Betowała miśqa, dzięki!

Rozdział 9

Więdną lwie paszcze

Przyszła do niego Angitia – to dziecko, które, po prawdzie, przez cały rok mu umykało. Było w niej coś, co sprawiało, że na lekcjach przechodził zwykle obok jej kociołka bez rzucenia choćby szczątkowej uwagi, a wypracowania oceniał pobieżnie, na końcu. Nie czuł do niej antypatii, nie o to chodziło. Wystarczyło jednak, aby odwrócił od dziewczynki wzrok, a już o niej zapominał, zupełnie, jakby nie należała do jego domu.

Momentami podejrzewał nawet, że jakaś ciemna magia miesza mu w głowie – ale najpewniej po prostu to drobne, ciche dziecko gubiło się wśród głośniejszych Gryfonów czy dużo pewniejszych od niej współdomowników. A poza tym nie miała szczególnego talentu do eliksirów.

Dlatego tak bardzo zaskoczyło go, że do niego przyszła – że przyszedł ktokolwiek i że właśnie ona.

Tak bardzo, że w pierwszej chwili w ogóle nie zrozumiał o co chodzi. I dotąd się tego wstydził.

Bo pan dyrektor powiedział, że jeśli chcemy iść na pogrzeb, musimy to zgłosić opiekunowi domu.

I? Chce pani iść, panno Greenlake?

Chcą wszyscy, ale pomyśleliśmy, że lepiej, jak zapyta jedna osoba, profesorze.

Zaskoczenie, które poczuł w tamtej chwili, uwierało go – bo aż do momentu, w którym Angitia zajrzała do jego gabinetu, był pewien, że wykpi się od udziału w pogrzebie. Przyjął, że nikt z jego domu nie będzie chciał wziąć w nim udziału.

Zgłosili się wszyscy z pierwszego roku, trzy osoby z rocznika bliźniaków i jedna z klasy Percy'ego.

A najgorsze było to, że nawet szykując się rano, tuż przed tym, jak miał ich zabrać na miejsce, mimo woli zastanawiał się, jaki cel mają jego uczniowie, szczególnie ci starsi. Bo w końcu co Ślizgoni mogli szukać na pogrzebie Gryfonki?

To było żałosne. Wydawało mu się, że od dawna wyrósł z uprzedzeń, skoro przyjaźnił się z Minerwą i Albusem – a zszokowało go, że dzieci obeszła śmierć dziewczynki z wrogiego domu. W takich chwilach uświadamiał sobie, jakim jest draniem.

A był draniem choćby z tego powodu, że sam nie chciał iść, choć dobrze wiedział, że tak naprawdę to pogrzeb podwójny – mimo że oficjalnie chowali tylko Ginewrę. Namiar Pottera zniknął tego samego dnia, w którym wyciekła informacja o odkryciu grobu dziewczynki. Dla wszystkich było jasne, że porywacz spanikował, więc dzisiaj mieli pożegnać również… syna Lily…

Nie poszedł na jej pogrzeb, nie miał zresztą możliwości – ale też nigdy nie odwiedził jej grobu i nie potrafił odpowiedzieć dlaczego. Miał tylko nadzieję, że nie stawiają na nim lilii, a jak już, to nie tylko – wolała od nich słoneczniki.

Dziwne, jak bezsensownie wracają wspomnienia – wystarczyło, by przymknął oczy, by przypomnieć sobie ich tarcze wyrastające ponad parkan. Mijali ten ogród niemal codziennie, gdy szli nad rzekę. Pamiętał to niecierpliwe wyczekiwanie, aż nasiona dojrzeją i staną się warte szabru i ten moment, gdy w końcu uznali, że to już. Lily ściągnęła trampki i boso stanęła na ramionach – starał się wtedy za nic nic nie pokazać, że mu ciąży – ale i tak musiała wspiąć się na palce, by sięgnąć ponad płot… A później wiali, Lily z butami w ręce, bo pech Severusa jak zwykle dał o sobie znać i musieli trafić na jeden z tych nielicznych dni, gdy właściciel jadł śniadanie w ogrodzie.

