Betowała miśqa!

Rozdział 8

Dom pełen światła

Dumbledore powiedział mu kiedyś, że najpotężniejszym rodzajem magii jest miłość.

W pierwszym momencie Tom odrzucił to stwierdzenie jako zbyt niekonkretne, a więc nieprzydatne. Było to jednak przed tym, jak dowiedział się o istnieniu zaklęć niewybaczalnych, z których dwa powiązane były z emocjami, a przede wszystkim przed tym, nim został uwięziony w ciemności.

Miał świadomość, że – gdy w końcu znajdzie sposób na ucieczkę – będzie na straconej pozycji, bo wymuszono na nim stagnację, gdy Voldemort mógł rozwijać się bez skrępowania. Szybko więc zrozumiał, że będzie musiał zrezygnować ze stworzonych w szkole kontaktów, ukrywać się, szukać innych dróg, dzięki którym mógłby skrócić dystans pomiędzy nim i czarnoksiężnikiem, bądź nawet go wyprzedzić – choć nigdy nie wyobrażał sobie, że różnica pomiędzy nimi mogłaby wynieść więcej niż pięć lat, a nawet ten szacunek wydawał mu się przesadzony.

Dzieliło ich pięćdziesiąt lat. Czterdzieści, jeśli uznać, że przez ostatnią dekadę Voldemort trwał w zawieszeniu, ale mimo wszystko… Gdyby mieli teraz się zmierzyć, Tom nie miałby szans.

Nie mógł postępować tak, jak planował przed rozerwaniem swojej duszy. Przede wszystkim, był w dużo gorszej pozycji niż wtedy – nie mógł niespiesznie, latami urabiać głupców takich jak Avery czy Malfoy. Co gorsza, o ile potrafił to ocenić, korzystając z miernych podręczników do historii, ścieżką, którą opracował na nudnych zajęciach u Slughorna, podążył Voldemort. Tom musiał wymyślić więc coś innego i to szybko, bo jeśli czarnoksiężnik pragnął odzyskać ciało równie mocno jak on, Riddle mógł spodziewać się jego powrotu w każdej chwili.

Sensowne było przyjrzenie się więc, w jaki sposób działał Dumbledore, skoro to on wygrał ostatnią wojnę. Riddle natrafił jednak szybko na ten sam problem, co przy szukaniu informacji o sobie – choć znalazł wiele książek, które ze szczegółami rozwodziły się nad wojną z Grindelwaldem, materiałów o działalności Voldemorta i sposobów jej zwalczania było tyle, co kot napłakał. W dodatku, co Toma niesamowicie śmieszyło, autorzy tak bali się o nim pisać, że ktoś niezaznajomiony z tematem po przeczytaniu ich dzieł mógłby uznać, że Śmierciożercy byli jakimś pozbawionym jednego przywódcy arystokratycznym kolektywem.

Musiał przyznać, że renomę wyrobił sobie świetną. Ludzie obawiali się nie tylko wspominać jego imię, co też samo jego istnienie. Tyle że w tej sytuacji niezbyt mu to pomagało.

Próbował więc podejść do tematu z innej strony – szukał w książkach i gazetach informacji o Dumbledorze, wspominał ich nieliczne rozmowy.

Zdanie o miłości uwierało go jak drzazga pod paznokciem. Miał wrażenie, że jest istotne, choć może tylko dlatego, że zagadnienie to było mu całkiem obce. Zajął się więc nim tak, jak każdym: metodycznie, od strony teoretycznej i praktycznej. Tekstów o miłości było wiele, beletrystycznych i naukowych, magicznych i mugolskich. Ludzkość wydawała się mieć na punkcie tego uczucia obsesję. Przy okazji natrafił na artykuły dotyczące psychopatii. Przeczytał je z zaciekawieniem i dodał parę punktów do listy zachowań, których powinien unikać przy Harrym, aby go nie niepokoić.

Jeśli chodzi o praktykę, wstępnie wybrał trzy obiekty badawcze. Amelia, poddana Imperiusowi, szybko okazała się błędnym tropem. O tym, że ludzie z miłości są zdolni do zachowań absurdalnych, wiedział od dawna, a fakt, że umysł zmącony miała magią, jeszcze wszystko pogarszał. Planował w niedalekiej przyszłości poddać ją ostatniemu testowi, jednak do tego czasu nie zamierzał poświęcać jej większej uwagi.

