i przez chwilę siedział nieruchomo, pustym wzrokiem wpatrując się w reklamy. W końcu jednak otworzył ją w tym samym miejscu i wrócił do lektury.

Udawanie, że takich rzeczy – takich czarów – nie ma, było bez sensu.

Co nie oznaczało, że kiedykolwiek zamierzał rzucić to zaklęcie.

Tom znalazł go, gdy chłopiec powoli kończył przedzierać się przez piąty rozdział. Jeśli zachowanie Harry'ego w jakikolwiek sposób go zaskoczyło, nie dał tego po sobie poznać.

– Masz jakieś pytania? – spytał, siadając obok z kawą w ręce.

Harry oderwał wzrok od ilustracji, na której wielki wąż połykał człowieka i spojrzał na niego rozkojarzony.

– Um, trochę – wymamrotał. Później jednak umilkł, bo nie wiedział jak je zadać, żeby równocześnie nie pokazać, jak mało zrozumiał z tekstu.

Po chwili ciszy Riddle wyjął mu książkę z rąk i przekartkował ją do połowy.

– Czytanie o wszystkich zaklęciach nie ma sensu – stwierdził. – I tak są zbyt trudne dla kogoś w twoim wieku. Właściwie chciałem ci polecić tylko rozdziały od ósmego do jedenastego, bo dosyć sensownie opisują Niewybaczalne. Ale jeśli coś innego cię zainteresowało…

– Nie bardzo – wymamrotał, uciekając wzrokiem.

Część o wężomowie była ciekawa, choć opisana w koszmarny sposób, ale Harry prędzej zjadłby własną tiarę niż to przyznał. Mógł się uczyć o czarnej magii, ale nie zamierzał się nią interesować, a podejrzewał, że gdyby tylko wspomniał Tomowi o tym, że coś go zaciekawiło, Riddle jakimś cudem okazałby się specjalistą od tematu. A Harry nie chciał wiedzieć więcej, niż to konieczne. Na wszelki wypadek.

– Hm. – Tom wydawał się odrobinę zawiedziony, ale nie pociągnął tematu. – Wiesz w ogóle, czym są Zaklęcia Niewybaczalne?

Harry pokręcił głową.

– Mówiąc najprościej, to trzy klątwy: Imperio, Crucio, Avada Kedavra. – Tom napił się kawy i odłożył kubek na stolik. Pilotem wyłączył telewizor. – Rzucenie któregokolwiek z nich, niezależnie od intencji i okoliczności, jest karane dożywociem.

Harry zmarszczył brwi.

– Ale ty rzuciłeś Imperio, prawda?

– Dwukrotnie – stwierdził Tom lekko. – Jeśli mnie przyłapią, spędzę w Azkabanie dobrych parę lat.

– To nie jest zabawne – zdenerwował się Harry. – Po co to zrobiłeś?

Umilkł, widząc spojrzenie Toma. No tak, przecież wiedział.

– Przepraszam – powiedział więc, czując się jak niewdzięczny bachor.

– Nie szkodzi. To… – Riddle zawahał się, jakby szukał odpowiedniego słowa. – ...miłe, że się o mnie troszczysz.

W ich sytuacji zabrzmiało to jak kiepski żart, więc Harry tylko wzruszył ramionami.

– Ale nie łapię, czemu za Imperio miałoby być dożywocie – zmienił temat, przeczesując dłonią włosy. – Przecież one nie jest takie złe. Znaczy, w porównaniu. – Nie musiał precyzować, do czego.

– Żadne z Niewybaczalnych nie jest, jeśli spojrzeć na alternatywy. Po prostu są bardzo… skuteczne. Przepisy dotyczące tych zaklęć, to coś w rodzaju konwencji genewskiej albo zakazu używania kusz, który wprowadził Innocenty II. A przynajmniej tak próbuje przedstawić to Wizengamot. – Tom uśmiechnął się lekko, zmrużył oczy, jedną rękę położył na oparciu. W jego głosie pojawiły się belferskie nuty. – Bo jakby się przyjrzeć bliżej… Niewybaczalne nie wymagają wielkiego talentu magicznego albo specyficznych artefaktów, łatwo się ich nauczyć, a w dodatku, jak na przykład przy Avadzie, nie ma sposobu, by się przed nimi obronić. Jak więc widzisz, to idealna broń dla biedoty, która w normalnych warunkach nie miałaby szans z porządnymi czarodziejami ze względu na słabsze wykształcenie lub brak środków finansowych. Hm, mówię za szybko…?