Pamiętał też, jak śmiała się, gdy zasapany mężczyzna w końcu się zatrzymał i tylko groził im z daleka kułakiem i to, że on też się śmiał, choć wiedział, że tamten zna jego ojca z roboty, więc wieczorem Tobiasz pewnie… I nie pomylił się… Ale wtedy cieszył się ze wspólnego biegu, z krwi szumiącej w uszach i tego, że nawet gdy sami stanęli, Lily nie puściła jego dłoni, nie tak od razu.

(Wtedy jeszcze myślał, że w Hogwarcie będą w jednym domu).

Sięgnął po spinki do mankietów, na ułamek sekundy całkiem zamykając oczy. Dziwna rzecz… Lily poraniła sobie podeszwy stóp tak, że musiał na barana zanieść ją do domu… A mimo tego oboje lubili słoneczniki.

A teraz ona była martwa, a on nie miał w komnatach ani skrawka żółci, bo kolory w międzyczasie nabrały zupełnie innych znaczeń – słowem, życie potoczyło się jak chciało i zupełnie nie tak, jak powinno. Miał lata, żeby się z tym pogodzić.

(Odwiedzić grób, porozmawiać z chłopcem…).

Narzucił wierzchnią szatę i sprawdził godzinę.

Cały czas dręczyło go uczucie, że nie powinien iść na ten pogrzeb. Nic nie zrobił dla tych dzieci, gdy żyły – nie tak naprawdę – więc hipokryzją wydawało mu się zaczynać po ich śmierci.

Wiedział oczywiście, że Albus będzie próbował go przekonać, że jest inaczej. Że to ma sens. Uległ mu wtedy, ponad dekadę temu, ale był młody i wściekły. Na siebie, na Blacka, na Czarnego Pana, na niesprawiedliwość losu w ogóle. Najpewniej Dumbledore byłby rozczarowany, gdyby zrozumiał, że to, co pchnęło go do chronienia Pottera, niewiele miało wspólnego z miłością.

Teraz czuł tylko rezygnację i znużenie na samą myśl, że muszą znaleźć sprawcę.

Aurorzy powinni się tym zająć, od tego byli. Mieli odpowiednie przeszkolenie i fundusze. On był nauczycielem, choćby kiepskim i uczącym z rozpędu, a nie powołania. Po powrocie do Hogwartu powinien odłożyć książki o szczurach i animagii, a wyciągnąć kopie wypracowań Angitii i tym razem przeczytać je uważnie.

I tak zrobi.

xxx

Wróciła rutyna. Sen, posiłek, oddawanie moczu, kolejna niespokojna drzemka. Czasami pojawiali się dementorzy, ale z upływem czasu Syriuszowi coraz trudniej przychodziło rozróżniać, które koszmary pochodziły od nich, a które wypluwał z siebie jego umysł bez niczyjej pomocy. Dużo spał i dużo śnił. Często o tym, że pożerają go szczury.

Tak jak przypuszczał, gdy tylko powiedział, że chodzi mu o Glizdogona, przestał być dla strażników interesujący. Sam też nie dopraszał się o uwagę. Jego życie na powrót stało się monotonną, pozbawioną sensu egzystencją, której trzymał się chyba tylko przez wrodzony upór, bo na to, że piekło się skończy, stracił nadzieję pięć czy sześć lat temu.

(To był zwykły dzień i nic szczególnego się nie stało. Po prostu wtedy uświadomił sobie, że Peterowi się udało, że nie będzie procesu, Remus nie włamie się do Azkabanu, żeby go wyciągnąć, a James i Lily nie zmartwychwstaną).

Może łudził się jeszcze przez moment, gdy odwiedził go Dumbledore… Żałował tej chwili słabości. Przez nią cela wydawała mu się mniejsza.

Dręczyło go tylko, że został odcięty od wszelkich informacji. Podejrzewał, że jednak trochę dał im w kość – tym gnidom – bo nie pozwalali mu wyjść na spacerniak, a gdy jeden z nich uznał, że za bardzo cuchnie, rzucił na niego Chłoszczyść. Skąpili mu nawet tych strzępów wiedzy, które mógłby zdobyć od współwięźniów w czasie prysznicu.

(Raz fantazjował we śnie, że dusi Eshera. Zbudził się zlękniony, pewny, że w jakiś tajemniczy sposób mężczyzna się o tym dowie, że… Ale Esher nie przyszedł).