Owen był o wiele ciekawszy.

Tom deportował się w pobliżu klifu i zapiął kurtkę. Choć zbliżała się połowa maja, Szkocja podchodziła do idei wiosny nadzwyczaj sceptycznie, szczególnie w pobliżu Cape Wrath. Riddle obejrzał się przez ramię, choć z tej odległości latarnia morska przypominała zapałkę, w dodatku zgaszoną. Zbliżała się dopiero trzecia po południu.

Chłopak zostawił Harry'ego samego, by spokojnie przemyślał ich rozmowę. A ta poszła nadzwyczaj dobrze. Tom był pewien, że Potter wyciągnie jego własne słowa o eksperymencie Milgrama, gdy tylko wspomni o posłuszeństwie, i miał już opracowaną na to kontrę, ale zamiast skorzystać z gotowego argumentu chłopiec miotał się bezwładnie wśród jakichś niejasnych stwierdzeń. Trochę rozczarowało to Riddle'a, ale upomniał się, że nie powinien oczekiwać rzeczowej dyskusji po dwunastolatku.

Sam zresztą też nie przeprowadził tej rozmowy bezbłędnie – stracił panowanie, gdy uświadomił sobie, co jest najpewniej przyczyną tego, jak traktują go urzędnicy w Ministerstwie, a pytanie o kary, choć powinien się go spodziewać, przywołało przykre wspomnienia. O ile to drugie było nieistotne, o tyle pierwszym się martwił. Nie lubił tych chwil, gdy ogarniała go wściekłość – jego myśli przestawały być klarowne, z trudem panował nad mimiką twarzy. Tak wiele wysiłku musiał włożyć w ukrywanie grymasu gniewu, że przerastało go okazywanie innych emocji. Przychodziły mu też do głowy głupie pomysły, które pragnął zrealizować natychmiast, choć wiedział, że mogą mu tylko zaszkodzić. Stawał się słaby i ta słabość go przerażała.

Jak na razie nie wymyślił niczego, co mogłoby temu zaradzić i nie sądził, by olśnienie mogło na niego spłynąć akurat w tej chwili, więc zamiast roztrząsać problem, ruszył żwawym krokiem wzdłuż klifu, oddalając się od latarni.

Nie musiał iść daleko, by poczuć, że się zgubił. Wrażenie, że powinien zawrócić, było tak silne, że zrobienie kolejnego kroku wymagało od niego sporego wysiłku. Uśmiechnął się z zadowoleniem. Rzucili ten czar parę dni temu i choć był rozwiązaniem prowizorycznym, przypadł mu do gustu.

Wkrótce przed jego oczami pojawił się niski murek z szarych kamieni. Nie było go przed chwilą, ale gdy już zaistniał, wydawał się istnieć od zawsze. Tom przeskoczył go bez trudu, a uczucie, że nie znajduje się tam, gdzie powinien, rozwiało się. Był na miejscu.

Dom, do którego podszedł, wyglądał na wskroś mugolsko. Białe ściany, pozbawiona zdobień elewacja, dosyć zwarta, choć nietypowa bryła, która osłaniała od wiatru obszerny taras przylegający do budynku od strony morza. Przede wszystkim jednak okna, potężne przeszklenia, które zdawały się próbować zatrzeć różnicę, pomiędzy tym, co na zewnątrz, a tym co wewnątrz.

Owen nie mógł zrozumieć, czemu chłopak pragnie wybudować akurat takie brzydactwo. Narzekał, pokazywał fotografie magicznych dworów, klął, wytykał mu bezguście i każdy budynek, do którego zaciągał go Tom, określał coraz to gorszą abominacją.

Wreszcie jednak się poddał i powiedział, że akceptuje jego estetyczne upośledzenie i postawi mu ten kurnik. Riddle, który obiecał sobie, że nie będzie ciskał w czarodzieja żadnymi klątwami przed końcem budowy, był wtedy na skraju wytrzymałości.

Wskoczył na taras, ignorując schodki, i podszedł do przeszklonych drzwi, które prowadziły do obszernego holu. W środku panowało przyjemne ciepło, założyli już czary termoregulujące. Ściągnął kurtkę, rozglądając się jak zwykle i zastanawiając, czy miejsce to można jeszcze ulepszyć. Ostatnio przyszło mu do głowy, że terrarium – wciąż jeszcze puste – powinno mieć przejrzyste bariery zarówno od strony holu, jak i biblioteki. Gdy Owen to usłyszał, zaklął szpetnie i zrobił trwający kwadrans wykład, dlaczego takie projekty należy uwzględniać na etapie stawiania ścian. A później pokręcił się chwilę po obu pomieszczeniach, pomyślał i terrarium przerobił.