– Nie, rozumiem – powiedział, starając się nie pokazać, że ostatnie słowa go zabolały. Nie był przecież aż tak tępy. – Ale teraz to już nie ma sensu, prawda? Hogwart jest za darmo… – Zawahał się. Był pewien, że Dursleyowie nie zapłacili ani grosza za jego naukę, bo wypominaliby mu to przez całe wakacje, i nie pamiętał, żeby sam opłacał czesne, więc szkoła musiała być darmowa. Ale Riddle znowu patrzył na niego w ten specyficzny sposób, jakby powiedział coś strasznie głupiego.

– Hogwart zapewnia tylko podstawowe wykształcenie. Zresztą, nieważne. To, że aurorzy w czasie wojny z Volemortem dostali pozwolenie na stosowanie Niewybaczalnych, najlepiej pokazuje, że cały ten zakaz jest tylko bzdurnym wymysłem Ministerstwa – stwierdził, sięgając po kubek. Zaklęciem podgrzał sobie resztę kawy, na moment wzrok zawieszając na Namiarze. Później znów spojrzał na Harry'ego. – Widziałeś, jak działa Imperio, co do pozostałych dwóch… Avada Kedavra daje czystą, natychmiastową śmierć, ale sama w sobie jest stosunkowo powolna, więc w czasie pojedynku doświadczony lub po prostu szybki przeciwnik może zejść z toru strzału albo ukryć się za jakimś masywniejszym przedmiotem. Nie znam żadnego przeciwzaklęcia ani tarczy, która by mogła ją zatrzymać, powszechnie zresztą uważa się, że takie nie istnieje. Ale równocześnie powszechnie uznaje się, że jesteś człowiekiem, który przeżył bezpośrednie uderzenie Avady – w jego głosie pojawił się cień rozbawienia. – Do ludzi jakoś nie dotarło, że jedno wyklucza drugie.

Harry skinął głową obojętnie. Po chwili zaś podniósł dłoń i przesunął opuszkami palców po bliźnie, jakby badał jej kształt. Nigdy wcześniej nie zastanawiał się, w jaki sposób Voldemort próbował go zabić, nie miało to dla niego większego znaczenia. Nie myślał też o tym, w jaki sposób zamordował jego rodziców.

– Na nich też rzucił Avadę? – spytał, opuszczając dłoń.

– To słowo inaczej się akcentuje…

– Tom – przerwał mu. Chciał wiedzieć, co się stało, nawet jeśli nie była to natychmiastowa śmierć.

Dursleyowie zawsze denerwowali się, gdy zaczynał pytać o wypadek. Mówili, że jego ciekawość jest chora i jedyne, co musi wiedzieć, to to, że jego beznadziejny ojciec rozbił samochód po pijaku. Albo krzyczeli na niego. Albo odsyłali do komórki. Aż w końcu nauczył się nie zadawać nieodpowiednich pytań.

I choć teraz podejrzewał, że robili tak, bo kiepsko szło im wymyślanie wykrętów, i tak nie był pewien, czy to normalne, że chce wiedzieć.

Czy bardzo ich bolało?

Ciotka Petunia prawie zzieleniała, gdy o to zapytał. Więc innych… później… już nie pytał.

– Inaczej się akcentuje – powtórzył Riddle twardo, mrużąc oczy. Zaraz jednak jego głos złagodniał: – Prawdopodobnie. Voldemort lubił tę klątwę, a z tego, co mi wiadomo, twoi rodzice nie byli torturowani.

Chłopiec wypuścił wstrzymywane powietrze, sam zaskoczony ulgą, którą poczuł. Dobrze pamiętał ból, jaki sprawił mu dotyk opętanego Quirrella albo Szkiele-Wzro, i podejrzewał, że gdyby Voldemort chciał, mógłby zrobić im coś jeszcze gorszego.