Oddali mu buty i czuł się lepiej, więc chyba lekarstwo wypleniło z niego chorobę. To miało swoje złe strony. Gdy gorączkował, jego myśli błądziły, były niespójne i mgliste. Teraz krótkie okresy przytomności wypełniały szczegółowe obrazy. Wracało do niego to, co widział na wojnie, ale też to, co przeczytał jako dziecko w książce z biblioteczki ojca, zanim ten go nie przyłapał i nie zmusił, aby użył jednej z poznanych klątw na ich psidwaku (Nadal podoba ci się ta magia? Tak myślałem…), i to, co czasem słyszał od innych więźniów, tych, którym faktycznie się podobała.

– Black.

Usiadł na pryczy gwałtownie, mrużąc oczy, bo jeden z mężczyzn stojących przed jego celą rzucał Lumos. Zamrugał, próbując przyzwyczaić się do światła i powstrzymać zawroty głowy. Wciąż był słaby.

– Ręce, Black.

To nie byli strażnicy, uświadomił sobie Syriusz, gdy go skuwali. Mieli inne szaty. Aurorzy. Czego chcieli od niego aurorzy? Przecież powiedział już tyle, ile wiedział. Nagle żołądek zacisnął mu się na myśl, że mogli znowu mu nie uwierzyć – że uważają, że coś przemilczał, więc teraz wszystko zacznie się od nowa. Mimo tego dał się wyprowadzić i szedł całkiem spokojnie przez korytarz, a następnie schodami – musiało być późno, bo jedyne światło pochodziło z rozżarzonego końca różdżki – by panice poddać się dopiero, gdy znaleźli się parę kroków od prostych, drewnianych drzwi.

To było silniejsze od niego. Aż do końca myślał, że da radę się powstrzymać, nie denerwować ich niepotrzebnie, ale jego ciało zareagowało samo. Wyrwał się do tyłu, barkiem zahaczając o ścianę, gotów gryźć, kopać, walczyć – byle tylko nie wejść do tego pomieszczania…

– Kurwa, Black.

...ale oni mieli magię, więc to było bez znaczenia.

Równie nagle, jak zaczął się wyrywać, tak się uspokoił. Wystarczyło, że znalazł się w środku, żeby dopadło go zrezygnowanie. Stanął tam, gdzie zawsze, z dłońmi luźno opuszczonymi wzdłuż ciała, czekając na kolejny rozkaz. W ustach czuł metaliczny posmak, ale nie potrafił powiedzieć, czy udało mu się któregoś ugryźć, czy w szamotaninie rozbił sobie wargę.

Jeden z aurorów zamknął drzwi, a drugi wyczarował kulę błękitnego światła, która zawisła pod sufitem. Syriusz milczał, wpatrując się w chropowatą, kamienną posadzkę. Znał to miejsce. Cholernie dobrze.

Pod jedną ze ścian stał prosty stół. Położono na nim pergamin, w gotowości czekało samonotujące pióro. Zdążyło już zapisać przekleństwo.

Pokuśtykał do niego starszy z aurorów, tak poszarpany, że od samego widoku jego obrażeń Syriusza mdliło lekko. Pchnął pióro, które upadło na blat i odwrócił się do Blacka.

– Przynajmniej wiemy, że zęby ci się nie stępiły – zamarudził, trąc rękę. – Ale żeby przyjaciela… Nie poznajesz mnie, chłopcze?

Black nadal stał w ciszy, jak sparaliżowany. Próbował nie myśleć, co może się stać, skoro auror zrezygnował z obowiązkowego zapisu przesłuchania.

(To pióro rzadko kiedy cokolwiek notowało…).

– To Alastor Moody, a ja jestem Kingsley Shacklebolt – wtrącił się jego kompan szybko. – Bez obaw, jesteśmy od Dumbledore'a.

Syriusz w końcu uniósł głowę i wreszcie przyjrzał się aurorom. Shacklebolta widział pierwszy raz w życiu, był tego pewien – zapamiętałby kogoś wyższego od siebie o głowę – ale w drugim mężczyźnie ledwo mógł się dopatrzeć Alastora. Jak on się się zestarzał. I te blizny.

– Moody…? – Ni spytał, ni powtórzył. – Co ci się stało w oko?

– Wyjątkowo uciążliwy śmiercio… – Nagle mężczyzna urwał w pół słowa i odwrócił się do pióra, choć to leżało bez ruchu na pergaminie. Na jego czole pojawiła się zmarszczka namysłu.