Owen klął z byle powodu.

Tom na chwilę zamknął oczy i zasłonił je dłonią. Słyszał fale rozbijające się o pobliskie klify – zabezpieczone magicznie przed erozją – czuł ciepło, ale to wciąż było za mało. Może kwiaty? Takie o mocnym zapachu. By nawet w absolutnej ciemności wiedział, że…

Opuścił dłoń i przewiesił kurtkę przez balustradę schodów.

Tak, kwiaty koniecznie. I wieszak.

Owena znalazł w kuchni. Czarodziej przesuwał różdżką wzdłuż jednej ze ścian, słuchając radia – grały właśnie Jęczące Wiedźmy albo inne wyjce, Tom niezbyt rozróżniał te nowe zespoły.

– A ty nadal różowy, pieronie. – Owen rzucił mu spojrzenie przez ramię. – Dziewczyny sobie nie znajdziesz.

– Dziadku…

– Nie dziadkuj ty mi tutaj, tylko słuchaj starszego.

Owen miał jakieś sto lat, choć trzymał się nieźle, nawet jak na czarodzieja. Był zupełnie łysy, co nadrabiał nieco białą brodą zaplecioną w kilkanaście warkoczyków.

– Co robisz? – spytał Tom, ignorując jego marudzenie.

– Zakładam czar, dzięki któremu wilgoć nie podejdzie na ściany – ton głosu mężczyzny zupełnie się zmienił, stał rzeczowy. – Musisz go narzucić przed głównymi osłonami, ale po zaklęciach cieplnych. Zaraz cię nauczę.

– Mhm.

Problem z budowaniem magicznych domów polegał na tym, że nikt nie napisał o tym porządnej książki. Tom był absolutnie pewny, że dałby radę postawić budynek sam, gdyby tylko dostał do rąk instrukcję krok po kroku – choć instrukcja ta miałaby zapewne z dziesięć tomów – ale budowniczy skwapliwie chronili sekrety swojego zawodu, a dostanie się do terminu graniczyło z cudem. Riddle, gdy tylko zainteresował się tematem, stwierdził nieco zdumiony, że prościej zdobyć kompetentny podręcznik do czarnej magii. Podzielił się tą refleksją z Owenem, co w żadnym stopniu mężczyzny nie zaskoczyło.

– Każdy może być czarnoksiężnikiem. – Machnął ręką. – Jak to tylko na mordowaniu polega… Zabić to i idiota kamieniem potrafi.

Pokłócili się wtedy, oczywiście.

Kłócili się przez cały czas. To sprawiało, że Owen był tak interesujący. Gdy Amelia z uśmiechem zgadzała się na wszystko, czarodziej na wszystko psioczył – od włosów chłopaka po kolor podłóg – a jednak codziennie, zupełnie za darmo, przekazywał mu zgromadzoną przez dekady wiedzę i stawiał dom-prezent, choć, jak twierdził, od niektórych zaklęć strzykało go w krzyżu. Wystarczyło, że Riddle umieścił w jego głowie odpowiednie wspomnienia.

Wnuk nieślubnego syna, którego porzucił zaraz po narodzinach, ponieważ obawiał się, że uznanie chłopca zniszczy jego rodzinę i reputację. Tom właściwie sam tego nie wymyślił – zaadoptował tylko wątek z mugolskiej powieści. Wybrał ją, ponieważ miała dobrą recenzję w literackim periodyku, który przejrzał w księgarni. Sam nie potrafił ocenić jej merytorycznej poprawności, dopóki nie przetestował założeń w praktyce.

Nie był to też w zasadzie jego pierwszy trop. Najpierw chciał użyć Imperio, ale posiadał za małą wiedzę, a stawianie budynku było zbyt skomplikowane, by czar ten dał wymierne efekty – nie był w stanie wydawać szczegółowych poleceń, a ogólne się nie sprawdzały.

Później kilkukrotnie podmieniał wspomnienia Owena, aż znalazł taki zestaw, dzięki któremu starzec gotów był spełnić każdą jego zachciankę.