Tom jakby czytając w jego myślach rzucił lekkim tonem:

– Jest jeszcze Crucio, jak mówiłem. Zaklęcie dyscyplinujące. – Przekartkował leniwie książkę i rozłożył na rycinie, na której ludzie bezgłośnie wilii się w cierpieniu. – Zadaje wszechogarniający ból, dlatego czarnoksiężnicy często używają go w czasie tortur, ale po prawdzie nieszczególnie się do nich nadaje. Żeby uniknąć Cruciatusa, człowiek powie wszystko, byle cię zadowolić, co niekoniecznie oznacza prawdziwe informacje. Nie mówiąc o tym, że łatwo pozbawić ofiarę zdrowych zmysłów, a więc najczęściej i jakiejkolwiek przydatności... Ale magiczne męki to bardzo obszerne i ciekawe zagadnienie, które sam dopiero liznąłem. Kiedyś jeszcze do niego wrócimy.

– Nie będę torturował ludzi – zauważył Harry nieobecnym tonem, wpatrując się w obrazek i równocześnie zastanawiając, czy ci na rysunku naprawdę czują ból, czy tylko udają, a po zamknięciu książki grają w karty czy coś w tym stylu.

– W każdym razie Crucio, odpowiednio dawkowane, jako kara sprawdza się bardzo dobrze. Rzucane do paru minut nie wpływa na zdrowie, pomijając może ból mięśni, bo odruchowo się napinają, więc człowiek bardzo szybko znów staje się użyteczny. – Tom uśmiechnął się lekko, jakby coś zabawnego przyszło mu do głowy. – W zasadzie hogwarcka chłosta ma gorsze konsekwencje. Ale o tym pewnie sam wiesz.

Harry spojrzał na niego bez zrozumienia. Tom uniósł jedną brew.

– Pisałeś, że opiekunka domu przyłapała cię po ciszy nocnej. To dość poważne wykroczenie.

Harry się domyślił.

– No tak, ale nikt mnie nie, eee, chłostał. W Hogwarcie nauczyciele nikogo nie biją, nie wolno im chyba. Filch strasznie na to narzeka. Ale on jest woźnym, nie nauczycielem.

Na twarzy Toma pojawiło się lekkie zaskoczenie.

– W jaki sposób więc dyscyplinują uczniów?

– Hm, odbierają punkty domu i dają szlabany. Tylko takie przydatne, żadnego przepisywania zdań ani nic. My musieliśmy na przykład iść do Zakazanego Lasu, bo coś się tam kręciło i, um, okazało się, że to Voldemort – głos Harry'ego lekko przycichł, gdy przypomniał sobie tamtą noc i istotę spijającą krew jednorożca. Natychmiast jednak wziął się w garść. – Ale zwykle trzeba sprzątać, tyle że bez magii, na przykład czyścić kociołki albo polerować jakieś stare odznaczenia, coś w tym stylu.

Przez chwilę Tom milczał, obracając w dłoniach pusty już kubek. Gdy się odezwał, jego głos był lodowaty:

– Więc w Hogwarcie uczą dzieci, że normalne i potrzebne obowiązki są karą za nieodpowiednie zachowanie – wycedził.

– To nie tak. Po prostu nie chcą, żebyśmy marnowali czas na tych szlabanach…

– Dlatego nie pozwalają wam używać magii, doprawdy, logika typowego czarodzieja.

– Ale jakbyśmy używali magii, to to w ogóle nie byłaby kara – zirytował się Harry. Dla niego sprawa była oczywista i nie rozumiał, czemu Tom nagle się rozzłościł.

– Bo to nie jest kara, tylko jakiś absurd. Czy w domu wujostwo też dawało ci szlabany?

– Nie. Oni po prostu zarzucali mnie robotą na cały dzień, tylko czasem mówili, że to za karę, a czasem nie. Albo zamykali i prawie nie dawali jedzenia! – Nawet nie zauważył, kiedy podniósł głos. Na samo wspomnienie ostatnich wakacji, gdy naprawdę myślał, że zagłodzą go w tym zamkniętym pokoju, krew huczała mu w uszach. – Więc nie porównuj Dursleyów i Hogwartu!

Tom odłożył kubek i ten odgłos lekko chłopca otrzeźwił. Riddle przypatrywał się mu uważnie, sam na powrót spokojny.

– Jak podejrzewam, karali cię niesprawiedliwie, ponieważ byłeś czarodziejskim dzieckiem?

– Tak – prychnął Harry. – Mówiłem, że oni nienawidzą magii.

– Za to w Hogwarcie karali cię nieskutecznie. To doprawdy… niefortunne.