– Ale nie powinniśmy tu przebywać zbyt długo – przypomniał Shacklebolt, sprawdzając, czy drzwi są dobrze wyciszone. – Musimy zdążyć przed zmianą straży.

– Co z Harrym?

Kingsley uciekł wzrokiem. Syriusz poczuł się, jakby go uderzono.

– Porozmawiamy o tym później.

– Znaleźli go?

– Jeszcze nie.

– Ale nic mu nie jest?

– Naprawdę, powinniśmy się…

– Jego Namiar zniknął – rzucił Alastor, który od paru chwil na przemian stawiał pióro na sztorc i popychał je tak, żeby upadło.

– Zniknął? – powtórzył Black, cofając się o krok, tak, by móc spojrzeć na obu mężczyzn. – Co z tego, że zniknął?

Na twarzy Kingsleya pojawił się smutek i to było aż nazbyt dokładną odpowiedzią. Syriusz nie musiał nawet słuchać jego następnych słów.

– To znaczy, że… – zaczął mimo tego auror.

– Że był podrobiony.

Moody zdecydowanym ruchem wepchnął pióro do kieszeni szaty i spalił pergamin, na którym zapisało parę sylab. Mężczyźni patrzyli na niego. Kingsley bez zrozumienia, Black z ostrożną nadzieją. Moody'emu ufał. Shacklebolt albo też, albo uznał, że to nie najlepszy moment na drążenie tego tematu, bo tylko odkaszlnął.

Tymczasem Alastor przestał się zajmować piórem i spojrzał na Syriusza surowo, tak, że mężczyzna poczuł się, jakby znowu miał dziewiętnaście lat i próbował przekonać go, że wcale nie jest rozpieszczonym fircykiem.

– Syriuszu, chcesz pomóc nam znaleźć tego dzieciaka, czy nie?

– Nic więcej nie wiem – wymamrotał w odpowiedzi.

– Na litość Merlina, nie przyszliśmy cię tu przesłuchiwać.

Black drgnął.

– Nie…?

Aurorzy wymienili spojrzenia. Wiedział, co myślą. Wiedział, jak wygląda. Wiedział, że drżą mu ręce. Odetchnął głęboko.

– Co mam robić?

– Remus powiedział, że również jesteś animagiem. Psem.

– Byłem.

– Zmień się.

Syriusz pokręcił głową, cofając się o kolejny krok. Plecami dotknął ściany.

– Nie dam rady. Nie próbowałem od lat…

– Dementorzy gubią się w umysłach zwierząt – wytłumaczył Kingsley łagodnie. – Za pół godziny zaczną krążyć, bo strażnicy mają zmianę. Na czas odprawy przejmują ich obowiązki.

– On to wie – warknął Moody zirytowany. – Pewnie lepiej od ciebie. Zmieniaj się, musimy zobaczyć, czy zmieścisz się między kratami.

– A nie mogę po prostu wy…

– Nie, jeśli nie chcesz z nas zrobić kolegów spod celi. – Alastor przewrócił oczami. To magiczne wykonało dwa obroty. – Posłuchaj uważnie. Gdy dementorzy zaczną krążyć, zmienisz się i zejdziesz na to piętro. Pójdziesz dalej korytarzem. Będą tam drzwi, otworzone. Musisz je zamknąć za sobą, choćbyś się miał na chwilę wrócić do ludzkiej formy. Rozumiesz?

– Korytarz, drzwi, tak…

– Zejdziesz schodami na plażę. Musisz popłynąć. Woda jest lodowata, ale powinieneś być w stanie dotrzeć poza obręb pola antydeportacyjnego zanim się wyziębisz. Uczyłem cię, jak deportować się w wodzie, pamiętasz?

– I w powietrzu, ale nigdy nie spadałem z urwiska.

To wszystko wydawało mu się nierealne. Ta rozmowa. Plan. Niemal, jakby znów majaczył.

– Aportujesz się na Webber Street osiemnaście. Remus mówił, że będziesz wiedział, gdzie to jest.

– Moja dziewczyna tam mieszkała.

To zbiło Alastora z tropu na sekundę.

– Miałeś dziewczynę?

– Potencjalną.

Nawet nie pamiętał jej twarzy.

– Mniejsza z tym. Zgarniemy cię stamtąd, ale do tego czasu będziesz musiał radzić sobie sam. Powtórz.