To było ciekawe, bo w zasadzie nie ingerował w jego emocje – mężczyzna sam musiał dobrać odpowiednie do obrazów. Toma zastanawiało, według jakiego klucza to zrobił. Gdyby jemu ktoś zaszczepił taką historię, czułby najwyżej irytację, że nie załatwił skuteczniej problemu nieślubnego dziecka i może lekki niepokój, że ma żywego krewnego. Wiele klątw bazowało na pokrewieństwie.

– Henry. – Owen wyrwał go już zamyślenia. – Słyszałeś już o tej małej?

– Hm?
– Tej Weasleyównej. W Proroku napisali, że jej grób znaleźli.

Riddle zachował obojętny wyraz twarzy, choć serce lekko mu przyspieszyło.

– Nie, nic nie wiem. Masz gdzieś tu gazetę…?

– Leży koło radia. – Mężczyzna miał dziwny wyraz twarzy, jakby melancholijny. – A wiesz, znałem jej dziadka, starego Prewetta.

– Mhm.

– Dobry był facet, tylko grog trochę za bardzo lubił. Z tym piciem zresztą całkiem się zbiesił, jak mu synowie pomarli. Ale co mu się dziwić, dwóch jednej nocy…Zasrane Śmierciojady...

– Przejrzę na dworze – rzucił Tom, zirytowany, że nie może przeczytać artykułu w spokoju.

Po drodze złapał jeszcze kurtkę i usiadł na werandzie, stopy stawiając na trawie.

Nie miał pojęcia, w jaki sposób odnaleźli grób Weasley, i Prorok na to pytanie mu nie odpowiedział – była tylko niejasna wzmianka o „szeroko zakrojonych poszukiwaniach". Cały artykuł wyglądał zresztą na histeryczny bełkot grafomana, w których faktów trzeba było doszukiwać się z lupą. Riddle czytał go powoli, z każdą linijką coraz mocniej wątpiąc w zdrowie psychiczne redaktora, który dopuścił tekst do druku. Szybko jednak uznał, że może mu się przydać – po to, by upewnić Harry'ego, że muszą się ukrywać. Artykuł brzmiał tak, jakby jego autor nie tylko już uznał chłopca za współwinnego zbrodni, ale w dodatku skazał go wstępnie na parę dziesięcioleci w Azkabanie. Tom poczuł się, jakby znienacka dostał cukierek.

Przekartkował Proroka, po czym zwinął go w rulon i położył się na plecach, dłonie wsuwając pod głowę. Spojrzał w bezchmurne niebo.

To, że odnaleziono grób, niekoniecznie oznaczało, że powiązano go – Toma, Oliviera – z porwaniem. Mogli trafić na dziewczynkę zupełnie przypadkiem. A jednak czuł niepokój, jak zawsze, gdy nie wszystko szło po jego myśli.

Przede wszystkim martwiło go, że z tego powodu aurorzy mogą znów zainteresować się Namiarem Harry'ego – a fałszywe pióro miało zniknąć tej nocy. Zbieg okoliczności, choć nadzwyczaj podejrzany. Zastanawiał się, jak to zinterpretują.

Może da radę usłyszeć jakieś plotki jutro – w Ministerstwie miał pracować jeszcze parę dni, już wcześniej uprzedził Holdy, że odchodzi, co spotkało się z jej całkowitą aprobatą – jednak nie liczył na wiele. Aurorzy pilnowali swoich sekretów niemal tak dobrze jak architekci. Choć gdyby jakoś dotarł do informatora tego gryzipiórka…

Nie, niepotrzebne ryzyko.

Teraz powinien wycofać się i skupić na porządnym umocnieniu swojej pozycji, czy też – mówiąc okrutniej – zbudowaniu jakiejkolwiek.

Gdyby Dumbledore nie żył albo gdyby Tomowi udało się go zabić w ciągu najbliższych dwóch, trzech lat, sprawa byłaby prosta – wróciłby do Hogwartu jako nauczyciel obrony przed czarną magią. Myśl, że profesorzy mają idealną pozycję do kolekcjonowania ludzi, pojawiła się u niego już dawno, głównie dzięki Slughornowi. Co prawda czarodziej działał w sposób godny pożałowania – dla prezentów i jakiejś niesprecyzowanej satysfakcji – ale idea była dobra. Poza tym Riddle lubił uczyć. Podobało mu się, jak dzieci zaczynają myśleć w sposób, w jaki chce, by myślały. To było niemal jak magiczna sztuczka, tym lepsza, że wcale nie potrzebował do niej czarów. Wystarczały słowa.