– Chodziłem na wszystkie szlabany – zaprotestował.

Spojrzenie Riddle'a było nienaturalnie chłodne, jakby obce.

– A mimo to ciągle łamałeś regulamin i ignorowałeś wyraźne polecenia dorosłych. Harry, kara ma przede wszystkim zapobiec kolejnemu występkowi, więc jeśli tego nie robi, jest nieskuteczna. – Na chwilę umilkł. – Ja nie będę tolerował u ciebie takiego zachowania.

Harry zmarszczył brwi. To brzmiało absurdalnie, pomimo tonu, którego Tom użył. Był w końcu od niego tylko cztery lata starszy i miał włosy różowe jak guma balonowa. Nie wyglądał na dość dorosłego, żeby skarcić psa, a co dopiero jego.

– Więc co, zbijesz mnie, jak będę się źle zachowywał? – spytał. Wypowiedziane na głos brzmiało to jeszcze głupiej.

– Nie jestem mugolem. Użyję stosownego zaklęcia.

Nagle przestało to być zabawne.

– Żartujesz?

Tom nieznacznie pokręcił głową.

– To głupie. Przecież mówiłeś, że mnie lubisz – rzucił Harry, zaciskając palce na materiale spodni. Czuł się dziwnie, jakby Tom go oszukał.

– Gdybym cię nie lubił, byłoby mi obojętne, w jaki sposób się zachowujesz – powiedział Riddle spokojnie. – Byłoby mi też obojętne czy żyjesz, cierpisz lub głodujesz, a, o ile jeszcze nie zauważyłeś, nie jest.

– I dlatego chcesz rzucać we mnie bolącą klątwą. – Harry spojrzał na rycinę. – Tak, to ma sens.

– Bolesną… Nieważne. – Tom na chwilę zamknął oczy. Gdy je otworzył, jego twarz była doskonale obojętna. – Harry, muszę mieć pewność, że nie narazisz na niebezpieczeństwo ani siebie, ani mnie. W naszym wypadku oznacza to, że musisz być mi bezwzględnie posłuszny, i uwierz, zrobię wszystko, żeby to posłuszeństwo wyegzekwować.

– Przecież jestem – zdenerwował się.

– Więc teraz cię nie karzę.

Harry zacisnął zęby, czując nagle bezradność. Miał wrażenie, że mówią w dwóch różnych językach. Dla niego było oczywiste, że nie można rzucać czegoś takiego jak Crucio na innych ludzi, za to Tom brzmiał… brzmiał zupełnie jak wujek, gdy mówił, że za jego czasów w szkole dawno już by wybili z niego te wszystkie dziwactwa.

Za jego czasów.

Chłopiec uspokoił się nagle. Miał wrażenie, że coś kliknęło mu w mózgu.

– Obiecuję, że będę się ciebie słuchał – powiedział najpoważniej, jak potrafił. – Nie musisz się o to martwić.

– Nie wierzę ci. – Zabolało. Tom jednak kontynuował, zanim Harry zdołał się wtrącić: – Masz dwanaście lat, nie potrafisz poprawnie oceniać sytuacji, a już na pewno nie jesteś posłuszny. Rok temu poszedłeś z przyjaciółmi za Voldemortem, choć McGonagall zabroniła wam się mieszać, jeśli dobrze kojarzę. Sądzisz, że czarnoksiężnik oszczędziłby Rona i Hermionę, gdybyście trafili na niego we trójkę? – Harry poczuł, jak po plecach przechodzi mu lodowaty dreszcz. Nigdy o tym nie pomyślał. – Mam mówić dalej?

– Ja.. nie…

– Ukradłeś samochód przerobiony przez kogoś, kto nie wie, jak działają hydranty.

– Pan Weasley świetnie go zaczarował.

– Rozbiliście się.

– Ale pod Hogwartem.

Kąciki ust Toma lekko drgnęły.

– Niech będzie, punkt dla ciebie. Ale nawet bez tego opowiedziałeś mi o zbyt wielu niepokojących sytuacjach, bym ci po prostu zaufał.

Harry w tym momencie naprawdę żałował swojego gadulstwa, ale Riddle nigdy wcześniej nie okazał, że w jakiś sposób jego historie mu się nie podobają. Raczej dopytywał o szczegóły i razem snuli różne teorie – choćby skąd Ginny miała dziennik, albo dlaczego bolała go blizna w obecności Voldemorta – więc chłopiec założył, że Tomowi bliżej do podejścia Rona niż Hermiony.