– Pies, korytarz, drzwi, morze, Webber Street osiemnaście.

– I to.

Auror wyciągnął z kieszeni szaty pudełeczko i podważył paznokciem wieczko. W środku znajdował się niewielki, jadowicie żółty owoc. Zawahał się na krótki moment, nim wyciągnął je w stronę Blacka.

– Jeśli przyłapią cię na próbie ucieczki, zasłużysz na pocałunek dementora. To cię ochroni.

Syriusz skinął głową. On się nie wahał.

– Więc zgadzasz się? – spytał nagle Kingsley.

Black spojrzał na niego bez zrozumienia. A później kąciki jego ust drgnęły. Od tak dawna nie był rozbawiony, że zapomniał już, jakie to uczucie.

– Teraz o to pytacie?

xxx

Tom poczuł się rozczarowany reakcją Harry'ego. Czy też, będąc precyzyjniejszym, jego brakiem reakcji.

Chłopiec przeczytał artykuł, w którym typowano go na wspólnika mordercy, i nie skomentował tego ani słowem. Złożył gazetę w pół, po czym poszedł buszować za kanapą i wrócił z księgą zaklęć, którą nawet Riddle uznał za zbyt nudną. Mimo tego siedział nad nią, gdy Tom wyszedł do pracy i siedział, kiedy wrócił. Tego dnia niewiele się odzywał.

(A Riddle kolejny raz przyrzekł sobie, że w tym tygodniu na pewno przysiądzie do legilimencji, o czym zapomniał, gdy tylko otworzył Atlas gwiazd niebyłych i galaktyk urojonych Fenricka Crowla pół godziny później).

Harry niewiele też tamtego dnia spał, co było ciekawe o tyle, że lekturę wybrał sobie wyjątkowo usypiającą. Być może miał po prostu fatalny gust, jeśli chodzi o książki.

Reakcja chłopca na artykuł o pogrzebie również była znikoma. Pomagał mu akurat spakować księgi do magicznie powiększonej walizki – dużo wygodniejszej od kufra, jak stwierdził Tom po paru chwilach – ale poszedł do kuchni, żeby go przeczytać. Riddle podejrzewał, że będzie płakać, jednak pod tym względem też go rozczarował. Gdy wrócił, oczy miał suche, a minę zaciętą. W milczeniu wrócił do pracy.

Niemal kończyli, gdy w końcu go o coś spytał:

– Te kwiaty to lwie paszcze, prawda? Ciotka je sadziła… Nie wiedziałem, że czarodzieje mają w szklarniach cokolwiek mugolskiego.

Chwilę zajęło, nim zrozumiał, o co właściwie mu chodzi, tak oderwana od całej sytuacji wydała mu się ta kwestia. Fakt, to nie była pora na te kwiaty.

– Nieczęsto. Pewnie te wyczarowali.

– Aha. Nie wiedziałem, że tak się da.

Tylko tyle?, pomyślał Riddle rozdrażniony, gdy chłopiec schylił się po kolejny wolumin.

– Gdybyś chciał porozmawiać… – skusił go więc, choć wcześniej obiecywał sobie, że nie sięgnie po taki banał.

– Nie ma o czym.

– Znaleźli grób Ginny.

– To dobrze. – Harry nie patrzył na niego. Wrzucił książkę do walizki. – Ron powinien móc ją odwiedzać. I jej rodzice. I reszta.

– Ale ty nie będziesz mógł.

Chłopiec zastygł na krótką chwilę.

– I tak tego nie robiłem.

Wyprostował się i rozejrzał po opustoszałym salonie. Tom obserwował wyraz jego twarzy, ale, mimo szczerych chęci, niewiele z niej potrafił odczytać. (Tak, wiedział, czego się musi nauczyć…).

– To chyba wszystko, co nie? – Harry wziął z podłogi plecak i zarzucił na ramię.

– Tak. – Riddle zamknął czarem walizkę i podniósł ją, również omiatając wzrokiem pomieszczenie.

– Pójdę się pożegnać…

– Nie musisz. Później tu wrócę i wyczyszczę im pamięć.

Chłopiec przez chwilę wyglądał, jakby miał zamiar się z nim kłócić, ale w końcu tylko westchnął. Tom podszedł do niego i położył mu dłoń na ramieniu. Zacisnął lekko palce.

Zniknęli.