Przede wszystkim jednak Hogwart należał do niego.

Stawianie własnego budynku przynosiło Tomowi satysfakcję – wymagało sporej wiedzy i dobrego planowania – ale ani przez chwilę nie uważał, że buduje coś więcej niż tymczasowe lokum. Dlatego nie chciał dworu, który przypominałby tą czy inną magiczną rezydencję, nie potrzebował podróbek. Pragnął spędzić parę lat w miejscu, w którym zapomniałby o koszmarach – pełnym światła, zapachów, dźwięków – a następnie wrócić tam, gdzie powinien być zawsze.

Do domu.

Parę miesięcy temu – pięćdziesiąt lat i parę miesięcy temu – odkrył, że nie jest kukułczym jajem, znajdą, która pojawiła się w magicznym świecie nie wiadomo skąd i po co.

Najpierw natrafił na lakoniczną informację o Marvolo Gauncie, później na wzmiankę o powiązaniach tego rodu ze Slytherinem. Podszedł do niej nadzwyczaj sceptycznie – wszyscy jego koledzy z dormitorium zapewniali, że ich rodziny były z nim w jakiś pokrętny sposób skoligacone – i całkiem możliwe, że odrzucił zupełnie jako niepodpartą dowodami, gdyby nie zbiegło się to z czasem, w którym kokietował Szarą Damę.

Od portretów wiedział, że ona i Krwawy Baron są najstarszymi duchami w zamku, więc przy byle okazji z nimi rozmawiał, starając się uzupełnić swą lichą wiedzę o początkach Hogwartu. Szara Dama najpierw była oporna i niechętna, gdy jednak się przełamała i zaczęła mówić, okazała się prawdziwą skarbnicą wiedzy. Najwięcej wiedziała, oczywiście, o swej matce, Rowenie, ale i innych założycieli pamiętała całkiem dobrze. A historia, którą mu opowiedziała, nie do końca pokrywała się z podręcznikową.

– Moja matka nigdy nie wybaczyła Godrykowi wygnania Salaza – wyznała mu kiedyś. – Byli ze sobą bardzo blisko, ona i Salazar. Niektórzy, co złośliwsi, uważali, że za blisko, ale cóż, niektórzy ludzie widzą niemoralność nawet w przechadzce ducha z uczniem.

– Owszem, niektórzy dopatrują się niemoralności w zwykłej przyjaźni – potwierdził wtedy skwapliwie, choć wiedział, że Helena Ravenclaw w czasie ich spacerów bardzo starannie omijała miejsca, w których mogliby się natknąć na Krwawego Barona, a gdy ją komplementował, rumieniła się jak tylko może rumienić się osoba martwa od tysiąclecia.

– A oni niemal bez wsparcia wybudowali tę szkołę. Och, Helga oczywiście pomagała, ale nie przy planach, mówiła, że nie ma do nich głowy. Rzucić zaklęcie, owszem, była potężną czarownicą, dużo potężniejszą niż moja matka, jednak, rozumiesz, gubiła się w liczbach… A Godryk ciągle znikał, podróżował. Miał takiego gniadosza, piękne zwierzę, a jakie skrzydła… wtedy na miotłach latały tylko kobiety… Więc z dzieciństwa pamiętam go wiecznie w siodle, z mieczem u pasa. I oczywiście z tą lub inną służącą… – Zachichotała. – Ale o tym chyba nie powinnam ci wspominać, jesteś jeszcze taki młody.

Riddle, którego rozwiązłość Gryffindora nieszczególnie obchodziła, zaśmiał się dla towarzystwa.

– Więc Ravenclaw i Slytherin zbudowali ten zamek? – wrócił do ciekawszego tematu.

– Oczywiście nie własnoręcznie, główne nadzorowali. Choć bywały… jak się teraz mówi? Projekty? Tak, projekty, które utrzymywali w sekrecie. To dlatego ludzie sądzili, że oni… rozumiesz, choć mieli małżonków… Co oczywiście nie było prawdą. Moja matka była niezwykle przyzwoitą czarownicą. Ale bywało, że znikali gdzieś razem na całe dni.