– Okej, więc będziesz we mnie rzucał Crucio. I co to niby zmieni? – spróbował więc od innej strony, w nadziei, że Tom sam dojdzie, że to bez sensu.

Riddle przez moment wydawał się zamyślony.

– Cóż, ból to naturalny sygnał ostrzegawczy – powiedział powoli. – Pozwala na natychmiastową reakcję, jak choćby gdy dotykasz czegoś zbyt gorącego, co mogłoby poparzyć twoją rękę. Gdybyś musiał przemyśleć sytuację, prawdopodobnie odsunąłbyś ją zbyt wolno. Poza tym, jak raz wpakujesz dłoń do wrzątku i zaboli, raczej będziesz się wzbraniać przed zrobieniem tego ponownie, o ile jesteś normalnym człowiekiem. Ale oczywiście lepiej nie wkładać jej i za pierwszym razem. Powiedzmy więc, że gdybym zobaczył, że zamierzasz to zrobić, trzepnąłbym cię po dłoniach, ponieważ byłoby to mniej bolesne, a przede wszystkim mniej niebezpieczne. A twój umysł i tak, przy odrobinie szczęścia uznałby, że nie wolno.

Harry patrzył na niego sceptycznie.

– Nie mam pięciu lat. Mógłbyś mi po prostu powiedzieć, że to jest gorące.

– Mówiłem ci, że dziennik jest niebezpieczny.

To również zabolało.

– Z drugiej strony – kontynuował Tom nieco łagodniejszym tonem – może się zdarzyć, że zrobisz coś potencjalnie niebezpiecznego, co jednak skończy się dobrze. Mógłbyś na przykład obrazić hipogryfa, który był w bardzo dobrym humorze, więc cię nie zaatakował. W takim przypadku musiałbym cię uświadomić.

Harry odczekał chwilę, ale Tom najwyraźniej skończył. Wzruszył więc ramionami.

– Nawet jakby Filch miał mnie wychłostać, to i tak poszedłbym ratować kamień filozoficzny.

– Możliwe. Ale nie zaszkodzi się przekonać.

Komu jak komu, pomyślał Harry.

Problem z Tomem polegał na tym, że zawsze miał odpowiedź, która brzmiała lepiej. Nawet jeśli chłopiec wiedział, że Riddle mówi coś złego, nie potrafił mu tego wytłumaczyć – bo nie umiał go przegadać. To było frustrujące uczucie. Zawsze to on lepiej radził sobie w potyczkach na słowa – najpierw z Dudleyem, później z Malfoyem i nawet ze Snape'em, tylko że przy nim musiał uważać, bo ten nie potrafił przegrywać i odejmował mu wtedy punkty. A teraz było zupełnie inaczej – jakby rozmawiał z Hermioną, ale myślącą zupełnie na opak. Tom nawet nie chciał mu dogryźć. Po prostu… myślał nie tak.

Pewnie pięćdziesiąt lat temu to, co mówił, było zupełnie normalne i wszyscy tak uważali… ale to było pięćdziesiąt lat temu, na Merlina! Ludzie w międzyczasie zorientowali się, że nie powinno się bić innych, nawet jeśli ci inni są małoletni. Tyle że Harry nie wiedział, jak do tego doszli, bo nigdy się tym nie interesował – kojarzył tylko, że ciotce Marge się to strasznie nie podoba – a potrafił przewidzieć, jakie będzie następne pytanie Toma:

– Czemu nie chcesz, żebym cię karał w ten sposób? Boisz się bólu? – do głosu chłopaka wkradła się źle zamaskowana troska. – Crucio to zaklęcie na dorosłych, mogę poszukać czegoś bardziej dostosowanego…

– Nie o to chodzi. Po prostu… To jest złe. Nie możesz poczytać jakichś broszur albo… Muszą być książki o karaniu…

– Zapewniam cię, że są.

– Nie takie! – zirytował się. Następnie westchnął ciężko. – Po prostu mi się to nie podoba.

– Harry, poinformowałem cię, co zamierzam robić i wytłumaczyłem dlaczego, ale nie oznacza to, że pytam cię o zdanie.