Riddle pomyślał nieco złośliwie, że jak na osobę, która nie dopuszcza do myśli zdrady matki, Helena bardzo często o tym wspomina.

– Pamiętam, że gdy byłam małą dziewczynką, całe dnie spędzali tam… Hm, teraz w tej komnacie chyba jest łazienka dla dziewcząt, ale wtedy była niemal pusta. I ciekawiło mnie, oczywiście, co robią, a umiałam już trochę otwierać zamki… Salazar mnie przyłapał, kiedy buszowałam po komnacie. Wygarbował mi wtedy skórę. – Na przekór swoim słowom, uśmiechnęła się z melancholią. – Bywał straszny, gdy się złościł. Nie tak straszny jak Godryk, oczywiście, ale Godryk był postawny, jak huknął, pół zamku go słyszało. I porywczy też, niestety… Chłopcy go uwielbiali, bo wyglądał jak rycerz, ale jak któryś coś przeskrobał, to zaraz uciekał do Helgi, żeby się za nim wstawiła. Bo widzisz, Helga zawsze łagodziła spory na zamku, zwłaszcza pomiędzy Godrykiem i Salazarem, a w zasadzie Godrykiem i kimkolwiek. Raz widziałam, jak ich za uszy złapała, tych dwóch znaczy. Wyobraź to sobie, ona taka drobniutka, nawet Salazar przewyższał ją o głowę… Potraktowała ich jak niesfornych żaków, choć byli już starzy, Godryk miał chyba pięćdziesiąt lat. Przez chwilę nawet wszyscy myśleliśmy, że ich otrzeźwiła, ale gdy przyszły roztopy Salazar zabrał synów i odszedł. Córkę zostawił, ale zmarła parę lat później na smoczą chorobę. Wtedy nikt jeszcze nie potrafił jej leczyć.

Riddle utrzymywał na twarzy uprzejmy wyraz zainteresowana, choć był pewien, że Helena przez tyle lat wiele rzeczy musiała sobie dopowiedzieć. Uznał jednak, że na wszelki wypadek sprawdzi damskie łazienki, choć musiał najpierw wymyślić sensowną wymówkę, gdyby przyłapał go w nich któryś z nauczycieli.

Trzy tygodnie później bazyliszek sam określił go dziedzicem Slytherina.

Dziedzic. To słowo brzmiało obco, nawet gdy sam się nim nazywał. Dziedzic, to ten który dziedziczy, ale co dokładne? Komnatę Tajemnic i bestię zwiniętą w swym leżu? Sam Hogwart?

Zaczął inaczej patrzeć na zamek – już nie jako miejsce, do którego mógł uciec z sierocińca, ale dom zbudowany przez jego przodka, a więc to, do którego przynależał poprzez krew. Z tego, co udało mu się dowiedzieć od duchów, portretów i z hogwarckiej biblioteki, wszystkie pozostałe linie zapoczątkowane przez założycieli wygasły (choć, pomyślał z przekąsem, jeśli Helena mówiła prawdę o hulaszczym trybie życia Gryffindora, do niego można mieć wątpliwości), co oznaczało, że nie ma na tym polu konkurenta. Oczywiście Hogwart od dawna już należał do Ministerstwa, ale czym innym były biurokratyczne zapiski, a czym innym pamięć murów i zaklęć.

Dlatego Tom nie mógł zrozumieć, dlaczego Voldemort w czasie wojny nie próbował odzyskać zamku. To było jak wyrzeczenie się własnego dziedzictwa. Być może jedynego, na jakie mógł liczyć.

W wakacje – te pięćdziesiąt lat temu – planował co prawda odwiedzić żyjących Gautów, ale nie oczekiwał po tej podróży zbyt wiele. Wiedział już, kim jest, a to było najważniejsze. Historia jego rodziców… przypuszczał, że matka uległa jakiemuś czarodziejowi, który podał jej fałszywe nazwisko (Riddle, doprawdy) i porzucił, gdy stała się zbyt kłopotliwa. Myśl, że jego ojciec był mugolem, nadal odrzucał jako najmniej prawdopodobną – istniało wiele sposobów magicznej kontroli, które kobieta mogła użyć nawet jeśli była słabą czarownicą, więc nie dopuściłaby, aby mugol zostawił ją w zaawansowanej ciąży. A Tom wiedział, że w sierocińcu pojawiła się sama. Oczywiście mężczyzna mógł umrzeć przed rozwiązaniem, ale… czy ktokolwiek z rodu Slytherina chociaż spojrzałby na osobę pozbawioną magii, nie wspominając o spłodzeniu z nią dziecka?

Z drugiej strony jednak, gdyby jego dziadek okazał się rozsądnym człowiekiem, Tom mógłby przedyskutować z nim uznanie go jako członka rodziny. Nawet jeśli faktycznie był bękartem, cóż, znalazłby argumenty, by go przekonać. Z tego, co udało mu się wywiedzieć, nazwisko Gauntów nie było zbyt szanowane, ale ludzie przynajmniej je kojarzyli – pojawiało się w drzewach genealogicznych i z rzadka w historycznych tekstach. Mógłby przywrócić mu świetność. Co było o tyle korzystne, że Voldemort, jakiego sobie wymyślił, nie mógł funkcjonować we wszystkich kręgach, a Tom Marvolo Gaunt – bądź jeszcze lepiej: Marvolo Gaunt – mniej by raził niż przybłęda, Tom Riddle.

Jednak nigdzie nie natrafił na dowód, że faktycznie identyfikował się z tym rodem, co też nieco go martwiło. Albo znaczyło, że rozmowa przybrała nieoczekiwany obrót, albo też do wakacji zdarzyło się coś, co zmusiło go do zrezygnowania z planów. Nikt z Gauntów już jednak nie żył, nie mógł więc wybadać, co się stało.

Rzeczy, które go niepokoiły w przeszłości Voldemorta, było zresztą więcej. Czasem miał wrażenie, że odkrywa historię człowieka, którym faktycznie by się stał, gdyby miał możliwość – ale niekiedy, że to ktoś zupełnie obcy, którego sposobu myślenia nie rozumie, a działania nie akceptuje. Jakby przez te lata zdarzyło się coś, czego nie przewidział, a co wpłynęło na całe jego życie.

Podejrzewał, że wiązało się to jakoś z Harrym. Jego historia była tym, czego Riddle w swojej własnej nie rozumiał. Dlaczego zaatakował osobiście jego rodziców? Nie byli nikim więcej niż jednymi spośród licznego robactwa, które roiło się wokół Dumbledore'a. Więc dlaczego akurat ich chroniono Fideliusem? Tom planował rzucić to zaklęcie niedługo, więc wiedział, jak skomplikowane i niebezpieczne jest – niepoprawnie nałożone mogło spustoszyć duszę strażnika. Ludzie nie decydowali się na nie, jeśli mieli wybór. A wreszcie – dlaczego sam Harry wydaje mu się tak znajomy? Nawet różdżka chłopca idealnie leżała mu w dłoni – niekiedy zapominał wręcz, że nie jest jej właścicielem. W pewnym momencie zaczął się nawet zastanawiać, czy nie jest jego ojcem, co sugerowała choćby wężoustość dziecka, ale zaklęcia, które rzucił, nie wykazały między nimi pokrewieństwa. To tylko jeszcze bardziej go skonfundowało.

Ale to wszystko nawet w połowie nie martwiło go tak bardzo jak opowieść Harry'ego o poprzednim roku. Jakim cudem Voldemort dał się wciągnąć w grę Dumbledore'a, co gorsza, na jego zasadach? Tom po prostu znalazłby Flamela i kazał Quirrellowi torturować jego żonę tak długo, aż mężczyzna wykonałby dla niego drugi kamień filozoficzny.

– Straszne, prawda? – powiedział Owen, siadając obok.

Tom również usiadł i skinął głową obojętnie, z trudem przypominając sobie, do czego mężczyzna się odnosi. Fakt, śmierć Ginny.

Czarodziej rozlał z termosu herbatę do dwóch kubków i dolał do nich po odrobinie rumu z manierki. Resztę alkoholu wylał na trawę.

Tom obserwował jego ruchy zaciekawiony.

– Dla tej małej – wytłumaczył Owen. – Żeby ją rozgrzał w grobie.

Riddle zapamiętał ten gest. Był tak absurdalny, że aż fascynujący, podobnie jak sam Owen. Choć nie aż tak, jak jego trzeci obiekt badawczy.

Tyle że reakcję Harry'ego na artykuł w Proroku mógł sprawdzić dopiero wieczorem.