Znowu to dziwne, obce spojrzenie. Harry uniósł dłoń do blizny, ale pieczenie minęło nim jej dotknął. Tom tymczasem przechylił się przez oparcie kanapy i odłożył książkę na jeden ze stosów. Powoli salon zaczynał przypominać dział hogwarckiej biblioteki. Ten zakazany.

– Podgrzeję obiad – rzucił Riddle. – Też chcesz?

– Nie jestem głodny. Tom…

Chłopak wstał już, ale zatrzymał się, by na niego spojrzeć.

– Nieważne – wymamrotał Harry, nagle zmieniając zdanie. Riddle uniósł jedną brew i nadal czekał, w końcu więc chłopiec się zdecydował. – Ciebie też tak karali?

– W Hogwarcie byłem wzorowym uczniem. Wcześniej… Mugole wyczuli, że jestem inny od nich, uznali więc, że jestem chory i próbowali wyleczyć. Dyscypliną… również.

xxx

Knot zaczynał poważnie zastanawiać się, czy da radę przejść na emeryturę, zanim go wyrzucą. Albo przynajmniej uzyskać dobrą odprawę.

Na biurku rozłożony miał najnowszy dodatek specjalny do Proroka i próbował pojąć, jak, na Merlina, jego brodę i gacie, mogło do tego dojść.

HARRY POTTER – OFIARA CZY OPRAWCA?!

Owszem, aurorzy znaleźli grób dziewczynki i tak, były w nim dwie szaty, w tym jedna, prawdopodobnie, należąca do Harry'ego Pottera… Ale o szczegółach wiedziało tylko parę zaufanych, ściśle wyznaczonych osób, z których najwyraźniej jedna okazała się mniej zaufana od innych. Żeby wyciekło tylko, że znaleźli Weasley – pal licho, uznałby, że jakiś młodszy auror się wygadał – i łatwo wytłumaczyłby czarodziejom, że owszem, zwlekali z ujawnieniem odkrycia, bo mieli nadzieję, że morderca wróci na grób. Dla dziewczynki i jej rodziny te kilka dni nie miało większego znaczenia, a mogło zwiększyć ich szanse na pochwycenie czarnoksiężnika.

Oczywiście cały plan rozpadł się w chwili, gdy maszyny drukarskie tego szmatławca wypluły artykuł Rity Skeeter, a sowy rozniosły gazety jak zarazę.

Zamknę, myślał Knot, jedną dłonią mnąc łamy Proroka, a drugą stukając w leżący na blacie melonik, i tego babsztyla, i ten codziennik od siedmiu boleści. Znajdę sposób i zamknę, Morgana świadkiem.

Sposób chwilowo nie przychodził mu do głowy, a że za pół godziny musiał stawić się na konferencji prasowej i sprawę wyjaśnić, wrócił do czytania artykułu. Równocześnie zaś wyobrażał sobie pytania i własne odpowiedzi.

Czy Harry Potter nadal żyje?

Jego Namiar wciąż istnieje i jest pilnie chroniony.

Czy to, że włożył swoją szatę do grobu oznacza, że współpracuje z mordercą?

A skąd ja mam to niby wiedzieć?!

Dlaczego nie powiadomiliście rodziny natychmiast?

– Czy mogę zająć chwilę?

– Nie – powiedział Minister, gwałtownie unosząc głowę. Zamrugał, gdy zorientował się, że w drzwiach stoi Dumbledore. Przez moment kusiło go, żeby powiedzieć: tym bardziej nie. – Mój asystent…? – spytał zamiast tego.

– Miły chłopiec.

Knot przez moment zastanawiał się, czy doprecyzować pytanie, ale machnął na to ręką.

– Naprawdę mam tylko chwilę.

– Na więcej nie liczę – odpowiedział czarodziej, podchodząc do biurka. Usiadł, przerzuciwszy brodę przez oparcie fotela. – Wysłałem do ciebie list w sprawie Syriusza Blacka, jak również kilka z prośbą o niezwłoczne spotkanie.

Knot przypomniał sobie stertę kopert, które w pewnym momencie po prostu przestał otwierać.

– Kojarzę – mruknął. – Więc?

– Więc? – Dumbledore spojrzał na niego łagodnie sponad okularów. – Co z nim teraz się stanie?

Knot zacisnął usta w wąską linię. Wyobraźnia mimo woli podsunęła mu wizję kolejnej konferencji pełnej rządnych krwi gryzipiórków i fleszy, od których natychmiast zaczynała boleć go głowa. I te pytania…

Jakim cudem człowiek bez procesu mógł spędzić w Azkabanie jedenaście lat?

Czy Ministerstwo zadośćuczyni rodzinie Blacków?

Kto poniesie konsekwencje tego rażącego zaniedbania?

Czy Black nie oszukuje nas, tak jak kiedyś Potterów?

Ostatnia myśl sprawiła, że po kręgosłupie mężczyzny przeszedł lodowaty dreszcz. Co będzie, jeśli wypuści go, a Black znowu zabije kilkanaście osób? Spędził wśród dementorów ponad dekadę. Nawet jeśli był normalny, gdy go zamykali… Co, jeśli będzie chciał się za to zemścić? Knot przeżyłby jakoś procesy sądowe – zwłaszcza że to nie za jego kadencji Blacka osadzili w więzieniu – ale nie celną Avadę. A przecież nie miał pewności, czy mężczyzna pamięta, kto piastował stanowisko Ministra dziesięć lat temu.

Poczuł, jak pocą mu się ręce.

Nie mówiąc o tym, że gdyby zaistniał precedens, ponownych – albo i pierwszych – procesów mogłaby się domagać, lekko licząc, jedna trzecia więźniów. Jak po dziesięciu latach skompletować dowody, ściągnąć świadków? Niech się nie uda przy jednym czy drugim – będą mieli jednego czy dwóch szaleńców na wolności, akurat teraz, gdy wypłynęło nazwisko Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać. Doskonały pomysł. Opinia publiczna będzie zachwycona. O ile jakaś publiczność przeżyje.

– Nic się z Blackiem nie stanie. Zapewne Weasleyowie pochowali niewłaściwego szczura. W Hogwarcie jest sporo gryzoni, to duży zamek – usłyszał własne słowa, choć czuł się, jakby wypowiadał je ktoś inny. – Byli w szoku, nic dziwnego. Oryginał mógł być magiczny, a takie zwierzęta żyją dłużej.

Dumbledore nadal przyglądał mu się w ten dziwny, przenikliwy sposób.

– Syriusz zdradził mi, że był przesłuchiwany pod wpływem Veritaserum i dwukrotnie potwierdził tę informację.

Knot przelotnie zastanowił się, czy udawać głupka i twierdzić, że nikt nikomu bez zezwolenia Wizengamotu Veritaserum nie podaje, ale było to kłamstwo szyte zbyt grubymi nićmi.

– Był przesłuchiwany po jedenastu latach od zamknięcia. Mógł wmówić sobie wszystko, nie wspominając już o tym, że jest oklumentą. Jeśli przyszedłeś więc tylko w jego sprawie, wybacz… – Wstał i nałożył melonik. Do spotkania z dziennikarzami miał jeszcze parę minut, ale naprawdę nie chciał ich spędzać pod pełnym wyrzutu wzrokiem dyrektora.

Byłego dyrektora, poprawił się w myślach.

Dumbledore również wstał.

– To niewinny człowiek, Korneliuszu – powiedział i przez krótką chwilę Knot czuł się podle.

Ale zaraz zacisnął usta w wąską linię i wymownie pomaszerował w stronę drzwi, nim nie przypomniał sobie, że nie powinien zostawiać Albusa samego w gabinecie Ministra Magii. Stanął więc przy drzwiach i znacząco wyciągnął kieszonkowy zegarek.

Dumbledore westchnął i oderwał wzrok od Proroka. Przez moment na jego twarzy zmęczenie mieszało się z przygnębieniem, ale gdy mijał Ministra, znów był opanowany.

– Do widzenia – powiedział, a Knot niecierpliwie skinął mu głową.

Po wyjściu czarodzieja odczekał jeszcze chwilę – tak na wszelki wypadek – i wyjrzał za próg. Jego asystent pochylał się nad leżącym na biurku pergaminem tak mocno, że duże, okrągłe binokle niemal spadały mu z nosa. Nie odważył się rzucić przełożonemu ani jednego spojrzenia.

Korneliusz spojrzał z niesmakiem na kędzierzawy łeb i pomyślał, że jeśli jednak go nie zwolnią, to tego łachudrę wywali na pewno.